a.m.
RADIO AFERA "Nawiedzone Studio", niedziela, godz. 22.00 - 2.00 (98,6 FM Poznań)
POLSKIE RADIO POZNAŃ "Sobotni wieczór Andy'ego", sobota, godz. 23.00 - 1.00 (100,9 FM Poznań)
sobota, 12 listopada 2022
środa, 9 listopada 2022
odszedł Dan McCafferty
Nie lubię takich wieści, jak ta otrzymana wczorajszego wieczoru o Danie McCaffertym. Oj, sypie się ferajna. Ledwie w niedawnym lipcu pożegnaliśmy byłego gitarzystę Nazareth, Manny'ego Charltona, a teraz odszedł Dan. Najpiękniej skorodowany głos rocka. Jego naturalna barwa balsamowała me zmysły na każdym etapie mego życia, ale wiadomo, zawsze najcenniejsze te pierwsze dotyki, inicjacje, etap zaślubin z rockiem. W moim przypadku był to album "Hair Of The Dog", z uszkodzonym początkiem strony B. Przeskakiwało na "Beggar's Day", ale co tam, naprawiłem i słuchałem dalej. Może z jakimś koniecznym pyknięciem, które po przecięciu uszkodzonego rowka pozostało. Nieważne. Co ja wtedy czułem, tego Wam Drodzy Państwo dziś już nie opiszę. Minęło tyle lat. Ale dorzucę, iż uszkodzenie tamtego egzemplarza "Hair Of The Dog" poszło w cenową negocjację, i z Panem żydkiem, który prowadził super komis przy ul. Długiej, z sześciuset złotych zszedłem na czterysta pięćdziesiąt. A później i ja tej płycie swoje dołożyłem, całość zdzierając do łysych opon. Była to edycja USA, z coverem "Love Hurts". Pamiętajmy, że w Europie w jego miejsce wskakiwało "Guilty". Do dzisiaj wolę wersję amerykańską, wiadomo.
Kocham McCafferty'ego, wiecie o tym, i kiedy mogę Nazareth'uję. Na moim FM nigdy nie było głodu tej muzyki, choć wiadomo, przydzielonym czasem muszę pod wszystkich dysponować uczciwie. W najbliższą niedzielę nie będą jednak obowiązywać zasady sprawiedliwości, muszę z Wami o tym pogadać i posłuchać w odpowiedniej dawce.
Z uwagi na słabnące zdrowie, w 2013 roku Maestro opuścił Nazareth, a ja dosłownie za pięć dwunasta (dokładnie 31 maja 2012 roku) załapałem się na koncert grupy w poznańskim Eskulapie. To był krótki występ. Schorowany McCafferty zaśpiewał set na miarę ówczesnych możliwości, i zaśpiewał wspaniale. Pomimo, iż nadszedł moment, kiedy gdzieś pomiędzy wierszami, dyskretnie użył inhalatora, ponieważ płuca upomniały się o paliwo. Dotknęło mnie, na moment nawet zasmuciło, lecz gdy Dan znowu wszedł na orbitę, troski poszły w odstawkę. Przynajmniej na czas przedstawienia. Jak cudownie, że miałem taką możliwość.
Przed trzema laty 'Jego Znakomitość' zrealizował solowy album "Last Testament". Tytuł od razu mnie zelektryzował, niemal zamarłem. Ale nie tylko on. Atmosfera całej płyty niosła się jakby rozliczeniowo. Słuchałem zawartych na niej rock'ballad, niekiedy pełnych pasji rock'petard, nierzadko o folk'szkockim kolorycie, i czułem, że to krzyk, niekiedy lament i ból, żadne tam duperele o kwiatkach i roślinkach.
Uprzedzałem, że dwa tysiące dwudziesty drugi nie będzie lubianym rokiem. Coś mi podpowiadało.
Żegnaj Dan! Na zawsze pozostaniesz w moim sercu, pamięci oraz na płytach, których z Twoim udziałem nigdy mi nie brakowało.
a.m.
wtorek, 8 listopada 2022
"NAWIEDZONE STUDIO" - Radio na 98,6 FM Poznań / program z 6/7 listopada 2022
"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek - wydanie z 6/7 listopada 2022 (godz. 22.00 - 2.00)
98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
realizacja i prowadzenie: Andrzej Masłowski
Czy może być większy komplement, jeśli stary punk'rockowiec w trakcie programu pisze: "u ciebie nawet Billy Joel brzmi magicznie". Jedno zdanie, a jakże podnosi morale i dodaje skrzydłom wiatru. Ale też myślę, że chyba było magicznie, szczególnie w trakcie owej 'pianistycznej' godziny. Albumy Billy'ego Joela i Raya Charlesa fantastyczne. Taka muzyka pomaga w prowadzeniu audycji, nie trzeba jej słowami upiększać -- "52nd Street" wydano, gdy miałem trzynaście lat. I choć umarł mi wtedy kochany dziadek Piotr, ogólnie był to rok wielu cudownych chwil, a gdzieś pomiędzy, ta oto muzyka. -- "My World" Raya Charlesa także przypadło na wspaniały czas. Oba te albumy swoje zrobiły, co by nie mówić. Kolorowały me życie 'na żółto i na niebiesko, niech na niebie stanie tęcza, malowana twoją kredką', więc tym przyjemniej, że mogłem po rewirach obu tych nut wydarzeń pobuszować w trakcie jednej nocy. A przecież mieliśmy jeszcze ucztowanie 55-tki Love "Forever Changes", co też następny numer Bad Company, i od razu genialny - "Shooting Star". Było nie było, jesteśmy o kolejny tydzień bliżej nowego albumu. A, że to wciąż kawał czasu, cóż... nie spieszmy się.
Otrzymany niedawno od Sisterki składak Dave'a Masona absolutnie cacy, pomimo iż tracklista na bazie tylko dwóch albumów. Ale załapało się niezłe live "Feelin' Alright", co stanęło punktem wyjścia wobec wykonawców porywających z motyką na Słońce. Na pierwszy atak Joe Cocker, spec od coverów, na debiut'albumie z roku Woodstockowego, w owej Traffic przeróbce, spodziewanie rewelacyjny. Na dobitkę, z tej samej płyty jeszcze numer z Jimmy'ym Page'em. -- Wracając do "Feelin' Alright", miałem go przy sobie także w oryginale oraz kolejnej obcej interpretacji, tym razem Grand Funk Railroad. Lecz, co za dużo, to... i pomyślałem: przetrzymam na jeden z kolejnych razów.
Nowe płyty Joe Lynn Turnera oraz Roxette Pera Gessle'ego świetne, a co do Avantasii, hmmm... muszę jeszcze posłuchać. Trochę sprzykrzyła mi się kompozytorska dłoń Tobiasa Sammeta, jak i cała ta konwencja. Mocno żałuję, bo kiedyś kochałem. Mimo to poprzeciskam się przez jego utarte latami schematy w poszukiwaniu wentyla jakiś wrażeń. Zobaczę, co ta muzyka zrobi ze mną w obowiązującym właśnie tygodniu. Póki co, zdradzam Avantasię na rzecz Szwedów z Wildness. Ich "Resurrection" boskie!
Przejrzyjcie proszę rozpiskę, a jeśli jest w niej jakieś niedopatrzenie, korygujcie, piszcie, nie pozostawiajmy błędów kolejnym pokoleniom. Tyle ich już popełniono. Szczególnie w latach ostatnich.
Do usłyszenia ...
WILDNESS "Resurrection" (2022)
- Fading Sun
- Lonely Girl
BAD COMPANY "Straight Shooter" (1975)
- Shooting Star
BLACK STAR RIDERS "Another State Of Grace" (2019)
- Poisoned Heart
BACHMAN & TURNER "Bachman & Turner" (2010)
- That's What It Is
- Moonlight Rider
- Find Some Love
JOHN NORUM "Gone To Stay" (2022)
- Lady Grinning Soul - {David Bowie cover}
DAVID BOWIE "Aladdin Sane" (1973)
- Lady Grinning Soul
PG ROXETTE "Pop-Up Dynamo!" (2022)
- Walking On Air
- Headphones On
- You Hurt The One You Love The Most
JOE LYNN TURNER "Belly Of The Beast" (2022)
- Belly Of The Beast
- Black Sun
- Dark Night Of The Soul
AVANTASIA "A Paranormal Evening With The Moonflower Society" (2022)
- Scars - {gościnnie GEOFF TATE}
LOVE "Forever Changes" (1967) - 55-lecie albumu!
- A House Is Not A Motel
- Maybe The People Would Be The Times Or Between Clark And Hilldale
- Live And Let Live
BILLY JOEL "52nd Street" (1978)
- Honesty
- My Life
- Zanzibar
- 52nd Street
RAY CHARLES "My World" (1993)
- My World
- A Song For You - {Leon Russell cover}
- None Of Us Are Free - {solo gitarowe ERIC CLAPTON}
- Still Crazy After All These Years - {Paul Simon cover}
DAVE MASON "Very Best Of" (1978)
- World In Changes - {oryginalnie na albumie "Alone Together" /1970/}
- Headkeeper - {oryginalnie na albumie "Headkeeper" /1972/}
- Feelin' Alright - {Traffic cover} - {ta wersja pochodzi z albumu "Headkeeper" /1972/}
JOE COCKER "With A Little Help From My Friends" (1969)
- Feeling Alright - {Traffic cover}
- Bye Bye Blackbird - {wśród muzyków na gitarze JIMMY PAGE}
GRAND FUNK RAILROAD "Grand Funk" (1969)
- Inside Looking Out - {The Animals cover}
THE ROLLING STONES "Goats Head Soup" (1973 / reedycja 2020)
z dodatkowego dysku:
- Scarlet - {with JIMMY PAGE}
A-HA "Truth North" (2022)
- True North
Andrzej Masłowski
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00
na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze
niedziela, 6 listopada 2022
sad café
Na dzisiaj album o niewyszukanym tytule "Sad Café" - jesień 1980. Następca wspomnianego "Facades" i obiecaną w dechę okładką.
Nieprzebity w polskie rejony pop rock, popularny swego czasu w Stanach, Anglii oraz jeszcze paru innych krajach Europy. Nigdy szaleńczo, lecz z muzyką przyjazną radio, podobnie jak działająca w tamtych latach grupa Ace, w której śpiewał Paul Carrack, notabene kolega śpiewającego w Sad Café Paula Younga, a więc obu głosów Mike+The Mechanics. A skoro o koligacjach, Sad Café, z reguły oscylujący w rozmiarach septetu, rzadziej sekstetu, stali się unią muzyków z nikomu nieznanych Gyro oraz progrockowych Mandalaband. Ci ostatni uszczuplili się jednak na tyle, by ostatecznie nie popaść w niebyt.
Beatlesi mieli "Ob-La-Di, Ob-La-Da", zaś Sad Café swoje "La Di Da", i to też był przebój. Inny w nastroju i nie tak wielki, ale jednak przebój. Jeden z dwóch/trzech, jakimi formacja przebiła się w Stanach, a to już było coś. I chętnie przypomniałbym tę płytę lub wspomniane "Facades" na moim FM, lecz znowu patrzę, mam na półce winyl, brakuje jednak CD. Ech, niełatwo każdy tytuł nośnikowo powielić. Zapewne o niejednej tego rodzaju płycie, o jakiej na radiowej antenie nie pogadamy, zdołam się przynajmniej pisemnie przypomnieć, więc nic nam nie przepadnie.
Wyciągając z półki "Sad Café" miałem na celu wspominkę zespołu, który strojnie uprawiał lekkiego i modnego na tamte lata rocka, na którego obecnie nie ma szans. Obowiązkowym gitarom i bębnom towarzyszyły saksofon, smyki, konga, pianino czy szczególnie będące wówczas na topie syntezatory, takie o brzmieniu przez dzisiejsze komputery niewydobywalnym. Słucham z przyjemnością, i nie dlatego, że dawno płyty na moim turntable nie zakręciłem, jednak jako człowiek sentymentalny lubię z nostalgią powracać do czasów, kiedy dużą wagę przykładano do aranżacji oraz niemal aptekarskiego szlifu. Stąd niemal każdy wykonawca zyskiwał własne brzmienie, niepodlegające pod szablon obecnych łatwizn domowego studio. No i pokażcie mi na jakiejkolwiek anno domini 2022 płycie balladę, typu "Dreamin' ". Niesamowita wokalistyka. Kolejny widok z góry najwyższej. I niech mi ktoś powie, że 'background vocals' to dział przeznaczony dla nieutalentowanej zbieraniny kilku głosów, którym w łasce bożej pozwala się niekiedy asystować jakiemuś gigantowi, czy to na "uuuu", czy też "nanana". Inna sprawa, iż nielicznym wokalistom 'tła', zdało się talentem oraz ciężką pracą przebić w rock star. Ale też nie każdy rodzi się Richardem Marxem, Michaelem Boltonem lub Joe Lynn Turnerem.
Posłuchajcie, jak nierzadko na 'czarno' wokalizują się białasy z Sad Café. Przy czym, Paul Young wcale nie ściska ambicji bycia Jamesem Brownem. Jego śpiew uświadamia, że Sad Café to cały czas rock band, w którym co najwyżej sekcja chóralna miewa okazjonalnie murzyńskie zapędy - np. w "No Favours-No Way" lub w "I'm In Love Again".
"Sad Café" także podkreśla dobitnie rolę producenta. Na jego posterunku Eric Stewart. Tak tak, ten od 10 CC, a i paru chwil u Alana Parsonsa. I to też od razu się czuje. Mówimy wszak o podobnej szkole wrażliwości. I o kimś, kto z założenia generował sztukę, nie farsę. Z satysfakcją dodam, że ja też pochodzę z tamtej epoki. W pewnym sensie epoki muzycznego mezozoiku, kiedy nawet radiowe melodyjki, w odniesieniu do dzisiejszej nieporadności, powstawały na niwie geniuszu, a słowo 'pop' nie stało synonimem kiczu.
Napisać udaną piosenkę duża sprawa, ale jednocześnie dopiero początek procesu. Później trzeba ją z uczuciem przyrządzić. A więc należycie dosolić, dopapryczyć, doczosnkować i niczego przy tym nie przypalić. Na "Sad Café" od takich czynności szefem kuchni Eric Stewart. Człowiek odpowiedzialny za widok, smak, powab, chrupkość, zapach, plus białe obrusy oraz kulturę podania, a i ostatecznego niczego niespieprzenia.
a.m.
sobota, 5 listopada 2022
remaster okladka
W połowie lat dziewięćdziesiątych wpadł mi handlowy kartonik kompaktów - 25 sztuk - U2 "Achtung Baby". Edycje amerykańska. Nie pamiętam już, skąd i jak, ale był mój, więc cały obrót i zysk też były moje. Zanim jednak pakiet rozszedł się szybko i na dobre, postanowiłem sprawdzić, czy amerykańskie kompakty zagrają równie lepiej od swych europejskich odpowiedników, bowiem do tamtej pory za ów fakt stanowiły winyle. W nich różnice dźwięku na korzyść wydań USA miażdżyły wszystkie made in Holland czy printed in Germany. Nawet niekiedy edycje UK za czołem stawki, dajcie wiarę.
Nie zwlekając więc, wyciągnąłem z półki, celem skonfrontowania z edycją US, moje dotychczasowe deutschlandowskie "Achtung Baby" (z sentymentu zachowałem to wydanie do teraz), i rozpocząłem przesłuch właśnie od niego. Oczywiście wcześniej sprawiedliwie wypośrodkowałem dla obu wydań potencjometry, wszystko zatem tip top ustawione, no to Waniuszka dawaj! Celem testu wybrałem numer "One". Wiedziałem, że w razie czego, nie łupnie mi głośnikiem, jak bohaterowi "Powrotu Do Przyszłości" w początkowej scenie pierwszego epizodu. Zagrało ze skali "2,5". Poszło ładnym, czystym dźwiękiem, ale nie na skalę przestworzy. Na tyle okay, że i mną nie zachwiało, ani nie zawiało przeciągiem. Po prostu rzetelnie, bez trzasków i wcelowywania się igłą w rowek. Jako, że miało być uczciwie, niczego nie tykając, wyjąłem z kieszeni mojego CD-germańca i w to miejsce poszło jedno z dwudziestu pięciu sztuk 'ju es ej'. Nie zwlekając, przydusiłem w pilocie 'play', ponownie wybrałem "One", i co? I kosmos. Dla jasności, nigdy nie byłem i wciąż nie jestem audiofilem, jednak w tamtym momencie pojąłem, na czym polegają podniety magików od kabli, pozłacanych końcówek wtyczek, wszelakich jednogałkowych wzmacniaczy i niekończącej się wymiany głośników z bardzo dobrych na jeszcze bardziej bardzo dobre. A tu przecież nie chodziło o sprzęt, lecz o nośnik compact disc. Trzasnęło z jankesa dźwiękiem, wydobyły się spod ziemi ciepłe basy i odpowiednie soprany, których dotąd w tej muzyce nie słyszałem. No jest czad, pomyślałem. Cóż, do tego momentu raczej nie przykładałem wagi do perfekt'fonicznego aspektu nośników, w nosie miałem ewentualne dźwiękowe różnice, a teraz pojąłem, co innych kręci. Po prostu nigdy wcześniej niczego sam nie skonfrontowałem, więc nie czułem potrzeby zabijania się za edycjami japońsko-amerykańskimi. Po pewnym czasie, idąc za głosem sumienia i pewnej żądzy, dopadłem i ja nieco lubianych winyli na amerykańskich '1st press'ach', niemało z nich wstawiłem na zawsze do domowej kolekcji, choć nie za dużo, by nie zbzikować, wszak muzyka przede wszystkim.
Gdy Sisterka podesłała mi tego 'amerykańca', początkowo niczego z niego sobie nie robiłem, a wręcz pomyślałem: sprzedam i kupię coś z listy przeklęcie zaległych. I tu się w pewnej chwili sprawa skomplikowała. Gdy tylko skonfrontowałem obie okładki (tym razem dźwięk na obu identico). Tego mojego na Europę bladziocha, z cudownie podrasowanym foto US'edition. Motyla noga, oni tam nawet okładki remasterują. U nich nawet pszczoły większe - co słusznie, jeszcze w dekadzie 70's, zauważył Kaźmirz Pawlak. No i, jak tu w takich okolicznościach opchnąć tego 'de besta' i bez potrzeby wymiany pieścić na półce wciąż jednak bliższą sercu edycję, z niezdrapanym do teraz hologramem, czyli certyfikatem oryginalności, których to dowodów na prawdziwość produktu nigdy nie lubiłem. Raz, psuły klimat okładki, a dwa, zawsze nalepiano je w miejscach do tego niepowołanych. Że nie wspomnę o digipakach, które też tymi świecidełkami dewastowano. Czujecie? My wszyscy kopnięci na punkcie nośników, ich estetyki, podziwu wobec projektów graficznych i jeszcze wielu innym towarzyszącym aspektom, płaciliśmy kupę forsy za chęć posiadania kolekcjonerskich edycji, które w naszym, i chyba tylko naszym kraju hologramowano. Za ich przyczynkiem niszczono artystyczne dzieła, bo to tak, jak gdyby ktoś takie 'cudo' walnął w kąciku Kossaka lub Matejki. Niewiarygodne, że też nie było na to paragrafu.
a.m.
piątek, 4 listopada 2022
head on
To też super płyta, podobnie jak "Freeways". A nawet w rocku konkretniejsza od "Freeways", gdzie niekiedy muzycy stosowali ucieczki w funk lub soul. I co ważne, z lepszego rocznika - 1975. Można, by przyjąć, że jesteśmy pięć minut po "Four Wheel Drive" (1974), a więc po ostatniej wspaniale sprzedanej płycie BTO. Nic to jednak nie dało. Jeden rok w tamtej dekadzie to było ogromnie dużo. Wiele się działo, można było stracić sławę w jednej chwili, jeśli nie potrafiło się jej za wszelką cenę utrzymać. W Kanadzie jeszcze wysoko, 3 miejsce na listach sprzedaży, jednak w Stanach ledwie trzecia dziesiątka w zestawieniach Billboardu i podobne wykluczenie z satysfakcjonujących wyników w pozostałych częściach globu. Szkoda. Po raz kolejny powtórzę, przekleństwo niemocy w napisaniu nowego "You Ain't Seen Nothing Yet" tutaj też odbijało się czkawką.
W powstałych dziewięć kompozycji przemiennie zaangażowani wszyscy, jednak najmocniej przebijają się nazwiska Randy'ego Bachmana oraz Freda Turnera - oczywiście zawsze podpisującego się jako C. F. Turner.
To wciąż smakowite gitarowe granie, rzecz jasna czerpiące z bluesa i boogie, i zawsze doprawione na hard, z ciekawymi i zazwyczaj od pierwszego kontaktu chwytliwymi melodiami. Dla mnie kapitalne. Zawsze żałuję, że w tej części świata jesteśmy tacy konserwatywnie europejscy, a przemycanie amerykańskich wartości i moich do tego fascynacji idzie mi w niszowej Aferze jak po grudzie. A przecież, oprócz Led Zeppelin, Free i Cream, nie mieliśmy na Starym Lądzie zbyt wielu potentatów w hipisowskim szarpaniu strun, jak spadkobiercy Roberta Johnsona, z innowacyjnym Hendrixem na czele.
Na "Head On" Bachmani zaprosili Little Richarda. Jego pianistyczne popisy usłyszymy na stronie B, w zadziornym "Take It Like A Man" (niesamowity finisz!) oraz w rozkręconym na tradycyjne tempo r'n'rollu "Stay Alive". Pomiędzy nimi, trącący pod radiowe wymogi, ale i niebezpiecznie dociskający gaz u niejednego kierowcy Freightlinera "Away From Home" oraz uspokajający bossa'nova'rock w "Lookin' Out For #1". Ta swego rodzaju różnorodność stała atrakcją na tej, było nie było, raczej rozpędzonej płycie.
Na stronie A pięć numerów. No i spróbujcie wyrzucić choć jeden. Ja piekielnie lubię "Wild Spirit" oraz najszczególniej "Average Man". Ponownie obłędne gitary. Śpiewające. Ale nie przeoczcie też kolejnego w zestawie, usadowionego na "A" pod "czwórką", jakże piekielnego w refrenie, a ku odmianie w zwrotce niosącego się jakby aurą beztroski "Woncha Take Me For A While". Kolejne BTO'moments dla tych, którzy wiedzą, co w rocku najwspanialsze.
Powróciłem do BTO, więc cosik na niedzielę też znajdę. Jednak, nie z "Freeways" i "Head On", bo te posiadam jedynie na winylach. A właśnie, winyle, mają coś, czego żadna szuflada nie wciągnie i można się gapić przez cały przebieg płyty: labele. -- Spójrzcie, jaki wspaniały do omawianego "Head On". Jeden z moich ukochanych projektów graficznych nalepek wszech czasów. Za młodzieńca kupiłbym niemal każdą płytę, gdybym tylko dostrzegł doklejone w przeznaczonym dla nalepki miejscu ujęcie chicagowskich drapaczy chmur, ówczesnej siedziby amerykańskiego oddziału Mercury Records. Wspaniały projekt, wykonanie, dobór kolorów oraz zamierzona 'wyblakłość' + ogólna siła oddziaływania na me zmysły. Szkoda, że wytwórnia Mercury w późniejszych latach zrezygnowała z powielania tego obrazka, na rzecz umieszczania jedynie logo wytwórni na zazwyczaj granatowym tle.
a.m.
freeways
Nie pojmuję, czego oczekiwano od grupy w tamtym czasie. Czyżby nieustannie mieli pisać kolejne wariacje w temacie 'jąkanego' "You Ain't Seen Nothing Yet"? Tak to jest, gdy przylgnie do nas łatka "one hit wonder". A przecież BTO nie byli od łatwo wpadających w ucho pioseneczek, tylko od rocka. Niekiedy na serio mocnego, podrasowanego myślą boogie i bluesa, o zdecydowanie amerykańskim kręgosłupie, nawet jeśli kanadyjska Ameryka nie skrywa w sobie murzyńskiego ucisku, a z Winnipeg do Głębokiego Południa parę tysięcy kilometrów.
No więc, nie ma tu Bachmanowych hitów, które uczepiłyby się list przebojów, ale pretendentów przynajmniej połowa albumu - ze strony A trzy ostatnie: "Life Still Goes On (I'm Lonely)", "Shotgun Rider" oraz "Just For You". Już nawet tytuły tych kawałków rwą pod klasyki. I tak też je słyszę. Posłuchajcie gitarowych kombinacji Randy'ego Bachmana w pierwszym z nich. Nie do oderwania. Po przełożeniu na bisajd, kolejnych parę fajnych numerów i nie brak niespodzianek, jak na tego poparcie leniwy, smyczkowy soul w "Easy Groove", bądź dwufazowe, rytmiczne i akordowe w zwrotce, z odpowiednio szarpniętym refrenem "Down, Down". Pod identico tytułem tyciu wcześniej zrealizowali się Status Quo, ale jak przystało na ekipę Rossiego i Parfitta, ci zawsze grali szybciej. W tym porównaniu, nawet dużo szybciej. Co do 'czarnego' nieco "Easy Groove", płytę otwiera tej samej maści, jednak nie soul, a zdecydowanie funkujące (wtedy to było modne granie) "Can We All Come Together". I głowę daję, że gdyby dzisiejsi didżeje nie liczyli na łatwy kawałek chleba, a uczciwie plądrowali, to po wysłuchaniu tych nut mogliby własną klatą błysnąć w niejednym hipsterskim klubie, gdzie popija się te wszystkie yerbamaty i bezczynnie godzinami przesiaduje przy rozwartych laptopach.
"Freeways" dostarcza BTO najwyższej próby. Randy zadziorny, zarówno w głosie, co i gitarze, a jego koledzy nie szczędzą mocnych bębnów, wyrazistego basu oraz wspaniała druga gitara. W tej materii rywal Randy'ego, Blair Thornton. Czuł ją równie pieszczotliwie, dzięki czemu obaj Panowie uprawiali pełne niecodziennej atmosfery, na rytm oraz wirtuoso, gitarowe dialogi. Dzicz, pokaz siły, miłość do muzyki. Ich umiejętności broniły też kompozycje (najczęściej Randy'ego Bachmana do spółki z Fredem Turnerem), do których posiadali smykałkę, pomimo iż świat na radiowo zapamiętał ledwie jeden numer ("You Ain't Seen Nothing Yet"), natomiast fani rocka, ale ci zaangażowani na ogólnikową skalę, przyjęli jeszcze ze trzy, góra cztery inne.
"Freeways" to tylko jedna z płyt BTO i niekoniecznie tych najbardziej popytnych. Ale dla mnie niemal tak dobra, jak najsłynniejsze "Not Fragile" i "Four Wheel Drive". O tym niech jednak przekona Szanownych Państwa zapisana tu muzyka, żadne zaś panów mądralińskich recenzje. Szczególnie tych naszych z internetowych pajęczyn przepisywaczy.
a.m.





















