poniedziałek, 18 września 2023

astral projector

Wczorajsze ucztowanie 70-tki Tommy'ego Shawa nie tylko było idealną okazją do posłuchania "Cornerstone", bliskiej memu sercu płyty Styx, co w zasadzie należało jeszcze podłączyć idealnie przyległą stylowi grupy płytę "Astral Projector" - praktycznie nieznanych Zon. Dźwigam ją w torbie od tygodni i jakoś nie mogę pod nic podhaczyć. Obawiam się, że pewnego razu mi przejdzie, a jak już wstawię na półkę, mogę sobie nigdy nie przypomnieć. Może zatem, zamiast na mym FM wspólnego tego posłuchania, napiszę parę zdań w temacie i będzie po sprawie. Tym bardziej, że i tak zarzucenie takiej muzyki w eter, gdzieś po północy, grozi jednym wielkim chrapaniem. Zawsze, gdy z dryndziarzem Maćkiem podjeżdżamy pod mój numer nachodzi mnie, dla kogo to wszystko i po co? Coraz częściej kołatają wątpliwości, czy do tej mojej radiowej 'trzydziestki' dociągnę. Czy w czasach niesłuchania radia wystarczy sensu i przychylności.
O wpół do trzeciej, gdy przelatuję wzrokiem po mym bloku, tu jedna blada lampka, piętnaście klatek obok druga... a przecież nic nie stoi gwarancją, że to moi słuchacze. Chociaż, chociaż, ostatnio mój serdeczny kumpel, zawsze dobrze o mnie myślący (i vice versa, Peter), puszcza mi na tuż przed audycji finiszem łapkę plus emotki oka mrug. I wiem, że jest, że chce ten czas przeznaczyć na wspólne spotkanie, wygodnie usiąść, napełnić szklanicę i posłuchać muzyki, jak gdyby działo się u niego lub u mnie. Istotne, by mieć kogoś takiego, nie tylko na dobre dni. Bo, gdybym i ja miał kolegę radiowca, to pomimo radia niesłuchania, myślę pragnąłbym spędzać przy jego audycjach czas. I pewnie odczuwałbym tego powodem jakiś rajc. Kumpel jest dla mnie kumpel - jak mawiał klasyk. A gdybym miał dla przykładu takiego prowadzącego piwny pub, wpadałbym raz po raz, przynajmniej na symbolicznego łomżuni bączka, tylko po to, by się do jego biznesu dołożyć. By się dobrze kręciło. I nic to, że piwa używam okazjonalnie, raz, dwa, góra trzy w roku. Tak właśnie wyobrażam sobie koleżeństwo. I na pewno nigdy kolega radiowiec nie usłyszałby ode mnie, że nie, że eee tam, że znowu jestem zmęczony i nie posłucham twojej audycji, bo wolę się wyspać. No jakaś kicha totalna, nie kolega. W takim układzie, ja też nie mam dla ciebie czasu. Jakaś jedna czy druga niedyspozycja, okay, ale każdej niedzieli? Proszę Państwa, jestem dzisiaj na nogach od siódmej trzydzieści. Obowiązek oraz miłość do Zuleczki obliguje mnie do porannego na trawkę z Nią siusiu, a przecież kładłem się dziesięć po czwartej.

Do szuflady kompaktu wjeżdżają Kanadyjczycy z Zon. Ich debiutanckie "Astral Projector". Naciskam 'play' i nachodzi mnie zastanowienie, jak by ta muzyka zabrzmiała na 98,6 FM Poznań, dajmy na to, ze kwadrans po północy? Kiedy można już odstawić nowości oraz płyty związane z polskimi koncertami, albo czczenie wszelakich jubilatów lub dla przeciwwagi kącik 'in memoriam'.
Zon działali krótko. Ledwie kilka lat przełomu 70/80', formując trzy albumy. Historia następująca: w połowie lat siedemdziesiątych w Toronto istniała formacja o nazwie Act III. No i, był w niej m.in. gitarzysta/wokalista Rik Emmett. Przed 1978 rokiem Emmett ją opuścił, po czym zasilił, w konsekwencji potężnie znanych Triumph. I to jest jedno odnóże, albowiem drugie uformowali pozostali członkowie Act III, zakładając Zon. Nie było to na tyle wielkie granie, by dzisiaj niebyt ich opłakiwano, jednak fani amerykańskiej sceny progrockowej zapewne muskają temat skrzydłami sentymentu. Bo to takie granie bliskie dokonaniom Styx, Kansas, Yes, Starcastle i tym podobnym ekipom, z naciskiem na Styx. Tych przypominają najbardziej. Szczególnie w potężnie dobrym "Hollywood". Numerem zamykającym płytę. Rzecz to z 'tym' fortepianem, ze śpiewaniem pod Dennisa DeYounga, a całość w otoczce ballady wyjętej z sideł jakiegoś musicalu. No i, gitara! Przysłowiowe jezus/maria, cóż za solo! Szkoda jedynie, że pomimo nieszybkiej akcji, piosenka przelatuje w trymiga. I żadna z tego rzewna ballada, gdyby ktoś ją sobie tak właśnie wyobraził. Posłuchajcie ostatnich dziewięćdziesięciu sekund, jaka zmiana tempa oraz mikroskopijne szaleństwo na mini moogu. Jeśli komuś będzie mało, w bonusach nasyci się full wersją tej kompozycji. To samo, tylko przez ponad dziesięć minut, a na początku poczujemy nawet powiew Genesis z okresu "Nursery Cryme" czy "Foxtrot". Dlaczego? Posłuchajcie. Nie ma tak dobrze, bez posłuchania nie ma wdeptywania w magię. Zdobędziecie tę muzykę, będziecie lepsi od tych, którym szkoda forsy. Kto ma pszczoły, ten ma miód. A zatem, jesteśmy w czasach, kiedy nie mieliśmy świata w telefonie i kiedy o każdą emocję trzeba było się postarać.
"Astral Projector" rozkręciło się właśnie na dobre, gałka na trzy i pół, a to wcale nie cicho, i całość wrze, niczym w wiedźmy kotle. A przecież jeszcze warto zarzucić podziw, na tytułowe "Astral Projector", co również "Man In The Mirror", "On The Road", "Time For Your Love" czy "Melody". To już trochę żywsze tempa, z konwencją retro Styx'ową, ale to nadal kupa świetnej muzyki. I nawet zdziwicie się Drodzy Państwo, co Wam teraz powiem. Otóż, po rozpadzie Zon, muzyków tej formacji możecie poszukać przy nazwach Moxy, Refugee oraz Urgent. Wszystkie je znamy, ponieważ wszystkie na mym FM prezentowałem. Proszę jedynie nie mylić tych Refugee z innymi, w których spełniał się Patrick Moraz. Inna to bowiem bajka i też godna przypomnienia.
Skoro co rusz wspominam o Styx, może dorzucę, iż nie bez przyczyny. Owszem, stylistycznie Zon mieli się z nimi ku sobie, ale do gry dochodziły również wspólne koncerty, właśnie w okresie "Astral Projector". I były to występy stadionowe. Okres Styxów w gazie, choć jeszcze na tuż przed wspaniałym "Cornerstone", z którego wczoraj na mym paśmie czteroutworowy wyciąg.
Na koniec ciekawostka; podczas promowania trzeciego albumu, "I'm Worried About The Boys" (1980), Zon mieli supportować stadionowy show Alice'a Coopera, jednak Alicja, z jakiś powodów nie dotarł, a grupa otrzymała za zadanie poinformowania o tym publiczności. Możecie tylko się domyślać, jaka była draka, skoro musiała interweniować policja.
Strzałeczka, niech rock'n'roll trzyma Was za nogawkę i nie puszcza!

a.m.

"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00
na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


"NAWIEDZONE STUDIO" - program z 17 września 2023 / Radio 98,6 FM Poznań








"NAWIEDZONE STUDIO"
wydanie z 17 września 2023
(
z niedzieli na poniedziałek. Start o 22-giej, zamknięcie o 2-giej)
 
98,6 FM Poznań oraz w sieci
realizacja i
prowadzenie: a.m.

 

BAD SISTER "Out Of The Business" (1992 / reedycja 2023)
- Stop This Game

TYGERS OF PAN TANG "Bloodlines" (2023)
- Taste Of Love

TONY MITCHELL "Radio Heartbeat" (2023)
- Radio Heartbeat

KENT HILLI "Nothing Left To Lose" (2023) -- premiera!
- Too Young
- Nothing Left To Lose

SHAKRA "Invincible" (2023) -- premiera!
- The Way It Is
- Tell Her That I'm Sorry
- As I Lay Down To Sleep

LEO SAYER "Thunder In My Heart" (1977)
- Thunder In My Heart
- Easy To Love
- It's Over

FLEETWOOD MAC "Rumours Live" (2023) -- premiera!
koncert z 29 sierpnia 1977 roku, The Forum, Inglewood, California, dla 20 tysięcy fanów
- Songbird
- I'm So Afraid
- Go Your Ow Way

EUPHORIZONE "Invictus" (2023) -- premiera! -- w niedzielę 1 października, o godzinie 18-tej, w poznańskim klubie "Pod Minogą" zagrają Euphorizone, a ponadto Here On Earth oraz Beyond The Event Horizon.
- Pointa (instrumental) - na trąbce Leszek Mulorz z Grupy Muzycznych Przyjaciół

STYX "Cornerstone" (1979) -- przed paroma dniami Tommy Shaw obchodził 70-tkę.
- Lights - {śpiew Tommy Shaw}
- Why Me - {śpiew Dennis DeYoung}
- Boat On The River - {śpiew Tommy Shaw}
- Love In The Midnight - {śpiew Tommy Shaw}

PETER CETERA "World Falling Down" (1992) -- we środę, 13 września, Peter Cetera celebrował 79-urodziny.
- Have You Ever Been In Love - {Leo Sayer cover}
- Feels Like Heaven - {duet with Chaka Khan}
- Wild Ways

AMY GRANT "Heart In Motion" (1991)
- You're Not Alone - {m.in. na gitarze Dann Huff, ex-Giant}
- Hats
- I Will Remember You

ARCADIA "So Red The Rose" (1985) -- 27 października premiera nowych Djuranów, album "Danse Macabre".
- The Promise - {na gitarze David Gilmour, w chórkach Sting, na basie Mark Egan}

ALISON MOYET "Alf" (1984)
- All Cried Out
- Where Hides Sleep

OMD "The Punishment Of Luxury" (2017) -- na nowej płycie OMD "Bauhaus Staircase" pojawi się 12 premierowych kompozycji, pomimo iż kilka z nich miało pojawić się na wcześniejszych albumach. Premiera 27 października.
- One More Time

OMD "English Electric" (2013) -- Andy McClusky ostatnio oznajmił, że ich nadchodzący album "Bauhaus Staircase" będzie ostatnim w dziejach OMD.
- Stay With Me
- Dresden

CLASSIX NOUVEAUX "La Verité" (1982)
- Is It A Dream
- To Believe
- La Verité
- Never Again

JETHRO TULL "Under Wraps" (1984) -- grupa właśnie po polskiej mini trasie. W niedzielę Dżefro zagrali w Bydgoszczy, a dwa dni wcześniej w Zabrzu.
- European Legacy
- Later That Same Evening

DIDO "Still On My Mind" (2019)
- Hurricanes


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






sobota, 16 września 2023

that ain't love

Od nastania dnia nieźle działa Słonko. Rozpętałem więc po pokoju lawinę stosownych piosenek. Życzliwych, w domiarze kończącego lata. Bo, jak już się żegnać, to właśnie tak. I tu przystanę, czy Szanowni Państwo chwytacie, co staje na rzeczy? Nasze najbliższe w Nawiedzonym Studio spotkanie, będzie ostatnim tegorocznego lata. I to jest prawda, to jest fakt, niemniej ze Słońca nie rezygnujmy. Raczej z tych, którzy nam je zasłaniają.

Rozkręciłem zatem nieco piosenek z czasów, kiedy posiadano do nich rękę, a na deser wszedł winyl REO Speedwagon "Life As We Know It". Od razu wezbrało wonią piękna. Cholerka, do dzisiaj nie kupiłem na kompakcie. Inne tak, tego nie. I to czyni bolesnym, że jutro nie posłuchamy, chociażby takiego "That Ain't Love" (dla mnie, niczym pod prąd, ta piosenka akurat brzmi jak miłość). Kapitalnego numeru, w niczym nieodbiegającego melodią, co i dramaturgią, od dzid, typu "Take It On The Run" lub "Keep On Loving You". Mam co prawda "That Ain't Love" w wersji 'live', ale to nie to samo - choć uwielbiam płyty koncertowe, by nie było. Szczególnie, że płyty na żywo stanowią za zamiennik, jeśli nigdy nie udało się dotrzeć na występ ulubieńca/ów, jak w moim przypadku na przytoczonych REO oraz Journey i Survivor. To moja święta trójca. Ale cóż... w życiu dostąpiłem wielu smakowitych zamienników, jak jedną/drugą Led Zeppelin, trzy/czwarte Black Sabbath lub caluśkich Aerosmith. Wychodzi na to, że 'najupragnieńszych' melodic'rockowych pakerów, wciąż mam przed sobą. No to co, jeszcze raz, całość od początku; strona A, pierwsze od brzegu "New Way To Love", po nim "That Ain't Love", a potem ...
... niech Was rock'n'roll, niczym rozwścieczone zwierzę, trzyma za rękaw i nie puszcza.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00
na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

czwartek, 14 września 2023

70-tka Tommy'ego Shawa

Kilka dni temu Tommy Shaw świętował 70-tkę. Gitarzysta oraz niegdyś dzielący obowiązki z Dennisem DeYoungiem wokalista Styx. Długowłosy, złocisty blondynek, o charakterystycznym harmonijnym głosie, tak samo idealnym do śpiewania w chórze, co i solo. Cudo chłopaczysko i kocham bez aktu łaski.
Pierwszy raz Tommy'ego usłyszałem w 1979 roku, śpiewającego niemal ogniskową - i przy akompaniamencie gitary akustycznej oraz solówkowaniu mandoliny - balladę "Boat On The River" - ... rzeka dotyka mego życia, niczym fale piasku.... Jedna z najwspanialszych piosenek mojego najwcześniejszego dystansu życia, czyli tuż po zawarciu wieczystego paktu wobec muzyki. A stało się w 1977 roku. Piosenka znamionuje niemal inskrypcyjną nostalgię, jakiej sięgają najwrażliwsi trubadurzy rocka. Wiem, to tylko piosenka. Niekiedy nawet radiowa, co w obecnych realiach nie brzmi jak nagroda, jednak dobrze, jeśli jakiemuś didżejowi korporacyjnej rozgłośni niechcący się wyrwie. Tym bardziej, że na współczesnym gruncie sprzedać takie śpiewanie, to jak opchnąć skamieniałe odchody dinozaura. "Boat On The River" świata nie zmieniło, ale na pewno wzmocniło go duchowo. Dla mnie stanowi za artystyczną kolczugę czasów aktualnie w żadnym aspekcie niedostępnych. I to też fuks, że poczęto mnie w najlepszej wobec muzyki epoce i mogłem na gorąco takich wrażeń doświadczać. No okay, może jeszcze lepiej byłoby stanąć na nogach dziesięć lat wcześniej, lecz dzisiaj byłbym już starcem.
Oczywiście, Tommy Shaw to nie tylko Styx, również parę płyt solo i po dwie z Damn Yankees oraz jako tandem Shaw-Blades - współtworzony z gitarzystą Night Ranger, Jackiem Bladesem. Dużo tego, jest więc w czym przebierać. Wybrzydzać nie bardzo, albowiem ten więzów krwi Alabamczyk, nigdy nie zmarnował kapki talentu.
Niedawno u mnie na radio zaprezentował się znaczny fragment solowej płyty "Girls With Guns", ale na dzisiaj niech będzie "Cornerstone". Tutaj do głosu dochodzi sentyment. Od tego wszystko się zaczęło. Na pewno rozumiecie, w czym rzecz. Jedni wolą namaszczać swe ciała wodą z Lourdes, we mnie cudów dokonują nuty tego albumu. Tylko żadnego wychodzenia na siusiu, na tuż przed piątą ścieżką strony A. Nie można odpuścić. Te trzy minuty, to piosenkowy wzorzec, niemal Styx'owy dogmat. Potęga i w każdej nucie emanacja piękna.
Wszystkiego najlepszego!, Tommy.

a.m.




"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00
na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

wtorek, 12 września 2023

have you ever been in love

Raz jeszcze dziękuję Słuchaczom, którzy szanując moją pracę, przedłożyli Nawiedzone Studio nad padaków futbolistów, którzy jeszcze nieraz rozczarują. Pogódźmy się, pomału przeganiają nas, a przynajmniej stają na równi Kazachowie, Albańczycy, Islandczycy, a jeszcze trochę, zobaczycie, nawet coraz odważniejsi Luksemburczycy czy Ormianie wystawią różki. Tylko kwestią czasu, gdy ich ewoluujący futbol stanie na drodze naszej bezradności i takiego polskiego 'nietykalstwa'. Nieczułości na każdą myśl szkoleniową, bez względu na przywództwo, czy to Santosa, czy ewentualnego Papszuna, czy nawet z łezką nostalgii wspominanego przeze mnie Nawałki. Bo ponoć trwają rozmowy. I tak nic nie pomoże tym piłkarskim impotentom.
Coraz mniej kocham tę naszą piłkę, pomimo iż ambitnie oglądam jedynie Ekstraklasę. Tak jest, dużo gorszą od Premier League czy Serie A, ale to nasze podwórko, dla mnie jedyne atrakcyjne, więc Warta czy Lech obchodzą mnie dużo bardziej od galaktycznie odległych Barcelon, Arsenali czy innych Juventusów. Inna sprawa, iż z uwagi na często chamski, konfederacki i o podłożu naziolskim kocioł Ultrasów Kolejorza, coraz dalej mi do sympatyzowania z tym klubem. O wiele bardziej wolę pokibicować Górnikowi Zabrze, do którego czuję jakąś odwieczną miętę. Oczywiście ponad wszystko Warta. Moja ukochana Warta, którą zaszczepił mi mój Tata, więc nie wyrzeknę się przenigdy. I w nosie mam, iż to niszowy klub, w dodatku w mieście, w którym wszyscy, jak jedna mać, na hurra sprzyjają tylko Kolejorzowi. Na szczęście nigdy nie byłem 'wszyscy', i dobrze mi z tym.
W moim nieskromnym odczuciu, ostatnie nasze nawiedzone spotkanie owocne i pełne wspaniałej muzyki. Często już nigdzie niewystępującej, więc te coniedzielne plena jawią się dla mnie wręcz misyjnie.

Za nami kilka numerów Leo Sayera z udanej, acz już po okresie słynności płyty "Have You Ever Been In Love". Rzecz z 1983 roku, a więc dobrych kilka lat po najbardziej uznanych albumach Anglika (który w ostatnich latach uczynił się na pół Australijczykiem), ze szczególnym naciskiem na "Endless Flight" oraz "Thunder In My Heart". Pomimo zmieniających się mód/trendów, a i znacznego mych włosów posrebrzenia, wciąż kocham piosenki: "Easy To Love", "Everything I've Got", "When I Need You" czy najszczególniej "Thunder In My Heart". No pewnie, że wiele innych także, włącznie z "I Am A Mirror" śpiewnika Alana Parsonsa, na jego Freudianie. Niesamowity facet, wokalnie dwubiegunowy, kiedy trzeba żarliwy, innymi razy uśmierzający rany.
Wspominałem w nawiedzonym, że dwupłytowy kompakt Sayera, reedycja z 2009 roku dla Edsel Records (to z niej słuchaliśmy), nie ustrzegła się poważnej wyrwy. I nie wiem, czy to kwestia niedopatrzenia (nie sądzę), czy raczej praw licencyjnych, które ograbiły wznowienie "Have You... " z dwóch piosenek. Dla ściemy kompakt posiada, ile trzeba, czternaście piosenek, a więc tyle, ile oryginalny winyl. I nieważne, czy europejski, australijski bądź amerykański. Każdy zawiera identyczną tracklistę, natomiast owe CD jest wobec niego niewybaczalnym przekłamaniem. Uciekły z podstawowego setu: "More Than I Can Say" oraz kompozycja braci Gibb, choć podarowana przez nich Sayerowi "Heart (Stop Beating In Time)". W zamian, za ich uszczerbek, dorzucono (w ramach bonusów) inne dwa: jeden bisajd oraz niealbumowy asajd. Ciekawostki, które zapewne by radowały, gdyby nie usunięcie z jadłospisu dwóch podstaw na rzecz aneksji dwóch, niekoniecznie musowych songów.
Obiecałem o fakcie wspomnieć na blogu, tym bardziej, iż takimi niuansami też nie chcę audycji zagadywać. Zatem, zgodnie z deklaracją jestem, wstawiam label oraz okładki. A dla tych, co wszystko mają w paluszku i żal im czasu na cztery godziny najlepszego eteru, dodam iż na "Have You ..." zagrało sporo super zawodowców, nawet, jeśli nie od dziś wiadomo, że sprawa idzie o ostateczny dzieła kształt, nie o same nazwiska. Mimo wszystko przypomnę, mamy tu mocarzy z Toto: Steve'a Lukathera oraz Jeffa Porcaro, ponadto najbardziej odprężonego gitarzystę, jakim The Shadows'owy Hank Marvin, czy wzięci basiści: Mo Foster oraz Will Lee.
Przy całym mym dzisiejszym narzekaniu na brak gustownych piosenek, na szczęście pozostają stare płyty, takie, jak ta. I konia z rzędem temu, kto na obecnym bezrybiu znajdzie choć w połowie ekscytujące i podobną gracją nawleczone ballady, co tytułowe "Have You Ever Been In Love" (znajdziemy ją także na wcześniejszym albumie "World Radio"), albo niezaprezentowane w minioną niedzielę "Don't Wait Until Tomorrow". A to tylko dwa fragmenty z kilkunastoutworowej udanej całości.


a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

Alaska

W 1985 roku rodzimy Tonpress, na umowie z Music For Nations, zlicencjonował kompilację "Hell Comes To Your House". Na świecie premiera rok wcześniej. Ciekawy zestaw wschodzących kilku późniejszych metalowych potęg, jak Manowar, Anthrax, Loudness czy Metallica. Na całości dominowali przedstawiciele heavy, power i thrash. Typowy gatunkowy przekładaniec. Jednak na samym finiszu zaprezentowali się całkowicie do reszty niepasujący Alaska. Kompozycja "The Sorcerer", taki zawstydzony rycerzyk. I ta jedna rzecz, w całym tym kotle diabła, jawiła się niczym ziarno trucizny. Od razu mnie urzekli. Ich całkowicie odarty z szaleńczego tempa, thrashowych łamańców i potrząsania grzywą rock, z terminem 'heavy metal' wiele wspólnego nie miał, no może jedynie poza kontraktem Alaski z Roadrunnerem, którzy wydali im debiutancki album "Heart Of The Storm". Bo, jak pamiętamy, już rok później grupę podkupiło Music For Nations, czyli sprawca wziętego tu na ruszt sampleru. Przy coraz modniejszym, wręcz z nokautującymi gitarowymi riffami graniu Metalliki czy Anthraxu, Alaska zabrzmieli jak beniaminek. Jak zanikający gatunkowo twór, którego elegancki, prehistoryczny metal, nie groził jednak zespołem stresu pourazowego.
Na 'symfoniczność' Alaski wyraźny wpływ mieli klawiszowcy, którym szefujący grupie Bernie Marsden miejsca nie żałował. Na debiutanckim "Heart Of The Storm" był nim, znany z Magnum i Phenomena, Richard Bailey, zaś na rok późniejszym "The Pack", obecnie od lat DeepPurple'owy Don Airey. Bernie Marsden nie dążył do pierwszego planu, jego gitarowe solówki skromne, zupełnie niedominujące. A przecież był to jego zespół i mógł wszystko. Tym bardziej, że dźwigał współodpowiedzialność, za choćby "Here I Go Again" wczesnych Whitesnake, co i wiele wspaniałych gitar na mojej ulubionej płycie ekipy Coverdale'a "Come An' Get It". Że o Paice Ashton Lord czy Babe Ruth, też każdy wie. Ale w Alasce mieliśmy jeszcze miękko śpiewającego Roberta Hawthorna. Raczej w skali globalnej niedostrzeganego wokalistę, którego wciąż bardzo lubię. Jakoś od zawsze miałem słabość do wszelakich, tym podobnych rock'nostalgików. A już osobną kwestią, iż głos Hawthorna zdecydowanie przysłużył się do obniżenia ciężkości brzmienia Alaski, co w ogólnym rozrachunku nie wyszło grupie na dobre.
Reasumując, Alaska to zaledwie dwa albumy. Oba na wysokim poziomie, acz bez poważniejszych sukcesów. Zapewne właśnie z tego powodu nie mogę ich doczekać w pożądanych kompaktowych reedycjach. Szczególnie ręce zacierałbym na "The Pack", ponieważ "Heart Of The Storm", w słabiutkiej edycji, ale jednak mam. Natomiast o "The Pack" marzę od dawna, a niestety nie załapałem się na pierwsze kompaktowe bicie, natomiast potem były już tylko trudno dostępne edycje koreańsko-japońskie.
Oba moje winyle mocno przechodzone. Stare giełdowe nabytki, więc nie myślcie o mnie źle w kontekście ujawnionych tu wymęczonych, 'trzeszczących' okładek, również licznych z rowków szmerów/zgrzytów, których w radio raczej nie nastawiam. Jakby nie spojrzeć, czar płyt. Ich wysłużenie wyjaśniało uczucia względem podziwianej sztuki. To był ich miernik i weryfikator rzeczywistości. Odkąd muzyka stała się klikalna i powszechnie dostępna, straciła na magii.
A zatem, okładki plus labele. Obiecałem, bodaj przed dwoma audycjami, tak też...


Debiut Alaski. Kocham bez możliwości amnestii. Na początek polecam brzmiące pod singiel "Don't Say It's Over", do tego koniecznie tytułowe "Heart Of The Storm" oraz "The Sorcerer", czyli numer, od którego wszystko się zaczęło.


'Dwójka' Alaski. Też piękna, choć w zasadzie bez zaskoczeń. Pomimo zmiany klawiszowca. Wspaniała ballada "Miss You Tonight", ale też zwróćcie uwagę na genialne wykończenie w "I Really Want To Know". Grzechu warte. No i jeszcze mocny kandydat na przebój, ale pozbawione tego miana "Run With The Pack".


Tonpressowska Alaska


a.m. 


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


poniedziałek, 11 września 2023

Andy wiedział

Symbolicznie w bukmacherce obstawiłem wygraną Albanii nad naszymi dwa do zera i wyciągnąłem ponad dwie setki. Bo sztuką prowadzić audycję, nie oglądać meczu, trafione, zatopione. Andy wiedział, nie powiedział, a to było tak. Na drugi raz, zanim komukolwiek przyjdzie do głowy odpuszczenie nawiedzonego studia z powodu meczu z udziałem tych naszych łapciuchów, niech się jego nawiedzoności poradzi.
Dziękuję za uwagę.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"