piątek, 10 czerwca 2011

LEBOWSKI w najbliższą niedzielę 12 czerwca w "Blue Note"

W najbliższą niedzielę w klubie "Blue Note" (ul. Kościuszki 79) koncert grupy LEBOWSKI.
Początek koncertu godz. 19.00
Wejście od godz. 18.30
Bilety 20 zł, w dniu koncertu 25 zł

poniedziałek, 6 czerwca 2011

LIVERPOOL EXPRESS - "Tracks" - (1976) -

 LIVERPOOL EXPRESS - "Tracks" - (1976 WARNER) -



Ta brytyjska grupa istniała bardzo krótko. W drugiej połowie lat 70-tych. wylansowała kilka zgrabnych przebojów , które do dzisiaj pamięta niewielu. Ale dzięki jednej piosence, która nawet dotarła do brytyjskiej Top 20, nazwa Liverpool Express nie poszła w zapomnienie. Tą piosenką jest "You Are My Love". Ta piękna a'la beatlesowska melodia, oparta na brzmieniu pianina i wielogłosowo śpiewanego refrenu, a także atmosfery pełnej liryzmu i poetyki, musiała poruszyć dusze dawnych entuzjastów liverpoolskiej czwórki. Ta grupa (kwartet) także wywodziła się z miasta Beatlesów, a przewodził jej gitarzysta i wokalista Billy Kinsley, który w latach 60-tych współpracował z takimi grupami, jak: Swinging Blue Jeans oraz Merseybeats. Spośród pozostałych nazwisk muzyków, warto zwrócić uwagę jeszcze na postać Rogera Craiga - instrumentalistę klawiszowego, który w późniejszych latach podpisywał się pełnym nazwiskiem jako Roger Scott Craig. Wyszczególniłem tego muzyka, ponieważ słuchacze "Nawiedzonego Studia" powinni pamiętać nasze wspólne wieczory z kapitalną i jedyną płytą grupy Fortune (której liderował ten muzyk), a także z czterema przepięknymi albumami, zresztą jednej z moich najukochańszych grup !!! - jaką jest Harlan Cage. Ale to wszystko czasy późniejsze, my natomiast zatrzymajmy się w drugiej połowie lat 70-tych. Omawiana grupa Liverpool Express nagrała tylko dwie płyty (nie licząc specjalnego wydawnictwa "Dreamin' " /1977/, które to ukazało się tylko w południowej Afryce). Druga płyta "ELX" (1978) ukazała się w chwili, gdy grupa przeżywała poważny kryzys, a o jej sukces już nawet nie zabiegała sama wytwórnia. Pomimo niezłej muzyki płyta przepadła. Zatrzymajmy się jednak na tej pierwszej i absolutnie wyjątkowej - "Tracks". Pomimo takiego tytułu nie była to żadna kompilacja, a normalna debiutancka płyta z premierowym materiałem. Znalazło się na niej 12 kompozycji, ze wspomnianym już wcześniej koniem pociągowym "You Are My Love". Ta piosenka wydana na singlu w tamtych latach była nawet grywana w dyskotekach, a stając się przebojem trafiała przy okazji na najprzeróżniejsze samplery .
Nie tylko ta piosenka lśniła pełnym blaskiem. Wieloma ciepłymi słowami można by obdarować kompozycje w rodzaju "Smile", "Rosemary", "(I Remember) Julian The Hooligan", ale i niemal wszystkie pozostałe. Grupa w sposób nad wyraz uroczy nie odstawała od modnych wówczas grup w rodzaju: Angel, New England, itp..., nadając przy tym zdecydowany ton fascynacji Beatlesami. Niemal identyczne zaśpiewy, harmonie, patenty melodyczne,... Czasem można było odnieść wrażenie, że słuchamy jakiś zaginionych utworów Johna, George'a, Ringo & Paula. Zresztą grupa nawet skomponowała utwór pod takim tytułem "John George Ringo & Paul". Co prawda nie było go na omawianej płycie, ale hołd dla ich muzycznych bohaterów rzucał się na każdym kroku, jak ewidentne akcenty utworów "Hey Jude" czy "Lucy in the Sky with Diamonds", właśnie w tej cztero-imiennej kompozycji.. Stawiając tak sprawę, należy zaznaczyć, iż Liverpool Express bardzo często komponowali tak swoje utwory, by do złudzenia przypominały jakieś konkretne klasyki Beatlesów, lecz nigdy nie były ich beznamiętnymi kopiami.
Aby posłuchać tej płyty z samej płyty!!! należy się nieźle sprężyć. Zdobycie jej na LP ( takową właśnie posiadam), albo poszukanie na CD, wymagać musi cierpliwości, gdyż od lat tytuł ten jest nieprodukowany na obu nośnikach. Zdobycie drugiego LP "ELX" będzie jeszcze trudniejsze, zatem można to sobie zrekompensować kompilacyjnym CD "The Best Of Liverpool Express" , wydanym przez małą amerykańską wytwórnię Every Man Records. Niestety także i on został wycofany z produkcji, ale na rynku second hand jest w miarę uchwytny. Jest tam po kilka utworów z obu albumów, ale i także kilka unikatowych.
Liverpool Express wycofali się z showbusinessu na początku lat 80-tych. Spośród czwórki muzyków najbliższy odniesienia wielkiego sukcesu był Roger Scott Craig, ale skończyło się tylko na sukcesie krótkim i umiarkowanym ze wspomnianymi wcześniej grupami Fortune oraz Harlan Cage. Liverpoolczycy próbowali się jeszcze na chwilę reaktywować w latach 90-tych. Zagrali trochę koncertów, nie wydając żadnej płyty, po czym definitywnie zakończyli działalność.
W przyszłości chętnie napiszę kilka słów o karierze Rogera Scotta Craiga. Muzyka o niesamowitej sile kompozytorskiej, który grał ze swoimi grupami melodic hard rock w stylu tak wielkim, jak w swojej dziedzinie czynili to The Beatles, Queen, Maria Calas czy Edith Piaf. Serio !!!

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

niedziela, 5 czerwca 2011

KANSAS - "Drastic Measures" - (1983) -

 KANSAS - "Drastic Measures" - (1983 CBS) -



W powszechnym polskim przekonaniu myśli się, że KANSAS to uboga grupa art-rockowa. A wszystko przez to, że jest grupą amerykańską. Większość "drewnianych" europejskich uszu dałoby się posiekać za każde dzieło Yes, Genesis, ELP, VDGG , Jethro Tull czy Pink Floyd, jednak grupy takie jak Styx, Boston czy Kansas traktuje się po macoszemu. Słusznie? Oczywiście, że nie. Ale jak mamy myśleć, skoro przez ostatnich kilkadziesiąt lat nauczyli nas takiego "szacunku" rodzimi dziennikarze radiowi, prasowi, itd... Nigdy w Polsce nie mieliśmy szczęścia do ludzi otwartych na muzyczny świat. No, może jedynym wyjątkiem Wojciech Mann. Reszta wmówiła nam, że z tamtych kowbojsko-peryferyjnych rejonów zalatuje kiczem, zbyt ładnymi melodyjkami, hamburgerami, itd... Niestety wielu uległo tym bezpodstawnym oszczerstwom i na stałe zakodowało w sobie niechęć do amerykańskiego grania. Może z wyjątkiem Allman Brothers Band, Boba Dylana i ledwie kilku innych, na których już nie da się powiedzieć niczego złego. Chyba, że chcemy stanąć w stroju Adama przed tłumem rozpitych i roześmianych kowbojów.
O amerykańskim rocku trzeba by napisać prawdziwą księgę, aby wszystko ogarnąć, a ja chcąc zaszczepić w ludziach miłość do muzyki z tamtych stron, musiałbym udzielać wielogodzinnych seansów i korepetycji z płytami na poparcie moich argumentów i tez. To rzecz niewykonalna, tym bardziej, że w narodzie i tak widnieje głównie tylko chęć do słuchania nowości, polecanych przez dwa/trzy miesięczniki muzyczne, trzy najpopularniejsze strony internetowe, itd...
Licząc na otwartość słuchaczy "Nawiedzonego Studia" pragnę dzielić się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami co niedzielę w radio, a na blogu rozprawiać się z co niektórymi (ledwie) płytami. W tym ostatnio tymi zapomnianymi, niechcianymi , bądź niedocenianymi.
Dlatego spośród płyt KANSAS, nie miałem ochoty rozczulać się nad pięknem pierwszych 6-7 płyt, bo o ich wielkości i tak niczego nowego już nie napiszę, a co za tym idzie, w niczym im nie pomogę, ani zaszkodzę.
Na ruszt weźmy zatem kompletnie dzieło niechciane, jakim jest "Drastic Measures", wydane w 1983 roku. Jest to płyta nagrana po odejściu głównego wokalisty (klawiszowca i frontmana zarazem) Steve'a Walsha, który jak wiemy, później powrócił do zespołu, ale w pierwszej połowie lat 80-tych pochłonięty był bardziej karierą solową. Dlatego na jego miejscu pojawił się mało wówczas znany John Elefante. Ponieważ także potrafił grać na instrumentach klawiszowych, wziął na siebie w pełni obowiązki główno-dowodzącego na scenie, ale i także do spółki z Kerrym Livgrenem (instr.klaw i giatara) stworzyli duet kompozytorski. Niestety jednym z podstawowych mankamentów tamtych czasów w Kansas, był brak skrzypiec! Chwilę wczesniej grupę opuścił długoletni skrzypek Robby Steinhardt, a do przyjścia na jego miejsca Davida Ragsdale'a musieliśmy jeszcze poczekać kilka lat. Zatem w środku tych skrzypcowych składów działał przez wiele lat ten nieskrzypcowy, który nagrał kilka płyt, w tym właśnie tę ze śpiewającym Elefante. Nie był to album progresywny, jak wiele wcześniejszych, dominowała tutaj muzyka prostsza, wyzbyta zawiłych przejść i kombinacji. Ale, że w tamtych czasach tak się właśnie grało, Kansas chcieli dorównać przebojowości Johna Wettona i spółki z Asia, Lou Grammowi z Foreigner czy Steve'owi Perry'emu z Journey. Płytę zapowiadał świetny melodyjny hard-rockowy "Fight Fire With Fire", który wydany na pierwszym singlu zagościł na 58 miejscu Bilboardu, niestety drugi singiel i przy okazji drugi utwór na płycie "Everybody's My Friend" przepadł całkowicie, choć swą siłą i przebojowością niewiele ustępował poprzednikowi. Dalej także były bardzo fajne piosenki. Tak, właśnie piosenki, to właściwe określenie. Choć niektóre z nich dążyły ku rozbudowaniu, jak choćby "Mainstream". Na pierwszej stronie albumu urzekała jeszcze naiwna, aczkolwiek urocza ballada "Andi". I tak wyglądały cztery utwory ze strony A. Kiedy płytę przełożyliśmy na drugą stronę, zaskoczył nas mocno klawiszowy utwór "Going Through The Motions" , który pobrzmiewał nieco synth-popowymi nutami rodem z new romantic. Jedynie rockowe akordy gitar uświadamiały nas, ze to nie A Flock Of Seagulls ,a zespół stricte rockowy. Następne trzy utwory nie wyróżniały się czymś szczególnym, ale słuchało się ich bardzo miło. Na samym końcu albumu grupa zamieściła kompozycję "Incident On A Bridge", w której fajnie pobrzmiewał stary Kansas. Brakowało tylko wrzasku Steve'a Walsha w tych głośniejszych partiach wokalnych, no i przynajmniej jakiejś półminutowej nostalgii skrzypcowej. Ale i tak płyta pozostawiła dobre wrażenie. Niestety w dyskografii grupy jest ona niezwykle nisko ceniona, a o wokaliście Johnie Elefante prawie zapomniano, choć ten założył póżniej fajną grupę Mastedon (nie mylić z Mastodon!!!), z którą niedawno temu wydał świetny nowy album "3" (2009) oraz wznowił na CD także i starsze nagrania.
A wracając do płyty "Drastic Measures", wypada tylko żałować, że nie można uzupełnić sobie nią dyskografii na CD (mam tylko na LP), ponieważ kompakt choć wydany przed laty (wówczas przeoczyłem), dziś jest już nieosiągalny. Chyba, że za bardzo duże pieniądze, bowiem w grę wchodzi stara edycja z Japonii. Istnieje jednak szansa, że wkrótce się to zmieni, gdyż słyszałem o tym, że niebawem powinna ta płyta zostać wznowiona na CD.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

BLUE BLUD - The Big Noise - (1989) -

 BLUE BLUD - "The Big Noise" - (1989 MUSIC FOR NATIONS) - 



Ta zupełnie nieznana brytyjska grupa mocno była zapatrzona na swoich amerykańskich kolegów z Bon Jovi, Steelheart, Survivor, Van Halen czy Baton Rouge. Ale i troszkę także na Whitesnake. Istnieli krótko. Zdążyli nagrać ledwie dwa albumy, a wszystko to wydarzyło się na przełomie 1989/91 roku. Kiedy grupa powstała, taka muzyka miała się świetnie, jednak debiutancki album wydany dopiero w 1989 roku nie zdążył już zainteresować mas, gdyż moda na takie granie pomału wygasała. Wydany dwa lata później album "Universal Language" nikogo już nie interesował. Jak pamiętamy, w 1991 roku recenzenci i "fani" muzyki zwariowali na punkcie Nirvany, Pearl Jamu czy Alice in Chains. Na kilka lat trzeba było zatem zaszyć się w podziemiu lub dać sobie spokój z takim graniem. Niestety większość muzyków nie chciała grać do pustych sal i rozwiązała swe grupy, tak jak i właśnie Blue Blud.
Można szczególnie ubolewać, że wielu fanów melodic metalu nigdy nie poznało tej płyty. Wydanej zarówno na LP oraz CD przez wytwórnię Music For Nations, która to wytwórnia bardziej zasłynęła z propagowania mocniejszego grania (vide zespoły Exciter, Loudness czy Manowar), ale i nie unikała łagodniejszych odmian metalu jak Drive She Said, Alaska czy właśnie Blue Blud. Album "The Big Noise" zawierał dziesięć super melodyjnych kompozycji opartych na sekcji gitarowo-klawiszowej, z wyrazistymi refrenami, takimi wręcz do stadionowego śpiewania. Tych pięciu panów posiadało lekką rękę do komponowania. Każda melodia dała się niemal od razu zanucić. Mało tego, śmiem twierdzić, że gdy Blue Blud zaistnieli 3-4 lata wcześniej mieliby szansę liznąć światowej sławy, w niczym nie ustępującej gigantom spod znaku Bad English, Winger, Poison czy Foreigner. Dziś słuch o tej grupie zaginął całkowicie. Nie wiadomo cóż dzieje się nawet z jej założycielami, braćmi Markiem i Paulem Sutcliffe'ami. Wiadomo jedynie, że bardzo fajnie śpiewający Phil Kane skończył na klubowych występach dla podchmielonych amatorów nocnego życia. Szkoda, że los bywa czasem tak niesprawiedliwy. Co tam niesprawiedliwy - okrutny!

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

sobota, 4 czerwca 2011

MIKE TRAMP & THE ROCK'N'ROLL CIRCUZ - "Stand Your Ground" - (2011) -

 MIKE TRAMP & THE ROCK'N'ROLL CIRCUZ - "Stand Your Ground" - (ear MUSIC / EDEL) -



Co za wstęp, niemal królewski "Don't Let Them Put It On You" rozbudza apetyt na wspaniałą nową płytę Mike'a Trampa. Niegdyś wokalisty White Lion. Buntownika o wrażliwej duszy na niesprawiedliwości tego świata.  Choć sama muzyka White Lion stawiała ten zespół blisko takich grup jak Ratt, Motley Crue, Black'n'Blue czy tym podobnym, to w przeciwieństwie do nich, Mike Tramp odpuszczał sobie szybkie dziewczyny w luksusowych limuzynach, na rzecz na przykład pieśni dla pokoju, czy samego zaniechania wojen , itp. tematów, z którymi nie radzą sobie dyktatorzy, a podniesienie ich do rangi sztuki uderza bezpośrednio w cel i właściwych sprawców. Mike Tramp nic się nie zmienił, wciąż puka do wielu drzwi, ale i nie stroni od piękna życia oraz r'n'rollowego do niego podejścia. Dlatego płyta nie kończy się na dobrym początku. Ten uchyla nam tylko drzwi do dalszych kompozycji. Pełnych świetnych zwrotek i refrenów. Solidnie nastrojonych gitar i konkretnie rozpędzonej sekcji. A ładny, z lekka zachrypnięty głos Trampa przyjemnie swoją romantycznością kontrastuje z dynamicznymi piosenkami o metalizującej sile i ekspresji. Gdyby tę płytę podpisać nazwą White Lion, każdy by uwierzył. Ale przecież White Lion, jak wiemy istnieje.Przed 3 laty wydali płytę. Dobrą, ale niestety tylko dobrą, nic więcej. To niesamowite, że jej lider, to co ma najlepsze, woli  wydać pod własnym nazwiskiem. Dowodem ta oto płyta. Posłuchajcie gitary i refrenu choćby w "Gotta Get Away", a zobaczycie , że te śmieszne Green Day'e i inne kolorowe punki wyzwalają tyle czadu co pierdnięcie myszy na samolotowym pasie startowym . Mike Tramp ich zawstydza , nie grając przecież muzyki dla cukrowych irokezów na głowach. Takich utworów zresztą jest tutaj więcej, weźmy dla przykładu "Say What You Will" lub "Alright By Me". To prawdziwe r'n'rollowe perły, których chce się słuchać raz za razem. Mike Tramp nie byłby sobą, gdyby zapomniał o balladach. I tych prostych jak i rozbudowanych, z podniosłymi finałami i motywami, które każdy jego fan zapamięta na zawsze. Z tych krótszych szczególnie ujmuje "Distance" (z takim wykrzyczanym refrenem), ale najbardziej porusza finałowa, blisko 7-minutowa "The Soldier Never Started A War". Mike sugestywnie poddaje naszej rozwadze bezsensowny udział w wojnach, gdzie sprawy załatwiają faceci w swoich gabinetach z rozwieszonymi strategicznymi mapami, a ty bracie zostawiasz dom dla celów tobie niepotrzebnych, często owdowiając i osierocając najbliższych. Piękna, mądra płyta, artysty doświadczonego, który przy okazji nie zapomina o korzeniach rock'n'rolla.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

RUSH - "Presto" - (1989) -

 RUSH - "Presto" - (1989 ATLANTIC) -



To ostatnia wielka płyta Rush. Z tym niezwykłym brzmieniem, z tymi eleganckimi kompozycjami, a i również ze smakowitymi i przejrzystymi aranżacjami. Po tej płycie była jeszcze podobna w nastroju "Roll The Bones" (1991). Przez wielu uważana za najgorszą płytę zespołu. Jakże niesprawiedliwie zresztą. Później była jeszcze między innymi "Counterparts" (1994) - ostra, prosta, z najsurowszymi zasadami rocka, a raczej metalu. Oczywiście metalu w stylu Rush, bo przecież nikt przed nimi tak nie grał. To od nich przemycali co się da Queensryche czy Dream Theater. I nigdy nie dostąpili ich wielkości. "Counterparts" to dobra płyta, nawet bardzo dobra, ale to już inna bajka. Inny rozdział.  Powróćmy do "Presto". Kończyły się lata 80-te, świat nie znał jeszcze grunge'u, choć ten niebezpiecznie stawiał swe pierwsze kroki. Młode kraciaste flanele już naparzały w garażach lub opustoszałych dzielnicach Seattle. Rok 1989 to końcówka dobrego smaku na długie lata. Najpierw grunge, a później jeszcze gorzej, dopiero zaczną straszyć Prodigy, Nine Inch nails i inne łomoty, które znudzeni dziennikarze podniosą do rangi sztuki. Lecz dopóki mamy jeszcze czas, nacieszmy się z końcówki ostatniej pięknej dekady w muzyce. Nielubianej tylko przez ludzi wyzbytych dobrego smaku, którym najczęściej mózgi przeżarła pseudomuzyczno-rąbankowa rdza.
Pierwszy mój kontakt z "Presto" to uwaga! - radio !!! Miałem radioodbiornik, a jakże (działał jeszcze wiele lat, ale kiedy po śmierci T.Beksińskiego zaniemógł, dałem jemu i sobie spokój). Włączyłem go pewnego dnia wieczorem, bo ktoś mi powiedział, że  poleci nowość - Rush "Presto". Jako wielki sympatyk Kanadyjczyków, znający już na pamięć wiele płyt, ciekaw byłem... W końcu płyta zagrała. Siedziałem jak osłupiały, każdy utwór wbijał w fotel. Tak to był ten Rush jaki kochałem. Połamany, kombinowany, czadowy, a także przy okazji elegancki, melodyjny, często zaskakujący, ale i powiewny. Taki w dobrym guście. Mieszały się w nim nastroje mocniejszych (ambitnych) płyt rodem z "Permanent Waves"(1980) czy wzorcowej "Moving Pictures"(1981), a z drugiej strony powiewała lekkość z przebojowej płyty "Hold Your Fire"(1987) (notabene cudownej!!!) i z wcześniejszych pereł - z "Power Windows"(1985) na czele. 11 piosenek z "Presto" nadawało radosny wiosenny powiew życia, choć przewrotnie płyta ukazała się na Gwiazdkę 1989 roku. To była miłość od pierwszego usłyszenia, która tkwi we mnie po dziś dzień. To tak jak w życiu, pierwsza dziewczyna, pierwsze bicie serca, nigdy z nas nie wyskoczą, nawet jeśli wmówimy sobie, że to już przeszłość. Ale przecież moją pierwszą Rushową miłością było "Moving Pictures" (1981). Miałem 16 lat, była to nowość, szybko wpadła w moje ręce, a ja zajechałem płytę do białości. Tak się mawiało o winylach, na których igła wyżarła całą czerń z tworzywa, poprzez częste słuchanie. Tzn. zbyt częste ! Ciężko było ją potem sprzedać. W końcu udało się. A później nowy egzemplarz, jeszcze później CD, itd... Dziś niektóre płyty Rush mam na CD i LP, tak dla bezpieczeństwa, gdyby jeden z nich odmówił posłuszeństwa. Do dzisiaj każdemu zaproponuję na początek "Moving Pictures", ale sobie zagram jako drugą w kolejności.
Dlaczego zatem "Presto"? Nie wiem. Może dlatego, że był to piękny czas w moim życiu. Ludzie dookoła byli uśmiechnięci. Biedni, ale cieszący się sobą. Doceniający drobnostki, a nie majątki i fortuny. Były to czasy, w których muzyka znaczyła bardzo wiele, a nawet była sposobem na życie. Poza tym kończyła się komuna i panował duży optymizm w sercach Polaków. A ta płyta grała przy każdej okazji i dawała mnóstwo siły. Dlatego nie da się jej ocenić umysłem, wzorami matematycznymi, podnoszeniem nosa lub tkaniem mądrych słów pod szal i tak niemocy przemądrzalskich. Co to zawsze wszystko wiedzą najlepiej, a każdą piękną nieuchwytną sztukę pokroją na tabelki i logiczne uzasadnienia. Takie płyty po prostu się czuje. Dlatego nie obchodzą mnie gwiazdki i punkciki pismaków lub tych zwących się krytykami. Bo to ja wiem najlepiej, cóż pięknego da się wyssać z "Presto". Dajcie się ponieść czarowi tego albumu. Utrzyjcie nosa tym smutnym dziennikarzynom bez duszy i pasji. Niech oni budują sobie dalej swój "muzyczny" świat w oparciu o tylko darmowe promówki ,okazje z kosza i artykuły czy felietony własnych kolegów po fachu, którzy powymyślali tyle bzdur, które następne pokolenia beznamiętnie przepisują.
P.S.1 - ostatnie dwa zdania dedykuję większości wyschniętym śliwkom polskiego recenzenctwa płytowego. Wywarli oni wielki wpływ na zakopanie w ziemię wielu pięknych płyt, na które byli i są głusi. Niestety, wielu ludzi bez własnego "ja" kupuje te wypisane bzdury, często podpisując się pod tym swoim nazwiskiem.
P.S.2 - Dużą zasługę odegrał tutaj kapitalny producent (czasem na innym polu muzyk i kompozytor) Rupert Hine, który wcześniej już także współpracował z Rush. Jednak na tej płycie wycisnął z muzyków wszystkie możliwości.Może dlatego już nigdy nie nagrali takiej , bądź podobnej płyty?
P.S.3. - W czasie, gdy kompakty doszły do głosu, na mniej więcej dwa-trzy lata utraciłem wiarę w nośnik LP, pozbywając się wielu tytułów. W tym i "Presto". Wydałem ją dobremu kumplowi. Dziś tego żałuję. Ale za błędy trzeba płacić, nawet jeśli wówczas przez chwilę byłem przekonany, że czynię dobrze. Kolega chwilę później się ożenił, gramofon zniknął do szafy, bo nie pasował do wnętrza nowo-wyremontowanego pokoju, a i wiele płyt znalazło się pod kluczem tejże szafki. Szkoda,  teraz jedną z moich ulubionych płyt odwiedza  tylko kurz.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

TONE NORUM - "One Of A Kind" - (1986) -

Chciałbym raz na jakiś czas przybliżać płyty, które uważam za fajne, bardzo fajne lub zajefajne, a o których nie napiszą Wam w "Teraz Rocku", w Encyklopediach Muzyki, nie zagrają w "trójeczce". Serce rwie z niesprawiedliwości.

 
TONE NORUM - "One Of A Kind" - (1986 - CBS RECORDS) -



Jest rok 1986. Śliczniutka młoda , nieco ponad dwudziestoletnia dziewuszka, o ciemnych włosach i dzikich oczach, właśnie wydaje debiutancką płytę. Płytę, która trafia w czas.
Słodkie melodyjne piosenki ,zagrane z radością, młodzieńczą werwą, a także z wielką dbałością o aranżacje. Tak jak to się wtedy grało i brzmiało. Czyli pop, lecz obowiązkowo polany "ROCzKiem". Szansa na odniesienie sukcesu ogromna, bo to przecież siostra Johna Noruma, gitarzysty grupy Europe. Wówczas odnoszącej kolosalne sukcesy. Ale sławy ta płyta nigdy nie dostąpi. Jedynie w Szwecji ten album radzi sobie umiarkowanie, ale jest to niczym w stosunku do tego jaki odnosi w tym samym 1986 roku grupa Europe, ze swoją trzecią płytą "The Final Countdown", z której to tytułowy singiel bije rekordy powodzenia (1 miejsce w Anglii, 8 miejsce w USA), a album dociera do Top 10 po obu stronach Wielkiej Wody. Wracając do Tone Norum, dziewczyna nagrała później jeszcze kilka albumów, o których dowiedział się mało kto, no oprócz największych fanów Europe. Ale ten pierwszy "One Of A Kind" jest wyjątkowo śliczny i uroczy. Taki lekki, naiwny, ale i przyprawiony szczyptą rocka. Takiego kobiecego, bez przesadnego łojenia.. Zdecydowanie lżejszego nawet od tego co proponowali łagodni, lecz "groźni" Europe (wszystkie pisma metalowe artykuły o Europe drukowały obok nie tylko Bon Jovi, ale i w towarzystwie Metalliki, Iron Maiden czy Scorpions! - serio)  . W całości album ten został wyprodukowany przez Joe Tempesta (czyli wokalistę Europe), który wspomógł Tone Norum wokalnie, ale i także zagrał na kilku instrumentach. Mało tego, nie próżnowali inni "Europe-owcy", bowiem zagrał tutaj rzecz jasna także brat Tone, John Norum (gitara), a także Ian Haugland (perkusja) oraz Mic Michaeli (instrumenty klawiszowe). Jeśli dodam, że wszystkie kompozycje napisał Joey Tempest, przy niewielkiej pomocy swoich zespołowych kolegów, co rysuje już nam pewien obraz tej płyty.  Płyty, o której można by powiedzieć , że jest śmiałą próbką dziewczęcego Europe. Dziesięć piosenek, które od razu wpadają do ucha.  Szkoda, że te piosenki przegrały na całej linii z płytą "The Final Countdown" Oczywiście nie miały z nią konkurować, chodziło tylko o pyszny dodatek dla tych , co połknęli haczyk  z przebojami typu "Carrie" , "Cherokee", itp. ze sławetnej "The Final Countdown". Na "One Of A Kind", aż roiło się od podobnych tematów.  Trudno, po prostu świat nie był gotowy na przyjęcie dwóch soczystych płyt z jednej stajni. Jedna musiała odpaść. Odpadła urocza, a ta wielka pozostała. Co zrozumiałe.  Słuchając Tone Norum po latach, jest jakiś mimo wszystko żal, że tak fajna płyta przepadła, choć podobnym dziewczynom jak Joan Jett, Lita Ford czy Lee Aaron akurat wówczas powodziło się świetnie.

P.S. Tone Norum jest starsza ode mnie o niecały miesiąc. Ach, gdybym mieszkał w Szwecji, może byśmy siedzieli w jednej szkolnej ławce?

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl