niedziela, 22 maja 2022

double trouble

Jesienią 1978 roku na małej płycie ukazał się popularny u nas numer Frankiego Millera "Darlin' ". Polska licencja Tonpressu i wydany na czas singiel tylko wzmogły me zainteresowanie tym w miarę popularnym w latach siedemdziesiątych Artystą. Co prawda, rozpoznawalność Millera akurat w naszym kraju kończyła się na tym jednym, w dodatku jedynie europejskim hicie (#6 UK) - w USA Miller był dużo mniej rozpoznawalny - jednak ja nie dawałem za wygraną i postanowiłem pójść dalej. Na jednej z Wawrzynkowych giełd dorobiłem się całego albumu "Double Trouble", notabene też z tego samego 1978 roku, jednak ku memu zaskoczeniu nie było na nim "Darlin' ". Numer poszedł dopiero na kolejny album, uwolniony wraz z początkiem 1979 roku "Falling In Love". Ale nie żałowałem. Bo jak to z przebojowymi singlami, często bywają błędnymi wizytówkami. Frankie miał większe ambicje, niż dostarczanie łatwych piosenek, o biesiadno-rockowym wydźwięku, jak wspomniane "Darlin' ". Facet uprawiał rocka z nasyceniem bluesa, folku i soulu, a niekiedy zupełnie naturalnie potrafił nieźle hardrockowo przyładować.

Poza wieloma płytami podpisanymi z nazwiska, jego talent możemy podziwiać także u kilku niekwestionowanych mocarzy, choćby w partii wokalnej "Still In Love With You" na płycie Thin Lizzy "Nightlife", bądź jako współkompozytora (z Andym Fraserem z Free) numeru "A Fool In Love", który co prawda Miller przygotował na własny album, jednak wkrótce jeszcze lepiej poradzili z nim sobie UFO - na kapitalnym "No Heavy Petting".
Po jego kompozycje sięgali też Bob Seger ("Ain't Got No Money") czy Bonnie Tyler - piosenka "Tears", gdzie z właścicielką "It's A Heartache" Frankie pośpiewał do pary.
Z "Double Trouble" (kwiecień '78) od razu polubiłem hardrockowe "Double Heart Trouble". Jako trzynasto-/czternastolatek niemal padałem z zachwytu. Ale cała płyta imponowała różnorodnością i bogactwem środków. Do dzisiaj lubię, wyścielone dęciakami "The Train", blues/hard rock/r'n'rollowe "Love Waves" czy dostrojone saksofonem, pianinem i jeszcze kilkoma innymi instrumentalnymi smakołykami "Good Time Love".
Nie śledzę obecnych poczynań Szkota, choć wiem, że okazjonalnie nadal tworzy. Być może coś nawet z tego powodu tracę, no ale nie da się z wszystkimi przez całe życie chodzić za rękę.
I tylko z jednego powodu trochę łapię się za głowę, dlaczego nigdy tej muzyki nie pograłem w radio? Ów przypadek jasno dowodzi, ile wciąż przed nami.

Dzisiaj niedziela, a więc jak zawsze zapraszam o 22-giej na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
Do usłyszenia ...

a.m.


sobota, 21 maja 2022

50-tka "demons and wizards"

Kolejna wielka płyta oraz równie niesamowita okładka Rogera Deana. Angielskiego grafika głównie kojarzonego z Yes, ale polecam tego Pana nie tylko wyznawcom topograficznych oceanów, co spacer w szersze spektrum obłędnych jego prac w niezbadanych lądach fantazyjnej prehistorii.
19 maja 1972 roku, to data wydania "Demons And Wizards". Cóż za album! Minęło pięćdziesiąt lat, a ta muzyka wciąż ekscytuje. Genialny i nieodżałowany David Byron. Jeden z moich wokalnych bohaterów tamtych lat. Jego głos, siła i ekspresja, do dzisiaj nie mają sobie równych.
Z przyczyn obiektywnych odkrywałem Uriah Heep z lekkim poślizgiem. Gdy płyta ta złożyła swój powitalny pokłon miałem siedem lat, więc sami Drodzy Państwo rozumiecie.
Nie wiem, czy to ich najlepsza rzecz, bo tych najlepszych mieli kilka. To kwestia bardzo indywidualna. I nie ma się co wykłócać. Każdy ma rację, bez względu, czy ktoś postawi na "Demons And Wizards", inny ktoś na "Look At Yourself", a jeszcze inny wielbiciel na tyciu późniejsze i skandalicznie szerzej niedoceniane "Sweet Freedom". Każda z tych płyt to widok z góry najwyższej. Ja jeszcze wielbię "Abominog". To nawet jedna z moich życiówek. I zupełnie nie dbam o czas tej płyty, że to już dawno po Davidzie Byronie, z zupełnie pomijanym w dyskusjach o grupie Peterze Goalbym.
Do pewnego momentu Uriah Heep grali w rockowej lidze mistrzów, pomimo iż wtedy jeszcze nie obowiązywało takie pojęcie. Nazwę grupy jednym tchem wymieniało się obok Black Sabbath, Nazareth, UFO czy Deep Purple. Naprawdę. Nie wierzycie Szanowna Młodzieży, zapytajcie swoich ojców. No chyba, że ci słuchali Donny Summer, Baccary i Santy Esmeraldy, to nie będą wiedzieć. Wszystkie tamte rock'kapele, jak jedna brać, stanowiły za najwyższą półkę.
Z zespołem przywitali się wówczas, na parę lat basista Gary Thain, a na sporo dłużej perkusista Lee Kerslake - spoczywajcie w pokoju.
Wyborna forma Micka Boxa. Jego gitara wszędobylska. Akordy, plus finezyjne zagrywki, potężne. Podobnie Ken Hensley (też już go z nami nie ma), który niczym drugi lider, zawsze dostrzegalnie asystował Boxowi swą organową maestrią oraz nierzadko akustyczno gitarowymi - palce lizać! - przeplatankami. W dwóch ostatnich numerach płyty mamy tu też trochę jego śpiewania.
Najbardziej rozpoznawalny utwór: "Easy Livin' ". Jeden z tych, co polerował blachę dla rodzącego się pomału heavy metalu. Nie można nie znać. Mus!
Z kolei, prawdziwymi 'jet set' albumu, w mojej opinii numery: "Easy Livin' ", "Rainbow Demon" oraz "The Spell". Ale kocham całość, by nie było.

===========================

wydawnictwa związane z "Demons And Wizards":

x - maj 1972 - album "Demons And Wizards" - #20 UK / #23 US

x - czerwiec 1972 - singiel "The Wizard" (na stronie B "Gypsy") - nienotowany w UK / niewydany w US

x - czerwiec 1972 - singiel "The Wizard" (na stronie B "Why") - niewydany w UK / nienotowany w US

x - lipiec 1972 - singiel "Easy Livin' " (na stronie B "All My Life") - niewydany w UK / nienotowany w US

x - sierpień 1972 - singiel "Easy Livin' " (na stronie B "Why") - nienotowany w UK / niewydany w US

===========================

a.m.


czwartek, 19 maja 2022

odszedł Vangelis

Vangelis
(29 III 1943 - 17 V 2022)

Mamy taki piękny maj, a tu umiera Vangelis. Ech, jak niedobrze. Zasmuciłem się. Nie od umierania tak cudowny w przyrodzie czas.
Od zawsze bardzo Go ceniłem/cenię, a jeszcze bardziej lubiłem/lubię i lubić będę. Tyle dobra, co z jego nutnika wyszło, nie do ogarnięcia na ten jeden krótki o Nim wpis.
Cudowny Człowiek, wybitny kompozytor, sprawca wielu mych muzycznych fascynacji. Jego twórczość to wystrzelona w świat odyseja uroku greckich wysp, wysepek i całego masywu tamtej przepięknej krainy. I tę Grecję zawsze u Niego się czuło, nawet gdy Maestro był poza nią, czy to przyglądając się odkrywaniu Ameryki lub przemierzaniu niebezpiecznej Antarktydy, czy zaglądaniu do czasów Aleksandra Wielkiego bądź, gdy nawiązywał flirt ze światem sci-fi, choćby w takim Łowcy Androidów. Było mu też po drodze, by o istocie sportu i o pięknie rywalizacji, sypnąć paroma niesamowitymi motywami w Rydwanach Ognia, ale i wyrazić operowy wręcz podziw wobec hiszpańskiego malarza epoki renesansu Domenicosa Theotokopoulosa, znanego jako El Greco. Było jeszcze wiele innych rzeczy, czy to z Demisem Roussosem, czy Jonem Andersonem, czy najczęściej bez żadnego śpiewu, a z rękawa fantazji plus aparatury całego tego Jego klawiszowego pałacu. I były też pośród tego wszystkiego płyty, jakie lubię szczególnie: "Voices", "The City", "Direct", plus wspomniane przed chwilą "1492: Conquest Of Paradise" oraz "Chariots Of Fire". Niczego nie ujmując kapitalnej ostatniej propozycji Greka, czym "Juno To Jupiter" - rzeczy inspirowanej misją NASA, a więc wyprawa sondy kosmicznej do zbadania Jowisza. Wspaniały nastrój. Przestrzenny, delikatny, niekiedy na paluszkach, by czasem nie zdenerwować jakiejś asteroidy. Album tak niesamowity, że na jego dźwięk niebo zawsze nabiera gwieździstej czystości. Wyjrzyjcie teraz przez okno. Czyż nie?
Vangelis w błysku swego talentu jak nikt inny fenomenalnie penetrował elektroniczne eksperymenty, niezbadany kosmos, wchodził w przymierze z rockiem symfonicznym, co i nad wyraz często z muzyką ilustracyjną, czytaj: filmową. Chyba każdemu sympatykowi szeroko pojętej muzyki dawał światełko do zainteresowania swoją osobą. Dlatego lubią go wszyscy - i metale, i rockerzy, i odbiorcy tradycyjnych piosenek, co również entuzjaści jazzu lub muzyki klasycznej. Bo to Wielki Ktoś! I na zawsze w sercu mym.

a.m.


jellybean

Wciąż wiosennie. Andy nie tylko na rockowo - żeby nie było.
Po niedawnej wspomince o Living In A Box, teraz mocno przykurzeni Jellybean. Choć Jellybean, to tak po prawdzie tylko jeden facet - John Benitez, plus cały szwadron współpracowników. W tym przypadku włącznie z gigantami, pokroju Pauhlino Da Costa czy Eddie Martinez, ale dostał się tu również syn Franka Zappy, Dweezil.
A zatem, górą jeden zdolny facio, który na własny rachunek wcale za dużo nie nagrywał, ale chętnie produkował i remiksował innych. Oooo, no i w tej materii obciąża go sumienie wobec potężnie wielu prac dla m.in. Paula McCartneya, A-ha, Huey Lewisa, duetu Hall & Oates, Billy'ego Idola i wielości innych.
"Just Visiting This Planet" to najbardziej znane coś spod szyldu Jellybean. Przyjemny, typowo ejtisowy pop, z wpływami latino, funk/soul, a niekiedy też sophisti, z charakterystyczną jak na tamten okres elektroniką, ale też wykwintnymi zagrywkami bas-gitarowymi. Leciutkimi, takimi jakie stosowali dajmy na to Thompson Twins lub Living In A Box, lub dziewczyny pokroju Janet Jackson czy Whitney Houston.
Ta niemal kompletnie nieznana u nas płyta ma w sobie piekielnie dużo fajnego dance'u, groovu i ogólnie pozytywnego kopa. Lecz obawiam się, iż stażowi wyznawcy rocka, których każdego poranka łupie w kościach, kopną tę muzykę w zadek. A niedobrze, albowiem głowę daję, że te same grzybki wyginały się niegdyś przy tej muzyce na domowych imprach, tyle, że wówczas wszystko leciało z magnetofonu i nikt nie szepnął w ucho nazwy do zapamiętania, by jednak za lat trzydzieści pięć prętem o klatkę rozwścieczonego lwa nie drażnić.
Lata lecą, a to wciąż super dicho. Co numer to sztos. Weźmy pierwsze trzy od rozbiegówki: "Little Too Good To Me", "Who Found Who" czy niemal dyskotekowe "Just A Mirage". Na sam ich rytm nic, tylko ładne dziewczyny plus drinki ze słomkami oraz parasolkami. Słodycz życia - taka to muzyka. Kończące stronę A "Am I Dreaming", też cacy, pomimo iż wydawcy nie poczuli jego wartości w przymiarkach typowań na kolejnego albumowego singla. Na szczęście poznali się na otwierającym sajd B "The Real Thing". Tutaj na pewno warknęli z zazdrości ci wszyscy Alexandry O'Neale, Gregory Abboty czy Jermaine'y Stewarty. O takim numerze mogli tylko pomarzyć, a tu proszę, jakiś mało rozpoznawalny brytol, od stóp po czoło czarnuszek Steven Danté, a tak zaśpiewał, że...!
Tych singli połowa albumu. Na osiem numerów, aż cztery się "osiódemkowały".
Przygotujcie uszy na niezłe zamieszanie, czym albumowy finisz. Ośmiominutowe "Jingo" - tak tak, to te same słynne "Jingo" nigeryjskiego Michaela Olatunjiego, które w epoce Woodstocku przerobił zespół Carlosa Santany. Tym razem mamy je na hypnotic/dance'owo, z całą masą wokali oraz gitarami Eddiego Martineza oraz Dweezila Zappy. No dobrze, bo już widzę jak się jeden z drugim czepiają - być może nie jest to sięgnięcie gwiazd, ale i tak smakuje niczym w latach komuny towar spod lady. Wytrawne, że aż chce się urządzić przyjęcie plażowe.
Ach, zapomniałbym - okładka! No jasne, że to ważne. Ostatnio podniosłem takie nazwisko - Norman Moore. To ten projektant od niedawno przeze mnie przywołanych Loverboy i ich albumu "Wildside", i tu koniecznie polecam w konfrontacji z bliźniaczym art design wobec kapitalnej płyty Heart "Bad Animals".
Zawsze wyznawałem zasadę: po okładkach nas poznacie. Było nie było, jestem z pokolenia, kiedy muzykę brało się właśnie po okładce. Okładki wiele podpowiadały. Działała wyobraźnia, podostrzało się do muzyki podniecenie. To wspaniale kształtowało zmysły. I rzadko popełniałem błędy. Dobre oko. Przepraszam za nieskromność, ale zawsze je miałem. Ucho jeszcze lepsze. No, ale ja z czasów, kiedy nikogo nie muliła srajfonowa bylejakość.

Let's dance!

a.m.


stick it to ya

Kolejne retro wiosenne zmagania.
Marka Slaughtera zawsze charakteryzował postrzępiony, zadziorny głos. Był też czas, kiedy blisko mu było do Axl Rose'a. Przez moment nawet w kwestii popularności. Mowa o okresie albumowego debiutu utworzonych przez niego Slaughter - "Stick It To Ya" (kwiecień 1990). No, może nie do końca tylko jego, bo choć nazwa Slaughter sugeruje absolutną własność, to jednak grupa powstała do pary przy ewidentnym udziale basisty Dany Struma, z którym Mark chwilę wcześniej kręcił wianki na drugim longplayu ex-Kiss'owego Vinniego Vincenta "All Systems Go". Ostatecznie Slaughter poszli jednak inną ścieżką niż ekipa Axla i Slasha, tym samym powalczyli o bliższą ich sercu glam-metalową publiczność - od Bon Jovi, poprzez Poison, do Kiss. Skutek niezły, "Stick It To Ya" błysnęło nie tylko na amerykańskich listach, choć tam sprzedało się najlepiej, osiągając nakład przekraczający 2 miliony nośnikowych (nie żadnych tam jutjubowych wyświetleń!) egzemplarzy.
U nas Slaughter nie miało aż tylu wielbicieli, co np. Kiss, Dokken, Mötley Crüe, tym bardziej Bon Jovi. A szkoda, gdyż po upływie lat to wciąż dobre i aktualne granie.
Najlepsze momenty: "Burning Bridges", "Mad About You", "Spend My Life", "You Are The One", "Desperately" oraz blues'metalowy, a nawet w pierwotnej fazie tyciu spokrewniony z "Whole Lotta Rosie" AC/DC - "She Wants More".

Let's rock!

a.m.


=========================

proces wydawnictw względem "Stick It To Ya":

x kwiecień 1990 - album "Stick It To Ya" - nienotowany na listach UK / #18 US

x maj 1990 - singiel "Up All Night" (na stronie B "Eye To Eye") - #62 UK / #27 US
wersje maxisinglowe na winylu oraz CD dodatkowo "Stick It To Ya" /medley/: "Mad Aboiut You"/"Burning Bridges"/"Fly To The Angels"

x sierpień 1990 - singiel "Fly To The Angels" (na stronie B "Up All Night" /live/) - #55 UK / #19 US
wersja maxisinglowa na winylu na stronie B "Loaded Gun", a na maxi CD strona B zawierała "Fly To The Angels" /acoustic version/

x grudzień 1990 - singiel "Spend My Life" (na stronie B "She Wants More") - w Europie nie wydano / #39 US

=========================

środa, 18 maja 2022

73-urodziny Ricka Wakemana

Strawbs/Yes'owy Rick Wakeman obchodzi dziś 73-urodziny. Od razu wszystkiego najlepszego!!! - bym nie zapomniał.
Od rana słucham tylko jego muzyki. Przy okazji wspominam i podziwiam. I aby nie było za łatwo, wcale nie "Sześć żon Henryka VIII" czy "Mity i legendy o królu Arturze...". Dzieła znane i wspaniałe, wiadomo, ale z nimi to już tyle razy, że wszystko na pamięć. To takie albumy, z cyklu: nie muszę słuchać, wystarczy przeczytać tytuły, i już przesłuchane. Słucham więc sobie Wakemana mniej oczywistego, acz wciąż fascynującego.
Odkurzyłem od wieków nietykany kolaboracyjny album "Stella Bianca Alla Corte Di Re Ferdinando" (wydany w 1999), co na nasze przekłada się "Stella Bianca Na Dworze Króla Ferdynanda". Rzecz do spółki z niejakim Mario Fasciano. Nieznanym u nas szerzej śpiewakiem, dysponującym wysokimi wokalnymi rejestrami, zaś dla samego Wakemana niebędącego już wtedy żadnym nowicjuszem. Dziesięć lat wcześniej obaj panowie popełnili wspólną płytę "Black Knights At The Court Of Ferdinand IV", której słuchana właśnie "Stella..." kontynuatorką. Tak dobrą, że postanowiłem w jej temacie słów kilka. W ogóle wstyd, że do dzisiaj nie było jej u mnie na radio - że się wyrażę jak jakiś chicagowski polonus.
Jest tak, Mario Fasciano śpiewa i stosuje elektroniczne instrumenty perkusyjne, a Rick Wakeman przebiera po klawiszach, niekiedy wręcz klawesynowo. Są jeszcze goście, tu przede wszystkim syn Ricka, Adam Wakeman (i tak jak ojciec, gra na klawiszach, ale też zastosował tu wszystkie aranżacje). Podano, że w jednym numerze (a ja słyszę w dwóch) na gitarze Rudolfo Maltese oraz śpiewaczka Aza, pojawiająca się w albumowym finale - "Carcere 'e San Francisco". No i właśnie ten finał genialny. Wokalna potyczka Azy oraz Mario Fasciano. Niby nie opera, a jednak czuć tu wbity w italiański gen neapolitański rozmach. Tak się tym zasłuchuję, że co finisz, to dawaj od początku. Dziwne, że dopiero teraz, wszak kompakt na półce od ponad dwudziestu lat. Ale czasem tak bywa. Do wszystkiego trzeba dojrzeć. A jeszcze posłuchajcie mili Państwo koniecznie "Ariel", "Aria Di Te" oraz instrumentalnego "Romance Napoli". W mej subiektywnej skali przecudowne. Nawet, jeśli to tylko nieskomplikowane, nasączone romantyczną aurą numery. Wszystkie smakują i bez, jak i z wokalem Mario. Niesamowity Wakeman. Kiedy się da, mocno klasycyzujący i jakże włoski. Przynajmniej na tej płycie. Brytyjski bywa wystarczająco dużo na dziewięćdziesięciu procentach innych swych albumów.

"Stella Bianca Alla Corte Di Re Ferdinando" to przepustka do lepszego świata. Spokojniejszego, kolorowszego, bez całej dzisiejszej nachalnej telekomunikacji i ryku silników. Melodie tak piękne, że aż wstyd byłoby je wyprowadzać na smyczy. No właśnie, w tej muzyce słychać wolność i miłość. Nawet, jeśli wszyscy królowie w mniejszym lub większym stopniu bywali zwykłymi bandziorami. Różniły ich herby, flagi i posiadane ziemie, ale rzadko "intencyjność".
Czarująca płyta, niech się więc kręci. I Wy też dajcie nią czadu. A jeśli komuś będzie mało, to może w dniu tak uroczystym niech nasz Jubilat ekstra pofortepianuje na równie ekstra instrumentalnym albumie "Country Airs". To też śliczne coś. Dwukrotnie zresztą realizowane. Ten pierwszy raz miało się w 1986 roku, by sześć lat później Maestro dokonał re-recorded, bo chyba nie był z pierwowzoru dość zadowolony. Poza tym, dograł jeszcze parę nowych, w tym samym duchu tematów, stanęło więc pretekstem ponownego wydania "Country Airs".
"Country Airs" to album pianistyczny, o niemal Chopinowskim rozmachu. Słychać tu Polskę, pomimo iż krajobrazuje on raczej brytyjskie wsie. Ich wiejskie wonie, strumyki, pola, polany, okoliczne parki, laski, lasy. Muzyka pełna romantycznych uniesień, ewidentnie podkradająca ze znajomych nam mazurków, polonezów czy nokturnów. I to taki Wakeman na dziś. Na szczęśliwe jego urodziny i mój dla jego dokonań podziw.

a.m.

 

wtorek, 17 maja 2022

cyrk

Już tak mam, nie oglądam żadnych opolo/sopotów czy innych eurowizji. Skrywam na nie wszystkie w swym krwioobiegu stabilny od lat tumiwisizm. I co mi zrobicie? Wszystkie tego typu imprezki stanowią marnowanie czasu, no i są brakiem wiary w siebie, że jednak stać nas na lepiej.
Nie wiem, po kiego ta Eurowizja. Naprawdę coś tak zblazowanego jeszcze kogoś obchodzi? Czy tylko tych wszystkich z łapanki dowiezionych do wyznaczonej hali koncertowej band piszczących dzieciaków. A tam tak kolorowo i uśmiechnięcie, że aż nieprawda. I to już na wstępie powinno dawać do myślenia. No bo, gdzie się w dzisiejszym świecie tak do nas pindrzą? - ani w osiedlowej przychodni, ani w smutnej aptece czy strudzonym i zabieganym spożywczaku, a już tym bardziej przy jakiejkolwiek kasie rozpędzonego hipermarketu. A tu raptem uśmiechają się wszyscy. Do tego błyszczą brokaty, biją po oczach flesze, a wszyscy przedstawiciele poszczególnych komisji z entuzjazmem wzajemnie się pozdrawiają i jeszcze punkty co większym sympatiom przydzielają. No chyba, że ktoś się pomyli i zapomni w rewanżu. Sprawa na linii Polska-Ukraina / Ukraina-Polska obrosła niesmakiem po tym, gdy my im cacy notę, a oni ponoć w rewanżu dali niezłą dychę (na dwanaście możliwych), tyle, że po drodze ta dycha gdzieś się zapodziała. Mówię Wam, ewidentnie ktoś podpierniczył. I co teraz? Słyszę dookoła wielkie oburzenie. Należało się nam - wszyscy gromią. Bo przecież my im, to i oni nam. Powinno pójść dyplomatycznie podług dobrego zwyczaju: wizyta/rewizyta. Wiecie co Kochani, a ja myślę, że tu nie o tę dychę czy inny numer idzie, a raczej o to, iż w ogóle zapomniano, że to konkurs piosenki był, a nie polityczne wzajemne poklepywanie przed wkurwionym Putinem.
Tak mnie ostatecznie zamuliło, że sam już nie wiem, która piosenka najlepsza. No, ale na szczęście ja się nie znam, więc niech decydują ci co się jednak znają. Od takich festiwali twardym łańcuchem trzyma mnie z dala cała masa lepszych, nie ukrywajmy tego, prawdziwych ekspertów. Bo okazuje się, że bez walki wiadomym było, kto wygra. Nic do tego faktycznej najlepszości, tak też wygrała na rap/ludowa-napierdalanka z Ukrainy. Wygrała i już. Oczywiście w dobie wojny i uciemiężenia narodu ukraińskiego trzymam za ten naród kciuki, no ale żeby aż tak. Wszystko w ciemno i bez popitki? Okay, milutko, że sobie wygrali. Cieszę się, gratuluję. Życzę Ukrainie zwycięstwa z najeźdźcami, ale tu mi oznajmiono, że ci wygrali muzycznie. Jest taka potrzeba chwili, ma być solidarnie, więc choćby tegoroczni triumfatorzy wyłożyli nawet wiśta wio piosnkę w punkowych rytmach calypso, wygraliby, choćby nie wiem co. W takim układzie, po kiego wszyscy inni, po co ta cała zabawa, jeśli od początku pewnikiem stała wygrana naszych południowo-wschodnich sąsiadów? Przecież nie trzeba uszu stroić, by wychwycić, że ta ich piosenka to niekwestionowany syf straszny był. Proszę nie kiwać, że było inaczej.
Na podstawie obejrzanego, wzrosło tylko we mnie jeszcze większe przekonanie o archaiczności tej imprezy. A ja wreszcie się ugiąłem, pooglądałem, pokibicowałem, aż naszło mnie dość na kolejnych dwadzieścia lat.
Cała ta Eurowizja to skostniała impra o przelewającym budżecie, zupełnie bez wpływu na losy muzyki. A jeszcze ci komentatorzy. Kogo oni tam w tym TVP mają - o ja pierniczę. Marek Sierocki - kompletnie zapomniałem, że jest ktoś taki. Głowę bym dał, że jest już w wieku predysponującym do podlewania grządek w przydomowym ogródku, a po tejże rekreacyjnej czynności, gdzieś w zacisznym domowym kąciku, przy rytmach wielbionego italo disco popija gorące cappuccino. Chyba nie znam większego nudziarza od muzyki.
Z tego wszystkiego, co z przekonaniem oznajmiam, jedynym dobrem tamtego wieczoru było to nasze "River". I nie mówię z pozycji patrioty, bo kiepski on ze mnie. Flag nie wywieszam, na pochody nie chodzę, ulicznego baseballa też nie uprawiam. A to, że "River" nie wygrało konkursu, no cóż... Widać piosenka przerosła jury i oczekiwania drącej ryja publiczności. A tu piosenka z aranżem, potrzebną wobec sceny choreografią, niebanalną, a nawet nie bójmy się - bardzo ładną melodią. A co istotne, z pasją zaśpiewaną. Brawo wnuku słynnego Pana Wiesława, Krystianie Ochmanie. Tak trzymaj, ćwicz język dziadów i pradziadów, a i chwal nasze imię, gdziekolwiek Cię poniesie. Nie pamiętam, kiedy i czy w ogóle mieliśmy tak dobrą piosenkę na ten z założenia coroczny - o ile jakaś zaraza się nie wedrze - muzyczny cyrk.

a.m.