niedziela, 10 czerwca 2018

JAN AKKERMAN & BAND, 9.06.2018, klub "Kuźnia", Bydgoszcz

Wczoraj w Bydgoszczy byliśmy świadkami pełnego magii koncertu Jana Akkermana. Niejednokrotnie nadwyręża się termin "magia", lecz nie będzie za grosz przesadą użyć tego w stosunku do bydgoskiego występu byłego gitarzysty Focus. A w zasadzie: gitarzysty Focus, plus jego Bandu.
Na blisko dwie godziny czas zatrzymał się w latach siedemdziesiątych. I pomyśleć, że niewiele brakowało, by mi ten koncert przemknął przez palce. Jakże wielkie dzięki składam Szanownemu Korfantemu, który mnie wręcz na niego wyszarpnął. Wczorajszy show był trzecim i zarazem ostatnim - po Piekarach Śląskich i Warszawie - występem Akkermana w naszym kraju.
Całość bez żadnego supportu zaplanowano na godzinę 20.00. I uwaga!: Holendrzy na scenie pojawili się już o 19.58. Niech to będzie przestrogą dla zawodowych spóźnialskich. Jak widać, bywa i w drugą stronę - vide także w swoim czasie koncert Eltona Johna na poznańskim Stadionie przy Bułgarskiej, gdzie sir Elton zagościł na scenie także tyciu przed - a konkretnie o 19.59.
Akkerman na gitarze, a jego dotąd mi nieznani muzycy uzupełnili sekcję na basie, perkusji oraz organach/pianinie. Rozpoczęli wcale nie z hukiem, a od nastrojowego "Beyond The Horizon", co pozwoliłem sobie szybko wykorzystać na ustrzelenie kilku fotek. Niestety mój temperament błyskawicznie ugasił ktoś ważny. A oni w tej Kuźni zawsze kogoś takiego mają. Podczas wizyty na Magnum, bardzo w swą rolę wczuł się pewien ochroniarz, który akurat wczoraj pełnił "ważną" misję w cieniu, natomiast w jego buty wskoczył pewien "man in white", który dopadł mnie w akcji, klepnął po ramieniu (a więc jedno zdjęcie w tym momencie do kosza) i zasugerował: nie wolno filmować. Oznajmiłem, iż tylko pragnę zrobić trzy/cztery zdjęcia. Nie wolno - usłyszałem. Od kiedy? - nie dałem za wygraną. Nie wolno, nigdy nie było wolno - otrzymałem zapewnienie. Po czym ważny pan dodał: artysta się wścieknie, przerwie koncert, no i... No dobrze, zabrałem się więc do stolika, i jak wszyscy także grzecznie usiadłem, by już od tej chwili w pełni oddać się muzyce. Jednak po moich
wytyczonych szlakach zaczęli raptem przemierzać inni, i jakoś "pan biały" zatracił konsekwencję. Nie chcąc się jednak narażać, poprosiłem w dalszej części występu Szanownego Korfantego, by ten poświęcił się dla sprawy i pstryknął kilka fotek. Korfanty Drodzy Państwo, nie tylko w Kuźni spisał się na medal, ale przede wszystkim dał przysłowiowego czadu tuż po koncercie. Sprytnie w jakimś przejściu na dworze wypatrzył Akkermana i zobowiązał się przejąć rolę nadwornego fotografa Nawiedzonego Studia, dzięki czemu mam utrwalone objęcie z samym Mistrzem. Zdjęcie-pamiątka trafia zatem do domowego archiwum, będąc tym samym zaszczytem do głoszenia o tym wydarzeniu na lata najbliższe.
Powróćmy jednak na salę koncertową... Po wspomnianym "Beyond The Horizon", rozkręciło się na dobre. Akkerman zagrał czarująco. Jego gitara nic się nie zestarzała. To było dokładnie takie granie i takie brzmienie, jakie znamy z dawnych płyt Focus, bądź z bardziej jazz-rockowej późniejszej twórczości. O ile wielu dawnych wokalistów chrypi dzisiaj pod zdezelowane Wartburgi i Syreny, o tyle gitara Akkermana lśni czystym głosem. Ciarki po plecach przeszły mi podczas: "Focus II", "Focus III" czy wyciągu z suity "Eruption" - fragmencie "Tommy". Nie zabrakło także "Answers? Questions! Questions? Answers!", które nie dalej, jak przed dwoma tygodniami, miałem zagrać w Nawiedzonym, ale najzwyczajniej w świecie zabrakło czasu. Otrzymaliśmy także coś, co przypominało "Sylvię", choć głowy nie dam, ponieważ pomimo podobieństw, jednak kompozycja zabrzmiała nieco inaczej. Było sporo utworów mi nieznanych i zapewne pochodzących z zaawansowanej solowej kariery Akkermana, w której osobiście nigdy nie błyszczałem. Piękne granie, muszę za sprawą płyt nadrobić zaległości. Pierwszym krokiem zdobyta wczoraj podwójna kompilacja, na której aż roi się od nieznanych mi kawałków.
Zapytacie Mili Państwo, a "Hocus Pocus" było? No jak nie, jak tak. Na bis, i to w absolutnie przefajnej wersji. Z jodłowaniem na instrumentach, ponieważ Akkerman nie potrafi śpiewać. Cały kwartet jednak przyciął ostro, ze szczególnym naciskiem na dialogi gitarowo-organowe. W tym miejscu pozwolę sobie dostrzec, iż organista Akkermana, klasowy. Mistrza nie przegonił, bo nie miał prawa, lecz w kilku momentach "bezczelnie" spróbował wspiąć się nad wyraz wysoko.
"Hocus Pocus" jednak nie było ostatnim akcentem koncertu. Owszem, kompozycja zakończyła podstawowy set, ale przesz nie cały występ. Na bis panowie zagrali jeszcze dwa numery. Pierwszego dotąd nie miałem przyjemności, za to końcówka to już coś obłędnie przecudownego !!! - przeróbka Paula Wellera, mojej ukochanej ballady "You Do Something To Me". Proszę dać wiarę, że można ten utwór zagrać jeszcze delikatniej, niż w pierwowzorze. Akkermam wdał w niego chyba całą swą najbielszą stronę duszy. Niewiarygodnie wspaniałe. Nie ma w języku polskim słów, którymi można trafnie opisać doznania.
Koniec nastąpił punkt 22.00. Co do sekundy. Z tym, że gdzieś tam pośrodku pojawił się przymusowy kwadransowy antrakt, tak więc uczciwego grania mieliśmy tak na godzinę i czterdzieści pięć minut.
Co za koncert, co za wieczór, w ogóle: co za dzień! Proszę sobie wyobrazić, że Korfanty tak atrakcyjnie zaplanował naszą podróż do Bydgoszczy, że po drodze jeszcze zaczepiliśmy o Szkocję. A że nieopodal też Szubin i Grzeczna Panna, to...

P. S. Thanks Mr. Korfanty





Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




Jan Akkerman z zespołem w akcji
c.d.
c.d.
c.d.
polskie Scotland

szkocka wiata autobusowa
czy taka grzeczna, a czy grzeszna, to się jeszcze okaże
Szubin by day
Rynek w Szubinie
tu też, z tym, że pod słońce
c.d.
cały czas Szubin
i jeszcze jedno za dnia
a tu już Rynek nocą
Szubin by night
neon przed klubem
tu w towarzystwie zieleni jeszcze efektowniejszy


piątek, 8 czerwca 2018

za darmo nic

Sam już nie wiem, jak to jest z tymi King Crimson. Wczoraj zahaczyłem o nich niewinnie w tekście "Etykietki", nie wiedząc, czy obecnie działają jako septet czy też oktet, albowiem trudno połapać się w wiecznych roszadach w obozie Frippa. Mistrzunio zmienia koncepcje, nachodzą go nieustanne nowe wizje, choć z samą muzyką bywa ostrożniejszy. Ostatnio dopada go nostalgia, skoro na koncertach powraca do utworów pokroju "Starless" czy "In The Court Of The Crimson King". Czyli kompozycji, które trudno wyobrazić sobie w ustach Adriana Belew. A ten ponoć powrócił właśnie na dwór Karmazynowego Króla - z tym, że w roli członka nieaktywnego. Mamy więc nonet, co niech nas uświadomi, że jeśli dojdzie jeszcze jeden oficjalny muzyk do obozu King Crimson, to ta szacowna grupa oficjalnie stanie się orkiestrą. Co to znaczy nieaktywny? Czyżby Belew potrzebował zainstalowania jakiegoś guziczka, który w pewnej chwili odpali Pan Robert? Wszystko wskazuje na to, że najbliższe koncerty pod członkostwem Belew(a) - nie wiem, czy jego nazwisko należy odmieniać? - odbędą się jednak bez jego fizycznego udziału. Sprawy toczą się tak szybko, że nikt z nas nie wie, co przyniosą najbliższe godziny. Poczekajmy zatem na rozwój wypadków. Nie zdziwię się, jeśli tuż po udostępnieniu tego tekstu, przyjdzie mi go korygować, bo być może dotrą jakieś kolejne fakty.
Inna sprawa, gdyby Belew nie wystąpił jednak na polskich koncertach King Crimson, staną się one w pewnym sensie atrakcyjniejsze.
Zmieniając temat... uciąłem sobie pogawędkę z panią z zaprzyjaźnionego saloniku prasowego na temat kondycji papierowego nośnika. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie zapytał o sprzedaż pism muzycznych. Wszak temat dla mnie ważniejszy nawet od zbliżających się mistrzostw piłkarskich w Rosji. Mistrzostw, w które jakoś kompletnie nie wierzę. Ale zostawmy piłkę, nie o niej mam zamiar. No więc, z prasą coraz gorzej. Tak ogólnie, nie tylko z tą muzyczną. Pani zauważa drastyczny spadek sprzedaży w każdej dziedzinie. Zarówno wędkarskiej, naukowej, jak też codziennej. Jednak w muzyce podobno jeszcze gorzej. Przyczepiłem się w ostatnim czasie "Teraz Rocka", albowiem samozwańczo ochrzcili się jedynym rockowym pismem w Polsce - i niestety bolesna to prawda. Bolesna, bowiem nieposiadająca zdrowej konkurencji. Na rynku funkcjonują też inne muzyczne magazyny, lecz każdy z pozostałych charakteryzuje się pewną monotematycznością. Wszystko dzisiaj sprofilowane, więc albo metal, albo prog rock, albo muzyka klubowa, itd...itp... Proszę sobie wyobrazić, że "Teraz Rock" dotarł nawet do mego osiedlowego Lewiatana, co pokazuje poszerzającą się dystrybucję. A jeszcze do niedawna w moim spożywczaku nawet nie chcieli o tym słyszeć. Zauważyłem, że co miesiąc dostają po dwa numery, i oba po upływie trzydziestu dni wracają do wydawcy. Oczywiście zawsze można pomyśleć, że dwa zeszły, więc dołożono kolejne. Trudno jednak uwierzyć, by w sklepie, który głównie po chleb i mleko nawiedzają ludzie starsi, kogoś obchodziła Nirvana i Guns N'Roses. A nie, zdecydowanie jednak Metallica - ci nie schodzą z żadnego numeru. Spragnionych muzyki w mym sklepie coś nie widać, za to wysuszone gdyczki co rusz wymieniają puste Żubry na pełne. Ale powracając do wyników sprzedaży w tym moim saloniku prasowym... pani powiada, że kiedyś sprzedawała miesięcznie po 10-12 sztuk, obecnie 3, góra 4. Trochę taki stan rzeczy smuci. Nawet ja ostatnio zakupiłem najnowszy numer pisma, choć obiecywałem nigdy więcej. Należy jednak ratować rockową gwardię, nawet jeśli osobiście w "Teraz Rocku" dokonuję zazwyczaj tylko ogólnych oględzin.
Pani poinformowała, że z sąsiadującymi w dziale muzycznym na tej samej półce "Metal Hammerem" oraz "Mystic Artem", sprawa przedstawia się identycznie. Pytam: czy wszystko jednak znajdujemy w internecie? Niektóre wywiady, recenzje, czy bieżące informacje, tak, jednak gdy zechcemy zgłębić więcej tajemnic, napotkamy już tylko na bagna i szuwary. Bo nie ma tak dobrze; za darmo nic, darmo nie ma już nic - jak śpiewała niegdyś Iza Trojanowska.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 7 czerwca 2018

etykietki

Pewnego razu porucznik Columbo zawitał do galerii, gdzie jego oczom ukazała się współczesna niezrozumiała sztuka. Przyglądał się jednej rzeźbie, później kolejnej, lecz niestety ich tytuły zupełnie nie pokrywały się z porucznika wyobraźnią. Właścicielka placówki dostrzegając wnikliwe zainteresowanie pana w pogiętym prochowcu, który w jednej z dłoni trzymał przygaszone cygaro, drugą zaś muskał intrygujące dzieło sztuki, zapytała: czy mogę w czymś pomóc? Porucznik wskazując palcem na podziwiany eksponat odpowiedział pytaniem na pytanie: przepraszam, czy mogłaby mi pani to wyjaśnić? Na co zdegustowana sprzedawczyni, bez chwili namysłu: my nie wyjaśniamy.
Powyższa scenka stoi dobitnym przykładem, że sztuki się nie tłumaczy. Co najwyżej kataloguje, lecz po co zaraz wszystkiemu doklejać łatkę? Nie dziwię się, że Steven Wilson skończył z Porcupine Tree, bo choć zespół ewoluował, to fani przybili mu łatkę "rock progresywny", zupełnie jakby nie było widać różnicy pomiędzy "The Sky Moves Sideways" a "The Incident". Etykietkę jednak trzaśnięto raz na zawsze. A skoro jesteśmy przy Stefku Łylsonie... niełatwo było mu odzwyczaić wielu nieelastycznych fanów dawnej twórczości względem niesionego postępu. Niedawno przecież pewien jego entuzjasta wsiadł do samolotu, przemierzył niemałą odległość, tylko po to, by Stefkowi przed domem wyrzucić gniew i brak akceptacji na ostatnie "To The Bone". Nawet nieźle, przynajmniej wiadomo, że fan pełną gębą. Gorzej, gdy Stefkowi z podobnego powodu grozi się śmiercią. A ponoć też taka sytuacja miała miejsce. Na tej zasadzie powinienem wystrzelać kilku mych dawnych ulubieńców, włącznie z King Crimson, których obecne wcielenie zupełnie do mnie nie trafia. A piszę to za pięć dwunasta przed polskimi koncertami, z których wszyscy zapewne wyjdą wniebowzięci. Wszak nazwa zobowiązuje. Bo czy ktokolwiek pamięta czasy Fripp'owskich dziwolągów, co: ProjeKct One lub ProjeKct Two? Przecież nie było to nic innego, jak pitolenie pod współczesne dokonania King Crimson - vide niestrawne "The ConstruKction Of Light" i jeszcze słabsze "The Power To Believe". Osobiście cenię i lubię ekipę Frippa za dokonania okresu 1969/74, lecz cała reszta, to już prawdziwa matematyka. Niektórzy jednak straszą, że w obecnych 7- lub 8-osobowych wcieleniach (na trzy perkusje), obecni Karmazynowi grają jak za najlepszych lat. Może więc popełniam błąd, że odpuszczam oba poznańskie występy? Dotąd zobaczyłem grupę dwukrotnie, i raczej płonąłem w zachwytach widząc na scenie Roberta Frippa, Tony'ego Levina czy największą rozkosz z nich wszystkich: Billa Bruforda, albowiem repertuar obu przedstawień daleki był od euforii. I też cieszyłem się jak głuptak, bo ujrzałem King Crimson. Co to jednak za King Crimson, gdzie zamiast Grega Lake'a lub Johna Wettona, przy mikrofonie najmniej przeze mnie lubiany Adrian Belew. Dobrze, że obecnie już po nim nawet śladu, jest więc szansa, że krakowsko-poznańskie koncerty okażą się "całkiem nową jakością", a więc istnym brand new world. Czego wszystkim życzę.
Z zespołem Yes feat. ARW też jest ciekawa sytuacja, ponieważ w mojej opinii prym wiodą właśnie panowie: Anderson, Rabin, Wakeman, zamiast Yes Howe'a i White'a, który w nazwie jeszcze nie potrzebuje przydomku. A jak jest? Jest brutalnie. No cóż, nieważne, że konsolidują owe "featuring" same nazwiska-petardy, skoro za prawowite Yes nadal uznaje się odpad z Jonem Davisonem.
Nazwy, nazewnictwa, szyldy, etykietki... kiedy te wreszcie przestaną być wyznacznikami, bądź nie zawsze rzetelną wykładnią prawdy?
Nawiązując na moment do niedzielnego koncertu Yes, pozwolę się podeprzeć opinią Tomka Szmajtera - tego dżentelmena od najbogatszej w Polsce wiedzy o Deep Purple, a jednocześnie współautora (wraz z Rolandem Burym) kilku literatur na temat tejże legendy rocka. Tomek nazajutrz po koncercie napisał, że był dotąd na pięciu występach Yes, a koncert z Parku Sowińskiego uważa za najlepszy z wszystkich dotychczasowych. Tomkowi można zaufać, albowiem facet zobaczył więcej koncertów, niż ty bracie w życiu zjadłeś kotletów.
Jeszcze Szanownym Państwu udostępnię, oczywiście za zgodą Słuchacza N.S. i czytelnika Blogu Nawiedzonego, Pana Jarka Libelta, fragment listu, w którym tak oto Pan Jarek odniósł się do mego niedawnego pokoncertowego wpisu:
"1. Zazdroszczę Panu niedzielnego Yes'owego koncertu. Tak w pozytywnym sensie. Ale w szczególności tego "I Am Waiting"... Przepiękna pieśń. Ja również bardzo lubię "Talk". Jakby jeszcze przyłożyli całe  "Endless Dream" to... miałbym wyrzuty sumienia z powodu swojej nieobecności ;). Też byłem na poznańskim koncercie Yes, ale moje ostatnie wspomnienie z tego "obozu" to solowy występ Jona Andersona w Teatrze Roma (bodaj w 2009). To z pewnością nie był jego koncert życia, jeśli idzie o formę. Ale wracał wtedy przecież po ciężkiej chorobie. Tym bardziej miło usłyszeć, że udało mu się na dobre powrócić na najwyższy poziom. Szczerze przyznam, że miałem wątpliwości, czy to się uda. 
2. Pisze Pan, że "Andy Latimer bez trudu potrafi z zawiasów wyrwać niejedno serce". Nieśmiało potwierdzam, że tak też było w istocie. Ja szczęśliwie byłem w stolicy dzień wcześniej niż Pan. Czuło się, że gra im się wybornie, z olbrzymią radością. Największe zaskoczenie? To, jak dobrze Pete Jones wpasował się w zespół. Ponieważ pięknie też śpiewa i wyciąga naprawdę wysokie rejestry pojawiała się na set liście np. taka perła jak "Rose of Sharon" (do spółki zaśpiewana z Colinem Bassem). Wzruszająco wyglądała scena, jak niewidomy klawiszowiec opierając się o ramię basisty wkraczali i schodzili ze sceny. Niczym ojciec uczący syna chodzić, czuwając, by nic mu się nie stało. Z kolei patrząc na Szefa orkiestry, który cały koncert grał na siedząco, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Mr Andy pojawi się na scenie nawet wtedy, gdy zostanie przykuty do wózka lub jakiego innego parszywego łoża. Ale to, miejmy nadzieję, nigdy nie nadejdzie :-) .
3. Proszę dalej nie zrażać się wszelkimi przeciwnościami. Proszę pisać, co Panu przyjdzie do głowy. Co najwyżej będziemy się pięknie (bądź mniej pięknie) różnić. Ale proszę pamiętać, że są gdzieś tam, w różnych miejscach na świecie, ludzie, którzy czekają, co tam dziś Masłowski napisze :-) ...".
Nie mogę doczekać naszego niedzielnego spotkania. Będzie dużo pięknej muzyki. Trochę o warszawskich Yes, ale też innych wspomnień, plus najciekawsze nowości. Już teraz zapraszam!


P.S. I właśnie się dowiaduję, że ponoć King Crimson przed chwilą stali się nonetem, albowiem powrócił Adrian Belew. Wywołałem wilka z lasu. Tym samym wiem, że koncert już na pewno nie dla mnie.





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






wtorek, 5 czerwca 2018

niedozwolony zachwyt

Znajomy po radiowym fachu, który nie dotarł do Warszawy na koncert Yes, właśnie spróbował umniejszyć jego rangę. W swoim czasie podebrano mu organizację tego występu, więc zabolało. Ugodziło w ambicjonalny punkt. Tylko dlaczego argumentami stoją recenzje jakiś jego wiecznie niezadowolonych kolegów? Bo odkąd pamiętam, ci dżentelmeni non stop jacyś tacy ponurzy. Kogo więc obchodzić mogą kolejne ich jęki? Jeśli koncert wspaniały, to na co mi opinia notorycznych malkontentów? Usłyszałem więc, że się nie znam. Hmmmm, co ja więc na to poradzę? Może nawet dobrze, że się nie znam, bo gdybym przypadkiem niechcący się znał, nosiłbym bezustannie zblazowaną minę.
Przepraszam więc, jeśli dodatkowo jeszcze kogokolwiek innego ugodziłem zachwytem nad niedzielnymi Yes. Co za tupet, jakim prawem ośmieliłem się nazwać występ Andersona, Rabina i Wakemana jednym z koncertów życia. Następnym razem zacznę ważyć słowa. Zapomniałem, że najszczęśliwszymi ci, którzy u innych radości nie widzą.
I jak tu o sztuce rozmawiać z ludźmi, dla których jedyną życiową uciechą seks, i jeszcze raz seks. Cóż, w mojej opinii seks to jedyny mistycyzm w świecie analfabetów, dlatego dobrze poszerzać horyzonty.
Powróciłem do od dawna niesłuchanych płyt z głosem Jona Andersona. Zawsze bardzo lubiłem tego Pana. Niemal od dziecka. Bo zdaje się, że w wieku trzynastu lat nadal jest się dzieckiem? Właśnie w 1978 roku po raz pierwszy usłyszałem TEN głos, choć już nie bardzo pamiętam pierwszej z nim związanej kompozycji. Jednak ręczę, że co któryś giełdziarz z poznańskiego Wawrzynka dźwigał wówczas pod pachą nowiuśką okładkę "Tormato". Podobał mi się ten rozchlastany pomidor i fragment tajemniczego osobnika, który się właśnie z nim rozprawia. Z kolei, na rewersie okładki muzycy w przyciemnionych okularach wyglądali kosmicznie, a na dodatek jeden z utworów nosił tytuł "Arriving UFO". Młodemu Andrzejkowi jednak najbardziej spodobało się "Don't Kill The Whale", i z racji sentymentu nie powiem, żeby się coś zmieniło.
Dla mnie Jon Anderson, to ta sama półka ważności, co Geddy Lee, Roger Hodgson czy Steve Perry - jeśli idzie o śpiewanie.
Czy Nawiedzone Studio w minioną niedzielę w ogóle się odbyło? Pytam, gdyż cisza jak makiem zasiał. Może ktoś szepnie choć słówko, co było grane - bom ciekaw. Z własnej strony dodam, że najbliższe wydanie właśnie się tworzy.
Dzisiaj dotarła przesyłka z Korei Południowej. Z płytą, o którą zabiegałem u nas, lecz jedyny dostrzeżony egzemplarz pojawił się w serwisie Allegro, i szybko okazał się ukraińską podróbką. A ja piratów niet.
Przesyłkę z Korei opakowano pancernie. Zupełnie, jakby tyczyło to trzech płyt, nie jednej. Czy ktoś potrzebuje folię bąbelkową? Jest tego dobrych kilka metrów. Cieszę się, nareszcie przyszło coś, czego nie potrafiłem dopaść od dobrych dwóch miesięcy. Ale dość radości, nie przystoi, znowu mi się dostanie. 






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



Nieopodal Poczty...
...troszkę bliżej...


poniedziałek, 4 czerwca 2018

YES feat. ARW (JON ANDERSON, TREVOR RABIN & RICK WAKEMAN) + support SBB, niedziela 3.06.2018, Warszawa, Park Sowińskiego

Warszawa Wola - dotąd chyba nigdy nie byłem w tej części Stolicy, a to właśnie tam mieści się przyjemny Park Sowińskiego - cel wczorajszej podróży. Choć celem, zdecydowanie koncert legendarnych Yes. Grupy, która obecnie stoi podzielona na dwa obozy. W pierwszym, tym z oryginalnym logo Rogera Deana, m.in. gitarzysta Steve Howe, zaś niezastąpionego Jona Andersona, w sposób nieudaczny próbuje imitować słabiutki Jon Davison. W drugiej ekipie, która ponad wszystko zasługuje właśnie na pierwszy sort, działają: wokalista Jon Anderson, gitarzysta Trevor Rabin oraz instrumentalista klawiszowy Rick Wakeman. Same legendy. Bywało jednak, iż w przeszłości niejednokrotnie stojące po przeciwnych stronach barykad. I tu mam na myśli Trevora Rabina, który podniósł w latach 80-tych grupę do rangi list przebojów, a i w kolejnej dekadzie również bywało, że dyktował warunki. Jego "rywalem" legendarny Rick Wakeman, którego należy obarczyć odpowiedzialnością za wczesny okres (choć też nie do końca stabilny - vide czas Patricka Moraza), ten od czwartej płyty "Fragile", aż po pełne wdzięku "Tormato". Maestro później przemiennie do grupy dołączał, odchodził, a pomiędzy wierszami zmagał się z nadużywaniem alkoholu, bądź inicjował niezliczone projekty autorskie, o których wiedzą już tylko najzagorzalsi oddani.
Yes dźwigają zawiłą historię, jednocześnie fascynującą. Jej obecny etap wydaje się równie intrygujący, co wszystkie wcześniejsze, i zapewne on także zapisze się złotymi zgłoskami w zespołowych dziejach. 
Autostradą A2 na niektórych odcinkach można gnać przynajmniej sto pięćdziesiąt na godzinę, przez co odległość pomiędzy Poznaniem a Warszawą wbrew niezmiennym wykresom znacząco szczupleje. Nie to co dawne człapanie pseudo drogą szybkiego ruchu w kierunku Konina, by kolejne dwieście kilometrów stanowiły za prawdziwą mordęgę.
Wczorajsza podróż jawiła się pełną paletą barw: od zachmurzonego nieba i towarzyszącego mu dotkliwego zaduchu, poprzez prawdziwe gradobicie, aż po klarownie czyste niebo. Warszawa w słońcu. Teraz pojmuję, dlaczego Tangerine Dream niegdyś skomponowali na cześć tego miasta lubianą kompozycję "Warsaw In The Sun".
Niestety nie starczyło czasu na zwiedzanie jakiegoś nieznanego zakątka miasta. Musiał nas zadowolić krótki spacer - od zaparkowanego auta, aż po otoczony kłębowiskiem wiekowych drzew amfiteatr. Po drodze zaczepiliśmy pewną wiekową damę, śląc do niej zapytanie: którędy do Parku Sowińskiego? Pani stanowczym ruchem wskazała drogę, jednocześnie uprzedzając: "ale tam dzisiaj będzie głośno, ma wystąpić jakiś angielski zespół".
Brakowało mniej więcej pół godziny do dziewiętnastej, gdy z Peterem i Korfantym zameldowaliśmy się na biletowych bramkach. Peter na prawej - z otrzymanym w prezencie imieninowym biletem, my z Korfantym zaś w lewym korytarzu, przeznaczonym dla VIP'ów. Dwie głowy przed, właśnie parafował się najbardziej znany polski radiowiec: Piotr Kaczkowski. Na liście niepłacących sama śmietanka - głównie prasa i radiowcy.
Szybki hot dog, no i bum do wnętrza muszli. Punkt 19-ta na scenie pojawili się SBB. Ciepło przyjęci właśnie rozkręcali circa godzinny set. Zaprezentowali m.in. "Memento z Banalnym Tryptykiem". W innej, czytaj: krótszej wersji, z innym gitarowym solo, ale i tak było pięknie. Na bis zaserwowali "Z Których Krwi Krew Moja". Tak tak, support, który zabisował, nieczęste to zjawisko. W sercu przedstawienia pojawiło się jeszcze m.in. "Walkin' Around The Stormy Bay". Ludzie naszą legendę prog rocka przyjęli nad wyraz ciepło. I choć fajnie na żywo było posłuchać Józefa Skrzeka, Anthimosa Apostolisa i Jerzego Piotrowskiego, to jednak wszyscy z niecierpliwością wypatrywali dwudziestej trzydzieści. Na tę godzinę zaplanowano gwiazdę wieczoru.
Niby niecałe pół godzinki na wymianę sprzętu - co zresztą przebiegało sprawnie - a jednak dłużyło się, niczym makaron stąd po Archangielsk.
Od początku wiedziałem, że nie usiedzę. Pewnym było, że opuszczę ławeczkę z korony obiektu, gdy tylko na "dobry wieczór" ujrzę sylwetki wielbionych muzyków. Gdy tylko się pojawili, tłum oszalał. Oszalałem i ja, po czym bez chwili namysłu tup tup tup pod scenę.
Rozpoczęli od instrumentalnego "Cinema", a więc od drugiej części płyty "90125". Szał, nie znajduję słów zachwytu, by opisać ten moment. A przecież nie wszyscy jeszcze na scenie. Spójrzmy więc, kogo mamy? Po lewej, w jakiejś wzorzystej, choć ciemnawej koszuli Trevor Rabin, po prawej, przy baterii klawiszy, jak zawsze w rozłożystej pelerynie Rick Wakeman, za nimi grający na bębnach Lou Molino, a tuż po jego prawicy basista (trudno poznać, ale to ponoć jednak nie był Lee Pomeroy - nazwisko...?). Dopiero po pierwszych akordach, przy owacyjnej burzy, dobije Jon Anderson. Wraz z końcem "Cinema" nie kończy się jednak wizyta na albumie "90125". Po nim - jako powitalnym fragmencie - płynnie wyłoniło się przebojowe "Hold On". Już wiadomo: będę świadkiem genialnego koncertu. Wszyscy w kapitalnej formie. Jon Anderson właśnie ustawia gardło, niweluje jakąś delikatną chrypkę, która dosłownie po chwili zniknie. Od tej chwili jego głos będzie czysty jak łza - już do samego końca. Mistrzunio, choć chudzinka i niejadek w jednym, wygląda świetnie. Świeżo i powiewnie. Nosi elegancko przystrzyżoną białą brodę, przy tym nadal bujne, również jasne włosy, a on sam porusza się po scenie niczym piórko na wietrze. Równie pięknie przemawia i przemyka pomiędzy muzykami, gdy ci grają jak natchnieni. Jego zgrabna sylwetka wije w rytm muzyki, nie krzywdząc po drodze nawet powietrznych fal. Można go jeść łyżkami. Niewiarygodne, jak do 2018 roku udało się przetrwać tej artystycznej duszy, wbitej tylko przez pomyłkę natury w męską skórę.
Obawiałem się jednak, co pozostało po latach z głosu Trevora Rabina. Bo to, że zagra po mistrzowsku, słychać było od ręki, lecz.... uspokajam!, Trevor Rabin śpiewa dokładnie tak, jak przed trzema i pół dekady. Me serce zaczyna walić, niczym młotek ślusarza w zabarykadowane drzwi. A przecież dopiero najlepsze przed nami. Z każdą kolejną chwilą emocje biorą górę nad pozostawioną za drzwiami nudną prozą szarego dnia codziennego. Teraz pojmuję, dlaczego poza nielicznymi wyjątkami, kompletnie nie kręci mnie polski rock. Aż ciśnie się, by podejść do większości twórców rodzimej sceny, wcisnąć w ich dłonie po kilka dolców, po czym rzec: macie, kupcie sobie osobowość.
Panowie z najwłaściwszego Yes, w dobrym guście przygotowali repertuar przeplatający piosenki oraz kilka mini suit z lat 70-tych i 80-tych. Przy tym subtelnie dokładając, gdzieś pomiędzy powyższe rozdziały, takie "I Am Waiting" - z cudownej, choć chyba nie do końca dostrzeżonej płyty "Talk". Zresztą, przecież to moja naj naj naj kompozycja z tamtego albumu, a równocześnie absolutna perełka roku 1994. Nigdy bym nie przypuszczał, że będzie mi dane dostąpić jej na żywo. Masłowski tonie w zachwytach, ale przesz nie tylko on. Podobnie oczu od sceny nie odrywają Peter i Korfanty, plus tych przybyłych kilka tysięcy pozostałych szczęśliwców.
Jest cudownie ciepło, lecz zarazem przyjemnie i bezdusznie, do tego całe przedstawienie świetnie nagłośnione, na co odpowiednio także reagują oświetleniowcy. Pomiędzy zespołem, a przybyłymi sympatykami, zarysowuje się wyraźna więź. Muzycy nurkują w oazie szczęścia, jaką wywołują na naszych twarzach. Szybko nabieram orientacji, że oto jestem nie tylko na najlepszym koncercie tego roku, lecz kolejnej "życiówce". Niemożliwe, że w tym samym czasie Camel mogą w Zabrzu wywołać podobną euforię, choć zapewne tak właśnie czynią. Przecież Andy Latimer bez trudu potrafi z zawiasów wyrwać niejedno serce. Nie żałuję świadomie podjętej decyzji, nie żałuję niczego, bo oto uczestniczę w jednej z najpiękniejszych chwil mego życia. Na Camel dotarłem już dwukrotnie, a na Yes w takiej konfiguracji, nigdy dotąd. Pomimo, iż przed laty zagościłem na Yes w poznańskiej Arenie, i to też okazał się świetny występ. Wówczas jeszcze zagrali ze Steve'em Howem i nieżyjącym od 2015 roku śpiewającym basistą Chrisem Squirem. A co do Camel... Warszawianie ugościli grupę dzień wcześniej, więc nie musieli z niczego rezygnować.
Wróćmy do Parku Sowińskiego, a nawet tuż poza jego obręb. Ile tam główek wystawało ponad płot. Również cennych przybyłych, których nie zliczę. Niektóre siatki z tego powodu przedziurawione. I dobrze, gdybym tylko mógł, wpuściłbym ich wszystkich. Przecież to tacy sami sympatycy tej muzyki, którym jedynie brutalna proza życia nie dołożyla do portfela. Znam to uczucie, niejednokrotnie podobnie cierpię.
Przejdźmy do repertuaru. Lata wcześniejsze reprezentowały m.in: "And You And I", "I've Seen All Good People" - z motywem "Give Peace A Chance" Johna Lennona, "Heart Of The Sunrise", bądź najdłuższe w zestawie "Awaken" (tutaj Anderson nawet pograł na harfie), zaś kolejną dekadę zdecydowanie przebojowe: "Changes" - z wiadomym wokalnym duetem Rabina i Andersona, "Rhythm Of Love" oraz oczywiste, choć tym razem zdecydowanie rozbudowane "Owner Of A Lonely Heart" - z wplecionym "Sunshine Of Your Love" - z repertuaru Cream. Po tym już tylko bis, a tu też przecież niekrótkie "Roundabout".
Nie bywam częstym uczestnikiem koncertów, jednak ostatnio passa sprzyja. W tym roku załapałem się na moich ukochanych Magnum, odkryłem Wille'ego i jego Bandytów, a jeszcze w tym właśnie tygodniu powinno się udać zagościć na Janie Akkermanie - ex-gitarzyście holenderskich Focus. Tymczasem wczoraj, taki koncert. Właśnie zapisuję go na główną stronę życiowego menu. Koncert, o którym nie tylko ja będę opowiadać latami.
Poniżej szczegółowa lista utworów:
"Cinema"
"Hold On"
"South Side Of The Sky"
"And You And I"
"Changes"
"Perpetual Change"
"I've Seen All Good People"
"Rhythm Of Love"
"I Am Waiting"
"Heart Of The Sunrise"
"Awaken"
"Owner Of A Lonely Heart" + "Sunshine Of Your Love" (przeróbka Cream)
na bis:
"Roundabout"







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



YES na scenie....
yes yes yes
oj, TAK
Anderson przymila się Wakemanowi
chwilo trwaj
to już koniec
Jon Anderson z harfą podczas "Awaken"

podczas koncertu SBB publika zza płotu
na scenie SBB
publika podczas SBB
ochrona przy bocznych niewypełnionych nawach, podczas SBB
na występ SBB jeszcze nie wszyscy dotarli
SBB
daleko od sceny podczas SBB
kiełbaski, piwo, toalety, stoiska ARW oraz SBB - to wszystko jeszcze na chwilę przed
przed koncertową muszlą
tu także
wejście dla VIPów, ten Pan w głębi ekranu znany chyba wszystkim....
...to Piotr Kaczkowski w koszulce z logo SBB
w Parku Sowińskiego mają rację
w drodze do parku
dzień dobry Warszawo!
teraz gdzie, prosto czy na prawo?
po drodze amerykańskie wojsko
gradobicie na wysokości Łodzi



niedziela, 3 czerwca 2018

kierunek Warszawa

Do wyjazdu jeszcze chwilka. Kierunek: Warszawa. Cel: Park Sowińskiego. Wydarzenie: koncert Yes. No właśnie: "wydarzenie" - tak to się dzisiaj mawia. Za moich czasów było po prostu: koncert. Teraz są wydarzenia. Niech będzie.
Nawiedzone Studio poprowadzi nie po raz pierwszy Szymon Dopierała. Na jego profilowym Facebooku pod zapowiedzią programu pojawiło się nieco polubień od osób, które i ja znam, lecz które moich audycyjnych postów nigdy nie popierają. Cóż, można mieć w gronie tych samych znajomych, a sympatie rozłożone niewspółmiernie. Zdrowo, nic na siłę.
Wcale w ramach przedbiegów nie zasłuchuję się Yes'ami. Nie nie, to tak nie działa. Zapewne zacznie się od jutra. Do następnej niedzieli jednak zdążę ochłonąć, więc nie odczujecie tego mili Państwo w Nawiedzonym. Inna sprawa, że dziwna niedziela, gdy nie myślę o audycji. Niczego nie zestawiam, nie szukam po półkach, nie przychodzą mi żadne gorące pomysły.
Mój Tata pochwalił się, że w Dużego Lotka trafił czwórkę. Uwaga! - wygrana 51 złotych. Chyba na łeb upadli. 51 złotych za cztery trafienia spośród czterdziestu dziewięciu liczb? Niech sobie te pięć dych wsadzą... Śmiech, nie wygrana. Tym bardziej, że nikt nie trafił szóstki. Dobrze, że z hazardu wyleczyłem się trzydzieści lat temu. A naprawdę grywałem ostro. Nie tam po jednym kuponiku, ja od razu wysyłałem garściami. Sukcesy mizerne, ale na pewnym etapie lubiłem hazard, więc grałem we wszystko i nie na bilon. Do głosu dochodził Duży Lotek, Express Lotek, Mały Lotek, poker, szachy, zakłady piłkarskie, i licho wie, co jeszcze. Miałem taki katalog wszystkich losowań Dużego Lotka, od początku działalności, czyli od bodaj 1956 lub 1957 roku. Siedziałem, analizowałem, prowadziłem zeszyty... Moi przyjaciele z tamtych lat mogą potwierdzić, jakiego miałem jobla. Kuponów nie wyrzucałem, bo też je analizowałem. Miałem dwie szuflady w biurku nimi załadowane, że szpilki nie szło wcisnąć. Pamiętałem wszystkie losowania do kilku tygodni wstecz - włącznie z wysokością wygranych - choć wygranych nie moich. Byłem "komplikutasem" - jak to Kabaret Pod Wyrwigroszem niegdyś ochrzcili Ojca Rydzyka. "Komplikutas", czyli skomplikowana osobowość.
Kiedyś namówiłem osiedlowych kolegów do batalii na Małego Lotka. Wysłaliśmy dziewięćset kuponów, czyli cztery i pół tysiąca zakładów. Każdy musiał zestawić półtora tysiąca kombinacji. Mały Lotek, to było 5 z 35. Zagraliśmy tylko na pierwsze losowanie. Kupon kosztował 15 złotych, a na oba losowania już 40 złotych. Łącznie trafiliśmy trzydzieści kilka trójek, i ani jednej czwórki, że o piątce tylko pomarzyć. Z zainwestowanych 1350 złotych zwróciło się niecałe 300. Mimo tego nie traciłem wiary, choć u moich kolegów zapał opadł natychmiastowo. I tak nieźle, że mi nie przyłożyli.
Niestety zaczynało być niebezpiecznie, skoro na powyższe cele zacząłem sprzedawać płyty. Szybko z półki znikały najcenniejsze trofea. Bo choć w szachach i pokerze odnosiłem skromne sukcesy, to w grach liczbowych szczęście mnie omijało. Opamiętałem się dopiero, gdy z domu powynosiłem płyty Black Sabbath, Led Zeppelin, itp. tuzów. Poza tym, przychodzi taki moment, że całe życie zostaje podporządkowane transmisjom losowań, a to już dno. Rzuciłem wszystko jednego dnia, bodaj w 1987 roku. Podobnie jak palenie papierosów w lipcu 2009 roku. To też był hazard, a zwycięzcą w konsekwencji tylko jedna strona. Ale pokonałem słabostki. Bez wizyty u terapeutów. Zwyciężyla silna wola i szybko podjęte decyzje. Dlatego, żadne gumy, plastry czy drogie wizyty w gabinetach, a po prostu trzask prask: decyzje podjęte od ręki bywają najskuteczniejsze. Choć przyznam, że do dzisiaj potrafi mnie podkusić dymek, szczególnie, gdy potowarzyszę porucznikowi Columbo.
Opowiem Państwu o dzisiejszej wyprawie. Jak tylko się pozbieram i znajdę czas.
Nie znoszę mawiać "miłego dnia", więc niech będzie: udanej niedzieli - czego Szanownym Państwu życzę.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"