piątek, 16 września 2016

z czym do ludu

Oglądałem środowy bój Legii z Borussią. I wcale nie czuję smutku. Nigdy Legii nie kibicowałem. Wbrew temu, co nakazują warszawskie media, podsycające sztuczną sympatię. Tłumacząc, że to przecież polski klub. Wyobrażam sobie, jak kibic Legii musiał trzymać kciuki i okazywać radość, gdy Kolejorz gniótł u siebie Manchester City na 3:1, albo wyrywał dwa remisy słynnej Starej Damie. Mnie, jako kibicowi Warty i Kolejorza, wcale nie zależy na odskoczni Warszawian o lata świetlne od wszystkich pozostałych polskich klubów. Zupełnie nie marzą mi się gloryfikacje klubu z Łazienkowskiej w stołecznych, acz przy tym ogólnopolskich mediach. Już teraz nic, tylko Legia i Legia... A cóż ta Legia naprawdę warta obnażyła ostatnio będąca w średniej dyspozycji Borussia Dortmund. Większej kompromitacji być nie mogło. Komentujący spotkanie Dariusz Szpakowski i Andrzej Juskowiak nie wiedzieli, co ludziom mówić. Z każdą minutą w ich głosie wyczuwałem coraz to większe zażenowanie. Z czasem zaczęło nawet to bawić. Pokładane nadzieje w ustach redaktora Szpakowskiego bezcenne. Że może jeszcze coś zrobią, że może wreszcie się zmotywują,....by wreszcie skomleć o przynajmniej jedną honorową bramkę, aż w końcu słać modły o zakończenie całego tego widowiska. Dla Dariusza Szpakowskiego, wielkiego kibica Legii, musiał to być potężny cios. I to akurat potrafię zrozumieć. Nie lepiej już było posiedzieć w domowym zaciszu, strzelić jedną setę, drugą....? A tu trzeba do całej Polski przemawiać.
Jeśli zatem "to coś" miało być promocją polskiego futbolu, to szczerze gratuluję. Lepiej było już pograć w skromniejszej, lecz odpowiedniej Lidze Europejskiej. Ale nie, bo włodarze Legii są zachłanni. Tu przecież nie chodzi tak naprawdę o sukces piłkarski, a po prostu tylko o forsę.
W ostatnim "Cafe Futbol" sam Michał Żewłakow (dyrektor sportowy Legii) w rozmowie z Mateuszem Borkiem przyznał, że dla Legii najważniejsza jest krajowa liga, nie Liga Mistrzów. Bo oni z góry wiedzą, że nie mają szans nawet na trzecie grupowe miejsce (premiowane dalszym uczestnictwem w Lidze Europejskiej), chodzi tylko o to, by sobie pograli i wyszarpnęli jak najwięcej punkcików - czytaj: kasy. Gdyby czasem jakimś cudem strzelili choćby jednego gola, lub nie daj Boże ugrali remis. Tylko kim? Tymi Nikolicami, Longilami? Proszę mnie nie rozśmieszać. I nie mówmy o idei sportu, albowiem w tym konkretnym przypadku zabrzmi to obrzydliwie.
Drugą częścią kompromitacji są warszawscy kibole. Podobno ludzie deklarujący miłość i przywiązanie do klubowych barw. A jednak czyniących wszystko, by je zbesztać i zawstydzić. Mam nadzieję, że UEFA nie będzie pobłażliwa i ukarze klub zakazami stadionowymi, jak i przede wszystkim dotkliwymi karami finansowymi.
Inną kwestią jest obecny regulamin rozgrywek. Po czorta 32 zespoły, powinno być 16, wówczas zaoszczędziłoby to męki wielu słabeuszom. A i tego samego również widzom. Szkoda mi tych wszystkich Manchesterów, Bayernów, które muszą tułać się po świecie, marnować czas i siły, na "treningowe" mecze z takimi słabiakami, jak Legia, Rostow, Celtic....
Żadnych emocji, no bo co mogą wywoływać w człowieku takie jednostronne widowiska?
Jakże inaczej ogląda się dwóch niższego kalibru przeciwników, grających jak równy z równym. Wczorajszy mecz Ligi Europy, pomiędzy Maccabi Tel Aviv a Zenitem Sankt Petersburg, to dopiero było coś! Prawdziwy żywioł, walka na śmierć i życie. Do 77 minuty Maccabi prowadziło u siebie 3:0, wydawać by się zatem mogło, że już pozamiatane, a tu nie, robi się trzy jeden, po chwili trzy dwa.... Zenit nabiera tlenu w płuca i gniecie. Wyduszają w końcu trzy trzy, Maccabi już ledwo dyszą, ale rozpaczliwie próbują utrzymać przynajmniej ten remis. I zarazem cenny jeden punkcik. Niestety, nie udaje się. Kończy się na 3:4, ale i tak izraelscy kibice biją brawo.

Każdy powinien znać swoje miejsce w szeregu. Nawet jeśli po cichu zamarzy się wdarcie do najwyższych elit.
Za taką Ligę Mistrzów, z udziałem takiego Mistrza Polski, to ja serdecznie dziękuję. Już nawet pomijając sam fakt, że rozchodzi się o nielubianą przeze mnie Legią. Bo gdyby naprawdę godnie zagrali, przyklasnąłbym - jak normalny neutralny kibic. Jednak kopacze tylko wstydu narobili. Z kolei "prawdziwi patrioci" będą mieli teraz podwójny pretekst do lania po mordach każdego, kto się w Stolicy odezwie po niemiecku.







Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







czwartek, 15 września 2016

Pan Hirek

Dzisiaj doszło do przyjemnego zdarzenia. Niecodziennego. I muszę Państwu o tym napisać....
Odwiedził mnie pewien starszy pan. Zapytał per ty: "poznajesz mnie?". Zgodnie z prawdą oznajmiłem: "niestety nie". Pozostawiając po sobie trzykropek, jakbym nie chciał do końca zamykać drzwi. Mężczyzna po chwili przeprosił za pozwolenie sobie na śmiałe po imieniu, ale jak stwierdził: "przy ostatnim naszym spotkaniu byliśmy właśnie na takim stopniu znajomości". W głowie rozpoczęło się szybkie wertowanie kartek, od teraz po przeszłość. Wciąż patrzę jegomościowi prosto w oczy, i nie poznaję. Dochodzę do czasów coraz odleglejszych, i nic. Pan nie chce dłużej trzymać w niemocy, przedstawia się, to Tata mojego najlepszego kolegi z podstawówki - Fredzia. A raczej Fredka. Kilka lat temu podczas spotkania klasowego zorientowałem się, że tak właśnie go tytułowałem. Tak wolał. Choć "Fredziu" było przecież od zawsze - ale to było wówczas.
Z Tatą Fredka rozpoczęliśmy ustalanie, ile to już lat...? Wreszcie stanęło na trzydziestu sześciu. Nasze drogi rozeszły się zaraz po podstawówce. Z Fredkiem poszliśmy do innych liceów, ja zmieniłem miejsce zamieszkania, on zresztą chwilę później także, no i całość potoczyła się w innych kierunkach.
Bardzo dobrze pamiętam rodziców Fredka. Ale tamtych, gdy byli jeszcze ledwo po czterdziestce. Mówiąc na podstawie Pana Hirka, troszkę wyżsi, żwawsi, itd... - wiadomo. Sympatyczni, dobrzy ludzie - co tu dużo gadać. Zawsze miałem do nich sporo szacunku. Starałem się nigdy nie zejść z drogi, by koniecznie każdorazowo powiedzieć "dzień dobry". Koniec końców byli, i są, rodzicami mojego najlepszego kumpla z najwspanialszych dziecięcych lat.
Dziś, po tylu latach, zobaczyłem pełni zdrowia i w dobrym humorze Pana Hirka. Podobno jego małżonka też ma się nieźle. Cieszy to bardzo. W trakcie rozmowy przyszedł taki moment, w którym wreszcie rozpoznałem w człowieku tamtego Tatę Fredka. Pojawił się "ten" uśmiech, "ten" charakterystyczny przedni zgryz, jak i powrócił "tamten" leciutki, ale naprawdę leciutki sepleniący powab, o którym już całkowicie zapomniałem. Przez moment ujrzałem ponownie tamte lata. Gdy z Fredkiem urządzaliśmy bitwy na żołnierzyki, gdy graliśmy na podwórku konkursy rzutów karnych - o lepszego bramkarza, nie o strzelca. Wreszcie, gdy siłowaliśmy się i uprawialiśmy zapasy, zawsze z inicjatywy tego, który przegrał konkurs rzutów karnych. I o ile w karnych szło mi pół na pół, to na macie zawsze leżałem i prosiłem o litość. Co podwajało mą złość, albowiem Fredek był przecież taką chudzinką. Fajnie bywało, jak Tata Fredka wracał po pracy i nakrywał nas tarzających się po dywanie, zapaśników na macie, z porozwalanymi żołnierzykami. To były prawdziwe bitwy.
Tata Fredka zapytał: "Andrzej, a ty masz jeszcze te żołnierzyki?". "Nie mam" - odpowiedziałem. Niestety. Nie utrzymałem armii. Zapewne powymieniałem, albo sprzedałem, gdy inicjowała się we mnie pasja do muzyki. Pan Hirek niczego nie wyrzucił. Nie pozwolił. Fredek zapomniał, a On wszystko schował i przechowuje po dziś dzień. Niczym stare, podbarwione sepią fotografie. W kartonach leżakują te same żołnierzyki. Historyczne. Chciałbym zobaczyć ich poobijane miny. Pan Hirek twierdzi, że nawet ma w szafie jakieś płyty, których Fredek na pewnym etapie życia już nie potrzebował. Czyżby? Cholerka, może spoczywa tam pamiętna "Ummagumma" Pink Floydów - przywieziona bodaj z Turcji, albo świetna płyta George'a Bensona "Give Me The Night". Chyba ostatnia płyta, którą zapamiętałem z ich dawnego mieszkania przy Niestachowskiej.
Pan Hirek wyznał dodatkowo, że kiedyś mu Fredek nastawił "Nawiedzone Studio". A później już on sam chciał sobie posłuchać w domowym zaciszu, lecz nie znalazł częstotliwości. Niestety, za Poznaniem Afera już tylko poprzez internet. "Wiesz Andrzej, a dlaczego ty nie nadajesz w Merkurym?, ja tego radia słucham na co dzień, i tam bym chętnie ciebie widział". Odpowiedziałem, że nie mierzę tak wysoko. "Dlaczego, tam są panowie, którzy podobnie prowadzą audycje, a są od ciebie słabsi" - to autentyczne słowa Pana Hirka. Cytuję, nie zmyślam. Pan Hirek, to miły facet, i kto wie, być może nawet tak sobie o mnie myśli. Powiedziałem, że prawdopodobnie, gdyby wybory wygrała inna opcja, to bym zakotwiczył w Merkurym. Nie gubiąc przy tym Afery, albowiem "Nawiedzone Studio" najważniejsze! "Wszystko już było na dobrej drodze" - dodałem, "ale dobra zmiana się dokonała, a ja lewak jestem....". "Ach tak" - westchnął i uśmiechnął szelmowsko.
Fajnie się pogadało. Pan Hirek obiecał spotkać się jeszcze. Dużo nazbierało się przez te 36 lat, choć nam by się chyba najprzyjemniej pogaworzyło o tamtych latach. O latach 1972-1980. O PRL-u, o naszym starym wieżowcu, o tamtych dawnych problemach, które podlane były młodymi i jeszcze młodszymi latami. Ale się rozmarzyłem... Niech Pan trwa w zdrowiu, Panie Hirku. Do następnego....






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





środa, 14 września 2016

DEVON ALLMAN BAND, Klub "Blue Note" Poznań, 13.IX.2016

Nie siedzę po uszy w bluesie, jak mój radiowy kolega Krzysiek Ranus. Przyznam również, iż do niedawna nie miałem najmniejszego pojęcia o twórczości Devona Allmana - a przecież syna samego słynnego Gregga Allmana - muzyka i filaru The Allman Brothers Band. Mniej więcej w połowie sierpnia Krzysztof szepnął na ucho, że dostał fajną propozycję zorganizowania dwóch koncertów Devona. Był tym faktem naprawdę podekscytowany, a zarazem i przerażony. Czasu na ewentualną promocję niewiele, a więc pomimo pokusy zajrzał strach brutalnej ekonomii w oczy. Jednak autor audycji "Blues Ranus" stanął na wysokości zadania. Szybko wydrukował plakaty, bilety, dopiął sprawę poznańsko-toruńskich klubów, jak i całej socjo-techniki - no i poszło. Przychodząc każdej niedzieli do radia, tak na niespełna pół godziny przed moim Nawiedzonym Studiem, miałem okazję przyłożyć na gorąco uszu do prezentowanych nagrań Devona Allmana - z Krzyśkowych kompaktów. Jednak wiecie Państwo jak to jest: tu się gada, tam szykuje pakiet własnych płyt do nadchodzącej audycji, tu muszę domowe słuchawki zainstalować (bo na radiowych przepraszam! bluesa coś nie czuję), odbezpieczyć trzeba zimniutką butelkę Pepsi, do tego jeszcze dochodzi piórnik z pisaczkami, celem zapisywania kolejności utworów, itd....itd.... W tle zaś podczas tych wszystkich zabiegów sączyły się nuty Devona, które jak najbardziej wydawały się fajne, a jednak, co tu dużo gadać, gdy się uczciwie w domu płyty nie posłucha raz, drugi, czy trzeci, to....
Kilka dni temu udało mi się zakupić najnowszy album Devona "Ride Or Die", i to za jedyne dwie i pół dyszki. Tanio, gdyż to egzemplarz promocyjny, choć wydany w normalnym na trzy rozkładanym digipaku. Z jednym tylko felerem - z zakreślonym flamastrem kodem paskowym. Wszak to egzemplarz nie do sprzedaży. No cóż.... , nie jestem gwiazdą mikrofonu, więc często przychodzi mi kupować płyty promocyjne, zamiast je otrzymywać. Wyjątkiem firma Mystic Production - tam mnie pewien jegomość trochę szanuje, a może nawet i ździebko lubi. Dlatego korzystając z okazji - dzięki Panie Darku za wszystkie muzyczne skarby tego świata.
Powracając do zakupionego promo. Mimo wszystko bardzo się cieszę, albowiem na dzisiejszym koncercie ta sama płyta kosztowała siedemdziesiąt pięć złotych, a winyl z wcześniejszym tytułem równą stówkę. I ludzie brali. Przy mnie jeden gość szukał idealnego egzemplarza. Wcześniej zapłacił Amerykaninowi, po czym ten podstawił karton pod nos, a w nim dwadzieścia sztuk. Na zasadzie: masz, wybieraj. Tu róg zagięty, tam lekkie zagniecenie, jeszcze w innym miejscu rozstępująca się folia, no i ideału brak. Gość w pewnej chwili rzuca do kolegi: "wiesz co, jednak ten pierwszy egzemplarz był najlepszy". Jak ja to rozumiem. Perfekcja. Jest z czego wybrać, dlaczego by sobie nie powybrzydzać. Za komuny pani ekspedientka dopuściła tylko nos do lady, a do samych płyt brakowało jeszcze dobrych dwóch metrów, więc co podała, to podała. Nie było dyskusji, bierz bracie i się ciesz, że w ogóle się załapałeś. Dzisiaj klient płaci stówę i wymaga, a sprzedawca kłania się w pas. Amerykanin także. No tak, ale chyba nie o tym być miało...
Do Blue Note'u wbiliśmy z Peterem. Miał być jeszcze Tomek Ziółkowski, ale biedaczysko chory
na grypsko. W dodatku z gruźliczym kaszlem. Nawet nie proponowałem, wiedziałem, że odmówi.
Wszystko rozpoczęło się punktualnie o dwudziestej. Konferansjer Krzysztof Ranus szepnął dwa słówka do mikrofonu, po czym niemal błyskawicznie pojawił się cały zasadniczy band: Devon Allman z dobrze nastrojonym gardłem i gitarą, a wraz z nim drugi gitarzysta, długowłosy młodzieniec (nieźle wymiatający) Bobby Schneck, troszkę usztywniony ruchowo, ale konkretnie grający basista Steve Duerst oraz na co dzień dobry kumpel Devona, perkusista Anthony Nanney. Sam Devon przyodziany w fajny ciemny t-shirt, plus kapelusik, do tego kilka dodatków, w tym tatuaży. Przede wszystkim jednak w to najważniejsze, co zwie się "osobowość". Na scenie od razu wiadomo, kto tu rządzi. Ależ świetnie ten facet śpiewa. Jak na prawdziwego blues-rockera przystało. Mocne gardło. Takie bluesowo-soulowe. Czerpiące od najlepszych. Choć co tu czerpać, skoro to płynie w jego żyłach. Usłyszałem w nim nieco Johna Mayalla, Jacka Bruce'a, Steviego Ray Vaughana, Erica Claptona, ale i samego Gregga Allmana także. Spod strun zaś wyciekało paliwo rodem z Led Zepps, Allmans, Cream, Clapton i jeszcze wielu wielu.... Zresztą, kto był inspiratorem, pokazał przecież sam bis. Jawne cytaty z Led Zeppelin (do "Whole Lotta Love" i "Stairway To Heaven"), choć ze "smródki" Nirvany także przecież - vide "Smells Like Teen Spirit". Fajnie wyszło. Ludzie bili brawo na stojąco. Ale co tam bis. To tylko ciekawostka i jazda pod publiczkę. Identycznie jak przy nieco wcześniej zagranym coverze Boba Marleya "No Woman No Cry". Mnie podobały się przede wszystkim numery autorskie. Pomimo, iż większość z nich słyszałem po raz pierwszy. Widać, że dobry z Devona kompozytor. Nie posiadam niestety jeszcze wcześniejszych płyt, a dzisiaj jakoś nie mogłem sobie też na nie pozwolić. Ogromnie dużo płyt nabyłem w ostatnich dniach i coś forsy zabrakło. A jeszcze dzisiaj z Irlandii przyleciał najnowszy Meat Loaf. I też należy szybko uregulować.
Podskoczyłem z radości, gdy Devon zagrał z nowego longplaya "Ride Or Die" nagranie "Say Your Prayers". Żałowałem, że zabrakło "Galaxies". To przecież taki hit, że hej! W minioną niedzielę w zastępstwie za Krzysztofa zagrałem go w Ranusowej audycji. Kto posłuchał, ten wie...
Powiem Państwu tak między nami, bo jesteśmy sami, że był to kapitalny koncert. Dwuczęściowy, a i przez to wcale nie taki długi. Już lekko przed dwudziestą drugą było po sprawie. Pozostał jednak na długo zapach pięknego grania. Takiego, jakie lubię w bluesie najbardziej. W melodyjnym rock bluesie. Tak, dokładnie w takim zestawieniu, bowiem nie był to blues rock, a rock blues. Bywał czadowy i pełen niespożytej energii, innym razem na moment subtelny, jeszcze innym wirtuozerski. I zawsze zagrany z pełnią pasji. Widać, że ta muzyka daje całej czwórce wiele radości. Co ważne, nie jest to żadna kiepska hobbystyczna kapelka, a rasowy i fantastycznie brzmiący band. Przez chwilę wyobraziłem sobie ich muzykę na jakiejś dużej scenie, dla dziesiątek tysięcy pokojowo nastawionych buzi. Na których twarzach rysuje się miłość do ludzi i samej muzyki. Jakże byłoby wspaniale, gdyby można takie granie przenieść z sympatycznego Blue Note'u na grube plenerowe deski, gdzie prawdziwe miejsce dla tego typu uprawianej sztuki.
Piękny koncert, pięknego i bardzo ciepłego wieczoru. Chciałoby się przeżyć raz jeszcze.


P.S. Był taki moment, gdy Devon wyszedł do publiczności. Lampy oświetliły kilka co ładniejszych dam, które zasiadały przy stoliczkach, a maestro grał ewidentnie dla nich. Były owacje i lekkie speszenie na buziach obdarowanych.

Ukłony dla Krzysztofa Ranusa - nieocenionego!










Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





wtorek, 13 września 2016

zmarł LEONARD HAZE - były perkusista Y&T (7.IX.1955 - 11.IX.2016)

Świat muzyki obiegła kolejna smutna wieść. W niedzielny wieczór 11 września zmarł Leonard Haze - były perkusista Y&T. Wspaniały bębniarz, będący częścią najsilniejszego składu grupy. Od początków jej istnienia, a więc od czasów, gdy formacja nosiła jeszcze pełną nazwę, jako Yesterday And Today.
Haze zagrał na moich ulubionych albumach Amerykanów. Przyznam, że o ile pierwsze dwa dzieła sygnowane nazwą Yesterday And Today w miarę lubię, o tyle następnych pięć, począwszy od "Earthshaker", aż po komercyjny "Down For The Count", wręcz ubóstwiam.
Tę nadal funkcjonującą grupę, choć już w mocno odmiennym składzie, nadal lubię, jednak najlepszym składem w moich oczach pozostanie: Dave Meniketti / Joey Alves / Phil Kennemore oraz Leonard Haze. Tych czworo dżentelmenów spłodziło całą baterię genialnych kompozycji, a sam Leonard Haze przyczynił się także do współtwórstwa wielu z nich. Że choćby wymienię: "Black Tiger", "Forever", "Hurricane", bądź też super przebojowy "Summertime Girls".
Warto nadmienić, że choć Haze był członkiem grupy głównie w latach 1972-1986, to jednak w XXI wieku jeszcze na kilka lat powrócił do Menikettiego i jego kolegów. Pomimo, iż nie zostało to udokumentowane na żadnej płycie. W tamtych latach Y&T niczego nie nagrywali. Był to okres kilkunastu lat twórczej posuchy.
Haze w ostatnim czasie muzykował z utworzoną przez siebie formacją Hazexperience, która to nawet na niedawnej trasie koncertowej grupy Y&T ją samą supportowała.
Miłośnikom Głębokiej Purpury przy tej okazji polecam płytę zespołu Gillan "Toolbox". Bandu dowodzonego przez wokalistę Deep Purple, Iana Gillana. W roli etatowego perkusisty wystąpił tam właśnie Leonard Haze.
Dave Meniketti wyraził smutek i żal po odejściu swego dobrego kumpla.
Leonard Haze zmarł we śnie w swoim domu w Hayward, w Kalifornii, wskutek powikłań choroby płucnej. Muzyk od wielu lat cierpiał na kłopoty z oddychaniem, jednak starał się wciąż być aktywny. Grał, koncertował....jeszcze nie tak dawno temu.... Szkoda....bardzo szkoda....
Dzięki Leo za wiele muzycznych wzruszeń, jakich dostarczyłeś, a teraz brnij do świata lepszego...






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




poniedziałek, 12 września 2016

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 11 września 2016 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM + "BLUES RANUS" - zastępstwo







"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 11 września 2016 r. - godz.22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Ola Słyż
prowadzenie: Andrzej Masłowski






THE DEAD DAISIES - "Make Some Noise" - (2016) -
- Long Way To Go
- Fortunate Son - {Creedence Clearwater Revival cover}

CHINA SKY - "China Sky II" - (2015) -
- I'm A Survivor
- The Richest Man In The World

FM - "Indiscreet" - (1986) -
- I Belong To The Night

FM - :"Takin' It To The Streets" - (1991) -
- I Heard It Through The Grapevine - {Marvin Gaye cover}
- Only The Strong Survive

PALACE - "Master Of The Universe" - (2016) -
- Part Of Me

MEAT LOAF - "Bat Out Of Hell II: Back Into Hell" - (1993) -
- Rock And Roll Dreams Come Through

THE SISTERS OF MERCY - "Vision Thing" - (1990) -
- More

MAGGIE REILLY - "Echoes" - (1992) -
- Everytime We Touch

SEVEN - "Man With A Vision" - (1990) - MAXI 12"
- Man With A Vision (7" version) - {John Parr cover}

SEVEN - "Inside Love" - (1990) - MAXI 12"
- Inside Love (7inch version)

JIMMY MARTIN - "Kids Of The Rockin' Nation" - (1994) -
- Drivin' Through The Pouring Rain

STEVE THOMSON - "Steve Thomson" - (1992) -
- Driving In America

BEAR'S DEN - "Red Earth & Pouring Rain" - (2016) -
- Red Earth & Pouring Rain

THE DIVINE COMEDY - "Foreverland" - (2016) -
- Catherine The Great
- Funny Peculiar
- The Pact

MESH - "Looking Skyward" - (2016) -
- The Last One Standing
- Before This World Ends

THE PINEAPPLE THIEF - "Your Wilderness" - (2016) -
- In Exile
- No Man's Land
- Fend For Yourself

KANSAS - "Two For The Show" - (1978) -
- Mysteries And Mayhem
- excerpt from Lamplight Symphony
- The Wall

THE DOOBIE BROTHERS - "Stampede" - (1975) -
- I Cheat The Hangman

BLACKFOOT - "Marauder" - (1981) -
- Diary Of A Workingman

REO SPEEDWAGON - "R.E.O. Speedwagon" - (1971) -
- Gypsy Woman's Passion
- 157 Riverside Avenue
- Dead At Last

===================================
===================================






"BLUES RANUS" - zastępstwo
niedziela 11 września 2016 r. - godz.21.00 - 22.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Agnieszka Krzyżaniak
prowadzenie: Andrzej Masłowski







THE ALLMAN BROTHERS BAND - "One Way Out" - (2004) -
- Desdemona

DEVON ALLMAN - "Ride Or Die" - (2016) -
- Galaxies
- Lost
- Pleasure & Pain

MOLLY HATCHET - "The South Has Risen Again - Greatest Hits II" - (2011) - kompilacja
- Heart Of The USA - {oryginalnie na LP "Kingdom Of XII" z 2000 r.}

38 SPECIAL - "Live At Sturgis" - (1999) -
- If I'd Been The One
- Rebel To Rebel

THE RIDES - "Pierced Arrow" - (2016) -
- My Babe





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





niedziela, 11 września 2016

dziś o godzinę wcześniej

Do radia wybieram się już na godz. 21.00. Przypadła godzinka ekstra. Z bluesem w tle. Zatem dla tych, co wcześniej zjadą z plaży, polecam się na poznańskich falach 98,6 FM. Będzie kawał dobrego rocka - z najwyższej półki, choć niekoniecznie z list przebojów. Zabieram pełną torbę kompaktów i masywną siatkę winyli. Czas pokaże, ile się z tego wszystkiego pomieści.
Zapraszam, do usłyszenia!






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






piątek, 9 września 2016

gorzkie żale

Nie odwiedzałem Saturna kilka dobrych tygodni. Ni to we wrześniu, ni w sierpniu.... Myślę sobie, porządnie przejrzę półki, głowa rozboli. Zacznę od nowości. Na pierwszy ogień dzisiejsze premiery: Nick Cave, kolejne reedycje Smokie, Sophie Ellis Bextor, mini albumik L.P., The Beatles "Live At The Hollywood Bowl"... Raz, dwa, trzy, cztery, pięć - pudło, pudło, pudło.... Odechciało się dalszych poszukiwań. Bieda. Panowie z obsługi jedynie dopychają dział z przecenami. Słychać tylko czkającą metkownicę: ciach ciach ciach, po czym kolejny sztapel ląduje w regałach. Widać to się tylko sprzedaje.
Proszę sobie wyobrazić, że Zdzisława Sośnicka, która ma blisko 25 tysięcy zadeklarowanych sympatyków na Facebooku, liczyła po cichutku na sprzedaż ostatniego albumu w ilości przynajmniej 15 tys.egzemplarzy (gwarantowane złoto) - sprzedała tysięcy 5. Słownie: pięć! W 38-milionowym kraju. Zapytuję więc, co to za fani, którzy nie kupują płyt? Bo jeśli ja mówię, że lubię, to kupuję - proste. Skoro "lajkuję" artystę na Facebooku, to dlatego, ponieważ cenię, sympatyzuję i mam przynajmniej jedną płytę. Nie zawracam głowy marudzeniem i pustymi deklaracjami.
Tylko niech do głosu nie dochodzą jak zawsze te wszystkie spotyfajfusy, deezery i inne jutjubasy. Z tym czczym gadaniem, że oni to muszą najpierw posłuchać, przesłuchać, podrapać po tyłku, upewnić, a później to już niby na pewno zakupią. Takie sra-ta-ta-ta. Nie kupią, bo żyły z nich zwykłe i sknery najgorętsze. Zlitują się za trzy lata, gdy znajdą płytę w koszu na wyprzedaży, gdy tej cena opadnie do granicy pięciu złotych. Wówczas zaczną udawać fanów i wklejać triumfalne foty na Facebooku. Dziewięćdziesiąt procent tych wszystkich Facebookowych polubień nic nie warte. Zwyczajne rozpasane piractwo. Bractwo od udostępniania wideoklipów z You Tube'a na te swoje profilowe tablice. Cały ten ich muzyczny świat kręci się jedynie wokół laptopów i ilości wyświetleń danego obrazka.
Właśnie przed kilkoma dniami obraziłem na Facebooku pewnego jegomościa. Kilku znajomych utworzyło grupę pasjonatów, którzy zabawiają się w okładkowe quizy. Wklejamy po cztery reprodukcje i zgadujemy. Chodzi jednak o prawdziwe okładki, z domowych zbiorów, nie o wklejki z internetu. Od razu widać, kto wie, kto zna, kto słucha, a kto tylko bredzi. No i facet dostał po uszach, po czym wdał się w dyskusję, w której poległ, więc się obraził. Wypisując ostentacyjnie z grupy i usuwając moją - fakt, nieskromną! osobę z grona znajomych. Znajomość, która okazała się wartością przepoconych skarpet.
Wiecie Państwo, co oznacza bycie dobrym kompanem, osobą bliską i przychylną zarazem? Posłużę się wczorajszymi słowami Janusza Palikota, nawiązującymi do spotkania z wdową po Witoldzie Gombrowiczu: "....kilka dni temu, po paru latach, ponownie widzieliśmy się z Ritą Gombrowicz. Było tak, jakbyśmy się rozstali wczoraj. Jej wspaniała orientacja w literaturze francuskiej, filozofii, w tym, co dzieje się w Polsce. I ta niezwykła uwaga dla słuchającego. Jest to coś zupełnie w Polsce nieobecnego....". Właśnie, płynność rozmowy i umiejętność wzajemnego słuchania. To takie rzadkie w czasach obecnych. No i co ważne... Mam takiego kolegę/przyjaciela, z którym możemy się nie widywać latami, lecz gdy już nasze drogi się przetną, rozmowa toczy się dalej. Tak, jakby została zakończona przed chwilą. Nie potrzeba na powitanie niepotrzebnych "co słychać?", "co u ciebie?", "jak leci"?. Irytujących inicjacji dyskusji dla obojętnych sobie ludzi. Ci, którzy mówią jednym językiem, oszczędzają zbędności.
Płyta na dziś: Kansas "Two For The Show". W oczekiwaniu na nowy album, którego premiera za dwa tygodnie. Ciekaw jestem nowego wokalisty, nowych kompozycji.... Polecam przypomnienie starego dobrego Kansas, i zarazem jednego z najlepszych koncertów zapisanych na płycie. O pardon, na dwóch, wszak był to 2-płytowy winyl. Końcówka lat 70-tych, Kansas w złotej formie, palce lizać. Skrzypce, gitara, klawisze, chrypka Steve'a Walsha... - poezja smaku. Przebojowe "The Wall", "Carry On Wayward Son". akustyczne "Dust In The Wind", rozbudowane "Magnum Opus", "Song For America" czy "Journey From Mariabronn" - proszę tego wszystkiego posłuchać. To jedno z tych przedstawień, które poraża. Choć całość zmontowano przecież z kilku występów, jakie grupa dała w okresie 1977/78, kiedy to muzycy promowali genialne "Point Of Known Return".
Życzę Państwu weekendu w letnim słońcu.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"