wtorek, 5 lipca 2011

DEF LEPPARD - "Mirror Ball - Live & More" - (2011) -

 DEF LEPPARD - "Mirror Ball - Live & More" - (2011 BIUDGEON RIFFOLA / FRONTIERS) -



Teoretycznie jest to pierwszy koncertowy album w historii Def Leppard. Wierzyć się nie chce, że ta istniejąca  ponad 30 lat grupa, dorobiła się dopiero teraz oficjalnego "żywca" na płycie. A właściwie to na dwóch płytach CD i jeszcze dodatkowej ciekawostce na DVD, dołączonej do tego pięknego wydawnictwa. Napisałem powyżej, że jest to teoretycznie ich pierwsza koncertówka, ponieważ w 2009 roku w ramach reedycji kilku płyt grupy, do albumu "Pyromania" dołączono jako drugą płytę, świetny koncertowy materiał z L.A.Forum z 1983 roku, czyli właśnie z trasy promującej album "Pyromania". Nadziwić się nie mogę, dlaczego tak długo wytwórnia Mercury zwlekała z wypuszczeniem tamtego genialnego koncertu !!!. I dla kogo to wydano?  Dla pokolenia, które nie kupuje płyt? Jeszcze z 10-15 lat temu firma zarobiłaby na tym fortunę.  A niech że ich...!!!
O ile zatem koncert z L.A.Forum trafia po latach jako ciekawostka dla wybrańców (bo nie każdy kupi drugi raz Pyromanię dla bonusowego dysku) , o tyle "Mirror Ball" to zapis z trasy światowej, promującej ostatni jak dotąd studyjny album "Songs From The Sparkle Lounge" z 2008 roku. Album lotów nie najwyższych, ale mimo wszystko w miarę dobry.  Ponieważ trasa przebiegała niemal przez cały świat, a kompozycje jawiły się różnymi barwami (czytaj: wykonaniami), dlatego muzycy powybierali te według nich najlepsze i zamieścili na tymże albumie. Spośród 21 utworów, 3 pochodzą z ostatniego "Songs From...", a reszta to już same "killery"! Całość zgrabnie połączono w jedną całość, tworząc atmosferę jednego przedstawienia. Do tego brzmienie jak i poziom głośności zachowano niemal na idealnie równym poziomie. Wokalista Joe Elliott twierdzi, że niczego w studio nie poprawiano, jeśli chodzi o jego głos oraz instrumenty. Podobno tylko dołożono troszkę efektów typu echo, w celu dopieszczenia głównie partii chóralnych. Jeżeli to prawda, to koncert jest świetny, a forma zespołu rewelacyjna. A co do repertuaru, no cóż..., Def Leppard to taki zespół, który gdyby nawet grał koncerty 5-godzinne, to nie zadowoli wszystkich, bo zawsze czegoś zabraknie.
Całość rozpoczyna "Rock! Rock! (Till You Drop)", a później atakuje nas zmasowany rój przebojów, jak: "Rocket", "Animal", "Too Late For Love", "Love Bites", "Bringin' On The Heartbreak" (kapitalnie zaśpiewany z udziałem publiczności) , "Armageddon It", "Photograph", i wiele wiele innych...!
Przeżyć na własnej skórze taki koncert, to byłoby coś. Nie liczyłbym jednak na szybką wizytę Leppardów w naszym kraju, których już raz przecież powitały w "gościnnych polskich" progach pustawe sale Katowic i Warszawy w 2002 roku, podczas gdy w wielu innych częściach świata modlono się o dodatkowe bilety.
Wracając do "Mirror Ball", w podtytule tego wydawnictwa widnieje dopisek "live & more", a tym "more" są jeszcze dodatkowe 3 premierowe studyjne kompozycje, które co prawda wejdą do programu najnowszej studyjnej płyty, ale ta ukaże się dopiero w 2012 roku, tak więc... Pierwszy z nich "Undefeated" posiada taką tnąco-krzykliwą zwrotkę i chóralnie wyśpiewany refren. Mocno pod tym względem przypomina "Let's Get Rocked", otwierający w 1992 r. ostatnią mega-popularną płytę "Adrenalize". Następny ponad 6-minutowy "Kings Of The World" rozpoczyna się chóralnie , niczym jakiś zagubiony utwór Queen, zresztą później rozwija się także w queenowskim nastroju, a jest w dużej mierze po prostu piękną balladą, z jak najbardziej i także leppardowskimi motywami. No i to solo gitarowe, zupełnie jakby Phil Colen i Brian May stali obok siebie. Piękna rzecz. Ze dwadzieścia lat temu ten kawał prześlicznej muzyki rządziłby listami przebojów. Oj, chciałbym dostać po nosie za brak wiary w dobry gust dzisiejszego masowego odbiorcy muzyki. Trzeci i ostatni nowy utwór "It's All About Believin' " robi najmniejsze wrażenie, choć spełnia wszystkie kryteria potrzebne do leppardowskiego przeboju. Miła melodia, podana w średnim tempie i konsekwentny chóralny refren, przywołują pogodny wyraz twarzy fana, jednak nie pozostawiając na nim jakiś większych wrażeń na dłużej. Mimo wszystko, te trzy nowe nagrania dają wielką nadzieję na świetny nowy album. A nawet szansę na najlepszą rzecz od blisko 20 lat. Choć mnie i tak podobały się ostatnie płyty, niech sobie tam gadają...
Na koniec tylko gwoli dziennikarskiej rzetelności dodam, że album posiada dodatkowy dysk DVD z czterema koncertowymi nagraniami, dwoma klipami oraz materiałem zakulisowym z okresu 2008/09. Ot, ciekawostka, lecz materiał audio to rzecz obowiązkowa. Acha, "Mirror Ball" ukazał się także na 3-płytowym winylu.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

niedziela, 3 lipca 2011

FRANZ BENTON - "Promises" - (1988) -

 FRANZ BENTON - "Promises" - (1988 BMG Ariola) -



Kolejny przykład fajnej i zapomnianej płyty? Bardzo proszę, "Promises" Franza Bentona.  A do tego po raz kolejny nadmienię, iż rozpiszę się o Artyście bardzo utalentowanym , a tradycyjnie już w pięknym kraju pomiędzy Odrą a Nysą, zupełnie nieznanym. Franz Benton - ten niemiecki wokalista i kompozytor jest w zasadzie znany tylko w kilku krajach zachodniej części Europy, ale w rodzimych Niemczech jest postacią bardzo cenioną. Często tam koncertuje, a w przeszłości nawet otwierał koncerty takim gwiazdom jak Joe Cocker czy Chris De Burgh.
Osobiście, późno odkryłem tego muzyka, było to gdzieś w okolicach 1992/93 roku. Wówczas to regularnie namawiał mnie do zapoznania się z jego twórczością pewien fan melodyjnego rocka i pop-rocka, który uwielbiał amerykańskie klimaty z lat 80-tych, kręcące się wokół Toto, późnego Chicago, Journey, Drive She Said, wczesnego rockowego Michaela Boltona, itp... Jako, że zawsze uwielbiałem zmysłowe piosenki gitarowo-klawiszowe, podlane rockowym, a nawet i metalowym sosem, pomyślałem, że warto spróbować i posłuchać tegoż Niemca, tym bardziej, że nasi zachodni sąsiedzi niejednokrotnie udowodnili, że dobrze czują się w takich klimatach. Dowodem na to choćby grupy Bonfire, Domain czy choćby Fair Warning.
Kiedy zacząłem docierać do nagrań Bentona, ten miał już najlepsze czasy za sobą. Niemniej warto było uważnie wsłuchać się szczególnie w trzy pierwsze płyty, spośród których właśnie ta "Promises", a druga w jego dyskografii, jest szczególna. Pokazuje młodego artystę w kwiecie kompozytorskiej weny, tworzącego czasem wręcz rzeczy przepiękne. W tamtych czasach Benton był bardzo na czasie, zarówno w swojej muzycznej zmysłowości i wrażliwości, jak i pod względem brzmienia. Gdyby mocniej mu sprzyjał los, wyrósłby na gwiazdę światowego formatu, w niczym nie odstając od Stana Busha, Franka Stallone'a, Eddie'ego Moneya, Richarda Marxa, itd...Tak się jednak nie stało. A szkoda.
Franz Benton obdarzony niezłymi warunkami głosowymi był w stanie świetnie poruszać się po obszarach przeróżnych piosenek, zarówno mocnych jak i lekkich, cichych i głośnych. Jego skala znakomicie radziła sobie nawet w najwyższych rejestrach, przez co wszystko wykonywał z niezwykłą lekkością, ale i pewnym urokiem. Mistrz otaczał się rozbudowaną sekcją muzyków i ich instrumentów, tak więc obok gitar, klawiszy i perkusji, swoją obecność zaznaczały także trąbka, saksofon czy puzon. Nie było tutaj zbyt wiele elektrytzujących nazwisk, ale to nie miało znaczenia, bo i tak muzycy czuli przysłowiowego bluesa. Choć na przykład na perkusji zagrał tutaj na całej płycie Manny Elias, znany muzyk od solowych poczynań Petera Gabriela czy grupy Tears For Fears, i to z ich najlepszego wcielenia. Od siebie dodałbym jeszcze dwóch panów, Pita Loewa oraz Petera Weihe, a to z uwagi na moją sympatię do Meat Loafa, a ci panowie grali z nim podczas sesji do "Blind Before I Stop" w 1986 roku (a także z dziesiątkami innych...), jednej z moich najukochańszych płyt "Klopsika"
Ta 10-utworowa płyta "Promises" była przebogata w nastroje, choć z drugiej strony trzymała jednolity równy poziom. Piosenki jawiły się optymistycznie, ale nie raziły zbyt nachalną radością. Za to wpadały do ucha niczym gruszki w sadzie z potrząśniętej gałęzi. Największym przebojem pozostał do dzisiaj utwór tytułowy, ale i pozostałych słucha się po latach nadal świetnie. Moimi faworytami od lat pozostają: "Talk To Me" - z fajnymi dęciakami, następnie przecudna "After All" oraz finałowa ballada "Whenever". Nie mówię, że to płytowe arcydzieło, nie mówię, że te piosenki zmienią Wasz świat, ale na pewno świat bez przynajmniej kilku z nich, byłby uboższy.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

ELKIE BROOKS - "Pearls" - (1981) -

 ELKIE BROOKS - "Pearls" - (1981 A&M Records) -



Oto kolejny przykład uznanej w świecie artystki, która w naszym kraju pozostaje prawie nieznana. Ta brytyjska wokalistka jest już dzisiaj w zaawansowanym wieku emerytalnym, chociaż wciąż nagrywa i nawet niebawem ma wydać nowy album. Jednak jej najlepszy okres przypada na przełom lat 70/80-tych. Wówczas to zrealizowała kilka bezsprzecznie pięknych płyt, które otarły się nawet o górne rejony list przebojów - głównie w Anglii. Podkreślam to "głównie w Anglii" , gdyż Elkie Brooks celowała raczej w gusta amerykańskiej widowni, jednak ta była na jej twórczość nieco zamknięta. Może dlatego, że na amerykańskim rynku w tamtych czasach, nieźle radziły sobie rodzime gwiazdy, ze zbliżonymi stylistycznie kompozycjami, jak: Carole King, Emmylou Harris, Carly Simon, itp...
Elkie Brooks śpiewała podobnie do w/w pań, ale potrafiła także krzyknąć jak Janis Joplin, choć stroniła raczej od typowego rockowego hałasu, koncentrując się na piosenkach lirycznych, country'owych, sentymentalnych balladach,.... Nie były to jednak żadne kluchy, a porządnie i z gustem zaaranżowane piosenki, z sekcją bliską rocka. Jej pierwsze trzy/cztery albumy dość leniwie próbowały podbić serca ewentualnych jej sympatyków na całym świecie, przez co szefowie wytwórni A&M Records pomału tracili cierpliwość. Tym bardziej, że po mocnej kampanii promującej album "Live and Learn" (1979), ten poniósł kompletną klapę finansową. I kiedy już decydenci A&M Records gotowi byli rozwiązać z E.Brooks kontrakt, padła ciekawa propozycja, otóż Artystka pokazała kilka kompozycji z lat 1977-81, których dotąd nie zaprezentowała i obiecała dopracować kilka swoich faworytów obcego autorstwa. Tak powstało 12 kompozycji, które niebawem trafiły na płytę o stosownym tytule "Pearls". Produkcji tego dzieła podjął się Gus Dudgeon (znany z wielu płyt Eltona Johna) i powstała wyborna kolekcja najsmakowitszych piosenek pop/country/soul/rockowych, z dużym naciskiem na ballady. Z tej pięknej płyty trudno cokolwiek wyróżnić, gdyż całość prezentowała się nad wyraz okazale. Lecz jeśli już bym musiał, to może niech będą pierwsze dwie kompozycje otwierające to dzieło, jak: "Superstar" , autorstwa Leona Russela i znakomita wersja przeboju Chrisa Rea'i "Fool If You Think It's Over". Równie wielkie wrażenie robiła kompozycja australijskiego kompozytora i wokalisty Petera Allena "Don't Cry Out Loud". Przed tą piękną balladą trudno było zamknąć uszy. Zresztą po tym utworze już do końca płyty było świetnie. Kolejny "Too Busy Thinking About My Baby" (kompozycja Norman Whitfield) był mocno nasiąknięty soulem i funky, ale z tej dobrej starej szkoły, bez nachalnej łupanki, znanej z dzisiejszych produkcji. Po tym nagraniu Elkie zaśpiewała wielki hit grupy Chicago "If You Leave Me Now", w niczym nie ustępując pierwowzorowi z 1976 roku, aby po chwili zaczarować pięknem kompozycji Billa Withersa (tego od "Ain't No Sunshine") "Paint Your Pretty Picture", podanej rzecz jasna w formie ballady. Płytę kończył blisko 4-minutowy "Dance Away". Była to jedna z najbardziej czarujących piosenek tego albumu, a skomponowali ją mało u nas znani Richard Kerr oraz Troy Seals.
Płyta odniosła ogromny sukces, dochodząc do drugiego miejsca na brytyjskiej liście sprzedaży albumów i sprzedała się w grubo ponad milionowym nakładzie. Czego już nigdy później Elkie Brooks nie osiągnęła i nie pobiła. Choć rok później spróbowała dorównać temu sukcesowi, wydając kontynuację w postaci "Pearls II". Płyta zdobyła także spore uznanie i sprzedała się nieźle, ale daleko jej było do swojej platynowej poprzedniczki. Pomimo, iż Elkie rzuciła się tam na kilka klasyków (interpretując je na swój sposób), jak choćby: Gasoline Alley" (Roda Stewarta), "Don't Stop" (Fleetwood Mac), "Money" (Pink Floyd) czy "Nights In White Satin" (The Moody Blues), ale świat zdawał się być na nie, o wiele mniej czuły.
Szkoda, że te albumy nie są już od dawna wznawiane na płytach CD i trzeba ich szukać z tzw. drugiej ręki. Zresztą od grubo ponad dwudziestu lat.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

sobota, 2 lipca 2011

1 lipca 2011 - Warszawa, Plac Defilad, koncert z okazji objęcia prezydencji w UE - Michael Bolton, Kenny G. , Edyta Górniak, i wielu innych...

O tym, że nasz kraj od 1 lipca obejmie prezydencję w Unii Europejskiej na okres pół roku, trudno było się nie dowiedzieć. Wystarczyło w ostatnich dniach włączyć telewizor tylko na chwilę, a informacja ta atakowała nas jak niemal studencka inwazja na punkty ksero w okresie sesyjnym. Podobno to w sumie niczego wielkiego nie oznacza, ale my Polacy lubimy być na podium i chcemy czuć się ważni. I choć bycie mistrzem szachowym to nie to samo co zwycięstwo w Lidze Mistrzów w nogę, ale zawsze jest się pierwszym. Zatem Polska będzie teraz przewodniczyć w UE przez pół roku i to my (niby) rozdajemy karty.
Taki ważny dzień trzeba było jakoś uczcić, co też uczyniliśmy. Wczoraj w Warszawie na Placu Defilad odbył się z tej racji uroczysty koncert. Do tego darmowy, a więc bez podziałów - dla wszystkich. Organizacją i kuchnią tego przedsięwzięcia zajęli się panowie Krzysztof Materna oraz Kuba Wojewódzki. Dwie zupełnie różne postaci, różne osobowości, co w sumie dawało szansę na dobry wynik. Według zasady, minus i minus daje plus. I ku memu zdziwieniu wreszcie zaskoczyło. Zawsze te nasze koncerty z okazji przeróżnych zjawisk lub okoliczności były jakieś takie kanciate, niemrawe, wręcz mdłe. Wczoraj oczy wywaliłem na wierzch, że i u nas może być światowo, a nie jarmarcznie. Pałac Kultury, a także dobry rzut kamer na wieczoro-nocną panoramę Stolicy, z dużą ilością świateł, a później także sztucznych ogni, pokazały Warszawę jako prawdziwą Stolicę Europy.
Z pewnych powodów mogłem oglądać ten koncert nie od początku. Kiedy włączyłem telewizor akurat grał na swoim tenorowym saksofoniku Kenny G, który m.in.zagrał "Niech żyje Bal", z rep. mojej "ulubienicy" Maryli Rodowicz, ale mistrzunio uczynił to znakomicie. Po późniejszych wykonawcach zorientowałem się, że każdy z nich  wykona jakiś wybrany utwór z repertuaru polskiego artysty. Nie załapałem się na Dolores O'Riordan, Chrisa Botti czy Manhattan Transfer, za to na szczęście udało mi się zobaczyć Michaela Boltona, który zaśpiewał 3 piosenki: "Nessun Dorma (Pucciniego) - a to mało kto potrafi zaśpiewać!!! , "Georgia On My Mind" (w towarzystwie Kenny'ego G.) - ten klasyk pochodzi zresztą z kapitalnej płyty "Soul Provider" (1989), z tym że tam na saksie zagrał niezmordowany Michael Brecker. No, a trzecia piosenka zaśpiewana tego wieczoru przez Boltona, to angielska wersja przeboju R.Rynkowskiego "Szczęśliwej Drogi Już Czas". Widać było, że to nowość dla Boltona , gdyż artysta musiał podpierać się tekstem postawionym na statywie. Ale za to zaśpiewał genialnie! Kapitalny głos. Nie stracił niczego ze swej dawnej mocy. Brawo Panie Bolton! Pomiędzy występem Michaela Boltona, a wcześniejszym solo Kenny'ego G, zagrały jeszcze Kapela Ze Wsi Warszawa oraz Angie Stone. I choć to nie moje klimaty, to muszę przyklasnąć, że wypadli oni bardzo dobrze. Szczególnie Angie Stone, która ze swoim niezłym zespołem wykonała m.in. klasyka polskiego reggae (Boże jak to brzmi?!!!) "W moim ogrodzie" grupy Daab. Nie lubię takiego grania, ale to było naprawdę niezłe. Nie poznałem Angie Stone, trochę się posunęła i nieco przytyła...., no dobra, ja także jakoś z wagi nie zjeżdżam. Wielkim zaskoczeniem in plus okazał się niestety zbyt krótki !, bo tylko jedno-utworowy występ Edyty Górniak. Dla niektórych wciąż pozostanie ona "bohaterką" "uroczo" wykonanego hymnu państwowego na mistrzostwach piłkarskich w Korei Płd. , ale mnie wczoraj pani Edytka podniosła na duchu. Wykonała "Sen o Warszawie" Czesława Niemena i wyszło to fantastycznie. Nie dość, że świetnie zaśpiewała, to jeszcze orkiestra dała czadu, a i aranżacyjnie było ze smakiem. Kto by się spodziewał? Cudze chwalicie swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie! Później była kompozycja Kilara "Orawa", podczas której Warszawa pokolorowana została fleszami, błyskami, sztucznymi ogniami. Zrobiło się bajecznie. Kiedy wydawało się, że to koniec, bowiem już po planszy zasuwała lista płac, rozpoczął się po krótkiej chwili wieczór alternatywny. Na scenie pojawił się Tricky ze swoim zespołem (sporo dziewcząt - śpiew i instrumenty) i zaczęło się odjazdowe przedstawienie, podczas którego grupa Tricky'ego wykonała m.in. cover Motorhead "Ace Of Spades". Co prawda moim zdaniem fatalnie, ale odjazdowcom się spodobało, skoro wpadli w trans niemal wszyscy, i ci przed, i ci na scenie. W swoim czasie mnóstwo ludzi próbowało mnie zarazić klimatami Tricky'iego i nikomu to się nie udało, nawet tym od Massive Attack, natomiast wczoraj w miarę, bo w miarę, ale podobał mi się ich występ. Jako całość. Fanem takiego grania już chyba nie zostanę, ale mimo wszystko czapki z głów.
Reasumując, pragnę powiedzieć, że nasza telewizja, jak i zarówno specjaliści organizatorzy od takich festynowych okazji, nigdy dotąd nie zorganizowali czegoś na tak wysokim poziomie. Byli przeróżni artyści, przeróżna publiczność, ale wszystko zostało podane w takich proporcjach i z takim smakiem, że brawo, brawo, brawo! A do tego oprawa naprawdę godna podziwu. A ja tu dwa dni temu napisałem, że nie będę oglądać telewizji. O ironio!

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

Co ludzie powiedzą

Muszę to napisać. Muszę sobie ulżyć! W końcu od tego jest ten blog, by wylewać tutaj swoje złości, smutki i radości. Dzisiaj będzie złośliwie, ale bardzo przyjemnie. Przynajmniej dla mnie, a także dla mojego najserdeczniejszego kumpla. A właściwie to jednego z dwóch najserdeczniejszych kumpli. No nie, w sumie to jeszcze kilku musiałbym dopisać. Ale to nie jest w tej chwili istotne.
Przez wiele lat wspólnych spotkań czy imprez, potworzyły się grupki ludzi, za którymi przepadamy, bądź nie. To oczywiście działa w dwie strony. Ten kumpel to Piotrek, ale ja na niego od zawsze mówię Peter. Rozumiemy się jak mało kto. Nasze żony za sobą już od kilku lat nie przepadają, z kolei Peter moją żonę lubi, a ja jego nie cierpię! , o czym on niestety od dawna wie. Ona także. To jest ważne i należy podkreślić. Jego kobieta nie cierpi mnie, bo nauczyłem Piotrka mieć swoje zdanie i czasem się jej przeciwstawiać, a do tego jako człowiek nieszablonowy przedstawiam inne wartości, których ten dwunożny stwór nigdy nie zrozumie. Tak się w życiu składa, że ludzie dobierają siebie na podstawie charakterów, wartości czy idei. Dlatego po tych wszystkich latach wyeliminowałem głupotę i intelektualny plebs, a przy sercu zatrzymałem ludzi wspaniałych. Piotrek i ja nie przepadamy od lat za pewną parką, taką nowobogacką, która chwali się swoim brakiem sukcesów, podnosząc najmniejszą swoją zmianę w życiu do niespotykanej rangi ważności. Śmiejemy się, że oni to nawet jak pojadą nad morze i będzie cały czas lać, to polecą durnie do solarium, byleby wszyscy myśleli, że było cudownie i słonecznie. A zwą się Radosław i Dorota. Imion nie zmieniam. Ta Dorota nie potrafi dla przykładu normalnie powiedzieć , że muszę coś tam uzgodnić z moim Radziem, tylko zawsze powie, muszę to uzgodnić z moim mężem. Z tego powodu szyjemy im garnitury przy każdej okazji, mając prawdziwy ubaw ze sztywniaków. Wielokrotnie z poczty pantoflowej otrzymywałem przez lata wieści o rąbaniu tyłka przez nich także i mnie. W przyrodzie zawsze musi być równowaga. Ostatnie każde moje wakacje były przez Dorotę i Radosława skrupulatnie obserwowane i notowane, po to, by od razu po powrocie z tychże wakacji usłyszeć z ich ust: "co, nie mieliście pogody?", czy coś w tym rodzaju. Każdy inny powiedziałby to w sposób niekąśliwy, jednak w ich wydaniu zawsze brzmi to jak laurka dla "ukochanej" nauczycielki od matmy. Jeszcze tylko dodam, że owa parka rozkłada nas swoim pedantyzmem, podobnym do Hiacynty Bukiet (Żakiet !!!) z "Co ludzie powiedzą". Kiedyś na dzień przed wyjazdem na wakacje miałem okazję być u nich w domu, a moją szczególną uwagę zwróciły na siebie dwa powieszone na wieszakach białe dresy, które były wyprasowane na kant. Dosłownie! Obok stały dwie pary wypastowanych adidasków, itd... Boki zrywać. Najlepsze, że ja na wakacjach zawsze się gdzieś wynoram, wszystko mam do prania już na drugi dzień, a buty wyglądają jak po przechadzce przez błotniste lasy Amazonii, a Radziu (o pardon, Radosław) zawsze czyściutki i bielutki. Do niego nawet kurz boi się podejść. Wiem, bowiem przed laty mieliśmy z Piotrkiem kilkukrotnie (nie)przyjemność być z nimi na wakacjach. Mnóstwo wrażeń - uwierzcie mi! To znaczy - uwierzcie nam!
Napisałem to wszystko po to, bośmy z Piotrkiem spontanicznie dali czadu, pisząc do siebie wczoraj sms-y na ich temat. A dlatego ich nie oszczędziliśmy, bowiem owa urocza parka dwa dni temu wybierała się na tydzień nad morze.
Wczorajsze popołudnie, przychodzi sms od Petera:
"Ciekawe czy Dorota zabrała sobie podpinkę pod dresik?"
na co ja:
"Myślę, że na pewno zabrała. A adidaski stały już od dawna wypastowane w przedpokoju i niecierpliwiły się na wyjazd. Że już nie wspomnę o dżinsach, aucie i gustownych parasolach na niepogodę, na którą to bidule się załapały"
Myślałem, że już temat zakończony, a tu dzisiaj doskoczył do mnie jeszcze suplemencik sms-owy od Petera:
"A tej biednej Doroty to nawet pożałowałem. Zobacz jaka pogoda. Pewnie pakowali się z Radosławem w nocy, żeby nikt nie widział, że jadą na wakacje".
Piękne !!! Oj Masłowski, ty złośliwa małpo. Oj tak, przyznaję, wobec niektórych sprawia mi to szczególną przyjemność.
Moi Kochani, każdy z nas posiada takowych "przyjaciół" w swoim gronie, tylko głupio o tym zazwyczaj mówić na głos. Bo, co ludzie powiedzą!!!


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

piątek, 1 lipca 2011

Nie wszystko co nowe złotem świeci

Nadszedł spokojniejszy czas dla rynku fonograficznego. Nowości ustąpiły miejsca starym dobrym płytom, po które zbyt rzadko sięgamy, chcąc poznawać wciąż to nowe, co przecież nie oznacza, że lepsze. Według mojego muzycznego credo: nie wszystko co nowe złotem świeci. Przejrzyjcie własne zbiory, a znajdziecie tam wiele skarbów. Na pewno nie raz pukniecie się w czoło, wydobywając słowa: "kiedy ja tego słuchałem?", a później dodacie: "dlaczego tyle przeciętniactwa przysłoniło mi uszy na takie okazy?". Sam zacząłem wertowanie po półkach. Okazało się, że na każdy wieczór wydobywam z moich półkowych zasobów po trzy/cztery płyty, które lubię, bądź uwielbiam, ale z jakiś nieznanych mi powodów, zapomniałem o ich istnieniu. Mniej teraz słucham nowości. Zdecydowanie. Wielu płyt do dzisiaj nie ruszyłem, pomimo iż leżą w poczekalni od dawna. Czasem od bardzo dawna. Dla przykładu, nie ruszyłem jeszcze nowej Heather Novy, którą ubóstwiam, a za którą to zapłaciłem równe sto złotych , aby mieć w limitowanej edycji.  Z innej gatunkowo beczki, leży i gnije na półce nowy U.D.O. , ponoć bardzo dobry, jak twierdzi nasz Słuchacz Rafał z Rokietnicy. Dopiero w ten weekend przesłucham nowe albumy Black'n'Blue i Warrant. Choć pewności nie mam, bo może mi się jeszcze wiele odmienić. Tak samo Jakszyk, Fripp, Collins, Levin - Projekct King Crimson - czekają, choć tego ich nowego "dzieła" już raz posłuchałem. Na razie nuda jak cholera, ale może po kilku przesłuchaniach załapię klimat i w ogóle o co tam chodzi. Oby, bo muzyka wydaje się nie być zła. Pierwsze piętnaście minut słuchania nawet dawało mi sporo nadziei. Nadziei, która z każdą kolejną minutą  wygasała. Co dalej? , acha, np. od kilku tygodni leży 2-płytowa koncertówka Mostly Autumn, a także ostatni "żywiec" Sagi. Mógłbym jeszcze wymieniać.... Ktoś powie: za dobrze masz! To prawda. Za dużo jak na jednego człowieka, który musi  podzielić jedną pulę emocjonalności na tak wiele. A ja nigdy nie słucham w pośpiechu czy na przysłowiowym kolanie. Wszystko musi mieć swój czas i miejsce. Bo ja już taki jestem od zawsze. Dla przykładu, jeśli będę na fali Beatlesów, to nie zrobi na mnie wrażenia nowa płyta Iron Maiden. Ta będzie musiała poczekać, aż wskoczę ponownie do właściwego pociągu. I tak dalej, i tak dalej.... Najgorsze jeśli na drodze staje mi fan jakiegoś wykonawcy, którego on wie, że i ja wielbię, a ten wykonawca akurat wydał nowy album, no i zaczynają się te trudne pytania, w rodzaju: "słuchałeś?" , "a co o tym sądzisz?", itp... Trudno mi komuś takiemu wytłumaczyć, że ja chcę jeszcze poczekać, gdyż właśnie teraz nie mam ochoty na tego typu granie , bo słucham innego. Koniec kropka. Widzę, jak nieraz dziwnie się patrzą na mnie jedni czy drudzy, mrucząc pod nosem: "co to za fan, który tak długo nie przesłucha płyty swojego pupila". No to myślę, iż właśnie powyżej wyjaśniłem tę kwestię i wreszcie owe pytajdła dadzą mi święty spokój. Jedno jest pewne, co ostatnio wyciągam jakiś LP lub CD z archaicznej półki, to strzał w dziesiątkę. Myślę sobie, chrzanić te nowe wypociny wypalonych twórców, najlepsze płyty powstały już dawno temu!. I wcale nie myślę tutaj o latach 70-tych. Choć te kurcze, były wyjątkowe, jeśli chodzi o rocka. Tak samo jak lata 80-te w muzyce popularnej. Na termin "muzyka popularna" , to trzeba jednak uważać, ponieważ muzyka rockowa lat 60/70 , także nazywana była wówczas popularną. To tak samo jak termin "muzyka poważna". Co za koszmar!. Co znaczy poważna? Że niby co, dla smutasów, dla nudziarzy, dla buraków? No, może w niewielkim stopniu tak, ale przecież można ładniej powiedzieć "muzyka klasyczna", a każdy będzie wiedzieć o co chodzi. A i mniej bufoniarsko zabrzmią te słowa. Poza tym, trudno zaliczyć twórców typu: Rossini, Dvorak czy Strauss do kompozytorów tylko dla zaciśniętych szczęk. W latach, w których tworzyli, na ich koncerty ludzie przychodzili po to, by się rozerwać. Gdyby istniały wówczas listy przebojów i rankingi sprzedaży ich dzieł, okazałoby się, że to szczyt komercji. A dzisiaj niektórym bufonom wydaje się, że są lepsi w guście i stylu od słuchających Slayera czy Pantery. Gdyby Wagnerowi podłączyć zelektryfikowaną gitarowo-klawiszową sekcję, to byłby bardziej przekonujący od całej twórczości gotyckich Sisters Of Mercy czy elektronicznych Tangerine Dream. Miesiąc temu posłuchałem z gramofonu dwóch mniej znanych od "Valkyrie" dzieł tego artysty i przysłowiowa szczęka mi opadła. To był klimaciarz. A to, że niebezpiecznie zachłystywał się nim Hitler, to już inna sprawa. Nawet schizofreniczny Schumann znalazłby zapewne wspólny język z Ian'em Curtisem, postacią nie mniej wrażliwą, delikatną co równie tragiczną. Ale dobrze, nie zaprzątajmy sobie tym głowy. Co prawda dziś brzydki, zimny dzień, ale cudne lato powróci. I oby na jak najdłużej. Znajdźcie i Wy sobie fajną muzykę na ten czas. Na pewno na półce z płytami macie tego wiele, bo przecież: nie tylko to co nowe złotem świeci.

Jak najmniej TV - czyli, jeszcze zatęsknią za latem "zimowe smutaski"

Postanowiłem ostatnio jak najrzadziej uruchamiać telewizor. Zresztą i tak niechętnie do niego w ogóle zaglądam, tak więc pod tym względem zszedłem niemal do poziomu zerowego. Mam już dosyć polityki, nie dobrze mi się robi, gdy widzę tego kaczora, Brudzia czy tego wymiota Rydzyka. Wyzwala się we mnie nadspotykana agresja. Mam ochotę wejść tam do środka i dokopać temu draństwu. Tak więc, nieoglądanie tych głupich gęb dobrze na mnie podziała. Przywróci ludzkie odruchy i zachowania, a złe moce odeśle do czarta, a raczej "czorta", jak mawiała Babcia Masłowska. I miała rację, ładniej brzmi. Nadeszły wakacje, zmieniła się telewizyjna ramówka, o czym poinformowało mnie kilka osób , gdyż ja niekupujący gazet, także tych z programem, bym o tym nie pomyślał. I te wakacje trochę mnie ucieszyły. Pomyślałem, na pewno będzie mnóstwo powtórek , czyli fajnych filmów.  Poznikają te wszystkie nieszczęśliwe seriale i amerykańskie kity, w których specjalizują się teraz już niemal wszystkie stacje, a powrócą rzeczy szlachetne. Czyli takie, które każdy z nas widział dziesiątki razy, ale i po raz n-ty chętnie sobie obejrzy. I już jedną taką rzecz (na razie tylko jedną) namierzyłem. Otóż, codziennie w "dwójce" o wpół do siódmej wieczorem nadają "Stawkę Większą Niż Życie". A to moja pora obiadowo-kolacyjna, i jakże wspaniały podkład dla podniebienia. To jeden z tych dawnych seriali , który chyba nigdy mi się nie znudzi. Mam go na DVD, ale i tak obejrzę chętnie w TV.  To  takie fajne, że oglądam sobie ja i cała Polska razem, zamiast tylko w samotności z cyfrowej płyty. Cały rok człowiek musi czekać, aż do wakacji, by coś fajnego w tej nudnej telewizorni zagrali. Choć i tak, jeśli już muszę, to najchętniej wrzucam na 17-tkę, tam mam "Animal Planet", albo 14-tkę, tam mam "Planete" - dwa najlepsze kanały w kablówce. No, może jeszcze 15-tka, z "TVP Historia", choć połowę repertuaru bym przeniósł na wieczny odpoczynek racz dać Panie. Nie mam tych wszystkich: "Discovery Historia" (tzn. mam, ale te inne Discovery, ale nie tę Historię, gdyż to najlepszy kanał) czy Nat Geo, czyli tych płatnych dodatkowo. Jeszcze by czego! Dla dwóch niezłych programów mam może wykupić szereg tych durnych i niepotrzebnych. Szkoda forsy. Wolę wydać na płyty.
Wakacje dobrze robią. Mojej żonie także. Stwierdziła ostatnio, że nie będzie oglądać telewizji, tylko przeczyta kilka zaległych książek. Zresztą na te zaległe książki bidula zasłużyła jak mało kto. Ostatnie tygodnie nieźle wkuwała , by zaliczyć czwarty semestr. I zaliczyła, poza bodaj dwoma czwórkami, reszta na same piątki. Wstyd, do niej mówię. Jak ja się teraz ludziom na oczy pokażę? W tramwaju ci biedni studenci stale stękają, że tego nie umieli czy tamtego, a dzisiaj jedna dziewczyna w "dziewiątce" szlochała przez telefon do rodziców, że z czegoś tam, będzie mieć w sierpniu poprawkę. Wyraźnie słyszałem jak mówiła:  "umiałam, nie wiem jak to się stało?". Bidulka. Naprawdę. Należy brać przykład z postawy jej i ich wszystkich pozostałych. Postawy walecznej do końca, mimo przecież takich przeciwności losu.
Idzie weekend, pogoda się psuje, to znaczy znam takich, dla których właśnie się poprawia. Ileż ci biedacy musieli się ostatnio nacierpieć. Te troszkę słońca zupełnie ich zniewoliło. Nie zdziwiłbym się, gdyby w swoich domach mieli bombki na choince przez cały rok. W końcu to oni mają rześkie umysły, a nie to co ja, taki zamulony od tego gorąca.
Założę się, że weekend się skończy, a powrócą upały. A co! Polska norma. Jak wakacje się skończą, to także powrócą do TV , ci nie dający o sobie zapomnieć. Nawet entuzjaści zimy zatęsknią jeszcze za latem. Mówię Wam.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl