czwartek, 19 marca 2020

nie żyje EMIL KAREWICZ, a także słówko o najbliższym Nawiedzonym Studio

Ze smutkiem przyjąłem wieść o śmierci bardzo lubianego aktora Emila Karewicza. Aktora wielowymiarowego, który dla mnie na zawsze jednak pozostanie SS-Sturmbannführerem Hermannem Brunnerem. Był w tej roli genialny. I choć grał łajzę pierwszego sortu, zawsze patrzyłem na niego z dużą sympatią. Oczywiście, było jeszcze wiele innych, mniejszych lub większych jego inscenizacyjnych wcieleń, jednak Brunnerem przede wszystkim Pan Emil Karewicz zasłużył się dla polskiej kinematografii - jakkolwiek to teraz zabrzmiało.
No, ale pożył sobie. Dziewięćdziesiąt siedem lat to dobry wiek, więc ...  - słyszę tu i ówdzie. Co to oznacza? - Że co, że już wystarczy? Co to w ogóle za podejście? Co to za parszywe myślenie? Czyżby miało oznaczać, że człowiek budzi się pewnego dnia, spogląda w lustro, i stwierdza: tak, mam już dziewięćdziesiąt siedem lat, więc wystarczy, kopcie grób. W każdym człowieku jest wola życia, proszę więc nigdy tak nie myśleć. Jeśli masz bracie lat dziewięćdziesiąt siedem, to pragniesz dziewięćdziesięciu ośmiu, a później jeszcze dziewięćdziesięciu dziewięciu, w konsekwencji setki, a jeśli los będzie przychylny, to i może jeszcze co nieco. Proszę więc przy mnie za kogoś życie nie decydować. Nikt nikomu poprzeczki nie będzie ustawiać.
Dzięki Panie Emilu - za wszystko!

Mam jeszcze do przekazania jedną wiadomość z radiowego frontu. Otóż, z racji koronaabsencji, nie odbywają się na 98,6 FM Poznań audycje autorskie prowadzone na żywo. A, że moja radiostacja nie ma zamiaru zapychać eteru byle czym, tak też redaktor programowy poinformował mnie, iż w najbliższą niedzielą stacja przy Św. Rocha nosi zamiar wyemitowania (o mojej porze - czyli o 22-giej) jednego z archiwalnych wydań Nawiedzonego Studia. Padło pytanie, jaką audycję pragnąłbym zaproponować? A ponieważ, nie mam na chwilę obecną możliwości stworzenia nowej, przystałem na propozycję i wskazałem dwie - z tych najświeższych. I teraz, od włodarza kwestii merytorycznych zależeć będzie, którą z nich zdecyduje się wyemitować. Albo poszybuje więc ta z niedzieli 8 marca - z nowymi albumami The Night Flight Orchestra, H.E.A.T. czy Wishbone Ash, albo wcześniejsza, z niedzieli 23 lutego, gdzie dominowała kocia muzyka, a wśród wykonawców usłyszeliśmy m.in. The Stranglers, Tangerine Dream, Cata Stevensa czy Tygers Of Pan Tang. Myślę, dobre i to. Składam więc podziękowania za tę inicjatywę.
Ogromnie żałuję, że nie mam odpowiedniego sprzętu, by zrealizować się na jakimś szpiegu w warunkach domowych. Bez problemu dostarczałbym na bieżąco Nawiedzonym wszystkiego, co muzycznie potrzebne.
I tylko pomyśleć, że autorzy audycji stacji internetowych głównie w takich pieleszach realizują własne programy. Być może przy kolejnej zarazie będę już odpowiednio technicznie zabezpieczony.
Najbardziej boli niewyemitowany kącik poświęcony zmarłemu niedawno Keithowi Olsenowi. W grę wchodził kapitalny pakiet jego producenckich dokonań, z przynajmniej kilkoma wybitnymi albumami.
Gdy nasze życie wróci do normy - i formy zarazem - będą już inne realia i na nikim po wielu tygodniach nie zrobi wrażenia wspomnienie po kimś, kto nie odszedł wczoraj lub góra przed trzema dniami. I oczywiście wiem, że ja tu zamartwiam się głupotami w obliczu ogólnoświatowej katastrofy, wobec nadchodzącej globalnej recesji, jednak mój muzyczny świat jest dla mnie najważniejszy i nic na to nie poradzę.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





środa, 18 marca 2020

MARC ALMOND "Chaos And A Dancing Star" (2020)












MARC ALMOND
"Chaos And A Dancing Star"
(BMG)

*****






We wrześniu 2018 roku Marc Almond spotkał się z Davidem Ballem, w celu pożegnania ich wspólnego Soft Cell. Ludzie nie zapomnieli "Say Hello, Wave Goodbye" czy "Tainted Love", dzięki czemu ogólne zainteresowanie zaowocowało wyprzedanym koncertem w londyńskim O2. I tylko pozazdrościć szczęściarzom, którzy mieli tę możliwość. Jednak, oprócz sentymentów, Almond nie próżnuje również w dostarczaniu nowych piosenek. Czyni to systematycznie, i choć każdy nowy album przyodziewa inną płachtą, nieustannie pozostaje sobą. Trzeba też zaznaczyć, iż piosenkarz od lat wydaje się odporny na krzyk panujących mód, lecz na pewno nie pozostaje głuchy na otaczającą rzeczywistość. 
Niedawno do sklepów trafiła jego najnowsza propozycja "Chaos And A Dancing Star", i myślę sobie, dawno Pan Migdałowy nie nagrał czegoś równie ekscytującego. Tak, to właściwe określenie, na pewno nieskrywające cienia przesady. Od lat bowiem nie słyszałem go tak pewnego siebie, tak pełnego piersią śpiewającego, przepełnionego rulonem pomysłów.
Muzyk niedawno pojechał do Los Angeles, aby popracować ze stałym w ostatnich latach współpracownikiem, Chrisem Braide'em (tym od również świetnego projektu Downes Braide Association, dowodzonego do spółki z ex-Buggles'owym, a i przecież Yes'owym Geoffem Downesem), wspólnie z nim czerpiąc inspirację wobec tamtego miejsca. Wkrótce na łamach prasowych Almond wyznał miłość do Miasta Aniołów, w tym rzecz jasna również do samego Hollywood. Jednakowoż zauważył, iż tamto przepełnione słońcem oraz uśmiechniętymi ludźmi miejsce, skrywa też własne mroki i niepokoje. To wszystko stanęło kanwą pomysłów wobec najnowszego dzieła. Tradycyjnie noszącego charakter osobliwych musical-pop/rockowych piosenek, które tym razem Almond - niczym nasz nieodżałowany mistrz teatralnych desek Roman Wilhelmi - każdy szczegół poddanych mu nut zwrotek oraz refrenów, doprawił perfekt. Ponadto, w jednym z wywiadów wyznał, iż pragnął napisać romantyczne piosenki o apokaliptycznym nieco wydźwięku, jednocześnie niewyzbytych bliskich mu akcentów miłosnych. Tym samym, odzwierciedlić świat w jakim żyjemy, zadać jego okropnościom kres, a przy okazji otworzyć rozdział nowej dla niego nadziei. 
Na "Chaos And A Dancing Star" otrzymujemy więc kilka spodziewanych mrocznych ballad (gotyckie "Giallo", natchnione, umieszczone w finale i jednocześnie najdłuższe w zestawie "The Crow's Eyes Have Turned Blue", do tego temat nieśmiertelności hollywoodzkiego blasku tamtejszych gwiazd, zadany w "Hollywood Forever", także hołd ku klasycznym autom, co dostarcza "Chevrolet Corvette Stingray", ponadto refleksje nad poszukiwaniem wolności, dostępne w "Dreaming Of Sea", czy pełne obaw "Cherry Tree" oraz "When The Stars Are Gone"), ale i dla kontrastu klarowny pop. W tej materii prym wiedzie genialny albumowy otwieracz, jakim na pół musicalowe, a w całej reszcie pop/rockowe "Black Sunrise". Cóż za obłędnie piękne gitarowe solo tnie w końcówce Dave Colquhoun. A przecież do jego okazałości przyczyniają się też pianino, syntezator, melotron, smyczki, plus towarzyszący wokaliści. Piosenka traktuje o utracie kogoś bliskiego, natomiast wspomniana gitarowa parada zapewne ma posłużyć za promyk nadziei - majstersztyk!. Równie zacnie prezentuje się "Dust". Swoboda i rozmach pozwoliłyby tej piosence nawet wiernie kontynuować symfoniczny powiew albumu "Tenement Symphony". Gdyby tylko jej skromną sekcję rozbudować o jakieś pokaźne grono filharmoników. 
Ponieważ rolą albumu wcale nie staje wszechobecna zaduma, tak też na pierwszy singiel wybrano radosne "Slow Burn Love". Piosenkę, która pośród ciemności ma zapewnić odrobinę światła. Jednocześnie wyrażając optymizm w natrafieniu na stałą miłość, zamiast kolejnej, która skończy się wraz z mrugnięciem powiek. 
Jest jeszcze a'la glam'rockowe "Fighting A War", ponadto trzyminutowe, melodyjne, lekkie i piekielnie w swej komunikatywności udane "Chaos", ale ponad całość wyrasta tu prawdziwa perełka, jaką "Lord Of Misrule". Na flecie gościnnie pojawił się tutaj JethroTull'owy Ian Anderson, a gitarowych sprzęgów dołożył Neal X. To bardzo pozytywny fragment płyty, pomimo iż Marc Almond śpiewa w nim o wspomnianej już powyżej apokalipsie, ujmując jednak jej niepokój w kontekście radosnych i rodzinnych kalendarzowych świąt.
Brawo Panie Almond. Brawo za dopuszczenie więcej niż nakazuje Pańska norma gitar, brawo za rockowy flet Iana Andersona, ale i za udane wieloletnie przymierze z Chrisem Braidem, brawo za wierność przekonań, wreszcie, gratulacje za ponowny wzrost artystycznej krzywej. I niech już tak pozostanie. Teraz jeszcze tylko walnijmy w mur cegłą marzeń, by do jesieni zaplanowanej na Polskę Łodzi nie zatopiła żadna zaraza.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





BAD COMPANY "Desolation Angels" (1979 / reedycja 2020)









BAD COMPANY
"Desolation Angels"
(SWAN SONG / WARNER MUSIC COMPANY)

****





"Desolation Angels" to piąty album w dorobku Bad Company, jednocześnie przedostatni we wzorcowym składzie: Rodgers/Ralphs/Burrell/Kirke, i w zasadzie ostatni udany w pierwszym etapie działalności. Ekipa, której wzlotowi kariery dopomagał menażer Led Zeppelin - Peter Grant, podobnie jak oni, nagrywali swoje płyty dla LedZeppelin'owskiego labelu Swan Song. Wiernie odzwierciedlają to również wszystkie dotychczasowe reedycje albumów Bad Company. Starannie opatrzone grubymi, dwupłytowymi digipakami, obok reprodukcji singlowych okładek, co też unikatowych zdjęć oraz towarzyszących im opisów, oferując szeroki zakres nagrań drugiego garnituru.
Pierwsze trzy albumy grupy ("Bad Co.", "Straight Shooter" oraz "Run With Tbe Pack") zanotowały świetne wyniki na listach bestsellerów. Każdy z nich dotarł do Top 5, zarówno na Starym jak i Nowym Lądzie. Przy czym, debiutanckie "Bad Co." w Stanach Zjednoczonych dobiło nawet samego szczytu. Dlatego niepokoiły akcje grupy przy czwartym LP "Burnin' Sky", który po obu stronach globu zakotwiczył ledwie na 17 miejscu w Zjednoczonym Królestwie oraz 15-tym w USA. Na szczęście tę krótkotrwałą zniżkową tendencję odmieniło wydane po dwuletniej przerwie "Desolation Angels", które znowu przypomniało dobre dla grupy chwile, docierając co prawda "tylko" do 10 miejsca na Wyspach, lecz podobnie jak "Straight Shooter", osiągając wzlotową 3 pozycję za Wielką Wodą. A nie stało się tak bez powodu. Muzyka Bad Co. w tamtym czasie ponownie się ożywiła. Muzycy też na jakiś czas zakopali ostrze nagminnych konfliktów i wzięli się do roboty. Przypomnieli sobie najlepsze epizody okresu 1974-76, kiedy wspólne granie szczególnie sprawiało im ogrom frajdy. Wówczas niesiony młodzieńczym entuzjazmem rock nie czynił z nich jeszcze rutyniarzy. Stąd na "Desolation Angels" nastąpił zwrot ku tamtym czasom. Sporo tu dobrych akcentów, jak choćby otwierające całość, a wybrane na pierwszego singla i jednocześnie naturalnie przebojowe "Rock'n'Roll Fantasy", czy usadowione niemal pod koniec pierwszej albumowej strony, naznaczone autobiograficznymi wątkami "Evil Wind". Ale też podtrzymujące wątek tamtych treści, country-bluesujące "Oh, Atlanta". Twardo stąpała także - wbita na drugą stronę singla "Rock'n'Roll Fantasy" - ballada "Crazy Circles" - a to za sprawą odpowiednio nastrojonego akustycznego akompaniamentu, zdecydowanie puszczającego oko ku estetyce Led Zeppelin. Był też solidny hard rockowy numer "Gone, Gone, Gone", ale też dla przeciwwagi, blisko sześciominutowa, pełna namiętnego śpiewu Paula Rodgersa ballada "Early In The Morning" ("... gdy jesteś przy mnie czuję, że moje życie warte jest nocy i dnia...").
Wszystkim powyżej wyodrębnionym kawałkom towarzyszyło jeszcze sporo dobra zawartego na albumowej stronie B. Nie brakowało tam entuzjazmu, choćby dzięki "Lonely For Your Love". Nagraniu odnoszącemu się nie tylko do wcześniejszych Free, ale też ku southern-rockowym Lynyrd Skynyrd, których echa przyjemnie kontrastowały z wpływami nieco hałaśliwszych Grand Funk Railroad. Pojawiła się też ożywiona ballada "Take The Time", jak również bliskie stylistyki ZZ Top, "Rhythm Machine", plus odpowiednia dla stylu Bad Co. ballada "She Brings Me Love". Nawet najwięksi malkontenci musieli swe jęki zamknąć na klucz, albowiem całość prezentowała się nad wyraz okazale. I aż niewiarygodne, że wkrótce ponownie doszły do głosu dawne waśnie i spory, które kolejnemu, a wydanemu dopiero po 3 latach "Rough Diamonds", zdecydowanie się nie przysłużyły. Dlatego dobrze, że "Rough Diamonds" pojawiło się na końcu pierwszego etapu grupy, a muzycy w końcu pojęli, że nic na siłę. Bo jeśli nie potrafili się w pełni zaakceptować, lepiej by nie mieli do siebie zbyt częstego dostępu. Pomimo wszystko zakładam, że i tamten album również
wkrótce powinien pojawić się w reedycji. Równie efektownej, co też naznaczonej podobną niemałą liczbą dodatków. No właśnie, dodatki. Na "Desolation Angels" jest ich na półtorej płyty. Z pozoru dużo, lecz są to jednak nagrania dla najbardziej wnikliwych sympatyków grupy. Nie spodziewajmy się więc ogromu kompozycji nieznanych, a już tym bardziej zatykających oddech niespodzianek. Bo nawet podane w dwóch wersjach, a powstałe pierwotnie w 1976 roku "Smokin' 45", poznaliśmy już przecież przed dwoma dekady na podwójnej kompilacji "The Original Bad Co. Anthology" (były tam też cztery premierowe kompozycje), natomiast dodatkowe trzy wersje "Rock'n'Roll Fantasy", bądź po dwie dla "Lonely For Your Love" oraz "Take The Time", jak też pojedyncze odmienne wcielenia dla "Gone, Gone, Gone", "She Brings Me Love" czy "Rhythm Machine", jaskółek nie czynią. To tylko ciekawostki, nic więcej. Żadne z nich przy tryskających salwach świec wjeżdżające na zaciemnioną salę specjały. Choć uradować powinien outtake "Rock Fever" i być może jeszcze krótki blues jam "What Does It Matter", bowiem żartobliwe a cappella "Amen", to raczej jednorazowy obiekt westchnień. Nie ma więc mowy o odkryciach próby najwyższej, dlatego odbiorca zainteresowany dorobkiem grupy w formie poglądowej, z czystym sumieniem może pozostać przy dotychczasowej skromnej pojedynczej edycji. Pozostali, mimo wszystko, łapcie za portfele.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




wtorek, 17 marca 2020

radio w czasach zarazy

Miasto opustoszałe, w tramwajach po ledwie kilka osób, na Pocztę wolno tylko po dwie, reszta ogląda klamkę od zewnątrz i grzecznie czeka. No i jeszcze trzeba załapać się do czternastej. Nic nie funkcjonuje normalnie. Miasto wygląda niczym plan do produkcji katastroficznego filmu. Natomiast prezydent mego państwa rżnie kampanię w pojedynkę, ponieważ wszyscy jego konkurenci odpowiedzialnie usunęli się w cień. Wczoraj p. Duda (podobno prezydent wszystkich Polaków) oznajmił, że niewielka aktywność wirusa w Polsce jest wynikiem dobrze prowadzonej polityki przez polski rząd. I pomyśleć, że na takim wrednym populizmie jegomość znajduje coraz więcej wiernych słuchaczy. Gdyby więc przyszło nie przesuwać daty prezydenckich wyborów, na ten moment
faktycznie ujechałby popularnością po triumf w pierwszej turze. Tak oto robi się politykę. Na tragedii jednych, a naiwności drugich. I nieważne, że brakuje pieniędzy. W szpitalach szczególnie. To nic, że kończy się sprzęt, a rezerw budiet niet. Wszystko poszło na socjal z uzbieranych funduszy przez poprzednią ekipę. No, ale wówczas p. Morawiecki był jednym z doradców premiera Tuska, więc sprytnie judaszował. Tu podpatrzył, tu zanotował, a później dobra zmiana wszystko chapnęła, rozdała i teraz nie ma na to czy tamto. Może więc dobroduszna Unia zlituje się i coś podrzuci. Tak tak, ta okropna Unia, która jeśli da obiecane trzydzieści baniek, przez moment nawet będzie kochana. A być może, przy trwoga to do Boga, do maja zostawią jej "szmatę" we względnym spokoju.
Resztki forsy roztrwonione na propagandę rządowych mediów już poszły uchwałą, cofnąć więc nie sposób, dlatego najbliższe dni obnażą kondycję tego naszego mocarstwa. Dobrze, że choć w porę rodaków odcięto od świata, albowiem w przypadku wariantu włoskiego, nie tylko doświadczylibyśmy bankructwa, co przede wszystkim prawdziwej rzezi.
Ogólnopolska akcja "zostań w domu" godna poparcia, choć mnie nie bardzo przypadła do gustu. Jestem ssakiem stadnym, które nie potrafi żyć w pojedynkę, a już tym bardziej w izolacji. Pojmuję rozsądek w obawach o zdrowie i życie, ale zamiast kisić się w chałupie, proponuję jednak, wyjdźmy na świeże powietrze i ewentualnie tam unikajmy ludzkich skupisk. Powietrze nie zabija - naprawdę. Zwierzęta też koronawirusa nie przenoszą. Ściska mnie na myśl, że są idioci, którzy w obawie o własną dupę, przy braku elementarnej wiedzy, pozbędą się pupila do lasu, albo nawet zastrzelą.
Decyzja o zawieszeniu Radia Afera wydaje się poniekąd rozsądna, choć... choć jednak inne radiostacje funkcjonują normalnie. Przeciętnego odbiorcę mało obchodzi, że akurat nasza rozgłośnia mieści się w dużym kompleksie, szczególnie zagrożonym zarazą. A jednak obawiam się o powrót po kilku tygodniach absencji do medialnej rzeczywistości. Oczywiście obawiam się najegoistyczniej o moje Nawiedzone Studio. Bo to moje dziecko, a kocha się tylko własne dzieci.
Ludzie szybko zapominają. Ktoś włączy Aferę za tydzień - nie ma. Włączy za dwa, za trzy - nie ma. Za cztery już nawet nie sprawdzi, ponieważ zakoduje, że nie ma. Niby coś tam sobie plumpla, lecz nie zagada nikt pomiędzy. Nie poda godziny, sytuacji w korkach ulicznych, nie szepnie o nadciągającej burzy bądź o dzisiejszym spektaklu w Nowym czy jutrzejszym koncercie w Tamie. A tymczasem, inne stacyjki wciąż są. Nadają na żywo. Ludzie w nich pracują rotacyjnie, z zachowaniem norm trzymania nosa na dystans, nie przeginając też czasowych ram, dzięki czemu słuchacz nie traci niczego z pola widzenia. Mało tego, obecny okres niektóre radiostacje
wykorzystują in plus, np. na jakiekolwiek fajne akcje, jak dajmy na to, na propagowanie polskich wykonawców, by ich szczególnie teraz wspomóc. Szkoda czasu na głupawy, bezduszny automat, który losowo miesza Pidżamę Porno z Kjurami, bądź Depeszy ze Slejerem. Wielu włodarzy przeróżnych radiostacji znalazło właśnie receptę na wykorzystanie tego czasu. Wiedzą, że ludzie siedzą w domach i raptem starcza im go na wszystko. Szczególnie na to, na co w ostatnich latach notorycznie brakowało. W tym, właśnie na radio. Dlatego, tym chętniej posłuchają wyłożonej na stole ciekawej oferty.
Nastał moment na mądrą rozrywkę. Bo kiedy do tych ludzi dotrzeć, przede wszystkim z dobrą muzyką, jak nie teraz? Za chwilę ci sami ludzie powrócą do swych biur, zakładów produkcyjnych, wbiją się w dawny tryb i znowu nie będzie im radio do niczego potrzebne. Warto wykorzystać ten moment. Dobrze i z klasą wypromować własne FM. 




Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





niedziela, 15 marca 2020

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 15 na 16 marca 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 15 na 16 marca 2020 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: AUDYCJA NIEZREALIZOWANA
prowadzenie: AUDYCJA NIEPOPROWADZONA






AKCJA "KORONAWIRUS" - ZAMKNIĘTE



Do szybkiego usłyszenia ... !






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





PAT METHENY "From This Place" (2020)








PAT METHENY
"From This Place"
(METHENY GROUP PRODUCTIONS / WARNER)

****






Jazz nie jest dziedziną muzyki, w której łatwo przychodzi mi się odnaleźć. Wielcy mistrzowie trąbek, saksofonów bądź natchnieni niczym fryzury Einsteina czy Maksymiuka pianiści, zazwyczaj wywołują moje zakłopotanie. Nie nadążam za ich myśleniem, a niejednokrotny ich wielki talent oddaję diabłu, w zamian za jakiś kolejnych gitarowych rock-szarpidrutów. Jest jednak ktoś taki, jak Pat Metheny. Gitarowy heros nastroju, który w obcym mi na co dzień jazzie, targnął na pokuszenie me serce i uczynił to bez żadnych pośredników. Kto wie, gdyby nie kompozycja "San Lorenzo" - z niesamowitym pianinem zmarłego niedawno Lyle'a Maysa - być może do dzisiaj żyłbym w nieświadomości, nigdy nie odkrywając kilku późniejszych malowniczych płyt, w rodzaju "Secret Story", "Letter From Home" bądź "Still Life (Talking)". To oczywiście tylko namiastka bogatej przestrzeni talentu Pata. Inna sprawa, lubię tamte płyty jakoś szczególniej, przez co, z równą odwagą odradzam niemal kompletnie pokręcone "Song X" - firmowane z niewyżytym - choć zmarłym przed kilkoma laty - saksofonistą Ornette'em Colemanem, jak też eksperymentalne rzęchy i fuzy, pod wiele mówiącym tytułem "Zero Tolerance For Silence". Bo, jak na geniuszy przystało, obok arcydzieł, ci niekiedy również realizują gnioty.
"From This Place" dostarcza ponad 76 minut muzyki, na które składa się 10 kompozycji. Niekiedy kompozycji dłuższych ("America Undefined", "Sixty-Six" czy "Wide And Far"), jak też tych, o niemal piosenkowych rozmiarach - dla przykładu, tytułowe "From This Place". W tym konkretnym fragmencie pojawia się jeden z niewielu dostępnych na tej płycie wokalnych akcentów - amerykańska funk/soul/jazzowa (a niekiedy w swej karierze nawet rapująca) artystka Meshell Ndegeocello. Jestem przekonany, że namiętny wymiar tej piosenki nie pozostanie nikomu obojętny.
O Pat'cie Methenym można mówić: weteran jazzu. Bez obrazy dla postępujących lat i coraz gromadniej zarysowujących się na jego twarzy zmarszczkach. Jego muzyka wciąż jest lekka i niesie się młodzieńczym polotem, choć to taka młodość przez pryzmat dużego bagażu doświadczeń.
Jednocześnie jest to też jazz niezadzierający nosa. Przede wszystkim malowniczy, finezyjny, elegancki. I jest to taka elegancja połączona z dużymi kompetencjami. Pat to muzyk, który nie zapomniał do nabytej techniki wdrożyć wyobraźni, a jednocześnie prawdziwy z niego muzyczny podróżnik, którego roznosi inwazją pomysłów, dzięki którym dociera nawet do najodleglejszych zakątków Zielonej Planety. Dlatego wielbią go, w równym stopniu nasi rodacy, co Hiszpanie czy Włosi, jak też Meksykanie bądź Brazylijczycy. Ktoś napisał przed laty o Pat'cie: aksamitna bryza z Missouri. Na dzisiejszy, często wirtualny język, przełożyłbym to trafne określenie: wyłącz smartfon, zamknij oczy, niech Pat chwyci cię za rękę i zaprowadzi do miejsc, o których nigdy dotąd nie słyszałeś. Tam, gdzie kończą się realia, a zaczyna horyzont niekończącej wyobraźni. Tak Szanowni Państwo, przy tej muzyce wszystko budzi się do życia, a jednocześnie przy jej kompendium barw przyjdzie nam się także ładniej zestarzeć. Znajdźcie bowiem proszę na terytorium jazz'gitarowego grania płótno, na którym równie zmysłowo zatańczą akwarele.
Najlepsze momenty? Obok wspomnianej, tytułowej "From This Place", koniecznie polecam nie przeoczyć pełnego polotu, jednocześnie nasączonego smyczkami, eleganckim basem i równie dostojną perkusją "Wide And Far". W drugiej części tego nagrania Pat iście rozpościera skrzydła. Nie on sam zresztą, rozgrywa się tu cała sekcja, plus zaproszeni The Hollywood Studio Symphony. A skoro warto w "Wide And Far" nie zgubić perkusji, nie odmówmy też sobie szczoteczek w "Sixty-Six". Szczoteczek, którym - poza rzecz jasna finezyjną grą Pata - zręcznie "doskwiera" równie wysublimowane muskanie basowych strun. I choć na całej "From This Place" zdecydowanie dużo grania, a niewiele w kontrofensywie śpiewania, tak jednak delikatna i schowana w cień wokaliza Lindy May Han Oh - w nagraniu "You Are" - wydaje się bezcenna. Proszę na dobitkę posłuchać jeszcze uważniej pianina Gwilyma Simcocka. Walijczyk gra tak, jakby zapragnął złożyć Lyle'owi Maysowi hołd. I podobnie natchnione pianino, plus zwabione podniosłą atmosferą smyczki, ukażą się również w "The Past In Us". Simcockowi na harmonijce asystuje Gregoire Maret, zaś Pat jak zawsze błądzi, wywołując burzę smaków wyłaniającą się z bukietu pomysłów.
Dużo, bardzo dużo dobrego dzieje się na tej płycie, pomimo iż albumowa tsunami-okładka nasuwa raczej apokaliptyczne wizje. Nic z tego, w tej muzyce tkwi życie, i zakładam, że zaowocuje ono jeszcze niejednym tej klasy płodem.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




piątek, 13 marca 2020

koronaświrus

No teraz to się porządnie wkurzyłem. Rozumiem, pozamykane knajpy, biura, sklepy, a nawet absencję od zajęć z anglika, ale żeby Nawiedzone Studio przymusić do kwarantanny? Ok, jak wszyscy to wszyscy, ale jak ja bez tych naszych niedzielnych spotkań wytrzymam?
Jestem głęboko przekonany, że wszyscy - jak tu stoimy - spotkamy się pełni zdrowia za rok i dwa, lecz teraz musimy sobie pocierpieć. Przymusowo. W całym kraju (i w wielu zakątkach globu) zapanowała od wszystkiego obowiązkowa pauza. Nie będzie zatem najbliższego Nawiedzonego Studia, nie będzie go w ogóle do odwołania. A jeśli po środowym koncercie dopadnie mnie jeszcze jaki czort, nie usłyszymy się nigdy. Wszak wszystko możliwe.

Jeszcze wczoraj na skrzynkę mailową dostałem powiew optymizmu, bowiem w komunikacie oznajmiono, by w radio przebywać nie dłużej niż potrzeba. No pewnie, te moje cztery godzinki to jak z bicza strzelił. Tymczasem sprawa nabrała tempa, i właśnie okazało się, że nawet kwadransik to stanowczo za długo.
Najgorsze, że nawet nie mogę sobie z tego wszystkiego zakpić, bo nie daj Buddo wszechmocny, gdyby jednak komuś naprawdę kawałek płuca wyżarło, byłoby po mnie. Dostałoby mi się za głupotę i nieodpowiedzialność. Tak więc przyjmuję tę pandemiczną panikę, jednocześnie trzymając kciuki za zdrowy rozsądek.
Czekam na dalszy rozwój wydarzeń, a przede wszystkim, na jak najszybsze otwarcie wrót Nawiedzonego Studia. Kurcze felek, mam w planie do zagrania tyle kapitalnych płyt, a tu takie fiku miku. Im dłużej od siebie "odpoczniemy", tym bardziej sprawa wyda się nie do nadrobienia. Poza tym, przygotowałem piękny pożegnalny kącik wobec zmarłego ostatnio Keitha Olsena. Mało tego, za chwilę wbije do mnie kurier z mega przesyłką, tj. z kilkoma promo kompaktami. Być może któryś z nich okaże się
odkryciem na miano roku. Nie zdążyłem Wam Kochani zagrać czterech gorących nowości, jednak mam nadzieję, że szybko nie wystygną.
Tyle na ten moment. Uaktywnię się w recenzjach nowych płyt, byśmy nie posnęli. Pa pa.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"