sobota, 14 stycznia 2023

the winner takes it all

Drugi album Beverley Craven - "Love Scenes" - cudnie zaśpiewany i na całej linii podobnie namiętny, co wydany trzy lata wcześniej jej fonograficzny debiut, zatytułowany po prostu "Beverley Craven". A jednak, tym razem bez kolejnych "Promise Me" czy "Holding On". Nic to, nie przejmujmy się, w nagrodę zjawiskowy finał, czym przeróbka "The Winner Takes It All" Abby - z gitarowym solo Jeffa Becka. Beverley przeniosła tę piosenkę z ramion rozpadu uczuciowego związku na ciepły grunt miłości. A przecież to nadal ten sam dawny tekst.
Wybór talentu Jeffa Becka niedziwnym krokiem, skoro cały album wyprodukował ex-basista i okazjonalny wokalista Yardbirds, Paul Samwell-Smith. I dla tego fragmentu każde pieniądze. Nie ujmując Beverley nic z pozostałych piosenek, w tym np. "Love Is The Light", gdzie notabene Jeff Beck w podobnie ekscytujących ślizgach po gryfie.
Nie będzie tego jutro u mnie na radio, ale od czego ten blog, robiący za częsty do mojego FM załącznik. 

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

yardbirds

Kontynuując Jeffa Becka... tym razem The Yardbirds. Krótka doczesność grupy, a ile się wydarzyło. Trzej gitarowi wirtuozi. Wszyscy na starcie wielkich karier. Najpierw Eric Clapton, pod koniec Jimmy Page, a cały długi środek Jeff Beck. I to z nim wszystko, co najlepsze. Prosty, acz jak na tamte lata hałaśliwy rock, z bluesem i psychodelią w tle. Wszystko zdarzyło się w latach 64-67, w okresie dominacji Beatlesów oraz siedzących im na ogonie The Rolling Stones, The Animals, The Kinks i paru pomniejszych.
Niezły album "For Your Love", z trzema solówkami Becka (tu jeszcze supremacja Claptona), w tym kapitalne "I'm Not Talking". Jeszcze w tym samym 1965 roku super płyta "Having A Rave Up With The Yardbirds". Strona B z Claptonem, natomiast A z Beckiem. I to ta właśnie odsłona należy do moich ulubionych - m.in. genialne: "Heart Full Of Soul", "The Train Kept A-Rollin' " czy "Still I'm Sad". Bez tej muzyki świat rocka biegałby bez gaci.
Jeszcze album "Roger The Engineer". Tutaj Jeff Beck bezkompromisowo zaznacza się na całości, zaś w "The Nazz Are Blue" prowadzi główny wokal.
Nie odrywam się, słucham dalej ... 

P.S. Ktoś powie, a co to za okładka, ta "Birdland"? To reaktywowani na moment Yardbirds i płyta z 2003 roku. M.in. nowe wersje "Shapes Of Things", "I'm Not Talking" czy "For Your Love". Jeffa Becka wypatrzymy w "My Blind Life", ale dostąpimy też w gościnie parę innych, nie Yardbirds'owych nazwisk, co Steve Vai, Slash, Brian May, Steve Lukather ...

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

four wheel drive

Przedwczoraj umarł Robbie Bachman - perkusista Bachman-Turner Overdrive, także ich współzałożyciel.
Robbie to brat słynniejszego Randy'ego, lidera formacji, jej wokalisty, gitarzysty oraz kompozytora. Robbie miał jednak w twórczość tych Kanadyjczyków pewien ekstra, nieoceniony wkład, otóż zaprojektował logo BTO. Kapitalne, ozdoba paru okładek.
Wciąż odczuwam żal po odejściu Jeffa Becka, a tu, teraz, masz ci los. Kruche to życie i dla wielu zamyka się przedwcześnie.
Bębny Robbiego napędzały wiele wspaniałych, klasycznych już dziś hardrockerów BTO, z "You Ain't Seen Nothing Yet" na czele. W ogóle wspaniały zespół, ale co będę się powtarzać, dopiero o tym pisałem, a jeszcze niedawno parę numerów wystąpiło na moim FM.
Grupa w pierwszych trzech/czterech latach postępowała ciężko, ostro, jednocześnie przebojowo. Niesamowitej jakości gitarowe riffy, mocne bębny oraz szorstkie wokale Randy'ego plus drapieżne Freda Turnera. Muzyka wciągała się sama, nie tylko przez nos.
Na dzisiaj czwarty longplay BTO "Four Wheel Drive", wydany w 1975 roku. Następca najsłynniejszego "Not Fragile" (1974). Równie dobry, choć niemający w swych szeregach kopii "You Ain't Seen Nothing Yet", za to następców "Rock Is My Life, And This Is My Song" czy "Roll On Down The Highway", w całym mym zapewnieniu: nie brakuje! Przede wszystkim kapitalna strona A. Tutaj wszystkie cztery numery fantastyczne, z naciskiem na trzy ostatnie: zaczynające się niewinnie, lecz w pewnej chwili eksplodujące "She's A Devil" - z wypluwającym płuca Fredem Turnerem: "ona jest diabłem, jest boska, a ja płonę". Po nim następuje singiel "Hey You" - znowu kapitalny numer, tym razem z wokalem Randy'ego, no i jego nawiązaniem do wspomnianego "You Ain't Seen Nothing Yet". Mamy tu zatem trochę charakterystycznych, wówczas od niedawna rozpoznawalnych 'zacinek', w sensie znajomego z tamtego numeru jąkania, plus arcychwytliwą melodię. Rzecz płonąca aluzją do prześmiewców Randy'ego, którzy jeszcze do niedawna nie dawali w niego wiary, że ten graniem r'n'rolla odniesie sukces. Tak się gra zazdrośnikom na nosie. No i jeszcze finał pierwszej części płyty, kompozycja "Flat Broke Love". Kolejna na piątkę z wykrzyknikiem. To znaczy, na piątkę za mojej edukacji, ponieważ teraz skalę ocen maksymalizuje 'szósteczka'. Pozwalam sobie, pomimo, iż nie znoszę tych wszystkich wykwintnych ugrzecznień w naszym języku. Szlag mnie trafia, gdy podczas opowieści o kulinariach, a szczególnie podczas dawania rad oraz przepisów, najczęściej nasze panie (spokojnie, nie jestem mizoginem, gdyby co), ale niektórzy faceci także, używają: masełka, szyneczki, cebulki, zupki, rybki, chlebka, itp... Wkurwia mnie to strasznie. Oj tak, zdecydowanie. Nawet nie wkurza, ani nie wprowadza w stan lekkiego poddenerwowania. I dopóki nie pojawił się w Cracovii piłkarz Kapustka, to również i to warzywo w owej złagodzonej formie, lekko mówiąc, też rozstrajało mój układ nerwowy. Drodzy Panowie, do Was teraz się zwracam, z kumplami nie umawiamy się na wódeczkę, tylko na wódę!
Wracając jednak na omawianej płyty łono, numer "Flat Broke Love" również zaczyna się jakby znajomo. Czuć tu przyjemną spaleniznę po tytułowej brzytwie z poprzedniego "Not Fragile". Ponownie gardło strzępi Fred Turner. Prima mi się go słucha, szczególnie w szczerym wyznaniu: "cóż, jestem miłością, która jest spłukana".
Drugą stronę (koniecznie nie przegapiając "Lowland Fling") dosłuchajcie Szanowni Państwo bez mojej ingerencji, już w pojedynkę, w czterech ścianach, albo, jeśli ktoś woli, może być w przydomowym ogródku. Wtedy najlepiej na cały regulator, jako, iż na bank Waszym sąsiadem jakiś 'zenkowy' degustator. 

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

piątek, 13 stycznia 2023

blow by blow + wired

Właśnie dowiaduję się o śmierci Robbiego Bachmana, brata lidera BTO Randy'ego. Robbie był perkusistą w pazurem rockowych Bachman-Turner Overdrive. Niedawno na moim FM było nieco ich muzyki, a także o paru albumach na blogu. Polecam!
Coś wadliwe te ostatnie stycznie, jakby się żniwiarze zmówili. Nawiedzonemu smutno tak rozpoczynać rok.

A ja wciąż słucham Jeffa Becka. Po "Flash" oraz "Jeff Beck's Guitar Shop", tym razem dwa jego jazz/fusion/rockowe, co jednocześnie instrumentalne albumy z serca lat siedemdziesiątych: "Blow By Blow" oraz "Wired". Oba multi docenione przez 'znawców-krytyków' i zdawkowo jedynie lubiane, a raczej tolerowane, przez 'nieznawców-fanów'. Na pewno, po jeszcze niedawnym The Jeff Beck Group, był to szok. Zadziorny hard rock/blues, z Rodem Stewartem na wokalu, ustąpił miejsca znacznie bardziej 'eleganckim' po gryfie szlifom, na które w tym modnym w tamtych latach nurcie Maestro miał ochotę. Oba dzieła wyprodukował Beatles'owski George Martin. Chociaż, akurat "Wired" już nie w pojedynkę, a z Chrisem Bondem oraz bardziej rozpoznawalnym Janem Hammerem. To było czarne granie przełożone na biały grunt, gdzie wygenerowane taneczne rytmy, redukowała od razu rozpoznawalna, doprawiona na jazz/rock gitara Becka. Trochę irytowały okazjonalne syntezatory, lecz ku rekompensacie sprawę ratowały tradycyjne instrumenty klawiszowe, a niekiedy jeszcze fajniejsze elektryczne pianino.
Na co dzień nie klękam przed takim graniem, jednak te dwie płyty uważam za całkiem okay. Lubię ich sobie przynajmniej raz do roku posłuchać. Nie upiększają mojego świata, nie wzmacniają w chwilach głębokiej potrzeby, ale dobrze się przy nich drinkuje i dyskutuje z zaprzyjaźnionym bractwem o muzyce.
Jeff na tacy wykłada potężny wachlarz pomysłów. Dzisiaj się to zwie: kreatywność. Trudno opisać wszystkie jego techniki oraz ujawnione tajniki. Każdy utwór to odrębna historia w objęciach jednego gitarzysty.
Z ciekawostek, m.in. dwa podarowane przez Steviego Wondera na "Blow By Blow" kawałki: "Cause We've Ended as Lovers" (z dedykacją dla jednego najulubieńszych bluesmanów Gary'ego Moore'a, Roya Buchanana) oraz "Thelonius". Na tej samej płycie jeszcze kompletnie odrealniony cover Beatlesów "She's A Woman", z jakimś vocoderowym śpiewaniem. Coś dla odważnych, a może oznaczających się największą tolerancyjnością?
O rok późniejsze, nominowane do Grammy "Wired", oznaczało się podobnym graniem i o pół centymetra bogatszym brzmieniem. Ponownie trochę materiału obcego, ale już bez niepokojenia Beatlesów, za to bliższym ustalonych w tym czasie norm, kawałkom Narady Michaela Waldena (ostatnio nawet muzyka Journey!) czy Charlesa Mingusa. Znowu jazz/rock, a momentami zdecydowanie jazz/fusion. Można sobie zasmakować różnych kolorów gitary Jeffa, z niekiedy cudownego grania w ramach koszmarnych kompozycji. Zresztą, ten pierwszy czynnik, staje obroną wobec obu tych płyt.
Ponownie niesamowity Jeff!

a.m.

 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

guitar shop

Na dzisiaj Jeff Beck "Jeff Beck's Guitar Shop". Rocznik 1989. Płyta całkowicie nie w moim guście, za to ze wspaniałą okładką. Najlepszą z wszystkich Beck'owych. No i klasa muzycy. Trzeba przyznać, skład cięty, ale konkretny. Na syntezatorach oraz innych klawiszach, były współpracownik Cream'owego Jacka Bruce'a, Tony Hymas, a za bębnami Terry Bozzio - uznany gracz, mający na koncie, choćby współpracę z grupą UK czy Frankiem Zappą.
Trudno mi wyczuć, skąd wziął się tu lepszy sukces komercyjny od wcześniejszego albumu "Flash". Czyżby magia samego nazwiska, a może wyróżniona przeze mnie okładka?. Nie bardzo chce mi się wierzyć, że ta przekombinowana, niekiedy dziwaczna muzyka, tak rozbujała tłumy. Być może podziałało kolejne Grammy. Tym razem zagarnięte, nie za jakiś pojedynczy detal, a całokształt dzieła.
Całość instrumentalna, niekiedy tylko z melodeklamowanym tłem, a może rapowanym?, jak w ostatecznie okropnym "Day In The House". Wytwór oparty na roztańczonych syntezatorach, w które Beck wbija a'la heavymetalowe riffy. Taki keyboardowy rock. Kompletnie nie na moje uszy.
Stylistycznie, czego tu nie ma, jakiś reggae rock, heavy jazz i różne tym podobne cuda niewidy. Jednymi słowy, mamy tu w nowoczesnej konwencji rozwinięcie grania zapoczątkowanego na powszechnie uznanych albumach "Blow By Blow" oraz Wired". Niestety, o wiele mniej interesujące.
Trzymam tę płytę trochę dla okładki oraz drugie trochę wobec lubianej gitary szefa tego przedsięwzięcia. Reszta to typowy leżak na półkę. Do posłuchania, co najwyżej nastrojowe "Two Rivers", ewentualnie maksymalnie spowolnione i wyciszone "Where Were You".
Jedno pewne, nawet na tak przeoranej repertuarowo płycie, od razu czuć, że jej lider to Wielki Ktoś. 

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

flash

Jak na ilość wyróżnień, w tym Grammy za numer "Escape",  jest to jedna z tych raczej średnio sprzedanych płyt Jeffa Becka. Niepojęte, przecież taka fajna. Szczególnie pierwsza strona. I wcale nie tylko chodzi o osławiony, a zaśpiewany przez Roda Stewarta cover Curtisa Mayfielda "People Get Ready". Klasa teledysk. Kto pamięta, bez jutjubowej podpórki? Najlepszy moment, kiedy pod koniec Jeff wpada w namiętne solo. Od zawsze mnie ruszało. Trzymam w pamięci z dawnej niedzielnej Wideoteki, jaką w porze poobiedniej serwował Krzysztof Szewczyk. Czekałem na ten program z podobnym zniecierpliwieniem, jak na: idźcie, ofiara spełniona.
Samych inżynierów dźwięku dobra dziesiątka, natomiast w gościnie muzyków, co wszelakich niegrających 'ważniaków' więcej, niż pielgrzymów w Wielkanoc na Górze Kalwarii.
Jeff Beck nawet zaśpiewał, ale tylko w dwóch kawałkach. Głównie zajął się grą przeróżnymi technikami, stylami oraz brzmieniami. I jak zawsze, dobrze się bawił.
Wspomniane na wstępie instrumentalne "Escape", to kompozycja Jana Hammera, przez niego zresztą opatrzona elektroniką. Trochę klimat Miami Vice, no ale to był ten czas. Cóż za cudowne, namiętne granie naszego gitarowego guru. Niemal wymarzone tło pod niejedną hollywoodzką produkcję tamtych lat.
Zawsze kręcił mnie hałaśliwy, trochę bombastyczny numer Arthura Bakera "Gets Us All In The End" - przede wszystkim bardzo dobrze zaśpiewany. A zaśpiewał Jimmy Hall i chór z nim. Większość wielbicieli Becka go nie znosi. Podobno nazbyt popowy i czytelny. A ja lubię, bo ten refren jakby meatloaf'owy. A propos Klopsika, za tydzień pierwsza rocznica, jak go brak. Ach, te stycznie.
Skoro obiecywałem, że strona A w dechę, to jeszcze pozostał nam otwieracz, numer "Ambitious". Kompozycja Neila Rodgersa, tego od Chic. Zresztą, połowa tego albumu to jego kompozytorskie sprawki. I ponownie na wokalu Jimmy Hall, lecz rytmy zgoła odmienne. To już nie brawurowy pomp rock, a konglomerat rocka, soulu i dance. Dla wielbicieli gothic rocka muza z dykty, dla innych świeżo wypalona cegła. 
Strona B nieco pierwszej ustępuje, ale i na niej nie zabrakło efektownych gitarowych wianków, co również głosu Mistrza w dwóch numerach: "Get Workin'" oraz "Night After Night".
Dla wielu moich kumpli płyta na straty, dla mnie od początku fajne coś!

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



czwartek, 12 stycznia 2023

nie żyje Jeff Beck

Niespodziewanie, niemal raptem odszedł Jeff Beck (jakieś bakteryjne zapalenie opon mózgowych) - genialny gitarzysta, jeden z najlepszych w historii. Wywarł na wielu ogromny wpływ i nadal wywierać będzie. Był pionierem wielości technik gry, fuzów czy innych dźwiękowych zdeformowań. Jego gitara śpiewała, gdy trzeba było łkała, innymi razy echo-frazowała, po prostu Jeff grał całym sobą - ciałem i duszą.
Obiecuję na niedzielę duuużo z Nim wspaniałości. Już mam niedoczekanie. Posłuchamy zarówno, z niekiedy solidnie do dzisiaj zakurzonych płyt, co i tej ostatniej -"18" - którą nagrał do spółki z Johnny'ym Deppem. Poza dwoma numerami, mamy tam same przeróbki - m.in. ze śpiewnika The Beach Boys, Marvina Gaye'a, Johna Lennona i paru innych. Ale, po co ja to piszę, przecież słuchaliśmy, kiedy płyta była jeszcze gorąca. Właśnie ją sobie nastawiłem. I brzmi jeszcze lepiej, a z racji zaistniałej okoliczności, nawet dostojniej.
Zerknijmy na płytowe półki, przejrzyjmy nasze kolekcje, ileż tam solo płyt wielkiego Jeffa, a i tych, na których zaznaczył się jako special guest - m.in. u Rogera Watersa, Joe Cockera, Kate Bush czy Jona Bon Joviego. Jest też w dwóch numerach na ostatnim Ozzy'ym. A przecież dochodzą jeszcze Yardbirds, The Jeff Beck Group i parę innych tematów. Sporo tego. Niech zatem wszystkich dziś namówią nasze Panie do wspólnego posłuchania. Pozwólmy płci pięknej zadysponować, które włączamy CD lub winyle. Jeff Beck też bywał szarmancki. Idźmy więc jego savoir vivre'owym tropem.
Dzięki Jeff! Wielki, nieoceniony geniuszu sześciu strun. Twoje dobre imię opromieniać będę.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"