niedziela, 17 lipca 2022

Porcupine Tree "Closure/Continuation" (2022)

  

Porcupine Tree
"Closure/Continuation"
(Sony Music)
**

Coraz przejrzyściej wychodzi na to, iż moja sympatia do prog rocka rozwodniła się. Tym bardziej, skoro nie chwytam najnowszych Porcupine Tree, a podobno w szacownym miesięczniku - o czym jakoś niedawno zapewnił mnie wciąż jego stały czytelnik - album sklasyfikowano na maksymalną notę. Zróbcie ze mnie tarczę, zdania nie zmieniam. I myślę, że uargumentowałem się w kwestii "Closure/Continuation" wystarczająco, zarówno na papierze, co również w radio, a jednak prokuratura wielbicieli grupy nie daje Nawiedzonemu spokoju.
Różnimy się. I dobrze. To jest w porządku. Gdybyśmy zawsze byli tego samego zdania, zagłaskalibyśmy się. Zapewniam jednocześnie, nie mam imperatywu, by wszyscy cisnęli po mojej linii, ale Wy także dajcie mi trochę wolności. Słabe te nowe Porki, i już. Nikt tego nie zmieni. Nawet najbardziej triumfalne wywody, czy to opłaconych dziennikarzy, czy szaleńców z powołania. Bo muzyka z "Closure/Continuation" nie broni się, jest bez pomysłu, zaś sama świadomość dobrej techniki Porki'muzykantów nie wystarcza. Przynajmniej mnie.


1. "Harridan" - nerwowy rytm perkusji, równie niedający poukładać moich myśli slap'bas, plus kilka wokalno-gitarowych szarpań. Nawet próby złagodzenia napięcia poprzez wtręty leniwych, rozmarzonych wokali, na nic się zdają. To ma być ten współczesny rock progresywny? Jeśli tak, to dla mnie jest niechcianymi ośmioma minutami, stojącymi w sprzeczności wobec piękna i pomysłowości złotych albumów Porkich w latach dziewięćdziesiątych - "The Sky Moves Sideways", "Signify" oraz "Stupid Dream". Jeżozwierze ślą ukłon w stronę King Crimson, ale ja tego nie kupuję.

2. "Of The New Day" - najlepszy fragment. Na swój sposób okaz. Dla niego warto zachować album. Podoba mi się, bo wystaje ponad resztę i przypomina ostatnie solo wytwory Stevena Wilsona. Rzecz nastrojowa, oprawiona ładną melodią, do których to melodii Pan Stefan, jeśli zechce, wciąż miewa smykałkę. Jak dobrze, że nawet wpuszczenie tu nieco niegroźnego hałasu nie psuje dobrego obrazu całości. Nic, tylko żałować, iż album nie jest dłuższy o kilka tym podobnych nut. 

3. "Rats Return" - momentami podobna konstrukcja do "Harridan". Tyle, że z jeszcze mniej okazałą melodią. Właściwe brak tu melodii. Niczego nie da się zapamiętać. Zapanowały algebra i wzory geometryczne. W tym zawsze przodowali King Crimson, szczególnie na wszelakich Thrako-Vrooomach, no ale coż, kto z kim przystaje...

4. "Dignity" - drugi okay numer z tej płyty. Trochę z przeszkodami, ale może być. Może dlatego podoba mi się, ponieważ to ponownie nastrojowi Porcupine Tree i z kolejną ładną melodią. I tu też kłania się lico solowego Stefka. Kiedy odpływa w rozmarzenie, to i jego grajkowie nie kombinują, nie łamią rytmów, nie wskrzeszają łomotu. Czuć tu chłyst latami osiemdziesiątymi, jakimś dawnym Davidem Sylvianem czy The Blue Nile, ale też odleglejszymi Genesis bądź Pink Floyd.

5. "Herd Culling" - od tego miejsca na nic nie liczmy. Na nic dobrego już nie natrafimy. Ostatnie dwadzieścia minut albumu trzeba (albo i nie) przecierpieć. Boleściwy numer, jak zawarty w jego tytule "ubój stada". Głowa boli od okazywanych w refrenie skandów i ryku Stefka. I choć mamy nastrojową zwrotkę, a jedynie wybuchowy refren, odnoszę jakiś jednolity niepokój. I nie jest to niepokój z przyjemnymi dreszczami. Robiłem kilka pod ten numer podejść i zawsze marzę, by się wreszcie skończył.

6. "Walk The Plank" - piosenka oparta o awangardową perkusję, do tego jakieś plamy, czasem gitarowe fuzy, melodia niby z tych klimatycznych, więc powinienem polubić, a jednak całość rozdrażnia swym chaotycznym nastrojem. Każdy tu gra swoje, choć Pan Stefan próbuje swym śpiewem całość zespolić. Ja tego nie kupuję. Zresztą, już zapomniałem.

7. Chimera's Wreck" - mogło być niezłe. Mogło, ale nie jest. Czegoś zabrakło i nie bardzo wiem, czego. Jest niby sugestywna pod lata 70-te akustyczna gitara, taka a'la Anthony Phillips, jest też mile wychwytywany mym uchem nostalgiczny, niemal kojący śpiew Wilsona (te chórki akurat niepotrzebne), jest nawet klawisz w pewnej chwili ocierający się o brzmienie melotronu. Tak na moment, ale jest. Lecz niestety, po fajnym kilkuminutowym wstępie, całość się rozjeżdża. Kompozycja nabiera jednolitego, szarżującego rytmu, raz po raz przygniatanego metalowymi wtrętami gitary. I tak już niemal do końca. Bezbarwnie. Jak prawie cały ten album.

Nawet, jeśli zapewnicie, że trzy dodatkowe numery z wersji deluxe, są akurat najlepszymi, nie mam na więcej ochoty. Jedyne czego potrzebuję, to ochłonięcia. Napisów końcowych w ciszy i bez towarzystwa 'pytków', którzy ledwie koncert się skończy, zaraz szturmują: "i co, jak się podobało? Jeszcze człowiek nie poukłada myśli, nie ochłonie z emocji, a tu już te wszystkie pytajdła.
Dziesięć lat tworzyła się ta muzyka. W tajemnicy istnienia grupy, a jeszcze w uszczuplonym o Colina Edwina składzie. Nie zadziałało na 'lepszość', ani nie dostarczyło choćby ciut tajemniczości.
Steven Wilson stwierdził niedawno, że przychodzi mu tworzyć muzykę w czasach, kiedy świat tą muzyką jest przeciążony. Bo i też fakt, iż obecnie muzyka znaczy zupełnie co innego, niż w latach 70/80's. Trudno też na jej polu stworzyć coś dziewiczego, osobliwego czy zaskakującego.
Nasłuchałem się "Closure/Continuation" i stawiam na półce. Może sięgnę po to kiedyś jeszcze. Ale to kiedyś, niech oznacza het het... 

a.m.


sobota, 16 lipca 2022

all i wanna do is make love to you

Zapewne nie znajdę zbyt wielu sprzymierzeńców w stwierdzeniu, iż Heart najlepsze płyty wypuszczali w drugiej części dekady 80's - "Heart", "Bad Animals" oraz "Brigade". Chciałbym powrotu tamtych lat, a i formy kompozytorskiej sióstr Wilson, jej kompanów, co również wielu perłotwórczych współpracowników, jak Albert Hammond, Diane Warren bądź Holly Knight.
Na dziś maxi "All I Wanna Do Is Make Love To You" (kompozycja Robert John "Mutt" Lange - ten od Def Leppard, AC/DC czy związku z Shanią Twain). Pierwszy singiel do "Brigade". A było ich pięć. Z jedną różnicą w stosunku do obecnej rzeczywistości fonograficznej, otóż niegdyś plan był następujący: pierwszy singiel, potem album, a dopiero później kolejne single. Obecnie wydaje się po trzy do pięciu singli, zanim album ujrzy światło dzienne. W dodatku każdy singiel to cyngiel na komputerowej klawiaturze, gdyż fizycznie w opakowaniu nigdy ich nie widujemy. Wyjątkiem charytatywne wydawnictwo Pink Floyd "Hey Hey Rise Up", z którego dochód pomocą dla Ukrainy. I dobrze, do mnie można dotrzeć tylko za sprawą płyt. Muszę je pomacać, powąchać i od'play'ować na stacjonarnym cd-playerze. Trzeba czuć, że to coś jest, że można postawić na półce, dać się wydawnictwu skolekcjonować.
Na stronie A "All I Wanna Do Is Make Love To You", na stronie B "Call Of The Wild" oraz "Cruel Tears". Wszystkie z "Brigade". Z tym, że "Cruel Tears" tylko na edycji japońskiej.
Howard Leese nieźle posolówkował. Jego partie gitary oznaczały się miękkim metalem, pomimo iż Leese najchętniej pograłby bluesa, którego lubi, a na terytorium którego jeszcze się solo nie zrealizował. Choć było blisko w czasach, kiedy towarzyszył koncertowo Paulowi Rodgersowi i Bad Company. Szkoda, że się nie skusił. Wtedy miałby szansę nawet wynegocjować dobry ku takiej muzyce kontrakt. Ale pomimo tego mamy szczyptę blues/hard rocka w "Call Of The Wild". Rockowy pazur, co by nie mówić. Numer ewidentnie zdradzał, iż następna płyta Heart wyrośnie ze słodyczy melodyjnej dekady 80's. I tak też się stało. Odtąd Heart zmienili orientację na rock/blues/heavy, że nawet podczas jednej z gal panowie z Led Zeppelin oklaskiwali ich wykonanie "Stairway To Heaven". Inna sprawa, żadna płyta po "Brigade" nie pokryła się już Platyną, ani też nie wbiła to top dziesiątki, czy to na Wyspach, czy w Stanach. 

a.m


szkole nie

Ciekawe, jak naprawdę było u tych, co z takim rozrzewnieniem wspominają czasy szkolne. Zauważyłem, że w przeróżnych miłych tv'programikach dla gospodyń domowych, wszelcy aktorzy/piosenkarze obowiązkowo zapewniają, jaką to mieli cudowną, życiową polonistkę, wyrozumiałą i w odskoczni od regułek matematyczkę oraz jajcarską wychowawczynię, która zabierała ich na spacery do parku oraz lodowe desery. W rzeczywistości jednak w tym siermiężnym socjalizmie większość z nas edukowana była przez ponuraków w niedopranych marynarkach, z reguły nienawidzących się wzajemnie, szczególnie podczas przerw w pokoju nauczycielskim, do którego odpowiedni jad wpuszczał dyro i jego zastępca. Pozazdrościć wybrańcom, szczególnie kujonom tych wszystkich prestiżowych liceów, którzy własnym belfrom po latach doprawiają aureole. Ja takiego przywileju nie miałem. Moja licealna polonistka była zwyczajną żmiją, a baba od ruska nazywała się Zajączkowska, co skrzętnie wykorzystywał jeden z moich najlepszych kumpli, przed każdą z ruska lekcją witając kobietę kultowym dziś zwrotem: "nu zajac pagadi". Podobnie bywało z innymi przedmiotami, włącznie z wuefem. Olewałem go ostentacyjnie notorycznym brakiem stroju. No chyba, że było rżnięcie w nogę, wtedy cudownym trafem strój się znajdował. Nigdy nie lubiłem ani kosza, ani żadnych drabinek, koziołków czy nikomu niepotrzebnego biegania dookoła szkolnego boiska. W ogóle katorga z jakimkolwiek durnym gimnastykowaniem, jak też wysiadywaniem przez czterdzieści pięć minut w jednej ławce, w cierpieniu aż dzwonek na przerwę uwolni.
Po co wspominam te szkolne traumy? Ano, bo pogoda coś ostatnio wrześniem prześmierdła i takie skojarzenie - z niechcianego okresu. Przepraszam, ale do teraz przydarza mi się przyśnić, jak uczestniczę na polaku bez przeczytanej kolejnej nużącej lektury. I to zaciskanie kciuków, że może nie zapyta i nie postawi kolejnego laczka. Uspokajam, do budy daleko, jeszcze trzy/czwarte wakacji. Nawet, jeśli czasy przymusowej edukacji dawno odeszły, wciąż cieszę się z nich, jak by mnie dotyczyły.

a.m.


scream maker

Od paru dni lato nam zjesienniało, niemniej wierzę w Słońce, iż odda się jeszcze tej porze roku.
Ale uwaga, dobry news. Nasi polscy metale ze ScreaMaker (choć oni raczej piszą się oddzielnie - Scream Maker) właśnie podpisali umowę z Frontiers Records. Będzie zatem międzynarodowy album i oby coś jeszcze. To jest prawdziwy awans w hierarchii naszego metalu. Ziemia zadrżała.
Dla Frontiers realizowali się dotąd nie tylko Amerykanie, Anglicy czy Szwedzi, ale także Łotysze, Brazylijczycy czy Chilijczycy, dlaczego więc nie ktoś odpowiedni od nas. A ScreaMaker dobrzy są, o czym w swoim czasie także w moim Nawiedzonym zapewniałem.
Słabiutko, albowiem mam ich tylko jedną płytę, ale i tak jest mi mniej łyso od tych, którzy nie mają żadnej. ScreaMaker wydali cztery. I wszystkie niszowe, bezlabelowe. Ale dość tego, bo oto nadchodzi czas, kiedy pod ich piątym albumem zasygnaturują się Frontiers, zamiast dotychczasowego 'not on label'.
Sukcesów Panowie!

a.m.

czwartek, 14 lipca 2022

monaco blues band

Lato trwa, a Andy dzisiaj na bluesowo -- Monaco Blues Band --
W połowie lat osiemdziesiątych byli u nas w miarę popularni. Do tego stopnia, że Tonpress wydał płytę. Drugą w dorobku i chyba najsłynniejszą "Mud, Blood And Beer". Rzecz z 1985 roku. U nas z rocznym poślizgiem. Na licencji CBS, co warto podkreślić, by nie było, że to kolejna szwedzka taniocha. A mieliśmy do nich predyspozycje. Z tym, że nie widzę wstydu w licencjach Silver Mountain czy 220 V.
Monaco Blues Band tak mi się jakoś skojarzyli na dziś, bo wyglądali na Blues Brothers, to raz, a dwa, grali równie nieźle, choć w ich przyjacielskim otoczeniu brakowało artystycznych dryblasów, w duchu Arethy Franklin czy Raya Charlesa. Ale to i tak udany i na luzie rock'blues. Taki, jak lubię. A, że lubię Blues Brothers, tym bardziej bez popitki. Zarówno, jako film i muzykę. Raz do roku muszę sobie popatrzeć, choćby po to, by przypomnieć słabnącej z wiekiem pamięci kilka scen.
Szkoda, że nagrywarka audio nieczynna. Przegrałbym tych rajcownie grających Szwedów na nadchodzącą niedzielę. W zastępstwie za pana bluesowego nadałoby się, a tak pozostaje jedynie lizanko przez szybę. Szkoda, bo fajnie grają. Tak na lato, na bluesowe zastępstwo.
Szczególnie dobry finał strony A, czym trójutworowy coverowy set, pod przewlekle zatytułowanym "Ghostriders - Medley". W nim zawarte: "Riders In The Sky" Stana Jonesa, "For A Few Dollars More" Ennio Morricone oraz "Apache" The Shadows. Mocarstwo. Pierwszego od brzegu skojarzymy jako "Ghost Riders In The Sky". Tak mu było w pierwowzorze.
Pubowa atmosfera, choć studyjna, i aż prosi się o dodanie aplauzu plus paru kufli. Grają panowie numery własne i obce, zawsze jak własne. Tego autorskiego materiału na oko jakieś siedemdziesiąt trzy procent albumu (tak mi na oko wyliczyło), do tego obcy przybysze, jak wspomniany już trójset, co jeszcze "It Hurts Me Too" Elmore'a Jamesa oraz "If I Had Possession Over Judgement Day" Roberta Johnsona. I niech mnie drzwi od szaletu przytrzasną, jeśli takie "Hurt So Fine" nie stanowi za ewidentny hołd wobec "Everybody Needs Somebody To Love".
Odnoszę wrażenie, że Monaco BB zasiadali do nutnika i od razu wizualizował się udany efekt. Mieli pozytywną wizję każdego wziętego na ruszt numeru, ale mieli też w sobie Amerykę, i tylko z racji innej przynależności terytorialnej musieli ją uprawiać na uchodźstwie. Nie przeszkodziło to jednak grupie pozyskać mini rzeszy (cóż za nazistowskie wyrażenie) wielbicieli w faworyzowanych muzycznie Stanach, co również w paru miejscach Europy - w tym i u nas.
Ciekawym ogromnie, czy ktoś jeszcze ze starych naszych pierdzieli o nich pamięta?. Bo to w sumie jednak dawno było, a jak przy takich okazjach mawiają: dawno i nieprawda. 

a.m.

 

poniedziałek, 11 lipca 2022

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 10/11 lipca 2022 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań








"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek - 10/11 lipca 2022 (godz. 22.00 - 2.00)
 
98,6 FM Poznań lub afera.com.pl 
realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

Letnie wydania Nawiedzonego Studia noszą się odmienniej od pozostałych pór roku. Nawet, jeśli przez chwilę właśnie chwyciło nas lato za dłuższe portki.
Świetnie mi się z Szanownym Państwem słucha muzyki. Redaktoruję całość, jednak mam wrażenie, jakbyśmy sobie zasiadywali przy jednym stole, polewali i dobierali ulubione kawałki - moje. Przepraszam, że tak niedemokratycznie.
Pokaźną część wczorajszego wydania zrobiły podarki od Jacka z Warszawy. Jego magiczne kominki chyba się spodobały. Nie przyszła żadna skarga, a zdążyłem już przewertować pocztę.
Frajdą przypomnienie Szwedów ze Svartanatt. Niedawno w ich temacie stosownie się rozpisałem, więc na wczoraj wystarczyła muzyka.
Zróżnicowanym alter'rockiem przedstawili się Poets Of The Fall. Fińska, a ze stołecznych Helsinek brygada, grająca dramaturgicznie, melodyjnie, z niekiedy potężnymi balladami. Na płycie są ich cztery, w eter uwolniłem połowę. Nie wiem, czy tę lepszą, to pokażą kolejne tygodnie oraz Wasza, Moi Drodzy, ocena. Inna sprawa, iż nieballadowe "Requiem For My Harlequin", to genialna piosenka, którą już wystawiam pod nominat do song roku 2022. Wielbiciele wczesnych Coldplay czy przyblakłych w pamięci Vega 4, bądź innych północników z Kent wiedzą, w czym rzecz.
Do nowych CoreLeoni muszę trochę przywyknąć, ale podobają mi się. Może inaczej, niż wcześniejszy album, o także algebra'rzymskim tytule. Nazwa grupy może zmulić młode umysły, ale zapewniam, żaden z tego metalcore, grindcore czy hardcore, a CoreLeoni. Zespół grający soczystego hard rocka, z całą masą fajnych gitar (Gotthard'owy Leo Leoni + ex-U.D.O. snajper Jgor Gianola). Tym razem na wokalu Eugent Bushpepa, co czyni zespół szwajcarsko-albańskim. Przy poprzednim wokaliście - Ronnie'em Romero - było z domieszką chilijską. Scoverowani przez nich RollingStonesi przydali się gwoli preludium do naszego kolejnego spotkania. RollingStones'ów będzie nieco w "Blues Ranus" za tydzień. Zastępstwo zobowiązuje. A obiecałem gospodarzowi tej audycji "Sister Morphine". Zastępstwa w sumie nawet dwa. Pan bluesowy ogłosił czas kanikuł, więc pogram pod jego nieobecność i liczę, że Słuchacze Krzyśka nie potraktują mnie niczym country publika ekipę Blues Brothers w jednym z klubów z pierwszej części przygód Jake'a i Elwooda. 
Pokibicowaliśmy Carlosowi Santanie w dojściu do formy. Niepokojąco zrobiło się przez moment w ubiegłym tygodniu, kiedy doszły nas wieści o jego omdleniu na scenie z powodu odwodnienia. Nie ma żartów Panie Santana, o organizm trzeba zadbać. Niemniej dzięki za ten wymuszony pretekst do powtórzenia kilku wspaniałych momentów wyśmienitego szoł z Domu Bluesa w Las Vegas przed sześcioma laty. Bronią się numery z "Santana IV", odwołujące personalnie do składu czasów "Santana III", a i w ogóle Woodstock i post'Woodstockowej epoki 69-72. Cóż za lata. Nigdy nie powrócą, jednak zapisana muzyka jasno dowodzi, jak było kolorowo. Choćby w jednej z najpiękniejszych pieśni bez słów, jaką "Samba Pa Ti". Jeden z najmocniejszych artystycznych momentów okresu, gdy Andrzej Masłowski był jeszcze Andrzejkiem, i kiedy mój stosunek do świata oraz ludzi bywał 'przepozytywny'. Wszyscy kochaliśmy "Sambę Pa Ti". W tym kawałku tliła się wolność, miłość, pewna beztroska, ale też jakby cudowniej pachniały tamte rośliny, a żar serca balsamowała orzeźwiająca woda z latino'tropików.
In memoriam wobec Manny'ego Charltona wyraziłem ledwie paroma kawałkami ze śpiewnika obłędnych i bardzo dawnych Nazareth. Wiadomo, tych utworów istnieje dużo więcej, lecz nie da się wszystkich tak na jedną nasiadówę. Czterogodzinna audycja musiałaby potrwać kilka tygodni, a i jeszcze dostrzegłbym zwój niedopatrzeń. Jedno pewne, Manny służył najlepszym Nazareth. Przez całe lata 70/80's, kiedy nazwa tego zespołu miała sens. Ostatnie poczynania, z tym bezbarwnym, jednolitym wyjcem Carlem Sentance'em, to istna pomyłka wobec zasłużonego logo grupy. Ale okay, niech grają. Lepsze to, niż mieliby wino po bramach pić.
Parę rarytasów Pendragon, z racji kilku wydarzeń ich obozu, do tego grunt przygotowań pod nowe albumy The Cult oraz A-ha, ponadto szczypta solidnego łojenia, z czego wywiązali się Krokus i Loudness, ale też zapowiedź Steve'a Harrisa w naszym kraju, gdyż dzień po dniu, najpierw British Lion, a dzień później już jako Iron Maiden. No i wakacje, to też kartka z nieodległej historii, by nie było, że jeśli historia, to tylko lata 60/70's. Dlatego Shotgun Symphony jako zapomniani, a raczej niewypromowani, choć z muzyką, jaką chyba w Nawiedzonym Studio lubimy. Album z czasów przejściowych wartości walut. W Niemczech na ostatnich nogach marki, a na tej samej metce już mniejszą czcionką wybijano przelicznik euro. No to zaglądam do środka, po ile to "Sea Of Desire"? - 29,99 DM, co czyniło 15,33 euro. Nikt dzisiaj takich końcówek z centów nie stosuje, a wtedy jakoś działało. Z tym, że mało kto miał w portfelu euro. Obecnie takie trzydzieści trzy podciąga się pod dziewięćdziesiąt dziewięć.
Do poduszki moja ulubiona piosenka Jennifer Warnes "I'm Dreaming". W ogóle lubię Dżenyferkę, ale do tych trzech- i pół minuty mam nieskrywaną słabość. Rozbraja mnie atmosfera, melodia, a nawet może i niewyszukana liryka: "... marzę o Słońcu, które nigdy nie zachodzi, i o życiu pozwalającym spełniać marzenia kochanków...".
W kolejną niedzielę zasiądę przy radiowym stanowisku już o 21-szej. Rzecz jasna przypomnę się jeszcze. Nie ma nic gorszego, jak grać do pustej sali.
Bywajcie w zdrowiu i miłości. Chwytajcie Słońce. Niech ogrzewa i nastraja optymizmem.
Do usłyszenia...

 

SVARTANATT "Svartanatt" (2016)
- Thunderbirds Whispering Wind

NAZARETH "Hair Of The Dog" (1975)
- Miss Misery
- Beggar's Day / Rose In The Heather

NAZARETH "2XS" (1982)
- You Love Another

NAZARETH "Sound Elixir" (1983)
- Whippin' Boy

CORELEONI "III" (2022)
- Guilty Under Pressure
- Greetings From Russia
- Jumpin' Jack Flash - {The Rolling Stones cover}

SANTANA "Santana IV - Live At The House Of Blues Las Vegas" (2016)
recorded at House Of Blues at Mandalay Bay Resort And Casino, Las Vegas, NV, March 21st 2016
- Anywhere You Want To Go
- Samba Pa Ti
- Leave Me Alone

POETS OF THE FALL "Ghostlight" (2022)
- Requiem For My Harlequin
- Sounds Of Yesterday
- Beyond The Horizon

PENDRAGON "Once Upon A Time... In England - Volume 2" (1999) - a collection of rarities from 1978 onwards...
- I Walk The Rope - {prawdopodobnie wersja 1986}
- Victims Of Life - {BBC Radio One Friday Rock Show, 1983}

PENDRAGON "Once Upon A Time... In England - Volume 1" (1999) - a collection of rarities from 1978 onwards...
- Loving The Stranger - {na czterośladzie, 1988}
- Eye For An Eye - {na ośmiośladzie, 1988}

SHOTGUN SYMPHONY "Sea Of Desire" (1999)
- Dancing On Fire
- S.O.S.
- Heart Of Glass

A-HA "Cast In Steel" (2015)
- The Wake
- Forest Fire

SVARTANATT "Starry Eagle Eye" (2018)
- The Children Of Revival
- Starry Eagle Eye
- Hit Him Down
- The Lonesome Ranger

BRITISH LION "The Burning" (2020)
- Native Son

KROKUS "Adios Amigos Live @ Wacken" (2021)
recorded live in Wacken - 2019 Wacken Open Air
- Hoodoo Woman

LOUDNESS "On The Prowl" (1991)
- Find A Way

LOUDNESS "Thunder In The East" (1985)
- Crazy Nights
- Run For Your Life

THE CULT "Sonic Temple" (1989)
- Sweet Soul Sister

JENNIFER WARNES "Jennifer Warnes" (1977)
- I'm Dreaming





Andrzej Masłowski 
"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze

Niedzielny popołudniowy widok z kuchennego okna



niedziela, 10 lipca 2022

pretending

Eric Clapton "Pretending" / na stronie B "Before You Accuse Me"
(1989 Reprise Records / 922 732-7)

Ostatnio ukazał się zaległy, wyśmienity występ Erica Claptona z 1994 roku. Album "Nothing But The Blues" wyraża się miłością do muzyki określonej w swym tytule, co również zasługuje na laurkę wykonawczą. Ale na dziś inny Clapton. Tyciu dawniejszy oraz, spójrzmy na okładkę, swobodniejszy. Z korzeniami bluesa, ale tym razem nie w roli głównej, choć przecież z jakże fajnym wah-wah.
"Pretending" to kompozycja Jerry'ego Lynn Williamsa, a zarazem pierwszy singiel z "Journeyman" (1989). Zarówno on, jak i cały album, zabrzmiały tak, jakim widzimy Claptona na okładce. Muzyk nosił się lekko, w garniturach o powiewnych, lnianych materiałach, takich, po jakie również sięgał słynny gliniarski duet z Miami Vice. To był jedyny czas w historii świata, kiedy garnitury sobą nie odstraszały. I taka też była ta muzyka. Blues przez moment stał się lekki, a wręcz wysubtelniały, niczym wiotkość pajęczej sieci. Na syntezatorach istni magicy czarno'białej klawiatury: Jeff Bova i Alan Clark. Ten drugi wyrywczo też na Hammondach, a przecież jeszcze trzecim do pary, pianista Greg Phillinganes. W tamtych latach spełniający się u Michaela Jacksona. Na tym nie koniec, w chórkach usłyszymy Chakę Khan, na basie Nathana Easta, a na drugiej gitarze, kompozytora piosenki Jerry'ego Lynn Williamsa. Tak a propos, przyjaźnili się. To też słychać.
"Pretending" otwierało drzwi przed całym tym niezwykle udanym albumem. Albumem nie bardzo cenionym przez sztywniackich w wymogach bluesmanów, ale tym razem to nie było dla nich. Clapton od pewnego czasu świetnie czuł się w lżejszym repertuarze, co dobitnie ukazywały dwa wcześniejsze albumy. Szkoda, że ten flirt był tak krótki. Ale dobrze, że w ogóle był. 

Dzisiaj będę w Nawiedzonym Studio tuż po 22-giej na wiadomym 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl. -- I niech to będzie informacja tylko dla najwierniejszej garstki Odbiorców mojej audycji. Nikomu innemu nie mówcie, nie namawiajcie, to tak nie działa. Do usłyszenia...

a.m.