niedziela, 15 marca 2020

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 15 na 16 marca 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 15 na 16 marca 2020 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: AUDYCJA NIEZREALIZOWANA
prowadzenie: AUDYCJA NIEPOPROWADZONA






AKCJA "KORONAWIRUS" - ZAMKNIĘTE



Do szybkiego usłyszenia ... !






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





PAT METHENY "From This Place" (2020)








PAT METHENY
"From This Place"
(METHENY GROUP PRODUCTIONS / WARNER)

****






Jazz nie jest dziedziną muzyki, w której łatwo przychodzi mi się odnaleźć. Wielcy mistrzowie trąbek, saksofonów bądź natchnieni niczym fryzury Einsteina czy Maksymiuka pianiści, zazwyczaj wywołują moje zakłopotanie. Nie nadążam za ich myśleniem, a niejednokrotny ich wielki talent oddaję diabłu, w zamian za jakiś kolejnych gitarowych rock-szarpidrutów. Jest jednak ktoś taki, jak Pat Metheny. Gitarowy heros nastroju, który w obcym mi na co dzień jazzie, targnął na pokuszenie me serce i uczynił to bez żadnych pośredników. Kto wie, gdyby nie kompozycja "San Lorenzo" - z niesamowitym pianinem zmarłego niedawno Lyle'a Maysa - być może do dzisiaj żyłbym w nieświadomości, nigdy nie odkrywając kilku późniejszych malowniczych płyt, w rodzaju "Secret Story", "Letter From Home" bądź "Still Life (Talking)". To oczywiście tylko namiastka bogatej przestrzeni talentu Pata. Inna sprawa, lubię tamte płyty jakoś szczególniej, przez co, z równą odwagą odradzam niemal kompletnie pokręcone "Song X" - firmowane z niewyżytym - choć zmarłym przed kilkoma laty - saksofonistą Ornette'em Colemanem, jak też eksperymentalne rzęchy i fuzy, pod wiele mówiącym tytułem "Zero Tolerance For Silence". Bo, jak na geniuszy przystało, obok arcydzieł, ci niekiedy również realizują gnioty.
"From This Place" dostarcza ponad 76 minut muzyki, na które składa się 10 kompozycji. Niekiedy kompozycji dłuższych ("America Undefined", "Sixty-Six" czy "Wide And Far"), jak też tych, o niemal piosenkowych rozmiarach - dla przykładu, tytułowe "From This Place". W tym konkretnym fragmencie pojawia się jeden z niewielu dostępnych na tej płycie wokalnych akcentów - amerykańska funk/soul/jazzowa (a niekiedy w swej karierze nawet rapująca) artystka Meshell Ndegeocello. Jestem przekonany, że namiętny wymiar tej piosenki nie pozostanie nikomu obojętny.
O Pat'cie Methenym można mówić: weteran jazzu. Bez obrazy dla postępujących lat i coraz gromadniej zarysowujących się na jego twarzy zmarszczkach. Jego muzyka wciąż jest lekka i niesie się młodzieńczym polotem, choć to taka młodość przez pryzmat dużego bagażu doświadczeń.
Jednocześnie jest to też jazz niezadzierający nosa. Przede wszystkim malowniczy, finezyjny, elegancki. I jest to taka elegancja połączona z dużymi kompetencjami. Pat to muzyk, który nie zapomniał do nabytej techniki wdrożyć wyobraźni, a jednocześnie prawdziwy z niego muzyczny podróżnik, którego roznosi inwazją pomysłów, dzięki którym dociera nawet do najodleglejszych zakątków Zielonej Planety. Dlatego wielbią go, w równym stopniu nasi rodacy, co Hiszpanie czy Włosi, jak też Meksykanie bądź Brazylijczycy. Ktoś napisał przed laty o Pat'cie: aksamitna bryza z Missouri. Na dzisiejszy, często wirtualny język, przełożyłbym to trafne określenie: wyłącz smartfon, zamknij oczy, niech Pat chwyci cię za rękę i zaprowadzi do miejsc, o których nigdy dotąd nie słyszałeś. Tam, gdzie kończą się realia, a zaczyna horyzont niekończącej wyobraźni. Tak Szanowni Państwo, przy tej muzyce wszystko budzi się do życia, a jednocześnie przy jej kompendium barw przyjdzie nam się także ładniej zestarzeć. Znajdźcie bowiem proszę na terytorium jazz'gitarowego grania płótno, na którym równie zmysłowo zatańczą akwarele.
Najlepsze momenty? Obok wspomnianej, tytułowej "From This Place", koniecznie polecam nie przeoczyć pełnego polotu, jednocześnie nasączonego smyczkami, eleganckim basem i równie dostojną perkusją "Wide And Far". W drugiej części tego nagrania Pat iście rozpościera skrzydła. Nie on sam zresztą, rozgrywa się tu cała sekcja, plus zaproszeni The Hollywood Studio Symphony. A skoro warto w "Wide And Far" nie zgubić perkusji, nie odmówmy też sobie szczoteczek w "Sixty-Six". Szczoteczek, którym - poza rzecz jasna finezyjną grą Pata - zręcznie "doskwiera" równie wysublimowane muskanie basowych strun. I choć na całej "From This Place" zdecydowanie dużo grania, a niewiele w kontrofensywie śpiewania, tak jednak delikatna i schowana w cień wokaliza Lindy May Han Oh - w nagraniu "You Are" - wydaje się bezcenna. Proszę na dobitkę posłuchać jeszcze uważniej pianina Gwilyma Simcocka. Walijczyk gra tak, jakby zapragnął złożyć Lyle'owi Maysowi hołd. I podobnie natchnione pianino, plus zwabione podniosłą atmosferą smyczki, ukażą się również w "The Past In Us". Simcockowi na harmonijce asystuje Gregoire Maret, zaś Pat jak zawsze błądzi, wywołując burzę smaków wyłaniającą się z bukietu pomysłów.
Dużo, bardzo dużo dobrego dzieje się na tej płycie, pomimo iż albumowa tsunami-okładka nasuwa raczej apokaliptyczne wizje. Nic z tego, w tej muzyce tkwi życie, i zakładam, że zaowocuje ono jeszcze niejednym tej klasy płodem.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




piątek, 13 marca 2020

koronaświrus

No teraz to się porządnie wkurzyłem. Rozumiem, pozamykane knajpy, biura, sklepy, a nawet absencję od zajęć z anglika, ale żeby Nawiedzone Studio przymusić do kwarantanny? Ok, jak wszyscy to wszyscy, ale jak ja bez tych naszych niedzielnych spotkań wytrzymam?
Jestem głęboko przekonany, że wszyscy - jak tu stoimy - spotkamy się pełni zdrowia za rok i dwa, lecz teraz musimy sobie pocierpieć. Przymusowo. W całym kraju (i w wielu zakątkach globu) zapanowała od wszystkiego obowiązkowa pauza. Nie będzie zatem najbliższego Nawiedzonego Studia, nie będzie go w ogóle do odwołania. A jeśli po środowym koncercie dopadnie mnie jeszcze jaki czort, nie usłyszymy się nigdy. Wszak wszystko możliwe.

Jeszcze wczoraj na skrzynkę mailową dostałem powiew optymizmu, bowiem w komunikacie oznajmiono, by w radio przebywać nie dłużej niż potrzeba. No pewnie, te moje cztery godzinki to jak z bicza strzelił. Tymczasem sprawa nabrała tempa, i właśnie okazało się, że nawet kwadransik to stanowczo za długo.
Najgorsze, że nawet nie mogę sobie z tego wszystkiego zakpić, bo nie daj Buddo wszechmocny, gdyby jednak komuś naprawdę kawałek płuca wyżarło, byłoby po mnie. Dostałoby mi się za głupotę i nieodpowiedzialność. Tak więc przyjmuję tę pandemiczną panikę, jednocześnie trzymając kciuki za zdrowy rozsądek.
Czekam na dalszy rozwój wydarzeń, a przede wszystkim, na jak najszybsze otwarcie wrót Nawiedzonego Studia. Kurcze felek, mam w planie do zagrania tyle kapitalnych płyt, a tu takie fiku miku. Im dłużej od siebie "odpoczniemy", tym bardziej sprawa wyda się nie do nadrobienia. Poza tym, przygotowałem piękny pożegnalny kącik wobec zmarłego ostatnio Keitha Olsena. Mało tego, za chwilę wbije do mnie kurier z mega przesyłką, tj. z kilkoma promo kompaktami. Być może któryś z nich okaże się
odkryciem na miano roku. Nie zdążyłem Wam Kochani zagrać czterech gorących nowości, jednak mam nadzieję, że szybko nie wystygną.
Tyle na ten moment. Uaktywnię się w recenzjach nowych płyt, byśmy nie posnęli. Pa pa.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




czwartek, 12 marca 2020

PENDRAGON - "Blue Note", środa 11 III 2020, Poznań

Atmosfera ostatnich dni - wywołana histerią wokół koronawirusa - udzieliła się już niemal wszystkim, a przecież Polska na mapie realnego zagrożenia wciąż wydaje się nieznacznie zainfekowana. Pozamykane szkoły, przedszkola, niektóre placówki pracy, do tego coraz dotkliwiej pustoszejące półki sklepowe, objawiają niemal wojenny krajobraz. Trudno dziś kupić mydło, papier toaletowy, ryż, makaron, a i nawet z półek sympatycznego Kauflandu poznikały kartony z moimi ulubionymi orzechowymi chrupkami. W ostatnich dniach ludzie także zaczęli masowo stosować higienę osobistą, jaką do tej pory uskuteczniali jedynie aktywni chirurdzy.
Masowo odwoływane są też spektakle teatralne, kinowe oraz wszelakie koncerty, zamyka się też niektóre restauracje oraz kluby, niemal wszystko za wyjątkiem szpitali dla dusz - jakiego to wczoraj określenia wobec kościołów użył minister Gowin.
W obliczu powyższych wydarzeń zastanawiałem się, odbędzie się ten koncert Pendragon, czy może Brytyjczykom przyjdzie zagrać bez udziału publiczności. Podobnie jak piłkarzom Włoch czy tym naszym ligowym mocarzom. Co do faktu wczorajszych Pendragon, stan zagrożenia wywołała informacja o odwołanym koncercie w Łodzi, do którego miało dojść dzisiaj, ale też świadomość, iż klub Blue Note od dzisiejszego czwartku także postanowił dezaktywować się do odwołania. Kwarantannę przeżywać będziemy więc wszyscy - przymusową. Rozumiem ponadto, że jej skuteczność podziała nawet, gdy będziemy stykać się w tramwajach, urzędach, kościołach, aptekach, sklepach czy punktach usługowych. Zresztą, sprawy nabierają takiego tempa, że w chwili oddania tego tekstu do druku mogą nastąpić jeszcze bardziej postępowe reakcje na aktualne wydarzenia.
Podczas wczorajszego show przez chwilę nawet zachodziłem w głowę, czy aby ktoś z widowni nie zaraził już muzyków Pendragon, bądź odwrotnie. Hmmm, najgorsze, że od dwóch miesięcy mam jakiś okropny, choć jednak epizodycznie ostry kaszel, mimo to, jak zajadę serią z automatu, dopiero muszę w obecnych realiach wywoływać lęki.
Pokaźna grupa fanów czekała wczoraj wytrwale na otwarcie bram, w nadziei, iż organizator koncertu nie wyjdzie zaraz niczym osobnik z okładki płyty Demon "The Plague", równie kulturalnie oznajmiając: "won do domów!", na odchodne spryskując naiwny tłumek jakimś środkiem owadobójczym. Wrota przewidziano otworzyć o 19.00, zaś danie główne na 20.00. Jednak, na zegarze już 19.15, 19.20, jeszcze szybciej zrobiła się 19.25, a tu nic, wciąż czekamy. Cierpliwie, grzecznie, nie chuchając po swych twarzach, wszak każdemu zależało, by za dwa-trzy tygodnie mieć szansę o tym koncercie poopowiadać, zamiast wylegiwać nudę na którymś z oddziałów zakaźnych.
Pewien jegomość próbował sprzedać bilety, i to za połowę ich wartości - 50 zł za sztukę, a sztuk cztery. Uświadomiłem, by nie cierpiał na silnym wietrze wypatrując ofiary, a po prostu zwrócił je do kasy, za pełną stawkę. Tym bardziej, że w ostatniej chwili zrodziła się taka możliwość.
No i zobaczcie Moi Drodzy, ile słowem wstępu, którego w ogóle nie powinno być. Tyle za sprawą pandemii narosło obaw i zamieszania.
Jedna z koleżanek, na wieść o moim postępku, wyrzuciła z siebie: "co za nieodpowiedzialność". A słowa mogą mieć boleśniejszy walor od prawdziwych ciosów. Nie zmieniłem jednak decyzji. Nie zdezerterowałem, wszak tchórzem nie jestem, a człowiekiem dużej wiary, iż to, co złe, raczej mnie w życiu omija. Przecie zawsze mogłem urodzić się w jakimś obozie pracy, Erytrei czy północnej Korei, bądź w pontonie cywilnych uciekinierów podczas bombowego nalotu. A jednak do tej pory przeżyłem pięćdziesiąt cztery wiosny, z nadzieją na nadchodzącą pięćdziesiątą piątą, co już uważam za spory zysk. Inna sprawa, najpiękniejsze lata dawno za mną. W życiu sens ma tylko młodość. O schorowaną starość uwierzcie, nie ma co się bić. Jeśli więc licho ręki sprawiedliwości stanie na mej drodze, spieprzać nie będę.
Nie wiem, ile potrwał koncert, naprawdę. Jakoś nie liczę godzin i lat, to życie mija mi jak... - jak niosą słowa powszechnie znanej piosenki. Zaczęło się jakoś chwila po dwudziestej, a gdy po wszystkim z Korfantym dotarliśmy do jego zaparkowanego przy Kościuszki (nieopodal Libelta) auta, było coś przed dwudziestą trzecią.
Blue Note sowicie wypełniony, pomimo iż kilku ludzi zadeklarowało zwrot swych biletów. Na sali głównie twarze mi obce, a jednak podałem na powitanie dłoń dobrym dwu tuzinom znajomych. Sądzę, że skrywany w portkach płyn dezynfekujący, i tak na nic się zdał, tym bardziej, że w międzyczasie przyjąłem plastikowy kubek z nierozcieńczoną whisky, ponadto pomogłem Korfantemu w doborze kompaktów przy zespołowym stoisku, a na dobitkę musiałem jeszcze własnoręcznie przestawić pewnego podpitego osobnika, który słaniając się na nogach, notorycznie znajdował oparcie na moim lewym ramieniu. Dopiero, gdy do ucha szepnąłem mu: "jeszcze raz, a uszkodzę ci buźkę", pojął w czym rzecz i przeszedł do dalszego natarcia u kogoś stojącego dwa kroki bliżej sceny.
Proszę Państwa, to był mój ósmy raz. Traktuję więc Pendragon jak dobrych kompanów, jednocześnie siłą rzeczy nie miałem prawa odczuwania magii pierwszego kontaktu. Tę możliwość miało jednak wczoraj nieco ludzi, w tym kilku moich znajomych. I tego im zazdroszczę - ach, ten pierwszy raz! A koncert godzien pierwszego głębokiego westchnienia.
Pendragon w formie. Ich koncertowy skład powiększył się nawet o dwie chórzystki. Dawały radę, zarówno z "uuuuuu" czy "aaaaaa", a jedna z nich pograła także na skrzypcach.
Clive Nolan może pochwalić się okazałą obrotową klawiaturą, która torem karuzeli przemierza na każde jego zawołanie. Mistrzowi również służy majestatyczny brzuszek oraz równie zamaszysta fryzura. Podobnie Nolan włada też akordami, co król berłem. Nie wyobrażam sobie tej grupy z innym pianistą.
Nick Barrett wciąż pięknie śpiewa, a jeszcze dobitniej wykrawa pejzażowe sola gitarowe, czego może mu pozazdrościć niejeden prog-rockowy dywizjon.
Peter Gee jak zawsze skupiony i tylko w sobie dobrze znanym świecie, choć tym razem przynależny mu bas, obsługiwał bez promiennego uśmiechu, który przed laty nigdy nie opuszczał jego twarzy. Jean Vincent Velazco dobrze wkomponował się w ramy zespołowe. Dzielnie wypełnia perkusyjną posługę, pomimo iż jego wzrok non stop kontroluje każdy gitarowy akord Barretta. Bardzo Filipińczyk się pilnuje, by nie wystrzelić poza obręb nut, które na koncertach przybierają jednak inny szlif niż w studio. Stawiam, że przy następnej trasie będzie już w pełni zgrany ze swoimi kolegami.
Pendragon zagrali całe "Love Over Fear". Po kolei. Utwór po utworze. Niedobrze, bowiem na co dzień nie przepadam za takimi koncertami. Omijają mnie w nich niespodzianki, zanika oczekiwana spontaniczność, wdziera się też pewien element nudy. A jednak Pendragon nową płytę zagrali z takim przekonaniem, że nie groziło nią choćby przez moment. Pamiętam jednak, jak przed ćwierć wieku Marillion zagrali w Arenie całe "Brave", i to nie był dobry ruch. Płyta piękna, lecz zdecydowanie w takiej dawce niekoncertowa.
Po zaprezentowaniu "Love Over Fear" nie zmuszono nas do żadnej przerwy. Obyło się bez wyprowadzania grupy do szatni na czas masowego napełniania kufli kolejnym piwskiem. Muzycy pociągnęli szturmem, i od najnowszego materiału błyskawicznie przeszli do części złożonej, z umówmy się, przebojów. Takich naszych, bowiem wszelakie top-zestawienia jak również fale eteru, bywają na ich czar całkowicie obojętne. No, może za wyjątkiem Nawiedzonego Studia. Poszło więc po sali "Indigo", obowiązkowe "Paintbox", nawet nieco starsze "The Walls Of Babylon", a do tego jakże przyjemnie przez publiczność chóralnie refrenem odśpiewane "This Green And Pleasant Land". Do tego również dobił atut, raczej mizernej płyty "Men Who Climb Mountains", w postaci jedynego rodzynka, jakim "Faces Of Light". Było też powszechnie wielbione "Breaking The Spell", a na bis pełna wersja "Masters Of Illusion". Aha, no i jeszcze nutka z niedocenianego albumu "Believe", za sprawą przebojowej część wielowątkowego "The Wishing Well", jaką "Sou' By Sou' West". Ale też powiem Wam Kochani, przeszły mnie dreszcze przy "Afraid Of Everything". Bo wyjątkowa to rzecz na ostatnim "Love Over Fear". Kto wie, być może mówimy o kawałku z top dziesiątki wszech czasów, jaka zagnieździła się od niedawna w śpiewniku Pendragonów.
Zatem, warto było zaryzykować. Choć może raczej własne zdrowie i życie, niż w konsekwencji okazać się siewcą czyjegoś nieszczęścia. Jestem jednak pełen optymizmu, że z racji mego szaleństwa nikomu nie ubędzie. Oby moja "nieodpowiedzialność" zrodziła żniwo tylko dobrych wspomnień.

P.S. Thanks Mr. Korfanty. Ty już wiesz.










Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




wtorek, 10 marca 2020

nie żyje KEITH OLSEN

Zmarł Keith Olsen - amerykański producent płytowy, inżynier dźwięku, ale także w przeszłości okazjonalny muzyk, pomimo iż głównie pełniący rolę wspomagającą, czytaj: drugorzędną. Wczoraj o jego śmierci na swym facebookowym profilu poinformowali Scorpionsi. A mają mu za co wyrażać szacunek, wszak Olsen wyprodukował bestsellerowe "Crazy World". Tak, to ten album, na którym m.in. ballady "Wind Of Change" oraz "Send Me An Angel", ale przede wszystkim sporo rasowego klasycznego heavy metalu próby najwyższej. Olsen z ekipą Meinego współpracował jeszcze w latach późniejszych, jednak były to zazwyczaj epizody, jak dajmy na to, studyjne wtręty pod koniec koncertowego albumu "Live Bites" bądź dwa kawałki na słabo przyjętym "Pure Instinct". No, ale lata dziewięćdziesiąte nie były przychylne takiemu graniu, więc nic tam po Olsenie. Facet czuł się przede wszystkim w pozytywnej dekadzie 80's, choć wzrastał swą profesją we wcześniejszym dziesięcioleciu.
Na załączonych zdjęciach sami Państwo Szanowni dostrzeżecie, ile kapitalnej muzyki wyszło spod myśli realizatorsko-dźwiękowej tego Pana. Bez wielu poniższych płyt mój muzyczny świat byłby sporo uboższy. Tym bardziej, iż nie wyobrażam go sobie, bez choćby "Whitesnake "1987", Magnum "Goodnight L.A.", Ozzy'ego Osbourne'a "No Rest For The Wicked", Fleetwood Mac "Fleetwood Mac", Foreigner "Double Vision" i jeszcze (przynajmniej) kilku innych.
Keith Olsen w producenckiej branży nosił nazwisko tej miary, co Beau Hill, Michael Wagener, Mike Stone, Bruce Fairbarn, Desmond Child, Robert John "Mutt" Lange, Glyn Johns, Bob Rock, Bob Ezrin czy Peter Collins. Słowem, człowiek instytucja i jednocześnie istna potęga. Ktoś, bez kogo zmysłu, wyczucia, wrażliwości i poczucia estetyki, niejedna piosenka zostałaby odarta z szykowności.
Nierzadko słuchając naszych ulubieńców podziwiamy ich talent, podoba nam się albumowa "polerka", jednak rzadko dostrzegamy, kto poza wykonawcą również jest za nią odpowiedzialny. A przecież, niekiedy nawet najlepsze kompozycje zginą w gąszczu wielu innych, jeśli nie otrzymają odpowiedniego szlifu. Do tego trzeba mieć smykałkę, rękę i przysłowiowego czuja. Wszystkie te cechy kłębił w sobie Keith Olsen.
W najbliższą niedzielę zarzucę kilkoma przykładami. Myślę, być może od tego czasu coraz częściej zaczniemy zwracać baczniejszą uwagę na mozolny trud facetów od suwaków i tylko pozornych świecidełek.
Keith, wielkie dzięki za wszystko czego dokonałeś. Nawiedzone Studio śle Tobie niskie ukłony.


Koronawirus, który również dotarł do Poznania, zaczyna pomału siać niepokój. Moja anglogrupa właśnie debatuje nad ewentualnymi zajęciami. Pomału zapał do nich na dzisiejszy wieczór kruszeje. A szkoda, bowiem uwielbiam jako męski rodzynek przebywać w naszym babskim gronie. Może dlatego, że u uczelnianych dziewczyn mam czystą kartę. One nie czytają tego bloga, nie mają pojęcia o moich audycjach, nie są też przez żadne obce siły wobec mnie nastawione. Dlatego zazwyczaj jest spontanicznie i radośnie. Potrzebowałem tego, oj bardzo. I nie dam sobie wyrwać. Na tej wyspie nikt nie traktuje mnie tylko muzycznie. Owszem, szybko wyczuto mą do muzyki sympatię, lecz zarazem dostrzeżono atuty, o jakie nikt inny nie powalczy. Łyknąłem na stare lata bakcyla, teraz pomału myślę nad uniwersytetem trzeciego wieku i kolejnymi wyzwaniami. Wykłady z astrofizyki byłyby moim spełnieniem.

Mam nadzieję, że jutrzejsi Pendragon niezagrożeni. Nie martwię się o swoje zdrowie, nawet życie (w moim wieku nie ma się co napinać), a trzymam kciuki, by nikomu nie przyszło do głowy zablokowanie tego koncertu. Bowiem, gdyby co, rozsądek nakazywałby także odwołać wszystkie msze.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 9 marca 2020

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 8 na 9 marca 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań



"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 8 na 9 marca 2020 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Majka Chaczyńska
prowadzenie: Andrzej Masłowski







PENDRAGON - "Love Over Fear" - (2020) -
- Water
- Afraid Of Everything

IRON MAIDEN - "Best Of The Beast" - (1996) -
- Virus

THE NIGHT FLIGHT ORCHESTRA - "Aeromantic" - (2020) -
- Divinyls
- If Tonight Is Our Only Chance
- Transmissions

GENESIS - "We Can't Dance" - (1991) -
- Dreaming While You Sleep
- Since I Lost You

KARAŚ / ROGUCKI - "Ostatni Bastion Romantyzmu" - (2020) -
- Nie Mogę Spać
- Na Zakręcie

H.E.A.T. - "II" - (2020) -
- Dangerous Ground
- Come Clean
- Victory

OZZY OSBOURNE - "Ordinary Man" - (2020) -
- Scary Little Green Men

RUSS BALLARD - "It's Good To Be Here" - (2020) -
- Proud Man

KISS - "Revenge" - (1992) -
- God Gave Rock 'N' Roll To You II

BLUE ÖYSTER CULT - "Heaven Forbid" - (1998) -
- Power Underneath Dispair
- Live For Me

WISHBONE ASH - "Coat Of Arms" - (2020) -
- We Stand As One
- Empty Man

ULI JON ROTH - "Metamorphosis" - (2003) -
- Tales Of The Summer Wind

SCORPIONS - "In Trance" - (1975) -
- Life's Like A River

SCORPIONS - "Fly To The Rainbow" - (1974) -
- Drifting Sun
- Fly People Fly

IQ - "Resistance" - (2019) -
- Rise
- Shallow Bay

MOSTLY AUTUMN - "White Rainbow" - (2018) -
- Into The Stars

KANSAS - "Live Confessions (From New York To Omaha)" - (2016) -
z CD 3: recorded at The Civic Auditorium, Omaha, Nebraska, July 21, 1982
- Chasing Shadows
- Crossfire
- Face It

KANSAS - "Leftoverture Live & Beyond" - (2017) -
- Lamplight Symphony






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"