piątek, 26 lipca 2019

THE BLACK KEYS - "Let's Rock" - (2019) -








THE BLACK KEYS
"Let's Rock"
(NONESUCH)

****





Zaproszenie do tytułowego "dajmy czadu" oraz okładkowe krzesło elektryczne pobrzmiewają czarnym humorem, wszak to ostatni kadr z życia straconego w takich okolicznościach Edmunda Zagorskiego. Było nie było, amerykańskiego mordercy o polskich korzeniach. Ostatnie słowa Zagorskiego, to właśnie "let's rock".
The Black Keys nagrali płytę po pięcioletniej przerwie, lecz muzycznie wszystko tu na dawnym posterunku. Po znakomitej passie (a weźmy na ruszt tylko dwa ostatnie bezbłędne dzieła: "Turn Blue" oraz "El Camino") przyszedł czas na nowe wyzwanie, tym razem bez producenckiego udziału Danger Mouse'a.
To cały czas oparty na brudnych, garażowych gitarach oraz stosownych surowych partiach bębnów rock, rock-blues, jakże odległy względem otaczającego nas zewsząd miałkiego i rażąco skomputeryzowanego popu.
Dan Auerbach i Patrick Carney, w których życiu ostatnio nastało wiele istotnych zmian twierdzą, że właśnie nadchodzi kolejna fala odrodzenia rocka - trzymam ich za słowo. Niech więc zamiast automatów ponownie wszyscy chwycą za prawdziwe instrumenty - jak tutaj.
Na "Let's Rock" niemal każda nuta pochodzi z gitar i perkusji, a w szeregach powierzonych nam najnowszych piosenek panuje siła, spójność i chwytliwa melodyka. Jak najbardziej spodziewanie otrzymujemy więc blues-garażowe szaleństwo, podane w stosownie rozchełstanej formie. Dzięki temu płyta bardziej przypomina szkic niż gotowiznę, i w tym jej siła. Nie ma tu przekombinowanych aranżacji, rządzi prostota, natura i perfekcyjna komunikacja na linii Auerbach-Carney. Ot, i to jest cała sól tej muzyki. Powinny jej posłuchać wszystkie te nasze alter/rock-nieudaczniki, którym o swej nieomylności tylko się wiele wydaje, lecz przy takich The Black Keys większość z nich jawi się emerytalnie.
Promotorzy - jak dotąd - wybrali na single trzy kawałki ("Lo/Hi", "Eagle Birds" oraz "Go"), i wszystkie trafione w dychę. 2-5-minutowe "Go" zapewnia skoczną rytmikę i powiew entuzjazmu, jaki panował na "El Caminio", z kolei "Eagle Birds" oraz "Lo/Hi", to tylko nieco dłuższe od "Go" piosenki, których przewodnie gitarowe akordy zostały wbite w tnące, brudne i bliźniacze riffy pod klasycznych ZZ Top - prawdziwa eksplozja! Inna sprawa, że nie trzeba dobrego nosa, by wytropić tu kolejnego singlowego przedstawiciela. Nie brak na tym albumie chwytliwych melodii. Równie dobrze rolę hitów mogłyby na siebie przejąć wyluzowane "Tell Me Lies", "Get Yourself Together" czy "Sit Around And Miss You", bądź dla przeciwwagi, chwilami kąśliwe "Fire Walk With Me" lub przyozdobiona fajnym a'la Hendrixowsko-JeffBeck'owskim gitarowym solo "Every Little Thing". Ta ostatnia, to w ogóle prawdziwa ozdoba albumu, a jednocześnie esencja stylu The Black Keys.
Ci pochodzący z Ohio niezwykle świeżo brzmiący Amerykanie opublikowali właśnie dziewiąty album, a przecież jawią się entuzjazmem jakiś przestawiających mosty debiutantów. Jednocześnie od dawna stanowiąc za mocny punkt na mapie współczesnego rocka, choć dopiero od wydanego w 2011 roku "El Camino" zrobiło się o nich głośniej. Przyznam, że i ja dopiero od tamtego czasu wbiłem do rodziny popleczników ich talentu. I niech już tak pozostanie.
The Black Keys równym tempem idą po swoje, zostawiając z tyłu chmarę konkurencji. I to bez względu na uprawiane przez tamtych pole muzyki. Szczególnie też przyćmiewając mocno przereklamowanych Greta Van Fleet, którzy po obiecującym początku, niedawnym albumem "Anthem Of The Peaceful Army" dowiedli, iż są zaledwie nieźli, a już na pewno zdecydowanie przereklamowani.
The Black Keys, let's rock !







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







czwartek, 25 lipca 2019

nie żyje Rutger Hauer

Lubiłem Rutgera Hauera. Był aktorem wyrazistym, który perfekcyjnie kreował role twardzieli, a najlepiej psychopatów. Ta ostatnia przypadłość szczególnie do niego pasowała.
Pomimo, iż na ekranie bywał draniem, miałem do niego dużo sympatii. W obsadzie jakiegokolwiek filmu obecność Hauera jawiła się prawdziwym wabikiem. I choć świat od zawsze pieści jego talent aktorski za udział w "Łowcy Androidów", mnie jednak mistrzunio zdecydowanie ujmował (wraz z boskim Sylvestrem) w "Nocnym Jastrzębiu" oraz "Autostopowiczu". Oba filmy kapitalne, ze wskazaniem na ten pierwszy. Niedawno zresztą prezentowałem z niego ścieżkę dźwiękową, której sprawcą Keith Emerson. Zupełnie nie pojmuję, dlaczego na blogu ni śladu po tym fakcie. Jestem przekonany, że dokonywałem stosownej rozpiski, zamieszczając także foto winylowej płyty, lecz teraz, gdy zapragnąłem do tego faktu się przedostać, blogowa wyszukiwarka milczy.
Rutger Hauer zmarł przed kilkoma dniami. Może i dobrze, że wieść o jego śmierci podano z opóźnieniem, dopiero po wszystkiego zweryfikowaniu. Niesmacznie wyszło niedawne uśmiercenie Adama Słodowego, dlatego dobrze z takimi nowinami nie spieszyć się zbytnio. 
Finał poszukiwań 5-letniego Dawida przewidywalny. Niepojęte, jaki poziom frustracji i okrucieństwa musi dopaść człowieka, by zasztyletować własne dziecko. Pytanie, gdzie jest bóg? Nieważne, czy określimy go z dużej lub małej litery, bo gdyby naprawdę był, z satysfakcją nie skąpiłbym nawet liter ogromnych. Chłopiec na pewno chciał żyć, ale nikt i nic mu nie pomogło. Tak tak, wiem, ten tam na górze oczywiście wszystko ma zaplanowane. Temu więcej zdrowia, temu w zamian kalectwo, komuś innemu jeszcze większe cierpienie, by jakiś drań przemknął przez całość niezauważenie. Słucham podobnych bzdur od pięćdziesięciu czterech lat.
Żyjemy we wszechświecie na mikroskopijnej planecie, która zwie się Ziemia. I jest to maleńkie miejsce, w którym na przestrzeni tysięcy lat, miliardów ludzkich żyć, wydarzyło się dużo dobrego, ale jakże wiele złego. Na tej malutkiej planecie tak często zadaje się taki ogromny ból. Wierzyć się nie chce, jakimi najgorszymi ssakami jesteśmy właśnie my, ludzie. To właśnie my ludzie uzurpujemy sobie prawo do wszystkiego, co najlepsze. Do mądrości, szczęścia, miłości, lojalności czy szacunku. Zupełnie jakby wszystkich innych istot żyjących nie było na to stać. A gdzie jeszcze pomyśleć, że wszystkie one dają nam swą uczciwością ostro popalić.
Ostatnie wydarzenia w Białymstoku uświadomiły, jak kibole mają w sobie dużo chrześcijaństwa. Od nadmiaru ich miłości aż przelewało się na tamtejszych ulicach. Sugestie ludzi, o intelektach ameb, w temacie stref wolnych od LGBT, zatrzepotały podobnym tonem do jakże wciąż nieodległego "nur für Deutsche". Ktoś przyzwolenie na taką retorykę daje. Nawet, jeśli specjalni rządowi wysłannicy w mediach udają później oburzenie. Wstyd dla władz kościelnych, które podziękowały kibolom za obronę kościelnych i rodzinnych wartości. Dawajcie więcej takiej miłości, a kościoły całkowicie opustoszeją, a was tam na górze, o ile dojdzie do sądu ostatecznego, nikt wskrzeszać nie zechce.
Na deser pragnę zarekomendować koncert grupy Extraterrestrial Dreamsucker, do którego dojdzie w najbliższą sobotę 27 lipca, o godz. 20.15, w klubie Amore Del Tropico. Nigdy do tego miejsca - mieszczącego się przy ulicy Ratajczaka - jeszcze nie dotarłem, pomimo iż skrywam nadzieję, że nadal szefuje tam mój dobry znajomy Boguś. Facet nieźle zakręcony na punkcie muzyki, choć o zdecydowanie odmiennym guście. "Amore Del Tropico" Boguś zaczerpnął dla swego pubu z tytułu płyty grupy The Black Heart Procession, za którą nie wiem jak teraz, ale niegdyś przepadał.
W zespole o niekończącej się nazwie Extraterrestrial Dreamsucker występuje realizatorka Nawiedzonego Studia z ostatniej niedzieli, Maja Chaczyńska. Przemiłe dziewczę, więc się panowie nie pobijcie. Miałem także dotrzeć, jednak z Korfantym uciekamy tego dnia na północ kraju na inny koncert, tak więc Majki posłucham sobie na żywo przy kolejnej okazji. Zachęcam jednak wszystkich jak najmocniej. Majce będzie milutko, a dla Was kochani nie zabraknie dobrej muzyki i nieźle w procenty zaopatrzonego baru.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 22 lipca 2019

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 21- na 22 lipca 2019 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań + "BLUES RANUS" (zastępstwo)





"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli 21- na poniedziałek 22 lipca 2019 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Maja Chaczyńska
prowadzenie: Andrzej Masłowski







STATUS QUO - "Live At The N.E.C." - (1984) - w najbliższą sobotę zagrają w Dolinie Charlotty. Tamtejszy Festiwal Legend Rocka trwa w najlepsze. Będę iskry i swąd opon.
- Whatever You Want
- Rockin' All Over The World - {John Fogerty cover}

SAXON - "The Eagle Has Landed - Live" - (1982) - Orzeł wylądował - tymi słowami Neil Armstrong przywitał się z Księżycem 20 lipca 1969 roku, a Saxon także temu wydarzeniu złożyli hołd. Najpierw odpowiednio tytułując pierwszy album koncertowy, a wkrótce zamieszczając podobnie zatytułowany utwór na płycie "Power & The Glory". Biff śpiewał: "... podróż Orła w stronę gwiazd, dokąd zabierasz marzenia i nadzieje ludzi... w innym świecie zrobiłeś wielki krok dla ludzkości...".
- Motorcycle Man
- 747 (Strangers In The Night)

TIMO TOLKKI'S AVALON - "Return To Eden" - (2019) - dwie z trzech fajnych piosenek na najnowszej palecie możliwości ex-gitarzysty Stratovarius. Albo nie pociąga mnie już taka muzyka, albo Timo stracił na sznycie.
- Hear My Call - {śpiew ANNEKE VAN GIERSBERGEN}
- Godsend - {śpiew MARIANGELA DEMURTAS}

TURILLI / LIONE RHAPSODY - "Zero Gravity (Rebirth And Evolution)" - (2019) - chyba najlepszy fragment z nowego potomka w przepastnej rodzinie Rhapsody.
- Decoding The Multiverse

MARK KNOPFLER - "Shangri-La" - (2004) - wciąż przytaczam smaczki z niedawnego Gdańsko/Sopockiego koncertu Marka Knopflera. Piękne chwile, niech nigdy pamięć ich nie zatrze.
- Postcards From Paraguay

ELTON JOHN - "Honky Cháteau" - (1972) - film "Rocketman" wspaniały, choć w dużym stopniu smutny i refleksyjny. Na takie kino nie walą tłumy, bo choć perfekcyjnie zrealizowane, nie ma w nim lukru.
- Rocket Man

ELTON JOHN - "The Very Best Of" - (1990) - dzięki mej dawnej koleżance nasłuchałem się tej piosenki, jak chyba żadnej innej ballady sir Eltona.
- Blue Eyes - {oryginalnie na LP "Jump Up!", 1982}

ELTON JOHN - "Elton John" - (1970) - drugi album Eltona, pochodzący z czasów, gdy muzyk machnął pragnieniem dołączenia do Karmazynowego Króla.
- Your Song
- I Need To Turn To

ELTON JOHN - "Goodbye Yellow Brick Road" - (1973) - w lawinie ballad Elton miewał też i takie energetyczne rock-piosenki. Niegdyś spory przebój, z płyty, która w ostatecznym rozrachunku okazała się największym artystycznym dokonaniem w jego dorobku.
- Saturday Night's Alright For Fighting
po prawej polski podwójny winyl Eltona Johna

UNITED PROGRESSIVE FRATERNITY - "Planetary Overload, Part 1 - Loss" - (2019) - coś mi tu nie gra. Ekipa Marka Trueacka przemalowała sztandar z ładnych motywów i melodii na kombinacje, i nie jest już jak dawniej. Chyba zbyt prędko niedawną spontaniczność zastąpiła rutyna i wyszło jak wyszło.
- Loss To Lost

UNITED PROGRESSIVE FRATERNITY- "Romantechs: Reimagine" - (2019) - miały być tylko smakowite dodatki do najnowszego albumu, a całość wysunęła się przed szereg.
- Fall In Love With The World
- This Time

BEEFEATERS - "Meet You There" - (1969) - zapomniana duńska ekipa, która do pełnego witalności blues-prog-rockowego grania na swym drugim i zarazem ostatnim albumie wdrożyła organy, flet oraz gitary, a do dwóch nagrań zwabiła nawet Alexisa Kornera. Panowie grali jak opętani, ale tego nie podsuwają w tych pseudoradiowych pierdzitkach, co jakieś Rock Radio czy Antyradio. Zresztą nazwa tego drugiego dobrze oddaje stan bytu i ducha obu tych radiostacji. Szkoda czasu na taki FM-owy syf, wszak jest tyle dobrego. Nie da się przez całe życie słuchać tylko samych przebojów.
- You Changed My Way Of Living
- Night Train - {na gitarze gościnnie ALEXIS KORNER}

SPIRIT OF JOHN MORGAN - "Spirit Of John Morgan" - (1969) - kolejna kapitalna archeo-blues-prog-rockowa płyta. Ale tylko ta. Następne "Age Machine" boleśnie inne, a i sporo słabsze. Za to "jedynka", palce lizać. I tylko pomyśleć, że taki organista, jak John Morgan, skończył na graniu do kotleta.
- I Want You
- She's Gone
- Orpheus And None For Ye

BLOODROCK - "Bloodrock U.S.A." - (1971) - ta często porównywana do Grand Funk Railroad formacja na tej płycie nawet chwilami zagrała pod wczesnych Mountain. Co tutaj się działo! - motyla noga.
- Crazy 'Bout You Babe
- Magic Man

CREEDENCE CLEARWATER REVIVAL - "Cosmo's Factory" - (1970) - wczoraj John Fogerty z kolegami w 7-minutowym country-psychedelicznym kawałku. Złote otwarcie dla kolejnej ich świetnej płyty. Ale czy oni nagrali jakąś kiepską?
- Ramble Tamble

BAD COMPANY - "Holy Water" - (1990) - bardzo lubię ten album. Wiem wiem, nie ma tu Paula Rodgersa, więc jakim prawem coś takiego może się podobać? Ano może. Wystarczy tylko wszelakie uprzedzenia zamknąć pod klucz.
- Holy Water
- Stranger Stranger
- If You Needed Somebody

CHEAP TRICK - "Busted" - (1990) - kolejny super komercyjny rock, bo i zagrany przez zespół, którego zadaniem było dostarczanie hitów. Panowie poczuli swą misję w 1977 roku, gdy zatrzęśli światem bombową piosenką "I Want You To Want Me" - w Polsce nawet wydaną na pocztówce dźwiękowej.
- Wherever Would I Be
- If You Need Me - {gościnnie na gitarze MICK JONES, muzyk FOREIGNER}
- Can't Stop Fallin' Into Love

38 SPECIAL - "Flashback" - (1987) - kompilacja. Niby składak, ale raz, że z kompozycjami premierowymi, a dwa, tak zestawiona, iż słucha się jej jak jakiejś regularnej nad wyraz super płyty. Mam w chałupie ją także na winylu, ze specjalną ekstra 4-utworową koncertową EPką.
- Back To Paradise - {nowy utwór 1987 - theme from "Revenge Of The Nerds II" - w Polsce jako "Zemsta Frajerów II"}
- Same Old Feeling - {nowy utwór 1987}

EPITAPH - "Long Ago Tomorrow" - (2019) - recenzja niebawem, lecz dodam, że wczorajszy utwór do poduchy okazał się jednym z najlepszych wobec całego zestawu Nawiedzonego Studia.
- Lost In America

================================
================================




"BLUES RANUS" - zastępstwo 21 lipca 2019, godz. 21.00 - 22.00
 

realizacja: Aleksander Znaniecki
prowadzenie: Andrzej Masłowski






MIKE BLOOMFIELD & AL KOOPER - "The Live Adventures Of Mike Bloomfield And Al Kooper" - (1969) - koncert z Fillmore West, San Francisco, Kalifornia, wrzesień 1968 r. Ten legendarny występ powinien znać na pamięć każdy fan blues rocka, i niekoniecznie tylko białego.
- That's All Right
- Green Onions

ERIC CLAPTON & FRIENDS - "The Breeze: An Appreciation Of J.J. Cale" - (2014) - zastępstwo za Krzysztofa Ranusa w dużej mierze pod dyktando J.J. Cale'a. Gospodarz tej cotygodniowej audycji ostatnio swoim Słuchaczom zaserwował fragment z najnowszej pośmiertnej płyty Mistrza - "Stay Around" - a ja postanowiłem tylko dorobić do niej otoczkę.
- Someday - {śpiew i gitara MARK KNOPFLER}

J.J. CALE - "Roll On" - (2009) - ostatni za życia album Cale'a. Dobry, choć bez przełomowych nagrań. Jednak duet z będącym pod Cale'a wpływem Claptonem musiał dobrze zasmakować.
- Roll On - {na gitarze ERIC CLAPTON}

MARK KNOPFLER - "Sailing To Philadelphia" - (2000) - Knopfler zazwyczaj bardziej folk-country'uje niż bluesuje, a jednak wczoraj...
- Silvertown Blues
- El Macho

TADEUSZ NALEPA - "Sen Szaleńca" - (1987) - pierwsze solowe dzieło byłego szefa Breakout bardzo udane, choć w epoce wielu "znawców" kręciło nosem.
- Sen Szaleńca
- Oni Mnie Wyręczą W Tym

NAZARETH - "The Fool Circle" - (1981) - studyjny album z jednym wtrętem koncertowym, a nim właśnie poniższy klasyk J.J. Cale'a. Piosenka niemal stworzona pod gardłowy papier ścierny Dana McCafferty'ego. Ach, czekam na jego solowy album, który już niebawem. A ten jego Nazareth'owy zastępca Carl Sentance niech się goni.
- Cocaine - {J.J. Cale cover}

LYNYRD SKYNYRD - "Second Helping" - (1974) - klasyk nad klasyki, ale chyba najlepiej zabrzmiał w czołówce włoskiego, a jakby zdecydowanie amerykańskiego filmu "Renegat", gdzie w głównej roli Terence Hill. Super fajne rozrywkowe kino. Mam do dzisiaj na VHS, choć nie mam na czym odtworzyć. Nigdy u nas nie wydano go na DVD, za to "Korona królów" straszy na półkach każdego Empiko-MediaMarktu.
- Call Me The Breeze - {J.J. Cale cover}


================================
================================


Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





niedziela, 21 lipca 2019

zapraszam, godzina 21.00 ...

Lato się przebudziło, czas kanikułować. Niebawem i ja ucieknę nad ukochane morze, lecz póki co jestem i dużo mam do pogrania.
Szkoda, że wakacyjne zastępstwa sprzyjają zauważalnie niższej słuchalności, ale coś za coś. Przyda nam się jednak godzina z bluesem przed głównymi czterema nawiedzonymi. Zapraszam o 21.00 na 98,6 FM Poznań lub na afera.com.pl. Do usłyszenia...






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





HOLLYWOOD VAMPIRES - "Rise" - (2019) -








HOLLYWOOD VAMPIRES
"Rise"
(EDEL)

****





Na okładce książę Dracula, w domyśle Christopher Lee. Bliska postać Alice'owi Cooperowi, co w ogóle całej paczce Hollywood Vampires. Głos Księcia Ciemności - w chwilę po jego śmierci - pojawił się przecież na wydanym przed czterema laty płytowym debiucie skonsolidowanych sił Alice'a Coopera, Johnny'ego Deppa, Joe Perry'ego oraz równie istotnego, choć będącego jakby nienaturalnie poza oficjalną trójcą, Tommy'ego Henriksena. Na tamtej płycie muzycy porozsiewali niemal same covery (m.in. z rep. The Who, Led Zeppelin czy The Doors). Tylko trzy kompozycje pokazały ich kompozytorską moc, ale już wiadomym było, że to krępa ekipa. Płyta radowała, obiecując dobre dalsze dzieje. Na "Rise" jest dokładnie odwrotnie.
Tutaj królują kompozycje własne, natomiast liczba "trzy", dotyczy właśnie ilości przeróbek. Są nimi: "Heroes" - Davida Bowiego, ponadto zaśpiewane przez Joe Perry'ego "You Can't Put Your Arms Around A Memory" - z rep. Johnny'ego Thundersa (nieżyjącego gitarzysty New York Dolls), a także "People Who Died" - nowofalowych The Jim Carroll Band. Głos Johnny'ego Deppa zwinnie poczuł się w asyście narkotycznych gitar, a "Heroes" dzięki kolejnemu nowemu obliczu dowiodło, że nie da się nawet drasnąć upływającym latom. Depp równie swobodnie radzi sobie w na pół-anarchistycznym śpiewaniu punkowego coveru "People Who Died" - jest moc. A Alice Cooper? W formie, gdybyś ktoś się zamartwiał. Alicja dominuje i zaczaruje nas od pierwszego wykrojonego z brzegu, rock'n'roll/metalowego, niekiedy transowego, przy tym 7-minutowego "I Want My Now". W głosie mistrza grozy ni śladu po gilotynie, która na koncertach obowiązkowo tnie mu łeb. Smakoszom talentu jego horror-rockowej wysokości szczególnie polecam pełen niepokoju "Mr. Spider" ("... ciemność jest dla mnie wszystkim, jestem Mr. Spider i cię zjem. Mój głód doprowadza mnie do szału, nie potrafię go kontrolować. Gdybym posiadł serce i duszę, mógłbym okazać ci litość..."). Ku odmianie, w innym fragmencie albumu wyłoni się pełen luzu rhythm'n'bluesujący "Welcome To Bushwhackers" - w którego wnętrzu harcują kultowy filmowiec John Waters oraz łamiący wszelkie zasady klasycyzujących konwenansów, cudotwórczy gitarowy wirtuoz Jeff Beck.
Tę opatrzoną w różnorodne piosenki płytę przedzielają zgrabne instrumentalne horror miniaturki. Dlatego jeszcze lepiej po choćby jednej z nich zasmakuje "New Threat" ("... pobito mnie jak psa, uwiązano jak świnię, opuszczono niczym popsutą zabawkę, wyrzucono we mgle..."). Sporo tu podobnych historii, najczęściej dopieszczonych rockowym pazurem, jak w muskularnym "Git From Round Me" - zaśpiewanym przez Deppa i Henriksena do spółki, choć ten kawał żelastwa aż wyciąga szpony ku złowieszczo nastrojonemu gardłu Gene'a Simmonsa, który na domiar wszystkiego jeszcze by machnął jęzorem. Nieźle dzieje się też w "Who's Laughing Now" czy w temacie "We Gotta Rise" - wbitym muzycznie pod parodię jakiegoś marszu wojskowego, rozpoczynającego się od chóralnego jednostajnego refrenu: "... musimy wstać i wznieść się ponad kłamstwa...", aż na samym końcu spotka nas nastrojowe i po kolei przez Hollywoodzkich Wampirów
melorecytowane "Congratulations" ("... chadzam po dolinie cienia śmierci, nie bojąc się zła. Ono podchodzi do mnie, uśmiecha się, szczerzy kły, kpiąc z mej twarzy, zamiast wiary..."). Szkoda, że w miejscu ostatniego wypowiedzianego tu słowa "congratulations", zabrakło Alice Cooper'owej wizytówki: "Steven, Steven...".







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





piątek, 19 lipca 2019

jeszcze o Eltonie

Bardzo udany "Rocketman" zaowocował powrotem do piosenek Eltona Johna. Falujący ten ostatni okres. Dzięki koncertom Fogerty'ego i Knopflera miałem względem nich przyjemne wspominkowe napaści, a teraz do kompletu dobił jeszcze niedoszły wokalista i pianista King Crimson. Może i dobrze, że Robert Fripp go nie zechciał. Świat przecież zostałby ograbiony z "Goodbye Yellow Brick Road", "Your Song", "Honky Cat" czy właśnie "Rocket Man". Jednocześnie szkoda, iż w filmie ni słowa o "karmazynowym" fakcie. W nagrodę zaś, podczas jednego z koncertów krzepiący bęben basowy, z nazwiskiem Nigela Olssona. Słuchaliśmy niedawno w Nawiedzonym jego udanej płyty "Nigel". Żałuję, że nie poczekałem, warto by było jej teraz posłuchać.
Niedobrze, że twórcy filmów "Rocketman" czy wcześniejszego hitu "Bohemian Rhapsody" zatrzymali się w sercu lat 80-tych. Wiadomo, Queen i Elton największe rzeczy tworzyli właśnie wcześniej, niemniej przydałby się do "Rocketman" suplement, byśmy mogli podziwiać dalsze losy tego nietuzinkowego muzyka, który w swej karierze machnął fortepianową klawiaturą niczym popers grzywą. Nie dotarliśmy więc do czasów jego niemal całkowitej łysiny oraz równocześnie zrealizowanej kapitalnej płyty "Sleeping With The Past", jak też do pierwszej po dokonanym przeszczepie platynowej produkcji "The One".
Nigdy w najbliższym gronie nie miałem choćby najdrobniejszego wielbiciela Eltona. Trudno do takowych zaliczyć sympatyków poszczególnych piosenek, które zakładam, że lubi każdy z nas. Ale takiego pasjonata, któremu na półce nie może zabraknąć choćby jednej piosenki, nie dorobiłem się. Największym jestem ja, bo to u mnie znajdziecie ze trzydzieści kompaktów i dobrych kilka winyli. Miałem za to kumpelę, która wielbiła piosenkę "Blue Eyes". Słuchała jej w przynależnej songowi epoce namiętnie. Na szpulowcu. Dziewczyna raczej pogodna, i taka w ogóle ekstra koleżanka, wciąż jednak wówczas poszukująca tego jednego jedynego. Ta piosenka pomagała jej otrząsać sercowe niepowodzenia. Bo to jak najbardziej rzecz o smutnych samotnych oczach.
Kto był na poznańskim koncercie? - 18 czerwca 1995 r. na Stadionie Lecha? Trasa promująca płytę "Made In England", co zresztą zdradza bardziej uśmiechnięta wersja z okładkowej sesji, którą wprasowano w biletowy blankiet - proszę zerknąć. Nie do uwierzenia ceny biletów - 25 złotych. Nowości na CD oscylowały w tamtym okresie w granicach 45-49 złotych. No tak, ale wówczas artyści zarabiali głównie na płytach, zaś zyski z koncertów bywały jednym z piramidalnych szczebli w całej tej showbusinessowej machinie. Byliśmy z moją Mundi. Wówczas jeszcze Żoneczka dawała namawiać się na niektóre koncerty, teraz pod tym względem niestety zbabiała. A przecież zagościliśmy we dwójkę na Yes czy E.L.O. Part II. i na jej rehabilitację na niedawnym Chrisie DeBurghu. Z koncertowego albumu właśnie wyczytałem, że po koncercie Eltona poszliśmy z grupką znajomych na bilard plus piwo. Ojej, dawno być musiało, dzisiaj na piwo nie zagnacie mnie batem. 
Mało kto obecnie będzie pamiętać, ale Elton John przyleciał do Poznania wyczarterowanym samolotem tylko na kilka godzin, a widownię stadionu zasiliło nawet kilku znaczących oficjeli, co minister finansów Grzegorz Kołodko bądź szef Urzędu Ochrony Państwa Gromosław Czempiński.
Nie pamiętam zbyt wiele z tamtego odległego w czasie dnia, ale zapewniam, że zaplanowany koncert na dwudziestą, rozpoczął się o dziewiętnastej pięćdziesiąt dziewięć, a ja w tym czasie akurat przedarłem się na szczyt schodów, po czym koroną przedostawałem się w okolice stadionowego zegara, skąd jedyne zejście na płytę boiska - pomimo, iż przysługiwało mi jakieś miejsce siedzące. Na pewno dostąpiliśmy "Rocket Man" oraz tytułową nowość z "Made in England", ale co jeszcze? - I don't remember.
Mniej więcej dwa lata po tym koncercie podróżowałem trasą na Międzychód, i na jednym z przystanków PKS wciąż trzepotał jeszcze plakat zachęcający do udziału w tym wydarzeniu. Jakiś czas później ponownie przemierzałem tę samą trasę, ale po plakacie już też pozostało tylko wspomnienie.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




ROCKETMAN

Zachęcał Tomek Ziółkowski do "Rocketmana", a przecież nie musiał. Lecz, gdyby nie przycisnął, nie załapałbym się na duży ekran. Obecnie już tylko okruchy docierają na widownie. Zapewne za moment film zjedzie do archiwum. W potężnej sali Kinepolis było nas dziesięć, może dwanaście osób. Jakaś babcia z wnuczkami, gdzieś za plecami dwie kobietki i ich nieprzyciszony smartfon, jeszcze tu jedna osóbka, tam druga, no i my.
"Rocketman" nie jest filmem zabawnym. Niech więc nikogo nie zwiedzie radosny i barwny wizerunek sir Eltona. Dwie godziny uświadamiają, skąd u niego owa "kolorowość". To antidotum na wyniesioną z domu szarzyznę.
Oglądamy poruszający obraz człowieka, którego od dekad podziwiamy za talent do śpiewania oraz huraganowej gry na fortepianie, a także cenimy za współtworzenie rewelacyjnych piosenek z wbitym w jego genealogiczne drzewo Bernie'im Taupinem. Obserwujemy też proces w dążeniach o miłość, jak i w ogóle, o elementarne dobre
uczucia. Ojciec w tej materii nikczemny, matka po szpik oziębła, a i pierwsze kroki w profesjonalnym przemyśle muzycznym także nie rozpieszczały ambitnego Eltona. Jedyne zrozumienie i ciepło gniazda domowego dawała mu babka, a w czasach artystycznych przyjacielska, wręcz braterska dłoń Berniego Taupina. Ich przyjaźń stanowi za oś filmu, a jednocześnie jest wyznacznikiem całej masy piosenek, którymi film przyodziano.
Niestety pocieszeniem w chwilach zwątpień narkotyki i alkohol. Cud, że maestro to wszystko przeżył.
Wertujemy losy Eltona, od czasów szurka, po "I'm Still Standing". Tak swoją drogą, perfekcyjnie odzwierciedlono słynny plażowy teledysk. Jestem pełen podziwu dla inwencji twórców tej fabularyzowanej biografii, którzy nie tylko w tym konkretnym wątku odpuścili łatwiznę, bo i przy ulicznym plenerze Nowego Jorku lat 70-tych dosłownie oniemiałem. Jest całe mnóstwo
rewelacyjnych, pełnych finezji scen. Polecam tę samobójczą w basenie, jak też zaserwowane techniką replayu, spowolnione koncertowe szaleństwo podczas "Crocodile Rock", ale i spotkanie z wyobraźnią, w której udział biorą wszyscy pierwszoplanowi życiowi bohaterowie Eltona, podczas finału terapeutycznego spotkania w gronie uzależnionych. To bardzo oczyszczająca chwila. Nasz numero uno przeprasza, ale też punktuje swych oprawców.
Brawa dla Tarona Egertona, który wszystko dźwignął na własnych barkach. A przede wszystkim piosenki, które zapodał w duchu oryginałów. Patrzyłem z podziwem na jego śpiew, na powierzoną mu postać wielkiego piosenkarza, jak też w ogóle na pełne powikłań, burzowe życie Eltona.

P.S. Dzięki Tomek za wspaniały wieczór!





Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"