niedziela, 11 grudnia 2022

odeszła Tracy Hitchings

Na dzisiejszy wieczór wszystko miałem przygotowane, jednak umarła Tracy Hitchings. Tak nagle się dowiaduję. To wiele zmienia. Dla kontrastu z tym 'nagle' doczytuję, że długo i ciężko chorowała. Nie wiedziałem. Ale myślę też, że wiedziało niewielu, ponieważ Tracy nigdy nigdzie się nie pchała, nie wymuszała współczucia i na pewno nie chciała umierać głośno, jak papieże bądź celebryci. Żyła w cieniu, zupełnie jak jej piosenki, do których dostęp uzurpowali jedynie najbardziej zainteresowani.
Niedawno obchodziła sześćdziesiąte urodziny. To już tyle? Gdy zacząłem jej słuchać była tyciu po trzydziestce. I wydaje mi się, że tak niedawno to było. Oto cienka linia pomiędzy młodością a zaczątkiem starości. Tak tylko gwoli informacji, gdyby komuś wciąż się wydawało, że życie ludzkie to długa karta.

Głos Tracy zapewne będą pamiętać dawniejsi Słuchacze moich audycji. I ci z Afery, i ci z winogradzkiego Fan. Wszystkie projekty/zespoły Clive'a Nolana, w których Tracy brała udział. A trochę ich mieliśmy. Przede wszystkim jednak Strangers On A Train i tych przecudownych siedem minut w "The Vision Clears". Obiecuję ten specjał także i dziś. W którejś z czterech godzin po dwudziestej drugiej.
Nolan twórczy, więc z muśnięciem śpiewu Tracy mieliśmy jeszcze rockopery Pies Baskervillów, Jabberwocky i Alchemy, a jednak Strangers On A Train mają w moim sercu najprzytulniej. Pamiętacie, ich instrumentalne "Silent Companion" stało się nawet czołówką moich Strażników Nocy. Dawne to jednak dzieje. Wiecznie młodym do tej znajomości głupio będzie się przyznać. 
W latach dziewięćdziesiątych unikatowy głos Tracy szedł u mnie jednym szturmem obok całego męskiego progrocka. Jej śpiewania w Quasar czy u Strangers On A Train słuchałem współrzędnym tropem fascynacji, co takich Jadis, IQ, Chandelier, Pendragon oraz tym podobnych ekip, które tak pięknie odnowiły zatęchłego wydawać by się mogło rocka progresywnego. W tym towarzystwie Tracy widniała niczym dama z rycerskiego dworu, co zresztą świetne wyczuwał Clive Nolan, często strojąc klawiaturę pod dawną Anglię. Odnawiam właśnie parę w tym tonie numerów. Wciąż fajnie się tego słucha. Co nieco dzisiaj na moim FM.
Będę od 22-giej na 98,6 FM Poznań, do usłyszenia ...

a.m.


piątek, 9 grudnia 2022

z wizytą w Hard Rock Cafe

Nasza niedawna z Tomkiem wizyta w W-wie (sobota, 3 grudnia br.) zaowocowała przede wszystkim koncertem Beth Hart, ale chwilę wcześniej udało się wskoczyć na kawę do Hard Rock Cafe. Porobiłem kilka fotek z dum osadzonych w tamtejszych gablotach. A zatem chwilka dla tych, którzy wciąż do tej miejscówki nie dotarli ...

Złote Tarasy

sklep








baaardzo zimny dzień, kawa na rozgrzewkę





serwetki
bilet na Beth Hart

jedyny kadr z koncertu - początek występu, Beth wyłania się spośród publiczności

w Warszawie zimno i mglisto


czwartek, 8 grudnia 2022

John Lennon / Jan Nowicki

Dzisiaj ósmy grudnia, słucham więc Johna Lennona. Ale nie tylko, pograli też Barclay James Harvest w numerze "John Lennon's Guitar". Na początku lat siedemdziesiątych John Lees wypożyczył z sąsiedniego studia nagraniowego gitarę Johna Lennona i użył jej do kompozycji "Galadriel", a że na tym nie mogło się skończyć, niemal dwie dekady później BJH poświęcili wydarzeniu osobny utwór. Wspaniały. Do posłuchania na "Welcome To The Show".
Przede wszystkim jednak John Lennon. BJH tylko na dokładkę. Mam dużo serca dla ostatniego albumu Mistrza "Double Fantasy". Uwielbiam tu wszystkie songi Lennona, za to tych piszczącej Yoko nie znoszę. A to aż połowa albumu. Co drugi numer on, co kolejny drugi ona. -- "(Just Like) Starting Over", "Watching The Wheels", "Woman", "I'm Losing You" - cóż za piosenki. Genialne! Wszystkie pachną Beatlesami. Wciąż wzruszają. Robią ze mną, co chcą. Szczególnie, gdy sobie uświadamiam, że w trzy tygodnie po premierze tego albumu było już po Nim. A, że ja stary wiarus jestem, doskonale pamiętam tamten dzień. Naprawdę myślałem, że za chwilę zawali się świat. Byłem przekonany, że w mojej budzie zapanuje odpowiednia, 'świeczkowa' atmosfera, że zostaną odwołane lekcje, a my rozsiądziemy się w kółku z nauczycielem w jego środku i pogadamy, popłaczemy, powspominamy, pośpiewamy... Cóż, po raz kolejny szkoła mnie rozczarowała. 

Odszedł Jan Nowicki. Oj, szkoda bardzo. Uwielbiałem Jana Nowickiego. Mogłem go oglądać i słuchać bez końca. Jego obecność nawet w tych mniej interesujących filmach czyniła je wartościowszymi. Ale wiadomo, że przede wszystkim "Wielki Szu". Jejciu, jak ja kocham ten film. I nikt z Was najprawdopodobniej nie obejrzał go tyle, co ja. W kinie byłem siedem razy, w telewizji nigdy nie przepuszczę, a mam jeszcze dwa wydania DVD i co pewien czas obowiązkowo. Wczoraj też było na TVP HD. Z cudownie zrekonstruowanym obrazem i dźwiękiem. Jedyny mankament, że wszystko znam na pamięć. Klatka po klatce. Przydałoby się coś zapomnieć, by wzniecić podnietę podczas kolejnej emisji. Niestety, w swoim czasie zarżnąłem ten film, tym samym odbierając sobie przyjemność choćby najmniejszego zaskoczenia, albo przynajmniej jednego niespodziewanego 'nie pamiętam'. Już tak mam, jeśli kocham, to bez opamiętania, bez odkładania na później.

a.m. 


poniedziałek, 5 grudnia 2022

"NAWIEDZONE STUDIO" - Radio na 98,6 FM Poznań / program z 4/5 grudnia 2022








"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek - wydanie z 4/5 grudnia 2022 (godz. 22.00 - 2.00)
 
98,6 FM Poznań lub afera.com.pl 
realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

JOHN MELLENCAMP "Whenever We Wanted" (1991) -- riffowy, zadziorny, wręcz atakujący Mellencamp. Lata osiemdziesiąte, plus ta konkretna płyta, to był jego najlepszy czas: bo, jeśli handlujesz bronią, nie mów o szczęściu i miłości, ponieważ właśnie to burzysz - słyszymy wprost.
- Love And Happiness

JOHNNY CASH "The Essential Johnny Cash" (2002) - kompilacja. -- w nawiązaniu do ub.tygodniowej Stevie Nicks. Tam była kopia, a tu oryginał.
- I Still Miss Someone - {oryginalnie na LP "The Fabulous Johnny Cash" /1958/}

JOHN MELLENCAMP "Strictly A One-Eyed Jack" (2021 / release date: January 2022) -- na wczoraj kolejne a'la TomWaits'owe dwa numery z najnowszego albumu Johna Cougara. Posłuchajcie jego przyjemnie zmarniałego głosu oraz trąbki w "Gone So Soon". Rzadko piosenki o zakończeniach związków tak mnie ujmują. Z kolei "Sweet Honey Brown", wcale nie odnosi się do żadnej rajcownej słodkości, a do heroiny. No, ale to już nas Stonesi wyedukowali przy "Brown Sugar".
- Sweet Honey Brown
- Gone So Soon

BETH HART "War In My Mind" (2019) -- zaległy koncert Beth Hart na Torwarze całkiem okay. Szkoda, że tak nieprzyzwoicie krótki. No i za mało mocniejszego grania, na co liczyłem. W pierwszej części występu Beth pikantna, później za dużo, fakt: bardzo mądrych, acz jednak kołysanek. Śpiewanie przy akompaniamencie fortepianu, albo z całym zespołem, jednak już tylko na akustycznie. I tak, od połowy występu, aż po jeden zaledwie LedZeppelin'owy bis. A ja Beth lubię z ogniem, więc pozwólcie, podbiorę go sobie z okładki "Fire On The Floor". -- Miejsce siedzące, jednak daleko, daleko, jak najdalej od sceny, a w takich okolicznościach mój przyrząd foto wszystkich utrwala niczym świętych z poświatami, a niekiedy nawet dostrzegam aureole. -- "Bad Woman Blues": "jestem wiedźmą, ponieważ dobre kobietki zawsze przegrywają". I taką Beth lubię!
- Bad Woman Blues

BETH HART "Fire On The Floor" (2016) -- Beth najwięcej zaśpiewała u nas z "War In My Mind", ale nie zabrakło też paru numerów z "Fire On The Floor". M.in. "Fat Man", który wbił się w set akustyczny, ale już np. takie na co dzień rock'nastrojowe "Fire On The Floor", otrzymaliśmy pod rockowe brzmienie wyznaczone z albumu.
- Fire On The Floor

BETH HART / JOE BONAMASSA "Don't Explain" (2011) -- od tego kawałka wszystko się rozpoczęło. Gasną światła, po chwili słychać głos Beth, na scenie jednak jej brak, aż nagle jupiter pstryk i już ją mamy wyłaniającą się z tłumu na parkiecie, podążającą ku swoim kolegom na scenę. I na niej pozostała przez circa półtorej godziny. -- Kto nie dotarł, będzie mieć okazję w listopadzie przyszłego roku: Szczecin, Gdynia i Wrocław.
- Sinner's Prayer - {Ray Charles cover}

GRAND "Grand" (2022) -- niczym trzcinka śpiewający Matthias Olofsson od dwóch dekad marzył o własnym AOR'owym zespole, no i proszę, jest dowodem, że marzenia się spełniają. W 2020 r. muzyk zapoznał się z obecnymi kolegami z zespołu i już jest debiut album. Od razu wspaniały! Słucha się jak produkcji lat 80'. Dla wielbicieli dawnych dokonań Starship, Kenny'ego Logginsa, Richarda Marxa, Petera Cetery i tym podobnych. Kolejna płyta z katalogu wiodącego dostawcy wysokiej jakości melodyjnego rocka, wytwórni Frontiers Music Srl.
- Caroline
- After We've Said Goodbye
- Ready When You Are

DREAMTIDE "Drama Dust Dream" (2022) -- o tym albumie powiedzieliśmy sobie wszystko przed tygodniem, teraz to już tylko słuchamy.
- Spin

KINGDOM "Lost In The City" (1988) -- reedycja jedynego dzieła niemieckich Kingdom (z angielskim gitarzystą w składzie), zespołu powstałego na gruzach prog'rockowych Epitaph, a po chwili z tym samym materiałem i pod inną okładką przemianowanego na Domain. Pamiętajmy, albumy Kingdom "Lost In The City" oraz Domain "Our Kingdom", to jest dokładnie to samo! Inne nazwy formacji, różne okładki płyt, lecz materiał kropka w kropkę. Po prostu panowie Kolbe i Jackson podpisali w 1988 roku jeden kontrakt, po chwili korzystniejszy drugi, stąd ten kołowrotek. Świetna rzecz, pomimo iż to tylko brudnopis wobec genialnego! "Before The Storm".
- Lost In The City
- The Run
- We Got Love

CAMEL "Rajaz" (1999) -- Mundial w Katarze popchnął mnie również na muzyczne łono arabskiej Azji, stąd m.in. fragment płyty "Rajaz". Wyjątkowej i jedynej w takim tonie w dorobku Camel. -- Biało-żółta w barwach okładka, a na niej po gorącym piachu przemierzają sznurem wielbłądy. Wraz z nimi w domyśle też i ludzie'podróżnicy, którzy od zawsze z wielbłądami tworzyli pustynne karawany, jednocześnie śpiewając różne pieśni w rytmie zwierzęcych kopyt. Latimer zafascynowany tematem napisał numer "Rajaz", a potem jeszcze siedem innych. Tak oto powstała jedna z naj naj wielbłądzich płyt. Uczuciowy rock niekiedy doprawiony wiolonczelą lub fletem.
- The Final Encore

COLLAGE "Over And Out" (2022) -- przemierzam najnowszych pięć kompozycji Collage najdzielniej jak tylko potrafię, jednak nic nie poradzę, że trochę ze mnie uszło powietrze i już nie kocham takiego grania, jak w czasach "Moonshine". Nie żeby Michał Kirmuć odstawał od gitary Mirka Gila, bądź czepiałbym się w sumie niezłego śpiewania Bartosza Kossowicza względem sentymentalnie przywoływanego w mej pamięci Roberta Amiriana. Wszystko pod tym względem wydaje się w porządku, najogólniej mówiąc: wysokie obcasy, a jedynie tylko coś ze mną nie tak -- Ciekawa okładka, ponownie autorstwa Zdzisława Beksińskiego, jednak tym razem, w kwestii jej pozyskania, trzeba było dogadać się już nie z Panem Zdzisławem czy Tomaszem 'Nosferatu', a obecnym właścicielem: Muzeum Historii w Sanoku.
- One Empty Hand
- Man In The Middle - {solo gitarowe STEVE ROTHERY}

FLEETWOOD MAC "Rumours" (1977) -- w ubiegłym tygodniu (w dniu moich imienin) odeszła Christine McVie. Obiecałem, że pogadamy i posłuchamy, a że wyszło z tego najkrótsze in memoriam wobec tak znamienitej Artystki, to weźcie mnie za słowo, że jeszcze nie skończyłem.
- Oh Daddy

FLEETWOOD MAC "Tango In The Night" (1987) -- jedna trzecia 'Tango' to śpiewanie pod przywództwem Christine McVie, zaś jej "Isn't It Midnight" to moje numero uno na tej doskonałej płycie.
- Isn't It Midnight

FLEETWOOD MAC "Mirage" (1982) -- jedna z najwspanialszych piosenek Fleetwood Mac: "chciałabym, byś tu był i trzymał mnie mocno. W mroku nocy czuję samotność, za oknem deszcz, wsłuchuję się w jego dające się policzyć krople, leżę, myślę..."
- Wish You Were Here

OSIRIS "Myths And Legends" (1984) -- rock progresywny od zawsze należał do Anglii, a jedynie po trochu do Niemiec, Ameryki czy Włoch, lecz żeby Bahrajn? Zdziwi się każdy, kto dotąd nie znał Osiris. Katarski na mapie sąsiad celował w gusta odbiorców Marillion, IQ, Camel czy Genesis. Jedynie proponuję luz na fonetykę wokalisty. No chyba, że jakiś na perfekt wyedukowany anglista musi, bo się udławi  -- Z płytą wiąże się smutna, wczoraj u mnie opowiedziana historia lat 90', dotycząca Pana Wojtka, mojego znajomego, pasjonata takiego właśnie grania, który jeszcze przed ukończeniem trzydziestki 'udanie' targnął się na własne życie. W zasadzie winien jestem jeszcze do sprawy suplement, więc może w którąś niedzielę...
- Free Like The Wind
- Dreams Of A Jester

KOMAN BAND "Suita Słoneczna" (2021) -- materiał z 1979 roku do nigdy niewystawionego baletu, powstały na zamówienie Teatru Wielkiego w Łodzi. Całość nagrano przy współudziale Orkiestry pod dyrekcją Henryka Debicha, a wydany niedawno kompakt, na precyzyjnie zredagowanej naklejce, obiecuje: "bajkowe fusion w słonecznych promieniach". -- W czasach, kiedy Koman Band byli najbardziej aktywni, ich nazwa kojarzyła mi się z Krystyną Prońko. Pewnie dlatego, że co występ Pani Krystyny, to jeden czy drugi konferansjer zapowiadał: "przed państwem Krystyna Prońko z towarzyszeniem Koman Band". Zespół dowodzony przez Janusza Komana, człowieka mającego kręćka na punkcie amerykańskiego jazz/fusion/jazzrocka. Szef Koman Band lubił te wszystkie Blood Sweat & Tears, Chase bądź Mahavishnu Orchestra. Słychać! Niesamowite, że dawne radio i tv, które najwyraźniej lubiły taką muzykę, stały w sprzeczności wobec rodzimej fonografii, niewykazującej grupą najmniejszego zainteresowania. Dlatego dobrze, że są tacy GAD Records, którzy w dwa ostatnie lata wydali Komanom aż cztery kompakty. Wszystko materiał z tamtych lat.
- Uwertura
- Zasmucenie Jesienne

HALINA FRĄCKOWIAK "Geira" (1977) -- album nagrany w towarzystwie SBB. W tamtych latach poszukiwany, nie do uświadczenia w sklepach, bez szans na zakurzenie w oknach wystawowych, po prostu znikał raz dwa. Różnorodny materiał, czasem mamy trochę jesiennego nastroju, innymi razy modne wówczas rytmy disco/funk, a w pozostałej sferze sporo klimatycznego rocka. -- Halina Frąckowiak z "Geiry", a taka radiowa od "Dancing Queen" czy "Papierowego Księżyca", to dwa różne światy. Nie znając "Geiry", co też debiutanckiego solo albumu "Idę", w ogóle nic nie wiemy o Halinie Frąckowiak.
- Otwieram List - Brązowy Wrzesień
- Chcę Być Dla Ciebie
- Brzegi Łagodne

STEVIE RAY VAUGHAN "Couldn't Stand The Weather" (1984) -- w 1987 roku Halina Frąckowiak nagrała piosenkę "Tin Pan Alley". Wyszedł niezły hit, lecz na wczoraj ten konkretny tytuł zarezerwowałem dla namiętnego bluesa od nieodżałowanego Teksańczyka Steviego Raya Vaughana.
- Tin Pan Alley

COLLAGE "Over And Out" (2022) -- i raz jeszcze nowi Collage. Tym razem jednak już tylko na 'dobranoc' oraz 'do usłyszenia' ...
- A Moment A Feeling

 



Andrzej Masłowski 
"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze

 


niedziela, 4 grudnia 2022

do usłyszenia o 22.00

Byłem wczoraj w W-wie na 'zaległym' koncercie Beth Hart. Przy okazji zaliczyłem Hard Rock Cafe. Co nieco opowiem na dzisiejszym moim FM. Poza tym, dużo innej dobrej muzyki, jaką właśnie dopinam do mocno przepełnionej torby.
Zapraszam jak co niedzielę na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl -- Start o 22-giej.
Do usłyszenia ...

a.m.

czwartek, 1 grudnia 2022

odeszła Christine McVie


Odeszła Christine McVie - wokalistka oraz pianistka, co także jedna z kompozytorów Fleetwood Mac. O ironio, dopiero co w miniony poniedziałek podarowałem czuwającemu nad mą formą doktorowi winyl pieczątkę Fleetwood Mac "Rumours". On dba o mnie, ja dbam o jego płytotekę. Na razie serwuję mu same petardy. Tylko pewniaki. Widziałem salon doktora ze sprzętem do muzyki, jest większy od całego mojego em pięć, a jeszcze jaki z niego widok! Podobno jestem na przyszły rok zaproszony.
Christine to był ten delikatniejszy, wręcz rozmarzony głos Fleetwoods. Można sprawdzić choćby w "Isn't It Midnight", moim ulubionym (co wyszło po latach) numerze albumu "Tango In The Night". Ale wiem, że najwięcej głosów 'za' otrzymują najczęściej jej spokojniejsze numery, typu "Oh Daddy", "Songbird" czy "Wish You Were Here". Ten ostatni wyjątkowo lubię. Jest tyciu mniej rozpoznawalny, ponieważ pochodzi ze słabiej w stosunku do "Rumours" sprzedanego "Mirage". Od czego jednak Nawiedzone Studio.
Mam zamiar z Szanownym Państwem posłuchać paru stosownych piosenek już w najbliższą niedzielę.  

Meczu z Argentyną szkoda komentować. Nie pojmuję tej ogólnopolskiej radochy z wyjścia z grupy. Wstyd, nie dało się tego oglądać. Obecny polski futbol to wertepy i kałuże, a jego reprezentanci grają w rytm brzuszka trenera 'misio' Michniewicza. Pierwszy raz, zamiast cieszyć się awansem, czuję zażenowanie.
Szkoda tylko do tych jęków-stęków Wojtka Szczęsnego.

a.m.

wtorek, 29 listopada 2022

"NAWIEDZONE STUDIO" - Radio na 98,6 FM Poznań / program z 27/28 listopada 2022








"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek - wydanie z 27/28 listopada 2022 (godz. 22.00 - 2.00)
 
98,6 FM Poznań lub afera.com.pl 
realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

BLUE ÖYSTER CULT "Secret Treaties" (1974) - rockowy klasyk na 'dobry wieczór'. Pierwszy numer zawsze ważny, rozkręcający całość, nadający tempa i charakteru audycji.
- Astronomy

FOREIGNER "Double Vision - Then And Now - Live Reloaded" (Celebrating The 40th Anniversary Of Double Vision) (2019) - nadchodzi koniec Foreigner. W przyszłym roku trasa pożegnalna. Pierwszy koncert 6 lipca w Georgii, później parę innych miejsc Ameryki Północnej, a i być może w dalszej części, już europejskiej trasy, grupa zahaczy o Polskę. Mieli u nas zagrać w katowickim Spodku w ub. roku, ale bogini zemsty Pandemia, zrobiła swoje. Trasa potrwa do końca 2024 roku, więc ekipa Micka Jonesa powinna zaplanować się na wszystkie miejsca globu, by nie pozostał choćby jeden głodny.
- Double Vision
- Hot Blooded

THIN LIZZY "Live And Dangerous" (1978) - 20 stycznia ukaże się 8-płytowy box "Live And Dangerous" - zawierający wszystkie koncerty z tej konkretnej trasy. Oczywiście wszystkie zapisane na dawnych taśmach, które właśnie udało się odarchiwizować. Wydawnictwo cudo, okazała bomboniera, acz ta jedynie dla fanów z grubszym portfelem. -- "Live And Dangerous" to absolutny top 10 live'ów wszech czasów. Nie da się deklarować fanem rocka pomijając coś tak fantastycznego. Gdy jeszcze byłem Andrzejkiem, wszyscy świrnięci na punkcie rocka/hardrocka klękali przed tym podwójnym longplayem. A tak po prawdzie cud, że w ogóle powstał. Generalnie 'Live And Dangerous' miało zarezerwowany czas dla nowego dzieła studyjnego, jednak pożądany przez zespół producent Tony Visconti miał napięty harmonogram, tak też Phil Lynott postanowił, że oto nadszedł czas na album koncertowy. Inna sprawa, że przy jego produkcji wspomógł grupę nie kto inny, jak właśnie Tony Visconti.
- Emerald

THIN LIZZY "Still Dangerous" (2008) - live z okresu "Live And Dangerous", choć niewydany w epoce, a dopiero w 2008 roku. Też świetny materiał, dobrze zrealizowany, a przede wszystkim inna tracklista w stosunku do chwilę wcześniej opisywanego albumu. Mamy tu utrwalone genialne chwile promowania płyt "Johnny The Fox" i "Bad Reputation", z absolutnie najlepszego okresu działalności Thin Lizzy.
Live At The Tower Theatre Philadelphia 1977
- Soldier Of Fortune

UFO "No Heavy Petting" (1976) - i znowu słówko o kolejnej nadchodzącej reedycji. Tym razem kontynuacja wznowień klasycznych płyt UFO z katalogu Chrysalis - czyli od albumu "Phenomenon" wzwyż. Tamten wznowiono już w 2019 roku, i to w wersji 3 CD, z kolei dwa lata później doszło "Force It", już jako 2 CD, a teraz, 20 stycznia przyszłego roku, i znowu na dwupłytowo, tym razem "No Heavy Petting". Album od choćby "Natural Thing", "Can You Roll Her" czy niedzielnej "Belladonny". Jeden ze Słuchaczy pomyślał, że tę wyśpiewaną nie tylko głosem Phila Mogga, co też gitarą Michaela Schenkera balladę, zaserwowałem w ramach urodzin Tomka Beksińskiego. Niestety nie. Zapomniałem. A w zasadzie, o urodzinach Beksia raczej nie pamiętam, przylgnęła do mnie jedynie jego data śmierci. Poszło zatem w eter w ramach zapowiedzi wznowienia "No Heavy Petting", bez dodatkowych akcentów czy uczuciowych insynuacji. -- "Belladonna" nie jest nazbyt reprezentatywna dla "No Heavy Petting", raczej w jej miejsce przydałoby się kilka czadów, których tu nie brakuje. 'Niestety' górę wzięła moja słabość do tej arcypięknej ballady, jednej z naj naj naj, jakie spłodzono.
- Belladonna

DREAMTIDE "Drama Dust Dream" (2022) - naczekałem się, a i naszukałem tej płyty. Nawet w dobie wszechmogącego internetu nie było łatwo. Najpierw album wydano w Japonii. Bez bonusów, za to za 'japońską' stawkę. Postanowiłem więc poczekać do premiery europejskiej, i tu zaczęły się jajca. Pierwsze złożone zamówienie przestrzelone. Po długim czasie oczekiwania otrzymałem informację, że realizacja będzie się ciągnąć i ciągnąć, niczym makaron stąd po Archangielsk, więc potraktowałem sprawę za niebyłą. No i kolejne zamówienie, i kolejne dłuuugie oczekiwanie. Co pewien czas zapewnienia ze strony sklepu, że już prawie, pomału, pomalutku, jeszcze trochę... Aż wreszcie nadszedł ten dzień - it's a beautiful day! Ale co to tych trochę tygodni wobec czternastu lat oczekiwania na nowych Dreamtide. Skład grupy w dwóch/piątych odmieniony, ale najważniejsi wciąż są: wokalista Olaf Senkbeil oraz szef grupy, gitarzysta Helge Engelke. I powróciło to jego gitarowe solówkowanie. W paru miejscach doznałem mrowienia. Lubię faceta, ponieważ gra heavy metal inaczej, z duszą romantyka. Prawdziwa rozkosz emocjonalna. Przekładając to na zimne napoje, taka limonkowa pepsi z miętą. Butelka nektaru, który niech nigdy nie opustoszeje.
- All Of Us
- Merciless Sun
- Drop The Curtain

MAD MAX "Wings Of Time" (2022) - świetni Mad Max. Najlepsza ich płyta od wielu, wielu lat. Choć zapewne w gąszczu wielu lur przepadnie, no bo jakiemu recenzentowi NME czy Rolling Stone zechce się posłuchać zespołu niebędącego na początku artystycznej drogi. Drobni dziennikarze, ci z regionalnych radiostacji oraz prasowych redakcji, w razie zachwytu i tak nic nie zrobią. Tylko dla koneserów 'dyskretnego szczęku blach'. Dla tych, którzy jak ja, rzygają nową Metallicą. I również tymi, dla których metal oznacza jedynie Metallic'kę. Tak przy okazji, na wiosnę nowa płyta ekipy Kirka Hammetta. Widzieliście okładkę? Ohyda. Aż żółć zalewa.
- Rock Solid - {feat. JULIA SALM}

BRUCE SPRINGSTEEN "Only The Strong Survive" (2022) - kolejny wyciąg z soul/r&b cover'albumu Bossa. Przeróbka Commodores należy do najlepszych albumowych momentów, tuż obok numerów z repertuaru Frankiego Valli ("The Sun Ain't Gonna Shine Anymore") oraz Jimmy'ego Ruffina ("What Becomes Of The Brokenhearted"). Płyta okay, aczkolwiek kolejna, może zamiast coverów, niech już zawiera nowe numery Bossa.
- Nightshift - {Commodores cover}

JOHN MELLENCAMP "Strictly A One-Eyed Jack" (2022) - podobnie, jak za nowymi Dreamtide, naczekałem się i za tym albumem. Mocno zaległa nowość, oficjalnie ze stycznia tego roku, a na rewersie okładki nawet wydrukowano: 2021. Spójrzmy jednak na awers okładki, widzimy portret Mellencampa, i proszę sobie wyobrazić, namalowany przez jego syna. -- Niedawno przypominałem fragmenty genialnego "Scarecrow", a było to w ramach dostarczenia na rynek luksusowej reedycji płyty. Minęło kilka dni i oto słuchamy nowych numerów Mellencampa. Z dwunastu, aż trzy z udziałem Bruce'a Springsteena. Panowie świetnie się rozumieją, zarówno w kwestiach politycznych, społecznych, co uczuciowych. Niewiarygodne, że ta ich fuzja dopiero teraz. W głosie Mellencampa zarysowały się znaki upływu czasu, muzyk śpiewa inaczej, już nie tak rockowo, jak w czasach 80', ale śpiewa wspaniale, zmęczonym, a nawet starczym głosem, jakby przecedzonym przez sito Toma Waitsa. -- Genialna finałowa ballada "A Life Full Of Rain": '...życie pełne deszczu spada na me ramiona, tu w pokoju, w którym nikogo to nie obchodzi, gdzie jestem niechciany i nie mam dokąd pójść... gdzie wszystko jest puste'.
- I Always Lie To Strangers
- Driving In The Rain
- A Life Full Of Rain

RAY CHARLES "Strong Love Affair" (1996) - niedawno serwowałem płytę "My World". To ta, gdzie m.in. przez moment posolówkował Eric Clapton, a i dwa kapitalne covery: Leona Russella oraz Paula Simona. Teraz kolejne mistrza Raya dzieło lat 90'. Z epoki nie do końca z nim kojarzonej, bo i większość z nas zdążyła o Artyście zapomnieć. A właśnie wtedy maestro nagrał 'parę' kapitalnych numerów (być może niekiedy z przesadnie gloryfikującymi Boga tekstami), i ja je lubię, na szczęście także posiadam, a moją rolą, jako radiowca, ocalać od zapomnienia.
- Say No More
- Out Of My Life

STEVIE NICKS "The Other Side Of The Mirror" (1989) - dopiero co na moim FM poszło w eter "Street Angel", a tu kolejna klasyczna płyta Stevie Nicks. Nie tak dobrze sprzedana, jak dwie pierwsze, ze szczególnym nasileniem na debiutanckie "Bella Donna", ale za nic ustępująca im muzycznie. Poza tym, Stevie w tamtym czasie była w gazie, wszak "The Other..." jest dziełem z intratnego okresu, w dwa lata po FleetwoodMac'kowym bestsellerze "Tango In The Night". I wiele zawartych tu piosenek nosi znamiona tej samej mocy, lecz wiadomo, album podpisany jako solowe dokonanie Stevie, nie miał szans wywołać podobnego zainteresowania, co płyty sygnowane zespołową nazwą. -- Wiele tu znakomitości; poza ujętym w klamrze Bruce'em Hornsbym, także Rupert Hine (jako muzyk i producent), Tony Levin, Kenny G. czy Jerry Marotta. -- "The Other Side Of The Mirror" nagrano pod kalifornijskimi promieniami Słońca i już tylko ten fakt dał temu dziełu pożądaną lekkość. Tak wpadające do serducha melodie mogły powstać tylko tam, a na dodatek to wciąż lata osiemdziesiąte. Najbardziej melodyjna dekada ever. Kto wie, gdybyśmy jej nie liznęli, być może dzisiejsza muzyka byłaby jeszcze bardziej do dupy.
- Rooms On Fire
- Two Kinds Of Love - {with BRUCE HORNSBY}
- I Still Miss Someone (Blue Eyes) - {Johnny Cash cover}

THE WAR ON DRUGS "I Don't Live Here Anymore" (2021) - Słuchacz, gdy tylko poszły pierwsze dźwięki "Change", napisał: "Czasem mam wrażenie, że piosenki tego zespołu są specjalnie pisane pod Twoją audycję. Zawsze brzmią genialnie". Bardzo dziękuję, właśnie dla takich chwil warto każdej niedzieli zabierać torbę muzyki na Rocha. -- Ci indie'rockowi Pensylwańczycy niebawem do nas zajrzą. Na jeden warszawski koncert - Letnia Scena Progresji. I trzeba być, by coś nam w życiu nie umknęło. -- The War On Drugs to grupa, która w nowych czasach dała usychającemu rockowi nowe życie. Ich granie triumfuje emocjami i nigdy nie ma o nutę za dużo. -- Numer "Change", czyli "zmiana", dla Adama Granduciela określało przejście z beztroski w odpowiedzialność. Narodziny syna nadały nowy sens życiu, ale i imię Bruce, jako wyraz uznania wobec Bruce'a Springsteena. Z kolei "I Don't Wanna Wait", pod przebojową skorupą, skrywa parę osobistych wyznań: "... pozwól mi ofiarować jedyną nadzieję, niczym roztańczony płatek śniegu na pustej drodze".
- Change
- I Don't Wanna Wait

PATTO "Patto" (1970) - Gdzieś pod koniec podstawówki, na jednej z Wawrzynkowych giełd, wpadło mi to debiutanckie Patto. Nie był to jednak czas dla tej muzyki. Wówczas słuchałem rzeczy prostszych, melodyjniejszych, bardziej oczywistych, a tu takie skomplikowane, jazz-rockowe granie, o raczej mało entuzjastycznych melodiach. Wynudziłem się niemiłosiernie i już od następnej giełdy szukałem leszcza, któremu płytę upchnę. To się oczywiście udało, wszak nigdy nie brakowało amatorów takiego właśnie muzykowania, nawet jeśli Patto z nazwy rozpoznawali tylko nieliczni. No więc, pozbyłem się płyty, ale jej duch nie dawał mi żyć. Wraz z upływem lat korciło jej przypomnienie, wciąż czułem, że czegoś nie dosłuchałem. W latach 90' wpadły mi na raz pierwsze dwa albumy Patto (wtedy myślałem, że więcej nie nagrali), posłuchałem raz, dwa, i znowu nic. Przestrzelone. Wciąż jeszcze nie ten czas. Obie szybko wyleciały z kolekcji. Poszły w ludzi. A przecież już wtedy uwielbiałem wszystkie progrocki, niekiedy nawet te najbardziej pokręcone. I lata mijały, a ja co pewien czas czułem, że warto by znowu sprawdzić stan mego wyrobienia muzycznego i ponownie spróbować Patto. No i niedawno kupiłem sobie full wypas 4-płytowe pudło, z wszystkim, co Patto nagrali. I dopiero teraz zacząłem tego słuchać. Raz za razem. Niekiedy z otwartą gębą i zafascynowaniem. Potrzebowałem do tego ponad czterdziestu lat. I może moim przykładem, co też tej niełatwej w odbiorze muzyki, los okrutnie ograbił grupę z zasłużonej popularności. -- Mike Patto umarł młodo, jeszcze sporo przed czterdziestką, gdzieś pod koniec lat 70'. Z kolei, rewelacyjny gitarzysta (także pianista i wibrafonista) Ollie Halsal odszedł lekko po czterdziestce. Zapracował sobie na to narkotykami. Jednak Mike'a Patto dorwała jakaś paskudna odmiana białaczki. Inna sprawa, wszyscy w Patto mieli pokręcone życiorysy, na przykład perkusista John Halsey cudem w latach 80's uniknął śmierci w wypadku, a gdy nie potrafił wyżyć z muzyki, sprzedawał ryby na ulicy z furgonetki.
- The Man
- Hold Me Back
- Red Glow

ELOY "Dawn" (1976) - "Dawn", czyli "świt", a więc początkowy etap dnia, uwalniający światło promieni Słońca. Ale świt, to także wyjście z mroku, ze stanu obaw kryjących się pod zasłoną czarnego nieba. Eloy zawsze fascynowali, ale na pierwszych siedmiu czy dziewięciu płytach jakoś szczególniej. Bez względu na obierane wątki, czy to mitologiczne, czy jak ostatnie dwie płyty traktujące o Joannie D'Arc, zawsze byli kosmiczni, a ich sugestywnie podany rock nieźle działał na zmysły, i podobnie jest z tą płytą. -- "Dawn" to concept album, rzecz o człowieku, który po śmierci powraca jako duch. Dobry duch czuwający przy ukochanej. Oto kolejna wędrówka, kolejna misja. A jak wiemy, Eloy podróże w czasie mają wpisane w zespołową nazwę. Kłania się pionier science fiction Herbert George Wells i jego "Wehikuł czasu". -- "Dawn" wciąż intryguje. Tej muzyki nie rusza czas.
- Awakening
- Between The Times
a) Between The Times
b) Memory Flash
c) Appearance Of The Voice
d) Return Of The Voice
- The Sun Song
- The Dance In Doubt And Fear
- Lost? (introduction)

QUEEN "The Miracle" (1989 / reedycja 2022) - kolejny smaczek z sesji do "The Miracle", a pominięty na podstawowym albumie. I słusznie, bowiem nie tak udany, by na niego zasługiwał. Ale skoro zawróciłem sobie głowę kupując deluxe edycję "The Miracle", to jeszcze raz po raz coś tu i ówdzie Szanownym Państwu w moich nocnych FM upchnę.
z CD 2: "The Miracle Sessions"
- I Guess We're Falling Out



Andrzej Masłowski 
"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze