poniedziałek, 7 lutego 2022

odszedł Zbigniew Namysłowski

Nie jestem jazzowy, ale jak żal było w dwa tysiące osiemnastym pożegnać Tomasza Stańkę, tak też i dzisiaj nie łatwiej Zbigniewa Namysłowskiego.
Niewiele w mojej chałupie jego muzyki, ale coś jednak jest. Trochę głupio tak bez "Winobrania" czy "Air Condition", wszak klasyki dżezu, co by nie mówić. Ale mieć tylko po to, by mieć, też jakoś głupio. Posłucham zatem tych kilku tematów, co ze zdjęć poniższych, potem dłużej pomyślę o Nim, pokój uprzątnę, spojrzę w niebo, herbaty się napiję. Znamienity Człowiek był. Tych kilka ode mnie dla Niego myśli.




a.m.

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 6/7 lutego 2022 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań








 

"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, 6/7 lutego 2022 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

Dzisiaj nie na opisowo, a obrazkowo. Współcześnie. Nie ma tego, co by na dobre ...
Cudownie mi w studio wczoraj było. Dzięki za interakcję.

Każdoniedzielny Pan Sebastian z Gdańska, na siedem minut przed zakończeniem, napisał:
"Chyba najlepsza audycja w tym roku, choć nie lubię takiego stopniowania, bo to zawsze jest kwestia subiektywna... Ale bardzo dużo świetnej muzyki dziś, aż szkoda, że zaraz koniec. I przede wszystkim nie było jakiejś smutnej okazji dziś. Tzn. Gary Moore, ale to już wiele lat". Kilka chwil później dopisał się jeszcze: "I kolejny świetny utwór na zakończenie. Będę wyglądał za rozpiską.".

Do usłyszenia ...

 



MAGNUM "The Monster Roars" (2022)
- Won't Let You Down
- The Present Not The Past

GARY MOORE "Live At Montreux 2010" (2011)
- Days Of Heroes


LANA LANE "Neptune Blue" (2022)

- Under The Big Sky
- Lady Mondegreen (She's So Misunderstood)
- Miss California

FORTUNE "Fortune II" (2019)
- Don't Say You Love Me
- A Little Drop Of Poison (For Amy W.)
- Heart Of Stone


BATTLE BEAST "Circus Of Doom" (2022)

- Circus Of Doom
- Wings Of Light
- Armageddon

NESTOR "Kids In A Ghost Town" (2021)
- Firesign
- It Ain't Me

DAVID MINASIAN "The Sound Of Dreams" (2020)
- Road To Nothingness


JETHRO TULL "The Zealot Gene" (2022)

- Mrs. Tibbets
- The Zealot Gene
- Barren Beth, Wild Desert John
- The Betrayal Of Joshua Kynde

LIVIN' BLUES "Live '75" (1975)
- Black Spider Woman

LIVIN' BLUES "Blue Breeze" (1976)
- Shylina
- That Night

CUBY + BLIZZARDS "Desolation" (1966)
- Hobo Blues

EARTH AND FIRE "Earth And Fire" (1970)
- Seasons
- Love Quivers
- Memories {bonus track / singiel 1972}

FRIJID PINK "Defrosted" (1970)
- I'll Never Be Lonely

CZAR "Czar" (1970)
- Today

CLIMAX CHICAGO BLUES BAND "A Lot Of Bottle" (1970)
- Seventh Son

SARACEN "Heroes, Saints & Fools" (1981)
- Heroes, Saints And Fools

==================================

kącik Livin' Blues ...

Co za niesamowity kontrast cytrynowego "Livin' Blues" z ogólnie panującą tu czernią. To jak ujrzeć słońce w kopalni.




==================================

aż tu nagle na taksometrze




Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 

sobotą w trasie


niedziela, 6 lutego 2022

o 22-giej

Szybki tydzień. Mało czasu na cokolwiek, ale do radia dotrę.
do usłyszenia...

a.m.

wtorek, 1 lutego 2022

skradziona kolekcja

Pamiętam "Skradzioną Kolekcję" z dawnych lat. To znaczy, jak się okazało, do minionej niedzieli chyba nie za dużo z niej zapamiętałem. Może jakieś pojedyncze kadry, sekwencje, przebłyski, powiedzmy ogólny zarys, jednak szczegółów kompletnie. Brawo Kino Polska. Stacja niekodowana, szkoda, bo tym samym z męczącymi reklamami, za to z jakże lepszym repertuarem od tych wszystkich odłamów TVP. Gdy niekiedy zaglądam do programowych rozpisek TVP Seriale bądź TVP HD, mdli mnie na abonamentowy widok "Rancza", "Komisarza Alexa" lub "Ojca Mateusza". Naprawdę nie mają przy tym Woronicza lepszych propozycji, tylko non stop durne seriale dla gospodyń domowych i ich książąt od młotków i wiertarek? Ile można podawać ludziom te głupoty z księdzem na rowerku, popierdalającym przez rynek w Sandomierzu i zawsze wybawiającego nieudacznych policjantów z ich kryminalnych zadań. Albo tych czterech wieśniaków, rozradowanych nieszczęśników, spod sklepowej ławeczki, budujących do kamer humor pod koloratkę. W tej ich wsi nikt nawet nie użyje "kurde", a co dopiero, gdy walniemy się dużym palcem stopy o próg, i z automatu ślina na język podrzuca: "kurwa mać". Nie występują tam zarówno te, ni inne pospolite ruszenia, albowiem to bardzo przykładna wieś. Nawet gosposia dogadza księżulkom jedynie kulinarnie. Inna sprawa, że twórcy serialu wymarzyli sobie taką w sile wieku i odpowiednio niepociągającą młody kler służebną, więc nie ma mowy o nocnych na nią czatach i chęci przekazywania białka.

telefonem na szybko i niewyraźnie,
ale kadr z filmu jest

"Skradziona Kolekcja" to film epoki schyłkowego Gierka, ze wszystkimi smaczkami krajobrazowymi, jakich w filmie "Gierek" nie uświadczycie. Wszystko naturalne i prawdziwe. Nie ma więc żadnych wypucowanych rekwizytów, powypożyczanych z muzeów lub u prywatnych kolekcjonerów, na których nawet ni grama kurzu. Zabytki świecące, jak psu jajca. Po co ci nasi współcześni filmowcy biorą się za filmy epoki socjalistycznej, skoro nie mają pod ręką odpowiednio podniszczonych, zabrudzonych, niekiedy wręcz koniecznie zaświnionych eksponatów. Sztuczność wylewa się z każdej filmowej klatki, a jeszcze brak odpowiedniego tła, z konieczną nieotynkowaną wielką płytą, wyboistymi chodnikami, robolami pod budką z piwem palącymi sporty aż po ich żółto-brązowe wąsiska, plus nieco zakazanych mord złodziejaszków bazarowych, a gdzie tu pomarzyć o podchmieleńcach, których wtedy mijaliśmy na każdym kroku. W filmach typu "Najmro" czy "Sztuka kochania", syf socjalizmu ma wypraną odzież, umyte zęby, uczesane włosy i zadbane lśniące auta. W rzeczywistości nic wówczas nie było pachnące i kolorowe. Nawet cycki w rubryce "osobno" pisma "Razem", drukowano na papierze kategorii B, a z codziennej prasy znikały czcionki, w czego konsekwencji nie zawsze gazeta pozwalała się doczytać do końca. Już nie mówię o zamieszczanych tam zdjęciach z partyjnych zjazdów czy egzekutyw, albo propagandowych budów, z facjatami ludzi dobrej roboty. Takie zdjęcia zazwyczaj bywały mozaikami czarnych i różnych szarości plam, natomiast splecione z nich cuda wymagały u odbiorcy nie lada wyobraźni.
W "Skradzionej kolekcji" wszystko w krzywym zwierciadle i dozą nikogo niekaleczącej satyry. Niekiedy satyry tak inteligentnej, że aż niewiarygodne, iż nie maczał tu rąk żaden Tym lub Bareja. Przecież scena w szafie, niesamowita!. Niewiele brakowało bym po kontakcie z nią zaliczył zejście. Ze śmiechu prasowałem plecami dywan. Jaja jak berety.
"Skradziona kolekcja" to komedia w duchu kolekcjonerstwa oraz posmakiem kryminalnym. W rolach głównych ówczesne trzydziestoparolatki: Elżbieta Starostecka plus Izabella Dziarska. Całość rozgrywa się wokół pewnego kolekcjonera znaczków, który z uwagi na słabe z powodów filatelistycznych serce, trafia do szpitala, a wspomniane panie opiekują się jego kolekcją, na którą członkowie sympatycznego gangu (tutaj Friedmann i Kowalewski) mają chrapę. To ci dwaj od wspomnianej szafy. Kolekcja jednak ginie. I tu się zaczyna ...
Gdybym miał ten film na DVD, pewnie bym sobie z tuzin razy powtórzył scenę z szafy. Że raz jeszcze o niej wspomnę. Na końcu okazuje się, że właściciel znaczków wcale nie jest chory na serce, tylko ma uczulenie na znaczki. Choruje na znaczki. Dlatego mdleje na ich widok, szczególnie na widok cennych okazów. Niekiedy do utraty przytomności wystarcza mu podświadomość występowania znaczków w pomieszczeniu, w którym właśnie przebywa. Rewelacja. Ja właśnie podobnie zawsze reagowałem na widok płyt, na które byłem, albo jestem napalony. Lub na wszelkiego tego typu zaskoczenia. To właśnie m.in. dlatego lubię fizyczne sklepy. Lubię do nich wejść, dać się zaskoczyć, dopuścić do nagłego przyjemnego ucisku serca. Tego nigdy nie zrozumieją wychowane na cyfrze młodziaki. No więc, ten starszy pan (w tej roli wcale nie za stary przecież Mieczysław Pawlikowski), z krwi i kości kolekcjoner, cudownie reagujący na te znaczki. Odbiera mu mowę, od razu musi zaczerpnąć powietrza, a i tak na bank zemdleje. Cuci się po kilkunastu sekundach, jednak z wrażenia wciąż długo dochodzi do siebie. No taki ubaw, że nie uwierzycie. A przecież jeszcze, gdzieś pod koniec, mamy scenę pościgu - duży fiat kontra mały. Duży fiat, jak to duży, ale ten mały gna szybciej niż fabryka dała. Co oni tam wyprawiają. Do tego dużego fiata wynajęto prawdziwego rajdowca, który na zwykłym osiedlu mieszkaniowym odbija się od zaparkowanego auta, po czym tnie dwoma kołami swej lewej strony. Polski "Bullitt". Steve McQueen by nie pogardził.

Jako, że to komedia kolekcjonerska, oprócz znaczków są też inne hobbystyczne smaczki. Jak dzwonki, a nawet polska płyta Livin' Blues. Polskie Nagrania wydały tym Holendrom dwie, więc podpowiem, że to ta starsza, w dodatku koncertowa. Filmowy egzemplarz znajduje się w mieszkaniu owego rajdowca. Dobrze wyeksponowana okładka, możemy ją popodziwiać w dwóch ujęciach tej samej sceny. Żółty napis "Livin' Blues" nie do przeoczenia. Tak w ogóle, płyta kapitalna. Ale nie wszyscy przepadają za Livin' Blues z tamtego okresu. Czyli za etapem grupy za wokalnego panowania Indonezyjczyka Johna Fredriksza. Tego skośnookiego, o bujnych kręconych i swobodnie rozhuśtanych włosach, z ogólnie fajną gębą i jeszcze lepszym głosem. Ja faceta lubię cholernie.
Od tego live'u rozpocząłem jako małolat przygodę z Livin'Bluesami. Kupiłem winyl w osiedlowej księgarni, a za czas jakiś ich kolejne, tym razem już studyjne "Blue Breeze" - z genialną i jednocześnie klimatyczną "Shyliną", co też prawdziwym kopem, w postaci "That Night". Ale przecież bluesowa ballada "Back Stage" też chwyta. Cudownie tu wodzi nastrojem Fredriksz i chór z nim!
Tak mnie ta muzyka w tamtych latach spowiła, że aż samemu rwałem się do muzykowania, w tym celu nawet wystałem w kolejce wysokogatunkową gitarę koncertową (największe klasyczne pudło), ale niestety natura poskąpiła talentu, więc pozostałem przy podziwianiu innych. 

a.m.


poniedziałek, 31 stycznia 2022

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 30/31 stycznia 2022 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań








"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, 30/31 stycznia 2022 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

Za nami pierwsza nowość 2022 - Magnum "The Monster Roars". Miała być jeszcze jedna, tylko coś mi nie przypasowała do wczorajszego zestawu. Podgonimy za tydzień, wraz z kilkoma innymi. Właśnie pociągiem śmigają do mnie cztery gorące kompakty, z terminem dostawy na jutro. Zapowiada się niezła wyżerka.
Bob Catley i Tony Clarkin wraz z kolegami i kolejnym udanym albumem Magnum. A czy jeszcze lepszym, czas pokaże. Bestia z okładki stanowi za metaforę wszystkich negatywów ostatnich czasów, w tym upiornej pandemii. Catley plus Clarkin to odwiecznie świetnie rozumiejący się tandem, nawet jeśli za warstwę kompozytorską oraz wyborną gitarę odpowiada ten drugi. Niegdyś o bujnej fryzurze brodacz, zawsze w kolosalnym kapeluszu, a jednak upływające lata wymusiły image na łyso. Lecz, co istotne, Clarkin wciąż wygląda świetnie. I podobnie też gra. Lubię faceta. O tak, cholernie lubię. Oczywiście Boba Catleya dokładnie tak samo.
"The Monster Roars" rozprawia o wolności wobec rozpanoszonego zła. Clarkin okiem twórcy uważnie obserwuje, notuje, wreszcie trzeźwo uderza. Z nadzieją wypatruje niekowidowej normalności, przestrzega przed wojnami i nienawiścią, wzbudzając lęk przed bestią z okładki. Ta bestia to real, nie żaden nieodkryty pod powierzchnią świat snu. Czai się, szuka słabości, aż w końcu się do nas dobierze.
Magnum w moim nawiedzonym zaprezentowali się w trzech numerach: "Remember" (zapamiętaj jasne światła i długie noce, kiedy tańczyli ludzie, pod jednym zaklęciem sławni i żebracy, a ich ciała i krew też z jednej gliny), "All You Believe In" (obecny smutek zdołuje i roztrzaska twoje marzenia. Spójrz tylko, jak ludzie zmieniają się w szarość) oraz "That Freedom Word" (oto słowo wolności wobec prawdy zakutej w łańcuchy). Posłuchajmy końcówki "Remember". Cóż za Chopin'owskie wykończenie. Motyw nie do oderwania.
Z niejasnych powodów pominąłem wczoraj "The Present Not The Past" (żyj teraźniejszością, nie przeszłością,. Ludzkość każdego roku przyspiesza. Dzień po dniu ciężka donikąd wspinaczka. Ci skazańcy na wieczną wędrówkę nie mogą złapać tchu), ale od czego pierwsza niedziela lutego.

W ramach nadrabiania zaległości, dopiero z pierwszą u mnie emisją dwuletni album Davida Minasiana. Kapitalne to jego "The Sound Of Dreams", co by nie mówić. A już miałem nadzieję, że wyleczyłem się z neoprogrocka. W dużej mierze nudnego, acz z chlubnymi wyjątkami. Kto wie, stoi też możliwością, iż wmówiłem sobie, że mam już dość takiej muzyki. A ta trzyma i nie puszcza. Był czas, kiedy intensywnie szukałem tej płyty. Pamiętałem, gdy było ustalone release date, jednak wówczas nigdzie jej u nas nie było. Gdy wreszcie z dużym poślizgiem kompakt dopadł polskiego katalogu, coś ja z kolei przegapiłem. Płyta szybko zniknęła, i zniknęła na długo, aż suma summarum o niej zapomniałem, by po długiej udręce niedostępności, wreszcie ją dopaść. Wczoraj zatem mocno spóźniona premiera "The Sound Of Dreams" na moim radiowym kanale. Trzy kompozycje, i co rzadko mi się przydarza, od ręki same najlepsze. Dla jasności, cała płyta cacy, jednak tkwi w niej pewna niezwykłość. Otóż, mamy tu dla podniesienia rangi spory udział gwiazd gatunku, m.in. Annie Haslam, Justin Hayward czy Steve Hackett, ale co ciekawe, nie oni błyszczą. Dzielnie się trzymają, rzetelnie czynią co od nich wymagane, zawsze solidnie i w duchu etyki progrocka, a jednak Minasian zgarnął najlepsze nuty. I słusznie, ja też tak właśnie bym postąpił. I tak, zaśpiewane przez wokalistę obozu Alana Parsonsa - PJ Olssona - "So Far From Home", obłędne. O krok tu nie odstają, zaopatrzone głosem Minasiana "All In" oraz instrumentalne, choć tyciu za krótkie "Faith Hope Love". Oj tak, bez przecinków "wiara nadzieja miłość" - jako jedna myśl. I my też przytrzymajmy się tej łajby.
Jak wspaniale, że wciąż powstają takie płyty. W radio raczej nie do usłyszenia. Chyba, że na moim fm. Cóż za wytchnienie wobec wszędobylskich rapowych łomotów. Muzyki jakiej nie znoszą pod każdą postacią. Podobnie jak mijam się ze wszystkimi pięciosekundowymi bohaterami. Nie mój świat rozpanoszonych influencerów, youtuberów, dark netu, bitcoinów czy Netflixu. Co do ostatniego, nie chcę zamiany sal kinowych na maciupki ekran w komputerze, ani filmów czy futbolu w tnącym internecie. Ale zmiany idą i nie da się tego zatrzymać. Ta maszyna jest nieźle rozpędzona, dlatego nie stawajmy jej na drodze, bo zmiecie bez śladu.
Wróćmy do muzyki. Davida Minasiana poznaliśmy przed laty dzięki płycie "Random Acts Of Beauty". Jest na niej taki 12-minutowy utwór "Masquerade", w którym gościnnie pojawia się Camel'owy Andy Latimer. Jak się wówczas okazało, istotny punkt zaczepienia względem śledzenia dalszej kariery Minasiana. Faceta, który co prawda miał wcześniej na koncie dwa albumy (jeden nawet w 1984 roku), jednak głowę daję, iż do czasu "Random Acts Of Beauty" nikt go nie kojarzył. Nakłady obu tych starawych już nieco albumów dawno wyczerpane, może więc warto pomyśleć o wznowieniach.
Trzema koncertowymi rarytasami, z bonusowego dysku "Face Value", podkreśliłem wczorajsze 71-urodziny Phila Collinsa. Tylko szczęśliwości Phil, oby Ci się! All of luck, be happy my Master!
Także ukartowana dorzutka Meat Loafa, ponieważ przed tygodniem wyszło z niedosytem. A tu jeszcze informacja o trzech polskich koncertach Camel, przewidzianych na maj 2023. Wieść elektryzująca. Jeden z tych trzech koncertów w moim Poznaniu.
Niedawno Camel pograli u mnie z "A Nod And A Wink", lecz wtedy nie wiedziałem jeszcze o "knutych" koncertach. A teraz wiem i jest mi dużo lepiej.
W nocnym graniu załapaliśmy się na sześć ścieżek z suity "Dust And Dreams" - genialnego albumu Latimera i spółki, wydanego w 1991 roku, a nagranego po siedmioletniej przerwie od czasu, także genialnego! "Stationary Traveller". Bez tych albumów płytowa kolekcja wygląda jak połamaniec na temblaku.
"Dust And Dreams" to dla Camel dzieło przełomowego okresu w dziejach grupy. Nastąpiły wówczas zmiany, zmiany, zmiany. Andy Latimer i jego Susan Hoover przenieśli się z Anglii do Kalifornii, czyli do wiecznej krainy Słońca, ciepła i szczęśliwości, tam także założyli wytwórnię Camel Productions, dla której od tego momentu realizowali każdy Camel'owy krok. Od razu na rynkach sypnęło kompaktami z nowymi kompozycjami plus paroma cennymi archiwaliami.
"Dust And Dreams" to rzecz inspirowana powieścią amerykańskiego pisarza (także noblisty) Johna Steinbecka "Grona gniewu". Dzieła mającego wiele wspólnych cech z losami rodziny Latimera, która na początku XX wieku wyemigrowała z irlandzkiego Portu Łez do Stanów. Sprawie tej został zresztą poświęcony następny album "Harbour Of Tears". Niedawno na Canal+ wyemitowano dokument "Grona gniewu - upiory Ameryki", stanowiący za opowieść o tej właśnie powieści Steinbecka. Od lat traktuje się ją jako dzieło prorocze. Albowiem to, co autor naznaczył jeszcze przed wybuchem II Wojny Światowej, w obecnej rzeczywistości stało się zjawiskiem masowym. Wielki kryzys, podróż w nieznane w poszukiwaniu pracy, chleba, godności, bezpieczeństwa, życia z dala od konfliktów, nienawiści i bomb.
Nie sądzę, byśmy konkretnie tej muzyki posłuchali na nowej trasie Camel. Trasie, której zadaniem w pigułce raczej odnieść się do 50-lecia działalności zespołu. Może wskoczy jakiś fragment, czy nawet strzęp, jednak tej muzyki i tak trzeba będzie uważnie posłuchać w domowym zaciszu. Tak, jak w tym koherentnym dziele, nakazującym wędrówki według ustalonej kolejnością nagrań.
In memoriam wobec Pata Kinga - dawnego basisty Manfred Mann's Earth Band - w postaci dwóch nagrań z płyty "Watch". Wiem, że to niewiele, ale kto powiedział, że temat zakończony.
King zagrał niemal na wszystkich najlepszych płytach Ziemskiej Orkiestry, nie załapując się jedynie na tyciu starsze "The Roaring Silence". Tam jeszcze po basie muskał Colin Pattenden. I traf chciał, że to płyta o najwyższych notowaniach fanów.
Inteligentnego i na zmysłowo zabarwionego rocka, jednorazowo zaprezentowali Chicago, Icehouse oraz Mr. Mister. Ale nieźle też powtórowali najnowsi The Doobie Brothers. Ich ostatnie "Liberté" to mój top 5 ubiegłego roku.
Na urodzinowym torcie Phila Collinsa jeszcze smakołyk od Michaela Balla. Jego przeróbka "Against All Odds" zdecydowanie o znamionach musicalowych, no ale wiadomo nie od dziś, że ten facet odbiera marynarki właśnie od takich krawców. "The Movies" to płyta z jego filmowymi priorytetami. Pomimo tylu lat wciąż świetna. Blisko jej do ćwierć wieku, choć w mojej Polsce wciąż zabrzmi jak nowość, ponieważ Michaela Balla słucha u nas niewielu. 
Udało mi się jeszcze wygospodarować kwadrans dla starego dobrego czarnego śpiewania. Stąd legendarny numer "The Closer I Get To You" Roberty Flack z Donnym Hathawayem. Parka artystycznie (i nie tylko) przepadała za sobą, no i mieli na koncie nawet jeden wspólny album, co też plany na drugi. Niestety, w dwa lata po powyższej piosence, Donny "udanie" targnął się na swoje życie. Był lekko po trzydziestce, z wieloma perspektywami i światowym uznaniem, jednak depresyjne demony okazały wyższość.
Na czarno jeszcze Anita Baker i jej szampański album "Rapture" - z namiętnymi, ociekającymi tłuszczem miłości balladami, w tym z nagrodzoną Grammy piosenką "Sweet Love" (... słodka miłości nigdy nie odchodź ...). Zawsze podkreślałem, że w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym działy się rzeczy niezwykłe. Nie tylko w muzyce, choć w tym miejscu trzymajmy się głównie jej.
Przeleciały te cztery godziny, jak dwie. I znowu cały tydzień odliczania. Poniedziałek, wtorek... a kiedy już powinna być niedziela, dopiero czwartek. I tak brnie ten czas, ślamazarnie, niczym cały ten cholerny styczeń, który nigdy nie chce się skończyć. Na szczęście właśnie dobiegł końca. Odsłaniam firankę, ooo nareszcie luty. Też paskudztwo, choć już z dłuższymi dniami. Niech jednak on też szybko przeleci. Nie proponujcie mu kawy i ciastka, niech szybko zrobi, co do niego należy, i wynocha. Dopiero od marca cieplej na sercu. Niech więc przybywa. Tęsknie do zieleni, do Słońca, takiego grzejącego, że ach! Nie rozmarzmy się za bardzo. Przed nami jeszcze kilka przymusowych zimowych spotkań na 98,6 FM Poznań. Oby tylko kowid nie wywinął żadnej niespodzianki, po której znowu ktoś zatroskany zatrzaśnie studio. Różne pomysły ludziom po głowach chodzą.
Do usłyszenia ...

MEAT LOAF "Bat Out Of Hell - Live With The Melbourne Symphony Orchestra" (2004)
recorded live in Melbourne, Australia, February 20 & 22, 2004
- Paradise By The Dashboard Light

MEAT LOAF "Couldn't Have Said It Better" (2003)
- Why Isn't That Enough

PHIL COLLINS "Face Value" (1981 / reedycja 2015)
bonus disc - extra values
- If Leaving Me Is Easy (live 1985)
- Hand In Hand (live 1997)
- I Missed Again (live 2004)


DAVID MINASIAN "The Sound Of Dreams" (2020)

- All In - {śpiew DAVID MINASIAN}
- Faith Hope Love - {instrumentalny}
- So Far From Home - {śpiew PJ OLSSON}

MAGNUM "The Monster Roars" (2022)
- Remember
- All You Believe In
- That Freedom Word

MANFRED MANN'S EARTH BAND "Watch" (1978)
- Drowning On Dry Land / Fish Soup
- Chicago Institute

CAMEL "Dust And Dreams" (1991)
- Cotton Camp
- Broken Banks
- Sheet Rain
- Whispers
- Little Rivers And Little Rose
- Hopeless Anger

CHICAGO "Chicago 18" (1986)
- Niagara Falls
- Forever
- 25 Or 6 To 4

MR. MISTER "Go On... " (1987)
- Dust
- Something Real (Inside Me / Inside You)

ICEHOUSE "The Singles A Sides... and selected B Sides" (1995)
- Don't Believe Anymore /1984/
- Man Of Colours /1987/

ROBERTA FLACK "Blue Lights In Te Basement" (1977)
- The Closer I Get To You - {duet with DONNY HATHAWAY}

ANITA BAKER "Rapture" (1986)
- Sweet Love
- Caught Up In The Rapture

MICHAEL BALL"The Movies" (1998)
- Against All Odds - {Phil Collins cover}

THE DOOBIE BROTHERS "Liberté" (2021)
- Better Days

MEAT LOAF "Bat Out Of Hell II - Back Into Hell" (1993)
- It Just Won't Quit

 

Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 


piątek, 28 stycznia 2022

Pat King, Meat Loaf, Polański + Horowitz oraz "maszynowy" Piotr

Odszedł Pat King - szkocki ex-basista angielskich Manfred Mann's Earth Band. U boku klawiszowej maestrii Manfreda Manna, głosu Chrisa Thompsona czy siłowej perkusji Chrisa Slade'a (tego od późniejszych AC/DC), Muzyk zagrał na trzech genialnych albumach: "Watch", "Angel Station" oraz "Chance". W zasadzie do pełni szczęścia zabrakło go jedynie na starszym nieco "The Roaring Silence", a okupowałby cały złoty okres grupy. 
Myślę nad zaprezentowaniem w niedzielę jakiegoś wycinku z longplaya "Watch", albowiem z "Angel Station" oraz "Chance" bywało nie raz, nie dwa. 

Po niedawnej foto prezentacji mojej kolekcji Meat Loafa, coś upiornie nie dawało mi spokoju. Czułem, że czegoś na tamych zdjęciach zabrakło. Dopadłem więc nieodwiedzanego działu "wideo", i jak się po jego mozolnym przewertowaniu okazało, warto było. Wydobyłem jeszcze DVD z programu VH1 Storytellers oraz teledyski plus life'y do "dwójki" Nietoperza. Nie wiem, jak to możliwe, że "VH1 Storytellers" kupiłem wówczas w wersji wideo, zamiast audio - bo też taką wydano. Mam coś takiego, iż nie lubię oglądać muzyki - wyjątkiem koncerty na żywo - a jednak coś mnie w tamtych latach podkusiło do podjęcia właśnie takiej decyzji.

Obejrzałem zatem całość po latach, i jakże inaczej, z jakże innej pozycji oceniam teraz ten materiał. Chyba wówczas podjąłem jednak dobrą, perspektywiczną decyzję, szczególnie wobec dzisiejszych okoliczności. Meat Loaf z jajem opowiada historie związane z poszczególnymi piosenkami oraz etapami kariery, a pomiędzy śpiewa jak zawsze z uczuciem. Show ze skromnego telewizyjnego studio, dla raptem kilkudziesięciu totalnie zakręconych i wpatrzonych jak w obrazek wielbicieli Meat Loafa. Czasem nawet zadających kłopotliwe pytania. Koncert elektryczny, żadna więc unplugged'owa nuda.
Szkoda, że nie mam na czym odtworzyć VHS "Bat Out Of Hell II: Picture Show", choć zakładam, że każdy track w razie pilnej potrzeby odnajdę na You Tube.

Jakoś ostatnio na Canal+ Dokument natrafiłem na nagrodzony podczas Krakowskiego Festiwalu Filmowego dokument "Polański, Horowitz. Hometown". Niesamowicie dobry, ciekawy, pełen cennych opowieści, w tym przywracania dawnej pamięci (Polański imponujący!), a niekiedy wychodzi z tego wzruszający wręcz wspólny spacer parki bohaterów, tj. reżysera Romana Polańskiego oraz fotografa Ryszarda Horowitza. To ich miasto młodości, w którym wciąż wiele otwartych drzwi wśród rodzin, niekiedy piątych wodach po kisielu lub innych bliskich ludzi. Wspominki z dzieciństwa, zarówno te dobre, jak też i te wypowiadane z trudem. Te drugie dotyczą II Wojny Światowej, w tym epizody obozowe. Trzeba obejrzeć, polecam. Zakładam, że nie była to jedyna emisja.

Wczoraj po dłuższej przerwie udało nam się zobaczyć z Piotrem "nie tylko maszyny są naszą pasją". Piotrek podrzucił do posłuchania kilka ciekawych ce-de-erów. Szkoda tylko, że to rzeczy radiowo bezużyteczne. Jak wiecie Drodzy Państwo, do audycji tylko prawdziwki. Z muchomorkami mogę się co najwyżej zapoznać w cztery oczy i na tym sprawa zamknięta. Wśród wypalonych kompaktów m.in. gorąca solówka RPWL'owskiego Kalle'ego Wallnera oraz wydane równorzędnie dwa przemiłe i z przymrużeniem oka cover-albumy projektu At The Movies.

Mamy w nich na wokalu Björna Strida z The Night Flight Orchestra, co też muzyków z HammerFall, Kamelot, Pretty Maids czy Royal Hunt. Panowie wykonują filmowe hity lat 80/90-tych, zapewne świetnie się bawiąc. M.in. tematy do "Ogni św. Elma", "Rocky'ego IV", "Mad Max", "Dirty Dancing", "Pretty Woman" czy "Notting Hill". Myślę, że obie płyty na prywatkach stanowiłyby za szał, tyle, że społeczeństwu ewidentnie odechciało się wszelakich zabaw, tym bardziej szaleństw. Na dodatek mamy styczeń, fatalną pogodę, nie widać Słońca, a Poznań niemal w niczym nie różni się od przygnębiającego, depresyjnego wręcz Norylska. Na szczęście polibudowy pan rektor jeszcze nie spanikował, radio działa, więc oby w niedzielę udało się na żywo... och, jak niewiele do szczęścia pozostało. 

a.m.


środa, 26 stycznia 2022

Meat Loaf - Berlin Arena (Velodrom), 6 listopada 2003, "Couldn't Have Said It Better Tour"

W moim albumie z koncertowymi biletami zapisałem:
Pojechaliśmy do Berlina we trójkę - Przemek Fietz, jego Ania i ja.
Było trochę czasu, pochodziliśmy więc po sklepach z płytami, w sumie odwiedzając cztery miejsca.
O właściwej porze podjechaliśmy pod Velodrom (obiekt na 12 tysięcy miejsc). Na miejscu od razu nadzialiśmy się na kilkunastu ludzi w czerwonych mundurkach, którzy przez tuby ogłaszali, że Meat Loaf jest chory, co skutkuje przełożeniem koncertu na następny dzień, czyli z planowanego 5 listopada na szóstego. Godzina show bez zmian. Nadal dwudziesta zero zero.
Nie byliśmy przygotowani na nocleg w hotelu, tak więc powrót do Poznania, a od następnego ranka wszystko od początku. Przygotowania na Berlin zupełnie, jakby nie było wczoraj. To samo miejsce spotkań, tankowanie auta, jakaś butelka picia na drogę, ruszamy.
I tu widzę, że opisywałem całe wydarzenie w podpunktach. Wyszła z tego raczej delegacyjna notka, niż przepastna relacja. Co zatem następuje?
- przed koncertem, za 20 euro (ówczesny kurs euro = 4,7 zł) kupiłem pamiątkowy program z trasy "Couldn't Have Said It Better Tour". Niestety wcześniejsze wydatki pozbawiły mnie szans na inne przyjemności - koszulkę, okazjonalną czapeczkę czy nawet tak groszowe sprawy, jak naklejki.
- o 20-tej na scenie pojawił się Kasim Sulton - basista oraz gitarzysta Meat Loafa, któremu przypadła rola supportu. Dzień wcześniej mieli zagrać, będący wówczas na topie The Darkness, jednak z racji kontynuowania swej trasy nie mogli poczekać nawet tej jednej doby, by stanąć na deskach przed show Klopsika.
- po występie Kasima Sultona (nie zapisałem, co zagrał i niestety też niczego nie zapamiętałem) dwudziestominutowa przerwa. O godzinie 20.45 pierwszy dzwonek, czyli przerwa się kończy, należy wracać na salę, po chwili alarmujący drugi, tu już nie ma czasu nawet na siusiu, ale jest jeszcze paręnaście sekund dla spóźnialskich. Wreszcie światła gasną, wchodzą wszyscy na scenę, zaczyna się ... Meat Loaf i jego band w fosforyzowanych na kolory limonki maskach oraz podobnie świecącymi instrumentami, ze szczególnym podkreśleniem gitar. Koncert inicjuje intro "Wasted Youth", po chwili efektowne fosfory znikają, następuje huk, uruchamiają się światła i już grają "Life Is A Lemon And I Want My Money Back". Od tego miejsca urywa się zapisywanie kolejności nadawania poszczególnych numerów. Wyłączam się z zapisków, po prostu przeżywam to, co na scenie. Podziwiam też rozentuzjazmowany, choć na nikogo nie napierający, i co zresztą u Niemców normą, kulturalny tłum. Dopiero po występie uruchamiam pamięć i zapisuję w notesie, co tego wieczoru usłyszałem. Wpadają mi do wkładu długopisu niektóre tytuły, więc szybko protokółuję: "You Took The Words Right Out Of My Mouth", "Do It!", w duecie z Patti Russo "Paradise By The Dashboard Light", ponadto "All Revved Up With No Place To Go", "Dead Ringer For Love", "Did I Say That", "Couldn't Have Said It Better", "Testify", "I Do Anything For Love (But I Won't Do That)", na bis "Bat Out Of Hell".
- całość trwała 1 godzinę i 45 minut. Koniec o 22.30.
- w drodze powrotnej szybka w zestawie z frytkami buła z kurczakiem w Burger Kingu. Nawet zapisałem (nie wiem, po co?), że kosztowało pięć i pół euro. Ale obok widnieje ważniejszy komunikat - zaliczyliśmy naszą audicą nieduże przekroczenie prędkości, mandat 25 euro. Płatne od ręki.
- powrót do domu o trzeciej.
- Na zdjęciach bilet z koncertu, również bilety za szatnię plus parę info koncertowych wycinków z niemieckich magazynów, no i jeszcze jakże dziś cenne trzy płatki konfetti, którymi dmuchnęło podczas "Bat Out Of Hell". 

P.S. Co czułem, chyba nie muszę tłumaczyć. 
P.S. 2. W dziale wideo mego domowego gniazda znalazłem jeszcze po jednym egzemplarzu DVD oraz VHS. O nich w jednym z kolejnych wpisów.

a.m.