wtorek, 25 stycznia 2022

struna

Jutro kolejny, tym razem bardzo specjalny wpis o Meat Loafie, a na koniec dzisiejszego dnia bilet z koncertu Budgie z 19 listopada 2008 roku oraz !!!... struna z basówki Burke'a Shelleya - właśnie z tego koncertu. Wykopane podczas dzisiejszego szperania po moim koncertowym albumie.

a.m.

taka tam wokół MeatLoaf'owa reminiscencja

W nieistniejącym winogradzkim Radio Fan, Meat Loaf nikogo nie interesował. Poza mną. Mnie akurat interesował i wtedy, i wcześniej, interesował zawsze, od zawsze, nie tylko przy nietoperzowym comebacku oraz paru późniejszych, a stylizowanych na jego modłę kroków. Stąd m.in. zachowana z tamtych radiowych czasów podwójna promo płytka. Przyszła do rozgłośni w celach promocyjnych, a że nikomu nie zależało, tak też za zgodą naszego dawnego technicznego, a pod koniec działalności radia nawet naczelnego guru, Drucika, pewnego razu zwinąłem legalnie ten czarny digipak do chałupy. Do przytulnego gniazdka, gdzie do dzisiaj mu ciepło i niegłodno.
Podobnych promo płyt przychodziło mnóstwo, i trzeba przyznać, z wielu rzetelnie korzystano. Najwięcej z polskiego badziewa, czyli piosenek typu: uhuha, rowery dwa, albo przez moment modnych kobitek z Desu. Faceci twardziele, z reguły miewali chrapę na grunge (jedynie Seba Kończak miał kłaki jak metal, a wzdychał do Celine Dion), więc większość z nich sikało w majty, gdy na Dożynkową docierał jakiś nowy singiel Pearl Jam lub album z podobnym chrapliwym graniem. Im bardziej niemelodyjnym i w kraciastych flanelach wypuszczonych na wierzch czarnych szortów, tym pewniej, że chłopaki zarzucali podnietą głośne i głośniejsze "łał". Teraz już wiemy, co to ten grandż, i że pole po nim ostygło szybciej niż żarcie od Glovo. Natomiast dawne wspomnienia z tym przeze mnie nielubianym działem rocka, na zawsze pozostaną wieśniackie. O, i tu sobie ulżyłem!
Z Masłowskiego też miewano polewkę. I wcale nawet nie z Meat Loafa, którego ówczesny trzydziestoparolatek z wąsem (tak tak, miałem) uwielbiał, a z Axela Rudiego Pella. Podobno przesadnie go faworyzowałem. Nie mam niestety dawnych audycyjnych rozpisek, by to zweryfikować, lecz skoro tak gadają... Nie wstydzę się żadnego wyemitowanego kawałka, zarówno tego Pana, jak nawet Modern Talking, których kiedyś posłałem w Strażnikach Nocy na dobranoc.
Pewnego razu do radia przysłano wielopłytowy box Budki Suflera. Wypas sprawa. Nie tylko z materiałem, z gatunku: znane i lubiane, co też nagraniami działu "rare". Czaił się na niego młodziutki wówczas Tomek Ziółkowski, który tak się składa, miał i wciąż ma bzika na punkcie najstarszego Cugowskiego. I faktem jest, że komu jak komu, ale jeśli komukolwiek to pudło się należało, to właśnie jemu. Tym bardziej, że nikt z jego zasobów nie korzystał. Dla ówczesnych smarkaczy Budka była obciachem, z jednym wyjątkiem, nie dla nawet jeszcze nie dwudziestoletniego Tomka. Chłopaka o Budkowym wyglądzie, z inną, i jak wtedy można było rzec, niedzisiejszą wrażliwością. Tomek lubił dobrych wyjców, podobnie jak stosowne do ich głosów oprawy, czyli głos, styl, szyk.
Obecnie ta Budkowa cegła kompaktów to potężny rarytas. Na aukcjach kosztuje kupę szmalcu i coraz trudniej znaleźć egzemplarz w dobrym stanie. Konkludując, przez cały ten czas dążę do tego, że Tomek na ten box po prostu się nie załapał. Przepadł mu nawet w momencie, kiedy radio upadało, wszystkie płyty były rozdawane, a na końcu wręcz dopadały się ich kruki i wrony. Ktoś Tomkowi bezczelnie sprzątnął tę Budkową bombonierkę. I głowę daję, nie po to, by się muzyką upajać, a zwyczajnie przehandlować i nieźle obłowić. Zniknęło chłopakowi z horyzontu coś, na co miał chrapę, co tak po ludzku zwyczajnie mu się należało, a kupić jako maturzysta lub student pierwszego roku, nie miał za co. Ot, życie. Ale nikt nie obiecywał, że będzie sprawiedliwie. Ja też, poza poniższym Meat Loafem, na nic się w Fanie nie załapałem. Chyba ostatecznie byłem nawet w plecy. Zostawiłem w tamtym radio mego Daniela (gramofon taki) oraz mnóstwo serca, za którego wkład podziękowało jednak paru Słuchaczy, więc sens w rozliczeniu na odchodne był.
Przeczytajcie tę poniższą karteczkę, proszę. To oficjalne pismo od dystrybutora. Kopie jego otrzymywano we wszystkich rozgłośniach, choć stawiam dolary przeciwko orzechom, że na pamiątkę zostawiłem tylko ja. 

 

a.m.


MeatLoaf'omaniak

Jasne, że nie mam wszystkiego. Zawsze zabraknie tego czy tamtego singla, jakiegoś live lub winylu, bądź okazjonalnego digipaku z czymś rocznicowym, o czym do tej pory nie miałem pojęcia, Te braki jednak nadają sens całej zabawie. Bo nie ma nic gorszego, jak mieć wszystko, tym samym zostać ograbionym z frajdy poznawania nowego, nieustannego zdobywania rarytasów, jednymi słowy: byciem w grze. Dlatego mój poniższy zbiór Meat Loafa, choć pokaźny i w zakresie ponadprzeciętnym, to jednak nadal wymaga udoskonaleń.

Era sprzed "Bat Out Of Hell". Biorąc tamten właśnie album za oficjalny debiut Klopsika, nagrania dokonane ze Stoney śmiało możemy potraktować w kategorii pre-Meat Loaf.

"Bat Out Of Hell" - czwarte miejsce na liście wszech czasów. Czterdzieści cztery miliony sprzedanych egzemplarzy. Nie wyświetleń, nie kliknięć, a fizycznych nośników. Już tylko te liczby dobitnie przemawiają do wyobraźni. Nawet, jeśli do tej pory ktoś Meat Loafa ignorował, teraz po jego śmierci musi go najść refleksja, iż coś go w życiu ominęło. Warto posłuchać nawet, jeśli do tej pory Meat Loaf był dla kogoś takim panem nikt.

"Dead Ringer". Złośliwi twierdzą, że to śmietnik po wyśmienitym debiucie, z gorszymi kompozycjami Jima Steinmana. Trudno się nawet nie zgodzić, tyle, że ta "gorszość" polega na tym, iż tamta płyta zasługiwała na pięć gwiazdek z trzema wykrzyknikami, a tu jedynie pozostaje ich pięć, bez tych dodatkowych trzech kręgli.

Ooo, i to jest tyciu słabszy Meat Loaf. "Północ w biurze rzeczy znalezionych" to odrobinę ustępujący poziomem album, w sensie cierpiący na brak geniuszu Steinmana. Prostsze piosenki, nie tak bogato aranżowane, trafia się czasem jakiś rock'n'roll, innymi razy jakaś tylko poprawna, acz niechwytająca za serce ballada, jednak po latach to mimo wszystko dobra płyta. W 1983 rozczarowała pod każdym względem, lecz starość wychodzi jej na plus. Wyszlachetniało tych dziesięć piosenek, ale wiadomo, to taki album do bardzo okazjonalnego posłuchania.

"Bad Attitude" - hardrockowy, o typowo ejtisowej produkcji album. Jestem wobec niego kompletnie bezkrytyczny. Dla mnie obłędny w każdym mikrometrze. A więc miary dokonujemy nie linijką, a suwmiarką. Absolutnie jedna z moich płyt życia. Gdyby ilość jej posłuchań przeliczyć na kilogramy, wyszedłby z tego hipopotam. Jeśli ktokolwiek mi się odważy prosto w oczy zjechać choćby jedną nutę, ryzykuje zdrowie lub życie.

O "Blind Before I Stop" myślę dokładnie tak samo, co o "Bad Attitude", choć ten o dwa lata młodszy album to w sumie inna konwencja, inni muzycy, także produkcja. Emocje jednak we mnie te same. Wciąż nie polecam miażdżenia tej muzyki w moim towarzystwie.

Cóż za powrót. Znowu wielki Steinman, no i kapitalna sprzedaż dzieła. Oczywiście dostosowana do lat dziewięćdziesiątych, czyli do trochę wybredniejszego i mniej hojnego nabywcy.

Bez Steinmana, ale jeszcze pewne echa dawnej z nim działalności tu znajdziemy. Przynajmniej połowę płyty wypełniają kolejne genialne piosenki, zaś tę "słabszą" pozostałość, piosenki już "tylko" bardzo dobre.

Od tego momentu Meat Loaf trochę traci formę. Wciąż ma zakusy na musicalowe do rocka wtręty, nadal otacza się klasowymi muzykami, dobre śpiewanie, sporo pomysłów, jednak mniej zapada w pamięć.

Trójka "Nietoperza" trochę wymuszona. Niby jest Steinman, tak głosi okładka, a jednak go nie ma. Stoi gdzieś z boku, przypatruje się, co dzieje się z jego kiedyś niechcianymi piosenkami, ale sam rąk nie macza. Meat Loaf postanowił nadać całości potężnej oprawy, niekiedy nawet metalowego natężenia. W tym celu zaprosił kilku heavy wymiataczy, co miało jednocześnie być puszczeniem oczka ku młodszemu odbiorcy. Trochę to siłowe, mało naturalne, ostatecznie niewielu sprzymierzeńców. Jest poziom, jest klasa Artysty, słychać wszystko to bezdyskusyjnie, jednak nie ma mowy o choćby najmniejszym zbliżeniu do poprzednich nietoperzy.

Live z trasy "Blind Before I Stop". Dla fanów mus, dla niefanów ciekawostka.

Składanka z pierwszego okresu działalności, czyli do płyty "Bad Attitude". W moim odczuciu kapitalny zestaw, a i dobra rzecz dla kogoś, komu z tamtego okresu wystarczy Meat Loaf w pigułce.

Znakomity 2-płytowy składak (ten z apokaliptyczną okładką), na którym trzy nowe piosenki. Jedna z nich wczoraj na moim fm. A te pięć oplatających ją okładek w czerni, to różne warianty singli do albumu.

Live z Orkiestrą z Melbourne w trzech wariantach, jako CD, następnie CD z DVD oraz samo DVD. Można mieć jedno z nich, jedynie ja potrzebowałem trzech.

Trzy ostatnie studyjne albumy. Raczej słabe, słabsze i jeszcze słabsze. Niewiele tu do polubienia, tym bardziej zapamiętania. Stąd brak winyli oraz towarzyszących singli. To znaczy, mam promocyjny "Los Angeloser", widoczny na zdjęciu poniżej - to ta najskromniejsza biała okładka.

Tu trochę takie ni przypiął, ni wypiął. Dwie kompletnie niepotrzebne mi składanki, plus wspomniany promo singiel "Los Angeloser", do tego bootlegowe cztery live'y, wśród których zaprezentowany wczoraj na moich łamach "Live In Hell" - rzecz świetnej jakości, choć ze źle przyciętymi końcówkami. Brutalne wyciszenia oklasków, na które realizator poświęcił po jednej/dwie sekundy.

a.m.

 

poniedziałek, 24 stycznia 2022

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 23/24 stycznia 2022 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań







"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, 23/24 stycznia 2022 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

Nasz cd-player z coraz większą czkawką. Ostatnio dławi się przy co trzecim kompakcie. Dobrze, że dotąd nie obmalował mnie swoimi wnętrznościami.
Strumieniowie pasożyty w przewadze. Mogą drwić z Masłowskiego, który konsekwentnie stoi na straży nośników. Beznadzieja po ich stronie, ale gra nieskończona.
Niech ktoś wreszcie naprawi to kapryśne urządzenie, albo je smyrgnie na wysypisko zapomnienia. Samo się nie zregeneruje, a moje Nawiedzone niech nie liczy na bogatego sponsora, który zatroszczyłby się o zasłużoną jakość dla wysiłku, jaki w nie wkładam. Radiostacja przy Rocha nie jest Trójką, ni innymi, przesadnie rozpieszczanymi 357 albo konkurencyjnym wobec nich Nowym Światem. Czyli nagłośnionymi medialnie stacyjkami, sukcesywnie finansowanymi z kieszeni ich bezkrytycznych fanatyków. Przez ludzi, którzy pragną, by o rocku wymądrzali się dziennikarze o kulturze słowa Gałczyńskiego czy Norwida, nie ci w postrzępionych dżinsach oraz ze skacowanymi porankami. Wiarygodność przegrywa z wypucowanymi kafelkami oraz białymi dywanikami. Z profesjonalistami w odpicowanych marynareczkach, wyglancowanych trzewikach, do tego noszący okulary z oprawkami ze skór aligatora i na pewno żaden z nich nie dojeżdża do roboty tramwajem. Lecz właśnie takich się wspomaga, dotuje, "stawia na nogi", by ci mogli "godnie" pełnić misję. Chyba każdy z nich ma już nawet konto na patronite.pl, oraz tabliczkę z dopiskiem: też się dorzuć. I co, jak myślicie, wpłacają? Wpłacają, i to jeszcze jak. Nie dość, że potulnie ślą zadeklarowane na każdy miesiąc wpłaty, to jeszcze dumą obrastają komunikując o tym fakcie wszystkim facebookowym znajomym. Aż dziw, że im dupsk nie podcierają. Ciekawe, jak ci warszawscy ważnisie poradziliby sobie z moim patronitem. Z panem - daj mi na to, daj na tamto, tu jeszcze pokryj te koszty, a od cd-playera masz taki oto wał.

W dwa tysiące dwudziestym trzecim odwiedzą nas Camel. Poznań i jeszcze dwa inne miejsca. Że co, że już byli? A tak, byli. No to będą raz jeszcze. Nawet jeśli nadchodzący koncert, z racji oczywistych bez magii pierwszego kontaktu. Jeśli uzbieram na bilet, a i zdrowie dopisze, pójdę. Jeśli nie, to mi opowiecie. Niedobrze Poznań o tyle, że blisko, kusząco, lecz muszę liczyć się z paroma niechcianymi twarzami, a one z moją.

Wczorajsze cztery godziny w znacznym stopniu na straty. Nawet, jeśli ogólnie dałem radę i jakoś poszło. Cierpiący na niedowład cd-player nie powstrzymał się nawet przy moim ukochanym fragmencie drugiej części "Ace Of Spades". W motywie, którego szczególnie wyczekuję, kiedy Lemmy fajnie szarpie: "you know I'm born to lose and gambling's for fools, but that's the way I like it baby, I don't wanna live forever ...". Gdyby niewdzięczny klamot zbzikował piętnaście sekund przed lub tyleż samo po, byłoby do przeżycia, ale akurat w takim fenomenalnym momencie! Przyznam, miałem zawahanie, posłać ukłony z ostatecznym dobranoc, odpalić nocnik, wsiąść w taksę i do chałupy, czy udać, że nic się nie stało.

Cztery numery Meat Loafa, cztery Budgie, po jednym Praying Mantis, Black Sabbath, co też wspomnianych Motörhead. Do tego Kiss i solo Paul Stanley. Jego 70-tkę uczciłem skromnie, zaledwie trzema kawałkami, za to bez laserowych chimerów.
Poza tym, modne ostatnio u mnie trójkąty. Po Budgie, a i niedawnych Rush czy Triumph, wczoraj szalupami dobili Thompson Twins, A-ha oraz ZZ Top. Pograło jeszcze paru innych, każdego stosownie słowem zobrazowałem, zatem, z mojej strony rzetelnie.

Na razie bez nowości. Wszystko jeszcze powoli, leniwie, ciągnie się ślamazarnie, jak cały ten styczeń. Miesiąc, który nigdy nie chce się skończyć. Oj, jak pragnąłbym, by nasze kolejne spotkanie odbyło się już w lutym, ale nie, w najbliższą niedzielę wciąż jeszcze będzie styczeń. Ten utrapiony styczeń. A po nim do pokonania cały luty. Niby niedługi, ale też zawsze ciągnący, jak smoła. Kolejny nieciekawy, zimny miesiąc. Błota, kałuże, czapki, szaliki i wciąż jeszcze krótkie dni. Nie lubię tej naszej geo i meteo Polski. Mentalnie też. W tej sferze to także kraj wertepów i kałuż. 

Żywię nadzieję, że za narzekanie na radiowy odtwarzacz ostatecznie mnie nie zamkną. Jednocześnie wyrażam przekonanie, iż fala korono-zachorowań również nie wzrośnie. W przeciwnym razie zamkną radio, jak nic. Pan rektor znowu od radiowego studia klamkę wykręci. I znowu będzie posucha oraz nie do nadrobienia zaległości. Dlatego uważajmy na innych, na siebie. Bo to, że nie całujmy się, unikajmy, brzydźmy, to już dobrze wiemy od blisko dwóch lat. Najgorsze, że na końcu tej drogi zatęsknimy i zapragniemy się poprzytulać, lecz wtedy nie będzie już do kogo.

Oby do usłyszenia ...


MEAT LOAF "The Very Best Of" (1998)
- Home By Now / No Matter What - {na czas ukazania się kompilacji, nowy utwór}

MEAT LOAF "Not A Dry Eye In The House" (1996) - MAXI CD
- I'd Lie For You (And That's The Truth) - {live at the Beacon Theatre, N.Y. , October 1995}

BUDGIE "Never Turn Your Back On A Friend" (1973)
- Breadfan
- You Know I'll Always Love You

BUDGIE "Power Supply" (1980)
- Heavy Revolution
- Power Supply

PRAYING MANTIS "Keep It Alive!" (2019)
- Believable

BLACK SABBATH "Mob Rules" (1981)
- Voodoo

MOTÖRHEAD "No Sleep 'Til Hammersmith" (1981)
- Ace Of Spades

PAUL STANLEY "Paul Stanley (Kiss)" (1978)
- Hold Me, Touch Me (Think Of Me When We're Apart)

KISS "Lick It Up" (1983)
- Lick It Up

PAUL STANLEY'S SOUL STATION "Now And Then" (2021)
- Save Me (From You) - {new original}

MEAT LOAF "Live In Hell" (1994) bootleg
recorded live USA 1993
- Two Out Of Three Ain't Bad

MEAT LOAF "Blind Before I Stop" (1986)
- Standing On The Outside

ANDY GIBB "After Dark"(1980)
- Wherever You Are
- Warm Ride

A-HA "How Can I Sleep With Your Voice In My Head A-HA Live" (2003)
- Hunting High And Low
- Take On Me

THOMPSON TWINS "Into The Gap" (1984)
- Doctor! Doctor!
- No Peace For The Wicked
- Sister Of Mercy

ZZ TOP "La Futura" (2012)
- Over You
- I Don't Wanna Lose, Lose, You

HANNA BANASZAK "Złota Kolekcja - W Moim Magicznym Domu" (1998 / reedycja 2021)
- Mam Ochotę Na Chwileczkę Zapomnienia
- Samba Przed Rozstaniem
- Jak Pan Mógł

MICK FLEETWOOD & FRIENDS "Celebrate The Music Of Peter Green And The Early Years Of Fleetwood Mac" (2021)
- All Your Love - {Otis Rush cover} - w roli głównej JOHN MAYALL
- Albatross - {Fleetwood Mac cover} - w roli głównej DAVID GILMOUR

DARIUSZ KOZAKIEWICZ "Krokodyl - 50 Lat Na Scenie" (2021)
- Layla - {Derek And The Dominos cover} - {oryginalnie na albumie V/A "Tribute To Eric Clapton" /1995/}


Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 


sobota, 22 stycznia 2022

blind before I stop

Przywróciłem życie paru długo niesłuchanym płytom Meat Loafa. Popatrzyłem zarazem na cały zbiór i dumą obrosłem. Nie wiedziałem, że tyle tego. Uzbierało się. A, że nieskromność to poniekąd moja firmówka, więc się przy tej okazji chwalę. Po co mi te podwójne/potrójne egzemplarze? Widocznie po coś, skoro są. Na dziś jak znalazł. Mogę sobie powybrzydzać, tego albumu posłucham z kompaktu, a tego i tego singla z tej większej, czarnej, z zakurzonymi rowkami. Powydobywam częstotliwości z tych, co trzeszczą już od samych nowizn, a na których punkcie niektóre starszaki w ostatnich latach zbzikowały. Ze dwa tygodnie temu z jednym takim rozmieniłem się w winylowym temacie. Facet dobrych piętnaście lat temu pozbył się wszystkich kompaktów, a było ich kilkanaście tysięcy, by obkupić się w winyle, których to z kolei też kiedyś się pozbył, wtedy jednak na rzecz wschodzących CD. Zawsze lubił być trendy. I tak z tymi podmiankami, wszelakimi roszadami zestarzał się, że na jesień życia posiwiał, schudł, zmizerniał, aż wreszcie wydedukował, że ostatecznie postawi na niezawodne kompakty. I słusznie. Po co więc było się tyle mocować? Już tych kilkanaście lat temu przestrzegałem, że te w sumie sympatyczne nawet winyle, nie mają żadnych szans względem srebrzystego, niepierdzącego nośnika. Owszem, jestem winylom wdzięczny, przecież mnie wychowały, ale jeszcze za ich dawnego panowania trzymałem kciuki za wdrożenie niekonfliktowego nośnika. By czysto pograło, nie pierdziało i nie przeskakiwało. I tak sobie marzyłem, aż tu trzask prask i się spełniło. Nie ma sensu wracać z elektryczności na naftę. Jasne, znajdą się tacy, co powiedzą, że to dla nastroju. Okay, nasz rząd dla nastroju podtrzymuje wydobywanie węgla, a Unia nakłada obiecane przed laty karne opłaty, za które właśnie zaczynamy płacić. I znowu ten biedny Tusk. Znowu jego wina.

Dwa "BlindBefore"-owe kompakty, a także ich
winylowe odpowiedniki, tj. wersja na Europę
oraz Stany, no i dwa "BlindBefore"-owe
winylowe maxi single.

No więc, Meat Loaf. Słucham go sobie. Zawsze z dodatkową nutką ekscytacji. Z pasją, wyczulenie i zawsze sympatią wobec mojej dawnej miłości. Nie mogło więc zabraknąć "Blind Before I Stop". Płyty, za którą kilka razy skakałem w ogień, ale ten nigdy nie był mi straszny. Tak wiem, wiem wiem wiem, ta płyta to syf straszny, wszak już bez Jima Steinmana, a mijałem w swym życiu takich rutyniarzy i samozwańczych opiniotwórców, którzy zapewniali: za darmo bym nie wziął. I znowu ja, tylko ja dostąpiłem od natury łaski zdolności odczytywania nut oraz rejestrów głosowych Klopsika na tym bardziej pop rock, niż rock hard czy heavy albumie. Spójrzcie Kochani, jaka "podejrzana" ekipa z tym Klopsem miała czelność wejść do studia. W składzie jedynie jeden lekko rockowy angol - John Parr, a poza nim jacyś Szwedzi plus za realizatorskim stołem BoneyM'owy Frank Farian. Na tym nie koniec, dobijmy tego gwoździa. Są tu gitarzysta Mats Björklynd i perkusista Curt Cress, panowie, którzy nawet przelecieli się po międzynarodowej płycie naszych Dwa Plus Jeden "Easy Come, Easy Go". To nie wszystko. Otóż, przed tygodniem, a może dwoma, czekając na interesujący mnie tv program, wszedłem na stację TVN, a na niej akurat kończył się paradokument "Ukryta prawda", i wyobraźcie sobie, pojawia się lista płac, a tam wyskakuje: reżyseria taki a taki, scenografia inny ktoś, choreografia jeszcze inne polskie nazwisko, i tak bęben się kręci, kręci, aż wreszcie: muzyka Curt Cress. Zdębiałem. Motyla noga, taki facio, z takim dorobkiem, w życiu pograł nie tylko z Meat Loafem, ale i wspomagał Scorpions, nawet Freddiego Mercury'ego, a teraz proszę, realizuje się na zlecenie polskiego tasiemca. Facet, który zagrał u Meat Loafa na zajebistym "Blind Before I Stop". Nawet jeśli nie pofajerwerkował i ogólnie bez cudów, swoje zrobił rzetelnie. Podobnie jak wszyscy pozostali muzycy. Zagrali swoje, skasowali za zlecenie i zabrali się za kolejne. Jedynie Meat Loaf wykrztusił serce na talerz. Ale u niego to norma, On tak zawsze. I dlatego słuchałem w tym tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym tej płyty po biel jej rowków, co do dzisiaj wzmaga we mnie kochanie tej muzyki.
Niedawno na nawiedzonym fm zaprezentowałem "Execution Day" oraz soczysty i przy asyście Johna Parra, na pół rock metal "Rock 'N' Roll Mercenaries". Oba numery poszły zszyte, ponieważ z założenia stanowią za monolit, tak je na płycie zapisano i niech nikt nie rozdziela. Szkoda jedynie, iż numer Najemników przepadł na listach kompletnie, a przecież z założenia miał za zadanie walnąć piorunem.
Na dziś dwa inne z tej płyty kawałki. Takie raczej mniej znane. To znaczy znane dla posiadaczy płyt, a nieznane tylko dla tych, którzy polegają na radiu. --- Nastrojowe "Standing On The Outside" - ... jestem solidnie zmęczony samotnością w świecie, który jest tak zimny... --- no i albumowy finał "Rock 'N' Roll Hero". Numer manifest: ... uczyłem się śpiewania ze stosów porysowanych 45-tek ... (...) ... wszystko zawdzięczam r'n'rollowi i nie chciałbym niczego zmieniać ...
to ten historyczny egzemplarz

W słusznym dla "Blind Before I Stop" 1986 roku, wytęskniony egzemplarz przywiózł mi z Niemiec osiedlowy kolega. Darek mu było. Niedawno nawet w szybkim przelocie się minęliśmy. Dziwnie coś to jego "cześć Andrzej" zabrzmiało. Albo stracił zęby, albo ogólnie karoseria już nie ta. Darek zawsze był trochę rozrabiaka, przy okazji podjudzacz, ale żeby dał sobie wybić zęby. Co innego on komuś, ale żeby jemu. Lubił Dareczek wszelkiej maści draki, intrygi, lubił walnąć w mordę, ogólnie czuł błogość, gdy coś się działo. Co ciekawe, nie miał sylwetki, żadnej muskulatury. Żaden z niego napakowany osiłek. Łapki raczej chuderlawe, witki takie, za to był szybki jak diabli. Obskakiwał tych wszystkich osiłków, jak surykatka kobrę. Zanim ci rozmasowali mięśnie, już gęby mieli poobijane. Darek za urodziwy nie był, ale niedostatki natury tuszował modnym ubiorem, raczej odpowiednio kosztownym, w domu miał też niemały rządek dezodorantów oraz wód toaletowych z Pewexu, co już na starcie gwarantowało mu wzięcie u płci przeciwnej. I uwierzcie, popyt na Darka był. Inna sprawa, iż dziewczyny lubią takich bandziorków. Z reguły wolą szelmy od wykształciuchów. Ja chyba też, dlatego trzymaliśmy się razem. Jakoś tak wyszło i całkiem serio się lubiliśmy. Nawet byłem u niego świadkiem na ślubie. Zapewne zadziałała zasada magnesu przeciwstawności. Odmienne charaktery dobrze się uzupełniają. Ale było jeszcze coś, coś czym Darek imponował całemu osiedlu. Chłopak miał dar do organizowania perfekcyjnych baletów, na których zawsze załadowana lodówka, plus kąciki warzywne i cukiernicze. No i najważniejsze - tylko najładniejsze dziewczyny. Inne mogły nie odrywać się od czytania lektur i odrabiania lekcji. Miał też taki oka błysk, który powodował, że te same dziewczyny, którym przy balladkach szeptaliśmy po ciemku do uszek, wcześniej przygotowywały całą imprezę. Zastawiony stół, porządki, odkurzanie, sprzątanko - wszystko na ich głowie. Nakrywały więc serwetki, przyozdabiały je, kroiły w kuchni dobra z Rynku Jeżyckiego na sałatkę, aż wreszcie kolorowały kanapki od gołych kawiorków po dzieła sztuki. Słowem, czad!
No więc, to ten Darek załatwił upragnionego Meat Loafa. Przywiózł jako nowiznę, skasował też jak za pieczątkę, pomimo iż dostałem egzemplarz rozfoliowany, a na dodatek lekko trzeszczący. Mało tego, z racji tylko dobrze znanych Darkowi środowiskowych układów i tylko jemu zrozumiałych kombinacji, po płytę musieliśmy udać się na inny kraniec miasta, gdzie u kogoś na mój odbiór oczekiwała. Kolega często serwował tego rodzaju atrakcje, a niekiedy jeszcze bardziej zaskakujące i nieoczywiste. Bywało, że w miejscach mrocznych, niechętnie uczęszczanych, w których mieniły się przeróżne typy, nie zawsze dobrze nastawione do innych, do tego wszystkiego różne niejasne sytuacje, z rzadka o stosownym czasie, ale... ale jakoś, jak widzicie, żyję.

a.m.


piątek, 21 stycznia 2022

odszedł Meat Loaf (27 IX 1947 - 20 I 2022)

Dopiero rozpoczął się ten dwa tysiące dwudziesty drugi, a już go nie lubię. I na pewno się nie polubimy. Limit złych wieści wyczerpał się już w pierwszych trzech tygodniach od pierwszego położenia igły na rozbiegówce. Na kij mi te wszystkie noworoczne życzenia, skoro sprawdzają się tylko te nielubiane pewniaki.
Odszedł Meat Loaf. Stało się wczoraj, do wiadomości podano dzisiaj. Jeszcze nie otarłem smutku po Burke'u Shelley'u, a tu kolejna taka wiadomość. I co ja mam Państwu napisać, byście dali wiarę, że Klopsik to również widok z góry najwyższej. Eee, tym razem nie zadbam o to. Niech uwierzą niepotrzebujący zbytecznych zapewnień.
Mój absolutnie najukochańszy Teksańczyk spośród wszystkich, jakich zrodziła ta ziemia. Podrasował ten świat kolorami, jakich nie dostąpimy wśród najokazalszych ornamentów. A był taki czas, kiedy liczyła się dla mnie tylko jego muzyka. Liczyła ona, liczył On sam. Ten Głos, plus restrykcyjnie przez naturę reglamentowane cechy, jakimi niesłychana wrażliwość oraz wbita w jego krwioobiegu muzykalność. Takie nienamacalne coś, dostępne tylko nielicznym. Walory, jakich nie da się wykuć na żadnej, nawet najbardziej prestiżowej akademii, a potem już tylko zaliczyć na święty spokój w indeksie.
Do czasu, kiedy usłyszałem Ten Śpiew, najjaśniejszym słońcem było Alpha Centauri, ale nawet ono, plus cały fascynujący niepoukładany kosmos, w trymiga poszły w drzazgi. Klopsik staranował całe moje dotychczasowe myślenie o muzyce, o jej zasadach, ale też o prozaicznym, nudnym świecie, bez krzty pasji zapisywanym w szkolnych podręcznikach. Dopiero w niewoli grzmotu oktaw Klopsika, poczułem obrót ciał niebieskich. Tak tak, nie ma się z czego śmiać. Ja tego gościa pokochałem od pierwszego z wrażenia zakrztuszenia. Pomimo, iż moje początki nastąpiły zdecydowanie po pierwszych i najpotężniejszych sukcesach Pana Marvina Lee Adaya - bo tak mu było naprawdę. Długo po "Bat Out Of Hell", a przecież był jeszcze wcześniej fajny epizod z Tedem Nugentem, a jeszcze wcześniej konfrontacja u boku soulowej Stoney. Ale ale, korzystając z okazji... z tym chwilę wcześniej zapisanym "naprawdę", pozwolę sobie na wtręt. Korciło mnie od dawna. Sprawa wciąż niezałatwiona, więc może przy tej okazji raz a dobrze. Jak mnie wkurza, gdy widzę, kiedy większość moich rodaków notorycznie zapisuje w kontekście podkreślenia autentyczności "naprawdę", jako "na prawdę". Na prawdę to możemy położyć kłamstwo, które z nią przegra. Jednak, gdy chcemy podkreślić prawdziwość/wiarygodność, zawsze piszemy "naprawdę". I błagam, piszmy poprawnie wszystkie te "naprawdę", "naprzeciwko" czy "nawzajem". Przy czym "nawzajem", też według obowiązujących zasad, nie samowolek. Za życzenia dziękujemy, mówiąc: dziękuję, wzajemnie. A nie: nawzajem. Bo nawzajem, to zatkaj się jajem. Nawkuwało społeczeństwo angielskiego, hiszpańskiego, ostatnio nawet chińskiego, a z polskiego zwykła pała.
Wracając do tematu. Był taki czas - lata 1984-86 - kiedy wiele/wielu moich koleżanek/kolegów/przyjaciół, serdecznie miało dość mego pokoiku, domowego gniazdka, w którym niepodzielnie królowały piosenki z trzech szczególnie lubianych płyt: "Bad Attitude", "Blind Before I Stop" oraz "Bat Out Of Hell". To, że znałem z nich wszystko na pamięć, chyba nikogo w tym miejscu nie zaskakuje, ale najgorsze, że nie przyjmowałem do wiadomości innych muzycznych rywali. Teraz po latach mogę się przyznać do klapek, jakie mi Meat Loaf na ślepia założył. Ale jestem mu za nie potężnie wdzięczny i niczego nie zmieniłbym nawet, gdyby matka natura zaproponowała powrócić do "utraconych lat". By coś w nich pogrzebać, może naprawić. Jedyne, co bym zmienił, to prysnął z tej Polski, jak najdalej. Tak nie cierpię tego smutnego, zimnego, pochmurnego i nietowarzyskiego kraju.
No więc, piosenki z powyższych trzech Klopsikowych płyt jarały mnie do najwyższego stopnia wyobraźni - niemal ekstatycznie. Bo całkiem serio zatracałem się w poczuciu rzeczywistości. Teraz wiem, dlaczego nigdy mi w budzie nie szło. Nigdy nie miałem koncentracji względem tematów będących poza obszarem moich aktualnych fascynacji. I tak mi zostało. Dlatego, gdy ktoś przynudza na nieinteresujący mnie temat, po prostu wyłączam się. Oczywiście kulturalnie udaję, że słucham i we właściwym pionie przytakuję głową, jednak w takich chwilach bywam już gdzieś daleko - asteroidalnie błąkając po przestworzach. Zawsze jak najdalej od przyziemnej nudy. Dlatego nie opowiadajcie mi o ogródkach, działeczkach, nabytych furach czy domowych remontach. Na bank przysnę. Mnie to po prostu nie interesuje. Nie jestem typem faceta, którego kobieta zagoni do skopywania działeczki.
Tak się złożyło, że wraz z twórczością Klopsika legitymizuję potężnie dużo kapitalnych wspomnień. No, może neck to neck z Burke'iem Shelley'jem, którego przyszło nam wszystkim pożegnać przed kilkoma dniami.
Meat Loaf od pewnego czasu chorował. Nie krył tego, że nawet poważnie. O bólu, zarówno tym wprost, jak i wobec świata merytorycznym, chętnie dzielił się w mediach społecznościowych. Dźwigał potrzebę kontaktu, więzi, rozmowy, ale też pragnął, by wciąż o nim pamiętano.
Przed laty byłem na Jego koncercie w Berlinie. To kolejne moje złote karty, przepastne archiwa doznań, chwile, których nikt nie wykupi. Nie wy"sold out"uje. Nie pojawi się żaden komunikat, z gatunku "out of stock". Tak, to moje, tylko moje, ale nawet tym tylko moim, chętnie podzielę się, zarówno w tę, jak i niejedną inną niedzielę na moim fm.
Meat Loaf to niemająca granic ekspansja talentu, emanacja piękna, co też w dziedzinie śpiewanego słowa, jakże dziś deficytowa rozkosz estetyczna. Istny Święty Graal wokalistyki, jednocześnie alchemia na tę całą zjebną rzeczywistość. Taka mi z tego wychodzi konstatacja.
Dla showbusinessu Meat Loaf to raczej głównie dobre liczby. Ilości nakładów jego płyt gigantyczne. Już tylko "Bat Out Of Hell" stoi ozdobą płytowych półek w grubo ponad czterdziestu milionach domostw. Takie liczby przemawiają na korzyść. Głównie na korzyść Artysty, choć osobiście liczyłbym na subtelniejsze ich wykorzystanie. Może by więc jakiś z rozmachem tribute koncert, podczas którego muzyczna elita wreszcie wykrztusi z siebie podziw wobec tego przeukochanego pulpecika. Chętnie wysłucham, co ma do powiedzenia cała ta branżówka. Pragnę poznać myśli i uczucia tego na co dzień niedostępnego, zatarasowanego dla szarego luda światka. Kto i co myśli o bliskim mi piosenkarzu, co czuje, i co fajnie byłoby ponad kurtuazję z serca wyłożyć. Tak dawno nikt o nikim nic łapiącego za serducho nie powiedział. Nic, tylko kowid, zgony, a dookoła konflikty i gąszcz nienawiści. Tak mało słońca i zapachu miłości. Niech ktoś wreszcie walnie w ten mur - break down the wall!
Jedna piosenka. Jakaś jedna na dziś. Nie wiem, nie wiem, myślę... Ooo, mam. Na ołtarzu muzyki składam jedną z tych o potężniejszych rozmiarach: "Home By Now / No Matter What". Jakże na tę chwilę pasują usadowione w jej wstępie katedralne organy. Po czym naturalnie wyłaniający się chór. Zmysłowo wypełniający mury z tych starych, czerwonych, zimnych cegieł. W takich miejscach zawsze zimno. Zimno i niepokojąco. Podobnie jak we wszystkich zamkach czy pałacach, bez względu, czy zamieszkałych czy porzuconych. Ale to tylko wstęp do utworu. Niedługi, tak też ledwie chwilę później poczujemy się już bezpieczniej. Bowiem, nie wrzawą, a na spokojnie wchodzi orkiestra, studząc burzliwy wstęp strumykowymi smyczkami i kilkoma pojedynczymi uderzeniami kotłów. Meat Loaf też przysuwa się głosem na góra połowę swych możliwości. Jest uroczyście, podniośle, i nawet bez uczucia niepokoju, do jakiego momentami przymusza liryka ("... wjeżdża grzmot, niebo czarne, zrobiło się jakoś tak ciemno...(...)... przybywa niebezpieczeństwo, och chciałbym, byśmy już wrócili, powinniśmy być w domu, właśnie teraz..."). Obłędne osiem i pół minuty. Uwaga na zawiasy. Co wrażliwszym mogą puścić.
Na razie tyle. Tyle na teraz, na dzisiaj. Dużo do powiedzenia zostało, ale na teraz, tak na szybko, więcej się nie da. Dopadł mnie jakiś mętlik. Bo myślę i myślę o tym Meat Loafie, i trudno napisać coś merytorycznego. Konkrety zostawmy sobie na później. Przede wszystkim do Nawiedzonego Studia. Dla Was, Szanowni Słuchacze.
W najbliższą niedzielę dopowiem się o Meat Loafie, zsuplementuję w temacie Burke'a Shelleya, co też odrobinę radośniejszą nutą otulę jubilata, Kiss'owego Paula Stanleya. Może zostanie nawet trochę czasu dla którejś z kilkudziesięciu innych płyt, jakie zapakuję do torby z myślą o wizycie przy Rocha.

a.m.

 

czwartek, 20 stycznia 2022

z Young Leosią po statuetkę


Pod koniec minionego roku Agencja WiniaryBookings zorganizowała trasę koncertową Young Leosi, zakończoną pełnym sukcesem. Wszystkie bilety wyprzedane. I jak to młodzi w takich wypadkach mawiają: zarobione w chuj. Patronat medialny sprawowało Canal+. Parokrotnie - na rożnych filiach stacji - retransmitowano finałowy koncert z warszawskiego Torwaru, na który ostatecznie wbiło ponad sześć tysięcy ludzisk. Fakt, nie moja to muzyka, nie moje emocje, jednak po ojcowsku zwyczajnie cieszy sukces mego Tomka, jak również jego booking partnera, Bartka Stobińskiego. Gratuluję!
Już wkrótce, jakoś w lutym, kolejne coroczne rozdanie nagród Empiku. WiniaryBookings wraz z Young Leosią zostali nominowani. Nie wiem, jak to się odbywa, ale chyba chłopaki pojadą na galowo do tej Warszawy. I oby chapnęli statuetkę. Wyjawiam taką nadzieję.

a.m.