sobota, 28 marca 2020

czarny chleb, czarna kawa, czarna godzina

Koronawirus, najczęściej używanym słowem w ostatnich kilku tygodniach. Wzbiło się ono nawet ponad "sex" bądź "money". Traumatyczne dla tych, którzy nie dostrzegają innych wartości.
Zaczęła się pandemia strachu i niepewności o jutro. Co niektórzy wciąż jeszcze wierzą w zapewnienia rządu i orędzia prezydenckie. Przyjmując za dobrą monetę ich zatroskane wystąpienia, jednocześnie dając wiarę w deklaracje o silnej gospodarce. A przecież minister zdrowia Łukasz Szumowski, jeszcze niedawno, bo w środę 29 stycznia br., na łamach Głosu Wielkopolskiego zapewniał, że koronawirus nie jest tak śmiertelny jak Ebola. Ło Matko Tereso, ciekaw jestem, czy nadal jest o tym przekonany. Jeśli jego zapewnienie ma taką moc, co naczelnego finansisty Adama Glapińskiego o wystarczającej ilości kasy w państwowym schowku, to faktycznie śpijmy spokojnie. I tu jest słuszność, wszak tych kilka blankietów zawsze można dodrukować.
Zastanawia mnie, jak zdmuchnąłby się ten nasz domek z kart, gdyby przyszło w kraju ogłosić jednak stan klęski żywiołowej. O sensie wyborów prezydenckich nawet nie wspomnę, ufając w naszą inteligencję oraz wrażliwość. Skoro weszło rozporządzenie o ograniczeniu swobód obywatelskich, to śladem za tym Państwo Polskie powinno wziąć na siebie nasze finanse. Jeśli Państwo zakazuje pracy, zamykając gałęzie handlu czy usług, musi dźwignąć los ludzi pokrzywdzonych. Wszystkich, bez wyjątku. Nie tylko więc samych przedsiębiorców, ale też ich praco-/wyrobników. Dobrze byłoby więc, gdyby rządzący nie tracili słuchu wobec narodu. Mistrzem propagandy, bezkonkurencyjny premier Morawiecki. Jego retoryka przypomina mównice dawnych partyjnych dygnitarzy. To jest dokładnie ten sam przekaz, ta sama pewność siebie, a i też przekonanie, że wszyscy po drugiej stronie to idioci. W takich chwilach przypomina mi się Ferdek Kiepski, który nie wytrzymując, pewnego razu zapytuje dziwnie zachowującego się Mariana Paździocha: czy pan jesteś nietrzeźwy czy może pod wpływem alkoholu?
Zamiast więc tego pana w śmiesznych okularkach, jak i tego, dla którego jedynym azylem długopis, wolę posłuchać wszelakich doktorko-profesorków, bo ci przynajmniej mądrze gadają. Nie tylko książkowo, a przede wszystkim wedle życiowych doświadczeń. Bogatych, podkreślę. Bo, jeśli przez całe życie przybijasz piątki wszelakim wirusom, dobrym czy złym bakteriom, dostrzegasz różnice pomiędzy. Dostrzegasz jednakowoż, kto traktuje cię serio, a kto wali głupa twoim kosztem. Dlatego słucham uważnie wszystkich tęgich głów, które jak spod szablonu wszystkie w telewizorze na tle książkowych biblioteczek. Jak do tej pory nie widziałem jeszcze nikogo, kto za plecami poszczyciłby się nieprzebranymi zbiorami kompaktów lub winyli. A szkoda, oznacza to bowiem, że niewielu ludzi słucha muzyki, a jeszcze mniej jest nią jakoś szczególniej zainteresowanych. Do zainteresowanych zaliczam penetratorów i posiadaczy płyt, strumieniowcy mogą sobie jedynie podłubać w nosie. Albo... I tu wyhamuję, by nie zanieczyszczać naszego pięknego ojczystego.
W najbliższą niedzielę "tradycyjnie" zabraknie na żywo Nawiedzonego Studia. Jakieś tam będzie odtworzone z taśmy. Nie wiem jakie, nie dopytywałem, nie bardzo mnie obchodzi i nieszczególnie też zachęcam. Obchodziłoby mnie, gdyby miało dojść do wydania na żywo. Przeszłość natomiast pozostawiam historykom bądź analitykom.
W radiowym archiwum nie będzie więcej, jak cztery ostatnie audycje (tyle, ile wymaga Krajowa Rada Radiofonii), więc do znudzenia w najbliższym czasie rotowane będą te cztery, dopóki znowu nie zacznie się prawdziwe radiowanie. A tak swoją drogę, szkoda, że moja Afera nigdy nie pokusiła się o jakąś biblioteczkę, o jakieś radiowe przepastniejsze archiwum. Przecież w taki właśnie sposób tworzy się historię. Żadne to dzisiaj koszty, a i miejsca jeszcze mniej. W obecnych realiach można by w eter zapuszczać audycje sprzed dziesięciu czy nawet dwudziestu lat, co ostatnio zręcznie czyni choćby taki telewizyjny Canal+. Z racji braku wydarzeń na żywo, stacja emituje archiwalne mecze, a nawet programy, typu "Liga Plus Ekstra". Jak ostatnio zaprezentowane jej wydanie z 2001 roku. Taka okazja może nie nadarzyć się już nigdy (i oby!), lecz skoro nastał taki moment, przechowywany w szpargałach materiał wydaje się jak znalazł. Widz otrzymuje garść retrospekcji, którą na taki kryzys, na obecną prawdziwą czarną godzinę, powinien mieć każdy tv/radiowy wydawca.

P.S. Nie dajcie się zastraszyć. Wyjdźcie na powietrze. Polecam myślenie: not stay at home. Nie róbcie zgromadzeń, rzecz jasna uważajcie na siebie, ale przede wszystkim chłońcie wiosnę. Nie dajcie jej sobie odebrać.



Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




piątek, 27 marca 2020

RUSS BALLARD "It's Good To Be Here" (2020)









RUSS BALLARD
"It's Good To Be Here"
(BMG) 

***1/2







Nowe dzieło byłego gitarzysty oraz jednego z dwóch wokalistów prog-psychodelicznych Argent gotowe było do pobrania strumieniowego już przed pięcioma laty, jednak dopiero niedawny kontrakt - wymyk z marginalnego UMU Music ku konkretnemu wydawcy, jakim BMG - umożliwiło opublikowanie go na nośnikach fizycznych - do wyboru winyl lub CD.
Russ Ballard to niesamowicie utalentowany jegomość. Kiedy u boku Roda Argenta (w jego Argent), w pewnej chwili zorientował się, że jest jeszcze zdolniejszym od swego szefa kompozytorem, a do tego całkiem sprawnym grajkiem plus równie niezłym wokalistą, postanowił zadziałać w pojedynkę. I była to świetna decyzja. Bo, o ile jeszcze debiutancki solo album "Russ Ballard" wydawał się tylko niewinnym krokiem w upragnioną samodzielność, przynosząc w zasadzie jedynie skromny przebój "I Don't Believe In Miracles", o tyle dwa lata późniejsze "Winning" objawiło światu prawdziwy jego talent. Mistrzunio poczuł się pewnie, wszystko perfekcyjnie skomponował i zaaranżował, a o produkcję uśmiechnął się do brata Steve'a Winwooda, Muffa. Cenionego w branży realizatora, który niebawem wyprodukował albumowy debiut Dire Straits.
"Winning" dostarczyło trzy mocne przeboje, tytułowe "Winning", które nawet kilka lat później wziął na ruszt Carlos Santana, balladę "Just A Dream Away", którą na potrzeby filmu "McVicar" porażająco zinterpretowała główna jego postać, wokalista The Who, Roger Daltrey, zaś trzeci numer obowiązkowo powinien znać każdy fan hard rocka - to "Since You Been Gone". U schyłku 70's przerobili go Rainbow. Wydarzyło się to podczas epizodu grupy z drącym się niczym na porodówce Grahamem Bonnetem. Skoro o Rainbow mowa, warto pamiętać, iż nieco późniejszy, a jednocześnie subtelniejszy singer Tęczowych Joe Lynn Turner, także pośpiewał Ballard'owe i nie mniej chwytliwe "I Surrender". Kapitalny kawałek, którego jak wiemy, naczelny kompozytor nigdy nie nagrał na żadnej ze swoich płyt. W tym miejscu mógłbym nawet rozwinąć wątek kompozytorskich dokonań Ballarda, czy to względem Fridy, Agnethy Fältskog bądź grupy America, jednak zupełnie na drugi plan zeszłaby nam najświeższa propozycja Mistrza. A przecież, pomimo blisko siedemdziesięciu pięciu wiosen, nasz bohater wciąż ma się świetnie. Wystarczy również spojrzeć na okładkę.
Zaistniałe "It's Good To Be Here" Ballard zdziałał niemal w pojedynkę. Całość odśpiewał, obsłużył gitary, bas, pianino, organy, perkusję, a nawet do kilku fragmentów wmontował smyczki. Ku okazjonalnej pomocy stanął tu jedynie syn Russa, Christian, który tu i ówdzie pobębnił.
Otrzymujemy trzynaście kompozycji - jedenaście premierowych plus nowe wcielenia "Since You Been Gone" oraz podarowanego niegdyś grupie America "You Can Do Magic". Pamiętajmy, iż dzięki Ballardowi, America dorobiła się jednego z najlepszych przebojów w swojej długiej karierze. Oba te sędziwe, lecz ku przewrotności także na swój sposób premierowe przecież kawałki, ulokowano na albumowym finiszu, gdzie wydaje się ich słuszne miejsce. Swoiste z nich ciekawostki, kameralnie oprawione (głównie na pianino, gitarę akustyczną + smyczki), w istocie nieco zionące nudą. Szczególnie, jeśli przywołamy na myśl ich żywiołowe pierwowzory. Dobrze, że Ballard powstrzymał się od większej dawki podobnej tonacji emerytalnego muzykowania. Cała zabawa rozbija się więc o pozostałych jedenaście, wolniejszych lub dynamiczniejszych, acz zdecydowanie jednak rockowych piosenek. Tak drodzy Państwo, Ballard nie zdziadział, on wciąż dzielnie porusza się po zabrudzonych akordach, wykazując równie stabilną wyobraźnię. Pod tym względem maestro staje dowodem, że jeśli rocka nosi się w sercu, upływający czas nie ma znaczenia.
Nie potrzebuję szklanej kuli, by płycie przepowiedzieć dobrą prasę oraz poklask obfitej i od lat wiernej widowni. Zainteresowanie planowanymi na najbliższy czas koncertami tylko zdaje się potwierdzać me słowa. Większość zakontraktowanych występów zostało wyprzedanych, lecz pandemia koronawirusa zmusiła do ich odwołania lub przesunięcia w czasie.
Przynajmniej połowę "It's Good To Be Here" zdobią kompozycyjne złote zgłoski. Weźmy otwierające całość "My Awakening", bądź jeszcze chwytliwsze dwie następne: "Time Machine" oraz "Kickin' The Can". W tym ostatnim koniecznie zaobserwujmy zainstalowaną w końcówce ekstra organową paradę, gustownie wspomaganą wokalnymi skandami oraz chwilami gitarową wirtuozerią. A przecież nie mówię o dobrach całej piosenki, a o ledwie ostatnich kilkudziesięciu sekundach - tyle się tam dzieje. W drugiej części płyty na dobre utknęły trącące przyjemnym anachronizmem "The Misunderstood" oraz albumowe numero uno, w postaci ballady "Proud Man". Ponownie do głosu dochodzi kapitalna partia organów, plus opus magnum piosenki, które tym razem nie należy do świetnej melodii czy zaangażowanego śpiewu Ballarda, a do okalającej całość blues gitary. Cała linia prowadząca oraz dorzucone na deser solo to coś, bez czego album mógłby poczuć niespełnienie. Napotkamy tu jeszcze równie zgrabne "Colliding", "Annabel's Place", "New York Groove" oraz jak to u Ballarda, nie do końca senną balladę, którą reprezentuje tutaj "Wasted (The Last Ride)".
Szkoda, że nie wszystkie piosenki skrywają podobną moc. Nie zabrakło też rzeczy przeciętniejszych, co nawet całkiem drapieżne, lecz nazbyt chaotyczne "The First Man That Ever Danced" bądź chwalebnie zahaczające o styl Mott The Hoople, lecz jednak mało przekonujące rock-musicalowe "Tidal Wave".
Pomimo kilku wykrytych uchybień, z satysfakcją stwierdzam dużą formę Ballarda. Bo podczas, gdy jego rówieśnicy najczęściej wypatrują jakiegoś kawiarnianego zacisza, on zamiast szukać schronienia w jakimś bezpiecznym dla otoczenia smooth jazziku strzępi dżinsy, podkręca gitarę i odpowiednio moduluje głos. To także dowodzi, iż Ballardowi wciąż daleko do bujanego fotela oraz delektowania ziołami z głogu.
Stęskniłem się za autorytatywnością tego jedynego w swym rodzaju Brytyjczyka. I powiem Szanownym Państwu, brakuje w obecnych realiach właśnie takich osobowości. Nawet, jeśli nie brakuje talentów. A z moich obserwacji wynika, że na ich tle Ballard, to wciąż super ktoś.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




czwartek, 26 marca 2020

nie żyje BILL RIEFLIN (29 IX 1960 - 24 III 2020)

Zmarł ceniony wieloinstrumentalista Bill Rieflin, którego priorytetem była jednak perkusja. Chorował od pewnego czasu, choć przecież jeszcze całkiem niedawno wystąpił w roli
instrumentalisty klawiszowego w King Crimson w naszym Poznaniu. Nie byłem na koncercie (miałem przyjemność uczestniczyć w dwóch innych, jeszcze bez jego udziału), lecz usłyszałem kilka z niego ciepłych relacji.
Rieflin rzadko nagrywał bliską mi muzykę. Nigdy jakoś nie byłem wielbicielem Ministry (choć ich dokonania z końca lat 80-tych wydają się całkiem ok), podobnie jak do dzisiaj zupełnie nie przeżywam jakichkolwiek KMFDM czy owianych u nas kultem Swans. Ale również aktualnych poczynań King Crimson, nawet gdyby zamiast trzech perkusji, Robert Fripp nakazał ich tuzin.
We wszystkich powyższych formacjach możemy Rieflina posłuchać, i zapewne pod względem profesji wszystko jawi się tam na glanc. Ale jest też kilka płyt R.E.M. Taka sobie
"Accelerate", plus świetne dwie: "Around The Sun" oraz "Collapse Into Now".
Rieflin nie był podstawowym muzykiem ekipy Michaela Stipe'a, a jedynie w każdym z owych trzech przypadków sidemanem, niemniej w żaden sposób nie umniejsza to jego zasług. I te albumy pozostawią w mym sercu po nim pamięć.
Michael Stipe na wieść o śmierci Rieflina powiedział, że jest on jednym z najjaśniejszych gwiezdnych punktów na niebie, a on spogląda ku niemu w górę z miłością i czcią. Zarówno wobec piękna jego osoby, w tym posiadanego humoru, niekończącej życiowej ciekawości, ale też dla jego niesamowitego muzycznego ucha.
Z kolei, Mike Mills określił Rieflina, jako dżentelmena i łagodnego faceta, a także kogoś niezwykle inteligentnego i zabawnego jednocześnie.
Dzięki Bill !






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




wtorek, 24 marca 2020

WISHBONE ASH "Coat Of Arms" (2020)








WISHBONE ASH
"Coat Of Arms"
(STEAMHAMMER)

***






Pod niniejszą herb-metalową szatą skrywają się jak najzwyczajniejsi Wishbone Ash. To takie na wstępie wyjaśnienie, gdyby zmartwił jednak kogoś najnowszy albumowy projekt graficzny dla "Coat Of Arms". Jakże jednoznacznie utrzymany w duchu heavy. Okładka mogłaby w równym rzędzie stanąć obok płyt Saxon "Sacrifice", a nawet Edguy "Vain Glory Opera", a gdyby za tym podążyła muzyka, osobiście nie miałbym nic przeciwko.
W składzie Wishbone Ash niedawno nastąpiło jedno personalne przetasowanie. Obok lidera, wokalisty i gitarzysty Andy'ego Powella oraz od lat asystujących mu, basisty Boba Skeata i perkusisty Joe'ego Crabtree'ego, w miejscu dotychczasowego gitarzysty Muddy'ego Manninena pojawił się - niewiele wyrastający ponad czterdziestoletni pułap - Mark Abrahams. Muzyk mający skłonności do bluesa, a jednocześnie od dziecka zadeklarowany wielbiciel Wishbone Ash. Bo oto jak należy spełniać marzenia. Miło więc posłuchać kogoś, kto zręcznie wchodzi w gitarowe interakcje z legendarnym Andym Powellem, nawet jeśli na omawianej płycie niewiele znajdziemy dawnego przynależnego grupie temperamentu, a i równie czarująco potężnych momentów, które niegdyś zapierały dech i odbierały mowę. Szczególnie dzięki pierwszym pięciu płytom. No, ale to, co wibrowało przed dekady na polu Andy Powell-Ted Turner, w nagraniach typu "Throw Down The Sword", "Warrior", "Phoenix" czy "Valediction", do dzisiaj nie potrafią wyjaśnić nawet najwięksi rock-badacze. W latach 1970-73, a także tuż po dojściu do składu Laurie'ego Wisefielda - na LP "There's The Rub" (to ten album, na którym "Persephone", "Red Shoes" i trochę mniej doceniane, acz wyborne "Lady Jay") - co stało się w 1974 roku - działy się na tamtejszej zespołowej niwie rzeczy niezwykłe. Złośliwi, do których kilku ludzi też mnie zalicza twierdzą, iż "There's The Rub" było ostatnim tchnieniem tej szacownej formacji. Nieprawdopodobnie w tamtych latach grającej. A czynili Wishboni swą sztukę w sposób trudny do zdefiniowania. I proszę dać wiarę, nikt równie czarująco nie potrafił zarządzać nutami. Dlatego po tak niezwykłych osiągach wszystko późniejsze musiało wydawać się bladym ich odbiciem, niczym wypłowiała wieloletnią posługą kuchenna stołowa cerata. Na płytach "New England", "Front Page News" czy nawet powszechnie lubianej "No Smoke Without Fire", bywały co prawda dobre utwory, lecz w skali dawnych możliwości grupy, był to tylko łabędzi śpiew. Zawarte na nich nieliczne kąski wygrzebywali już tylko najbardziej wnikliwi wielbiciele, i rzadko z pełnią satysfakcji. Dlatego, o wielu późniejszych artystycznych mozołach, można w przypływach dobrej woli wyrażać jedynie dyplomatyczne ciepło, a większość najlepiej przemilczeć.
W ostatnich latach Wishbone Ash jakby nieco wyrównali poziom, dochodząc nawet do stabilnej, w miarę poprawnej formy, czego "Coat Of Arms" wydaje się chlubnym dowodem. Możemy zatem liczyć na nieco dobrej muzyki. Zaczyna się świetnie. Pierwsze na linii frontu "We Stand As One", to nie tylko przebojowa melodia, ale też charakterystyczne wielogłosowe partie chóralne, no i przede wszystkim "ta" gitara. Gdy trzeba rockowa, ale niekiedy subtelnie i znajomo łkająca. Śliczny utwór, godny szyldu grupy, godny całej jej historii. I zdecydowanie radiowy. Pod warunkiem, że cofnęlibyśmy świat o co najmniej cztery, a najlepiej cztery i pół dekady. I o podobnej przebojowej sile rażenia upatrywałbym jeszcze, wyluzowane, zerwane ze smyczy "Empty Man". Trochę tu kolaborującego rocka z rytmami funk/reggae, ale uspokajam, żadna z tego Jamajka. Ogólnie, miłe pięć minut, które jeszcze milej sfinalizowano. Ostatnie dwie minuty to dobrze znane z przeszłości gitarowe dialogi, które tym razem zręcznie plecie tandem Powell i Abrahams. Ktoś powie, nic wielkiego, a mnie aż chce się zapętlić ten fragment na resztę dnia.
Do powyższych dwóch piosenek śmiało dorzucę jeszcze jedno z dwóch najdłuższych w zestawie - obok tytułowego "Coat Of Arms" - "It's Only You I See". Namiętna ballada, doprawiona organami, a i rozmarzonymi, odpowiednio spowolnionymi gitarami, choć niekiedy przeplatanymi również zadziorniejszymi rock-akordami, plus stosownym śpiewem Powella. I te trzy utwory ogrywają kompozycyjnie wszystkie pozostałe. Niestety. Z całej reszty da się już tylko wyróżniać pojedyncze strofy. Jak ponownie ładną gitarę, plus mandolinę, w ogólnie jednak nieco rzewnej balladzie "Floreana", a także gitarowe walory w końcówce "Back In The Day". Szyk tej ostatniej zgrabnie uzupełniają organy oraz melotron. Tradycję dawnych wyciszonych ballad Wishbone Ash podtrzymuje tutaj całkiem udane "Déjà Vu". Rzecz wyzbyta przepychu, uduchowiona, jak najbardziej dla grupy stylowa, ale mająca również odniesienia do lirycznego oblicza najwcześniejszych Budgie.
Szkoda, że w kompozycjach "Drive", "When The Love Is Shared" czy w finałowym, na pół bluesowym "Personal Halloween", nie dzieje się nic. Niemal kompletnie. Chyba, że na plus zaliczymy temu ostatniemu udział sekcji dętej. Podobnie bezbarwnie jawi się tytułowe "Coat Of Arms". I nie wiedzieć tylko, po co aż tak je rozbudowano? Przecież jedyny fajny, wpleciony w samo jądro blues-gitarowy akcent, można było przetrzymać względem jakiejś w perspektywie ciekawszej kompozycji. Szkoda tak udanego motywu wobec czegoś, co jako całość wydaje się na straty.
Wielkie chwile Wishbone Ash mają już za sobą - bezwzględnie - jednak mimo wszystko dobrze, że wciąż są. A ja mogę teraz kręcić nosem, lecz ich kolejną płytę również kupię bez mrugnięcia okiem. Nawet, jeśli podobnie zmurszałą. Zawsze ze świadomością znalezienia przynajmniej dwóch/trzech bliższych sercu utworów. Zupełnie, jak teraz właśnie.
Pomimo, iż Wishbone Ash od lat jedynie selektywnie zaspokajają mą satysfakcję, nigdy nie zarzucę Andy'emu Powellowi grania populistycznego rocka. Ten facet zawsze bywa zgodny z własnym sumieniem. Żaden z niego kolejny pozer, który ilością fanek przestawia góry, a u okulisty ledwie czyta z trzeciego rzędu. I za to go szanuję. A to, że jego nowe płyty nie łamią kości, być może jest tylko moim problemem. Inna sprawa, że w moim wieku nawet najokazalsza kolejna woman, nigdy nie będzie najbliższą sercu pierwszą girlfriend.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 23 marca 2020

usiedzieć w domu

Wymiana wrogich spojrzeń, omijanie każdego z osobna, zupełnie, jakby każdy przypominał gówno. Tak obecnie wygląda egzystencja nas wszystkich - gdziekolwiek. Nie tylko w pomieszczeniach zamkniętych, ale i na dworze, czy jak krakusy wolą, na polu.
Wyobraźmy sobie sytuację, że kichniemy komuś naprzeciwko, a ten ktoś za kilka dni zachoruje i jednocześnie zapamięta naszą twarz. Znienawidzi ją po grobową deskę, a nie weźmie pod uwagę opcji, że zaraził go chwilę wcześniej jego lubiany osiedlowy aptekarz. W chwili obecnej każdy scenariusz wydaje się możliwy. Paskudnie możliwy. Dlatego przyda nam się trochę empatii, a więc raczej ciepłych wymian spojrzeń, zamiast skomasowanej wrogości. Media nakręciły spiralę strachu. Po części słusznie, albowiem uświadomiły zagrożenie, jednak w pakiecie zapomniały dorzucić pierwiastka ciepła wobec nas wszystkich.
Wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Wszystkich nas obowiązują te same zasady i każdemu z osobna panująca zaraza zagląda z tym samym wdziękiem w oczy. I nie oczerniajmy tych, którzy nie chcą zostać w domu, bo jednak odpowiedzialnie wybierają spacery, takie z dala od ludzkich skupisk. Chodząc do spożywczaka, do apteki czy drogerii, a już tym bardziej do roboty, narażamy siebie i innych o wiele bardziej na ewentualne kłopoty. I nie łudźmy się, że jest inaczej. Nie jest więc tak, że idziemy po poranne ser, gazetę i bułki, po czym wracamy niewinnie do domu, następnie barykadujemy się, i od tego momentu żyjemy spokojnie. Bo oto właśnie pani kasjerka przed chwilą załapała owe paskudztwo, a wydając nam resztę z tych bułek, serka i gazety, przekazała nam je z równym wdziękiem, co przed chwilą podarowano jej. Tak funkcjonuje ten łańcuszek.
Jeden z moich znajomych jest absolutnie przekonany, że przebywając ze swoją pracownicą we własnym biurze, a po pracy spotykając się już tylko z najbliższymi (którzy przecież też spotykają się ze swymi najbliższymi), minimalizuje ryzyko niemal do zera. On nawet nie bierze pod uwagę, że jedna osoba jest tak samo niebezpieczna jak ewentualnych innych pięćset. Rzecz jasna, rachunek prawdopodobieństwa stwarza pewne okoliczności, jednak jeśli masz bracie pecha, schowaj sobie jego zasady w zad.
Wczoraj w magazynie "Rolling Stone" wyłapałem, iż klawiszowiec Bon Jovi, David Bryan, ma pozytywny wynik na koronawirusa. I właśnie go przechodzi, czując się coraz lepiej. Niech jego przypadek nie zachęca do zbagatelizowania sprawy, a jednak niech "zoptymizuje", że oto, jeśli nie mamy kontaktu z osobami starszymi lub zdrowotnie osłabionymi, a sami też cieszymy się zdrowiem jako takim, możemy nie czuć większych obaw. Wobec nich oraz nas samych.
Cytując Davida Bryana: “I’ve been sick for a week and feeling better each day. Please don’t be afraid!!! It’s the flu not the plague.” Tak więc, można mieć do tego też i takie podejście, choć oczywiście zdaje sobie sprawę, że w otaczającej pandemii strachu, trudno będzie przyjąć je przez większość z nas za dobrą monetę. Udostępniłem więc ten artykuł na moim Facebookowym profilu ponieważ lubię faceta, a jednocześnie, by pokazać sens niezamykania się na tylko jedno myślenie. Zachowajmy więc rozsądek, umiar i szacunek wobec tego skurwiałego wirusa, który pokomplikował życie nam wszystkim, a wielu innym odebrał. 
Bardzo ryzykuję tym, co właśnie napisałem, albowiem istnieje możliwość, że nie wszyscy należycie odczytają me intencje.
Ktoś zapytał, czy się boję? Oczywiście. Oczywiście, że się boję. Ale nie o siebie, albowiem w moim przypadku, jako ciśnieniowcu i cukrzykowi, i tak niewiele przecież już pozostało, ja boję się o innych. O ludzi bliskich i najbliższych. O tych, których kocham i bez których mój świat byłby uboższy. Niekiedy wręcz trudny do zaakceptowania. Tak, tego boję się przede wszystkim.
Cierpię, ponieważ nie jestem typem domatora. Lubię kontakty towarzyskie, lubię spacery, lubię usiąść w KFC czy McDonaldzie, a także poszperać w którymś ze sklepów z kompaktami, a teraz jeszcze wypadałoby kupić nowe buty na wiosnę, jakąś kurtkę (i nie poprzez internet), a i niebawem odwiedzić fryzjera. Dużo potrzeb, a wariant jeden - siedź w domu.






Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




niedziela, 22 marca 2020

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 22 na 23 marca 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań



"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 22 na 23 marca 2020 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: ciąg dalszy absencji w realizacji programu na żywo
prowadzenie: c.d. absencji w prowadzeniu na żywo








Drugi tydzień radiowej kwarantanny. Tym razem przewidziano odtworzenie jednego z archiwalnych wydań Nawiedzonego Studia. Według mojej wiedzy, zostanie wyemitowana audycja z 8 marca br. 
Dobrego odbioru!

Pozdrawiam
A.M.








Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






sobota, 21 marca 2020

nie żyje KENNY ROGERS (21 VIII 1938 - 20 III 2020)

Odszedł Kenny Rogers. Eminentna postać country, ale i po prostu wybitny piosenkarz. Cenię jego osiągnięcia, o czym zapewne wiedzą Słuchacze Nawiedzonego Studia. Myślę, nie brakowało na moim FM wieczorów z "TYM" głosem.
Dorobek artystyczny Mistrza jest tak przepastny, że nawet najbardziej oddani wielbiciele muszą się nieźle namocować, by go skompletować.
Wiadomo, piosenki "Lucille", "The Gambler" czy "Ruby, Don't Fall In Love With A Dreamer", to w jego przypadku podstawy podstaw, i zapewne w dniu dzisiejszym każdy upamiętniający Artystę dziennikarz zachęci właśnie do tych, plus jeszcze kilku innych, równie popularnych kawałków, lecz ja postawię na rzeczy mniej oczywiste. Dwie płyty: "Eyes That See In The Dark" oraz "We've Got Tonight". Obie pochodzące z tego samego czasu. Jedna po drugiej - siłą rozpędu. Choć, w zasadzie powinienem odwrócić kolejność, ponieważ najpierw ukazało się "We've Got Tonight" (wiosna 1983), a niespełna dwa kwartały później, wraz z końcem lata '83, globalnie popularna "Eyes That See In The Dark". Ależ był to niezwykły czas. Kenny Rogers każdego roku w dekadzie 80's wydawał przynajmniej jeden premierowy album (a wspomnianego 1983 nawet dwa) i każdy w okowach komercji pokrywał się Platyną. I choć uważa się, że szczyt popularności tego wybitnego country'owca przypadł na końcówkę dekady 70's, to jednak w mojej opinii najlepsze płyty spłodził w połowie lat osiemdziesiątych.
Album "Eyes That See In The Dark" okazał się jednym wielkim przebojem. Tylko w samych Stanach upchnięto go w ponad dwumilionowym nakładzie, a w moim kraju chyba nie ostała się żadna sierotka, która nie pamiętałaby teledysku do super chwytliwego "This Woman". Cały album skomponowali Bee Geesi. Głównie w komitywie, choć niekiedy prym wiedli Barry i Maurice Gibbowie. Tak, to była BeeGees'owa płyta, tyle, że z głosem Kenny'ego Rogersa. Głosem, który jak nic pasował do tych piosenek. A przecież w uroczym "Islands In The Stream", u boku Kenny'ego pośpiewała nawet country diva Dolly Parton. Płyta do dzisiaj nie straciła skrywanego czaru, lecz na nic moje zapewnienia, jeśli nie weźmiecie jej w obroty. I koniecznie nie przegapcie pachnącego letnią poświatą "Midsummer Nights". Do dziś nie pojmuję, jak to możliwe, że Bee Gees oddali tak kapitalny kawałek na obcą, w dodatku "kowbojską" płytę.
Równie fajną, pomimo iż kompletnie inną płytą, okazała się, dosłownie tyciu wcześniejsza "We've Got Tonight". Wyprodukowała ją piątka ludzi, wśród których Lionel Richie oraz wszędobylski - szczególnie wówczas - David Foster. Maestro Kenny całość rozpoczął nagraniem tytułowym, które zapodał w duecie ze śliczną w tamtych latach Sheeną Easton, a dzieło zakończył ponętnym "You Are So Beautiful", które chwilę wcześniej wziął także na swój ruszt Joe Cocker. Inna sprawa, iż suma sumarum numer to Billy'ego Prestona. Pomiędzy obiema piosenkami, na terytorium tego albumu zapanowało też wiele innego country/pop/balladowego-, niekiedy pół-rockowego dobra. I tu pragnę zaznaczyć, iż wszelacy wielbiciele country rockowych ekip, typu Eagles, Poco czy Alabamy, koniecznie powinni posłuchać całej "We've Got Tonight". Bo i też, nie na darmo produkowali się tutaj gitarzyści tego kalibru nazwisk, co Richie Zito czy Steve Lukather. Niestety, do dzisiaj nie dorobiłem się tego na CD, przez co korzystam z mocno wysłużonego winylu, który dostarcza już tylko selektywnej satysfakcji.
Wymieniłem przed chwilą nazwę Eagles. Celowo. Posłuchajcie proszę, jak Kenny w cztery lata po pierwowzorze zaśpiewał ichniejsze "Desperado". Tak po prawdzie, kto tego nie śpiewał? W swoim czasie wokalizowała to namiętnie Linda Ronstadt (niedawno przypominałem w N.S.), śpiewali też Carpentersi (także prezentowałem) czy nawet w schyłkowym artystycznym stadium maestro Johnny Cash. I wszyscy doskonale udźwignęli ciężar tej przynależnej Dzikiemu Zachodowi ballady.
Gdyby obecnie normalnie funkcjonowało moje Nawiedzone Studio, gdybym tylko mógł podjechać do niego ze swoimi kompaktami na Św. Rocha, urządziłbym taką audycję z piosenkami Kenny'ego, że cały radiowy eter pozamiatany. Tym bardziej, że przecież nikt za mnie tego nie zrobi. Cóż, w obecnych pandemicznych realiach przychodzi nam wszystkim posłuchać tej muzyki w odosobnieniu.
Dzięki Kenny za wszystkie dostarczone dobra, a teraz pędź do świata lepszego...







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"