czwartek, 20 stycznia 2022

Siedemdziesiątka Paula Stanleya

Paulowi Stanley'owi właśnie stuknęła 70-tka. Tylko najlepszego dla mojego ulubionego Całownisia od Nawiedzonego Studia.
Właśnie słucham jego ostatniego, coverowo-premierowego "Now And Then". Świetna rzecz. Paul na soulowo jest równie namiętny, co w mniej drapieżnym obliczu Kiss. Bo ten hałaśliwszy resort grupy nieźle reprezentują jego pozostali kamraci, z Genem Simmonsem na czele.
Wspaniały głos, przyjemna osobowość, szling szlang aparycja, no i rzecz jasna - nieocenione chwile, jakie dała mi twórczość tego Pana. Szkoda, że tej chwili nie doczekał jego Ojciec Williem. Przeuroczy Staruszek, który odszedł w ubiegłym roku w wieku niemal 102 lat! W takich okolicznościach życzyć jego pacholęciu stu lat, graniczyłoby wręcz z nietaktem. Niech zatem Paul żyje dłużej, jeszcze raz dłużej, jak najdłużej!

a.m.

środa, 19 stycznia 2022

co tam fani

Szkoda, że polski dystrybutor nowej płyty Magnum "The Monster Roars" nie rozumie fanów tej muzyki i przetrzymuje ich z polską premierą. Od trzech tygodni ciągnąca się inwentura (co oni tam takiego mają?) pozbawia nie tylko moich Słuchaczy dostępu do lubianej grupy w dniu światowej premiery ich najnowszego dzieła (14 stycznia br.), co tym samym wypadamy z szyn zasad funkcjonowania rynku płytowego. W końcu po coś się te premiery ustala. Swój egzemplarz zamówiłem już pod koniec grudnia ub. roku, w nadziei, że może dla gorących nowości zrobi się jeden czy drugi wyjątek i uruchomi kurierską machinę. Ale nie, nic z tego. Zapomnijmy. No cóż, szkoda. Wielka szkoda. A jeszcze większa, że ta zazwyczaj prężnie działająca firma, nie jest jednak w stanie wygospodarować przynajmniej jednego pracownika do realizacji tych zamówień. Tacy tam wszyscy zapracowani. Na całym świecie nowi Magnum od paru dni w sklepach, ich album wbił już nawet na listy przebojów, u nas zaś wciąż kisi się w magazynie pod Krakowem. Oto kolejne zwycięstwo polskiej papierologii. Ale grunt, że w ostatecznym rozrachunku zgadzać się będzie forsa, a co w naszej kulturze najważniejsze - papiery. Co tam fani. Poczekają. Niech nie marudzą i wyczekują potulnie "szczęśliwego" dla nich dnia.
Dziwi cała ta sytuacja, albowiem głównie dla nich wciąż jest sens handlu nośnikami. To ci ludzie utrzymują tych płytopodawców, ponieważ nadal pragną muzyki na fizycznym nośniku. Może by tak częściej o nich pomyśleć? - dopóki jeszcze są.

a.m.

 

poniedziałek, 17 stycznia 2022

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 16/17 stycznia 2022 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań








 

"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, 16/17 stycznia 2022 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

W wieczorno-nocnym paśmie mojego fm dużo Budgie. Miało być więcej, ale okay, i tak nie jest źle. Zsuplementuję się za tydzień, być może też za dwa, wówczas dopnę ostatni guzik satysfakcji.
Żegnanie Burke'a Shelleya nie kolidowało z posłuchaniem dwóch ubiegłorocznych zaległości - zgrabnie utkanej kompilacji Darka Kozakiewicza oraz pełnego mocy koncertu Micka Fleetwooda z przyjaciółmi w hołdzie Peterowi Greenowi. Celebrowanie zasług pierwszego namiętnego blues-wymiatacza Fleetwood Mac odbyło się jeszcze za jego życia. Przypomnijmy, koncert z London Palladium odbył się w lutym 2020, a Artysta odszedł pięć miesięcy później. Niestety Green nie wystąpił na swym benefisie, na szczęście zaproszeni goście nie dali plamy. Słucha się świetnie. I Szanownym Państwu też się podobali wczorajsi bohaterowie - Steven Tyler, Billy Gibbons, Rick Vito oraz David Gilmour. Oczywiście będzie ciąg dalszy, wiadomo. Przed nami kolejne "zmagania" ze starą klasyką Fleetwood Mac (głównie ich trzy pierwsze albumy oraz single). Do mikrofonów dopuścimy gitarowe wianki Kirka Hammetta czy trochę wyciszonego ostatnimi czasy Jonny'ego Langa.
Na tym bluesa nie koniec. Kilka nut dorzucił Bernie Marsden. Ex-Whitesnake'owiec tym razem nie w coverach, a dwóch własnego autorstwa instrumentalach. Fajnych, acz szkoda, że nieco przykrótkawych. Facet wielu możliwości, ale chyba z zastawką bluesa w sercu. Pograł jak natchniony. A tu jeszcze do stolika Marsdena, na moment przysiadł się Joe Bonamassa. I to od razu ze swoją najlepszą płytą "Driving Towards The Daylight". Niewiarygodne, to już dziesięć lat. A dopiero stałem za nią w kolejce. W eter poszedł cover Emore'a Jamesa "Who's Been Talking?" - z cudownie wymyślonym intro, gdzie w formie przedmowy przysłużył się archiwalny głos pierwotwórcy tego numeru, którego najnowsze wcielenie w wydaniu Marsdena serwowałem przed tygodniem. Żywię nadzieję, że niczego nie przegapiamy i pomimo późnej pory słuchamy tak energetycznej muzyki zupełnie, jak za białego dnia.
Powróciłem do Big Country. W nocy zaprezentował się mój numero uno album Szkotów - "The Seer". Płyta genialna. Powinna pójść od deski do deski, z całą dziesiątką tracków, ale wiadomo - czas, jeszcze raz czas.
W trochę innej folk-rockowej konwencji dorzucili się Dare. Ekipa Darrena Whartona na terytorium wyspiarskiego, osadzonego w tradycjach kultury rocka, lubi pograć bardziej rozmarzenie, niekiedy wręcz szantowo. I trudno się od tego piękna oderwać. Niebawem nastanie kolejna okazja nabalsamować się nutami tej bez napinki przecudnej grupy, na której czele dawny klawiszowiec Thin Lizzy. W piątek, 1 kwietnia, na świat przyjdzie nowa ich płyta. Jej tytuł "Road To Eden". Zapiszmy w kajetach. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś lub coś spróbowało odwrócić naszą uwagę. Materiał tworzył się w walijskich górach, gdzie znajduje się studio nagraniowe Darrena Whartona, co stoi gwarancją jakości. Nikt przy zdrowych zmysłach w takich okolicznościach natury rapem nie rzygnie. Będzie dobrze, zobaczycie Drodzy Państwo. Masłowskiego przeczucie nie myli, a i stary nochal też na posterunku.
Wczoraj Dare zmącili fale eteru dwoma klejnotami ich ostatniego jak dotąd "Sacred Ground" (nie licząc remake'owego "Out Of The Silence II") - kawałki: "Every Time We Say Goodbye" oraz "Days Of Summer" ("... w moim sercu wciąż tkwi lato. Zawsze będę pamiętać dni, kiedy leżeliśmy w jego świetle, a nocą stawaliśmy się statkami porywanymi przez wiatr wgłąb morza ...").
W odniesieniu do Budgie, Nawiedzone Studio również doceniło inne trójkomitywy rocka - Kanadyjczyków z Rush oraz Triumph.
Trochę na moment odpuszczając skoncentrowane na gitarach, basie oraz garach granie, odetchnienia poszukaliśmy u Eddi Reader - i tutaj jej wyborny drugi solo album. Trochę przyblakła u nas popularnością była frontmanka Fairground Attraction jest właścicielką obłędnego głosu, a i kompozycje też nie od macochy. Również lejce rocka poluzował David Cassidy. Legendarny piosenkarz, niegdyś wielka sława, a dla mnie o tyle też ważna postać, iż to jeden z synów (obok innego, równie popularnego niegdyś Shauna) Jacka Cassidy'ego - fenomenalnego !!! aktora, którego wielbię przede wszystkim za trzy (do spółki z Peterem Falkiem) główne role w "Columbo": "Morderstwo z książki" /1971/ - w reżyserii Stevena Spielberga, "Pisz albo giń" /1974/ oraz "Wielki Santini" /1976/, gdzie jako były SSman wcielił się w występującego w ekskluzywnym lokalu iluzjonistę. Ta ostatnia rola była jego albo ostatnią, albo jedną z ostatnich. Maestro zmarł jeszcze tego samego, 1976 roku, po tym jak zmęczony wrócił do domu i przed pójściem lulu zapalił papierosa, z którym zasnął, a kiedy się zorientował, było już niemal za późno. No właśnie - niemal ! - albowiem, gdyby w zaistniałym chaosie obrał kurs ucieczki w przeciwnym kierunku, najprawdopodobniej uniknąłby swego spopielenia. Ogromna strata, Jack nie dożył nawet pięćdziesiątki. Jego dobre nazwisko kontynuowali w piosenkarstwie właśnie David oraz Shaun, i oboje w swoim czasie dorobili się statusu mega gwiazd. W tym, obok The Osmonds, Bay City Rollers czy Jackson Five, byli jednymi z teen idols schyłku 70's. Szkoda tylko, że Davida ostatecznie wykończył alkohol plus trapiąca, w całkiem przecież niestarczym jeszcze wieku, demencja. Wczoraj trzy piosenki. Niegdyś potentatowe przeboje, które na "Then And Now" nabrały nowych odzień. Ten potężnie urodą przypominający swego ojca Artysta, nagrał na tego długograja mnóstwo starych i jeszcze starszych piosenek, dając im drugą młodość. A trzecią nadałem ja w moim Nawiedzonym Studio.
Do poduszki miało pójść żywiołowe "Save Me" Big Country, jednak po raz pierwszy tego dnia zbuntował się cd-player, no i szlag by go trafił. Niech się wreszcie rozsypie raz a porządnie (byle nie na mojej audycji) i niech go już nie widzę. Nie znoszę typa i tych jego cotygodniowych grymasów. W zaistniałej sytuacji szybka roszada, wylot z szuflady "Save Me", w to miejsce plan b, czym Supertramp i ich "saksofonowa" petarda "My Kind Of Lady". Chyba miałem przeczucie, by mieć ją pod ręką. W ogóle tych przeczuć mam nieco więcej, a potem każdego tygodnia dźwigam wielokilogramową torbę z pięćdziesięcioma kompaktami, z których zazwyczaj selekcjonuję piętnaście, a przy dobrych wiatrach dwadzieścia.

jedna z not
Dzięki za wspólnie spędzony czas. Już teraz na samą myśl, że pobędziemy razem również w kolejną niedzielę, padam do Państwa Szanownych stóp.
Do usłyszenia ...

 

RUSH "Signals" (1982)
- The Analog Kid
- Subdivisions

BUDGIE "The Definitive Anthology - An Ecstasy Of Fumbling" (1996) - kompilacja Repertoire
- Homicidal Suicidal - {oryginalnie na LP "Budgie" /1971/}
- Nude Disintegrating Parachutist Woman - {single version /1971/}
- I Turned To Stone - {oryginalnie na LP "Nightflight" /1981/}

METALLICA "Metallica The $ 5.98 EP - Garage Days Re-Revisited" (1987)
- Crash Course In Brain Surgery - {Budgie cover}

BUDGIE "You're All Living In Cuckooland" (2006)
- We're All Living In Cuckooland
- Love Is Enough

DARE "Sacred Ground" (2016)
- Every Time We Say Goodbye
- Days Of Summer

BIG COUNTRY "The Seer" (1986)
- Look Away
- The Seer - {featuring KATE BUSH}
- Eiledon

MICK FLEETWOOD & FRIENDS "Celebrate The Music Of Peter Green And The Early Years Of Fleetwood Mac" (2021)
- Oh Well (Pt. 1) - {w rolach głównych STEVEN TYLER oraz BILLY GIBBONS}
- Oh Well (Pt. 2) - {w roli głównej DAVID GILMOUR}
- Love That Burns - {w roli głównej RICK VITO}

BERNIE MARSDEN "Chess" (2021)
- Lester
- Johnny

JOE BONAMASSA "Driving Towards The Daylight" (2012)
- Who's Been Talking? - {Howlin' Wolf cover} - kompozycja Chester Burnett, czyli Howlin' Wolf

DARIUSZ KOZAKIEWICZ "Krokodyl - 50 Lat Na Scenie" (2021) - kompilacja
TEST - Płyń Pod Prąd - {oryginalnie na albumie TEST "Test" /1974/}
DARIUSZ KOZAKIEWICZ - Henio Na Wczasach - {oryginalnie na singlu /1981/}
WOJCIECH KORDA / DARIUSZ KOZAKIEWICZ - Wszystko Się Powtarza - {oryginalnie na albumie WOJCIECH KORDA / DARIUSZ KOZAKIEWICZ "Radości I Smutki" /1991/}

DAVID CASSIDY "Then And Now" (2001)
- How Can I Be Sure
- I Woke Up In Love This Morning
- Cherish - {The Association cover}

EDDI READER "Eddi Reader" (1994)
- Patience Of Angels
- Dear John


BUDGIE "Deliver Us From Evil" (1982)

- Flowers In The Attic
- Give Me The Truth
- Finger On The Button
- Hold On To Love

TRIUMPH "Just A Game" (1979)
- Just A Game

SUPERTRAMP "... Famous Last Words ..." (1982)
- My Kind Of Lady


Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 


sobota, 15 stycznia 2022

chwile szczęścia

Miałem w bloku kolegę, którego muzyka średnio pociągała, za to jego starszy brat posłuchać lubił. Janusz mu było. Tak mu staruszkowie nadali. Ale to nie taki Janusz, jak ci obecni od Grażyn. No więc Janusz, miał oczko na Budgie. Był taki moment, że ich muzyka nie wychodziła z kaseciaka. Przy jego wibracjach chłopak odrabiał codzienne szkolne nudy. Dzięki temu, że gościłem regularnie w domu obu bracholków, systematycznie, acz zdecydowanie na kursach przyspieszonych, poznawałem twórczość Papużki. Głównie tej najstarszej. Janusz najchętniej upajał się walorami pierwszych pięciu albumów. Czyli twórczością do longplaya "Bandolier". Do ostatniego nutowego zapisku, czym dwufazowy "Napoleon Bonaparte". Tutaj jako "Napoleon Bona Part One / Part Two". Jakże fajna gra słów. U Budgie był to zresztą dość częsty element. Gra słów, a jeszcze częściej różnego rodzaju dziwaczne tytuły nagrań. Weźmy parę przykładów: "Rape Of The Locks", "You're The Biggest Thing Since Powdered Milk", "Hot As A Docker's Armpit", "In The Grip Of A Tyre Fitter's Hand" czy "Don't Dilute The Water". Nikt chyba z fanów nie potrafił przekuć ich na prozę życia, no ale kto by się tym przejmował. Liczyła się muzyka, a ta dawała popalić. Budgie osiągnęli ten sam poziom, co Black Sabbath, Rush, Uriah Heep lub Led Zeppelin. Z jedną różnicą, tamtych w świecie znali wszyscy, Budgie jedynie garstka najzagorzalszych zapaleńców. I jakimś trafem, w tej smutnej Polsce tych zapaleńców było więcej. Przynajmniej choć u nas mieli publiczność, na jaką zasługiwali. I co ciekawe, nie mogli na taką liczyć w żadnym innym socjalistycznym padalstwie. Czy to Czechosłowacji, ZSRR, NRD, czy choćby - poza ładnym położeniem geograficznym - pod absolutnie każdym względem, czy to artystycznym, czy sportowym, czy osiągnięć technologicznych, w nieudacznej Bułgarii. W 1982 roku Walijczycy słusznie przekonali się o statusie gwiazdy, jaką mieli jedynie u nas. Bo nawet w tej bogatszej, otwartej na sztukę Europie, kojarzono ich przez lunetę. Ledwie troszkę Niemcy, może jeszcze garstka Brytyjczyków, i na tym koniec. Nikt więcej. Nie jestem typem zaślepionego patrioty, ale faktycznie tylko Polska w docenieniu Budgie spisała się na medal.
Niedawno w socialmediach zahaczyłem perkusistę, Steve'a Williamsa. Zapytałem, "pamiętasz występy z Johnem Thomasem i Burke'iem Shelleyem w sierpniu 1982 w Polsce?" -- "czy pamiętam?" ...i poleciał dalej: "... przecież to najwspanialsze chwile mego życia. Jak mógłbym zapomnieć". Przyznam, wnet przemknęły po mnie mrówki. Lubiane uczucie podskórne, niestety w moim wieku coraz rzadziej występujące.

Jedyna agencja koncertowa tamtych lat - Pagart, zorganizowała Budgie ówczesną masywną trasę po Polsce. Po wszystkich największych miastach. No, może prawie wszystkich. Grupa dotarła wszędzie tam, gdzie mieliśmy odpowiednie do koncertów warunki. Hale tysięczniki, w sensie wielotysięczniki. Poznańska Arena spełniała oczekiwania na circa pięć tysięcy miejsc. Do ścisku i strugów potu ludzie wbijali, jak do oazy szczęścia. Wiedzieliśmy wszyscy, że weźmiemy udział w historycznym wydarzeniu. Występie, które zapisze się w pamięci, nie tyle na lata, co wieczyście. I choć po latach Poznań ugościł grupę jeszcze dwukrotnie, były to już jedynie skromniutkie koncerty klubowe (choć jeden z nich przy gitarowym udziale gigantycznie dobrego Craiga Goldy'ego!), fajne, ale tylko fajne, nic więcej. Bez magii, bez oddechu potężnych płuc hali koncertowej i bez wytęsknionych oczu, napalenie wypatrujących swych bożyszcze. Typowe koncerty nowych czasów, których odbiorcami nasycone żołądki, ładne, posprzątane posesje, a na parkingu przed klubem, do czasu powrotu właścicieli, grzecznie wyczekujące ich wypasione fury. Ot, subtelna różnica. Te drogie fury z jednej strony, a ówcześni umordowani fani, których sprasowanych dowoziły pod Arenę upchane po niedomykające drzwi bimby, stoją synonimem autentyczności.
Owego dwunastego sierpnia jedynie luz był przy rozgrzewających Easy Rider. Później mnie wessało pod scenę i już nie próbowałem nawet na siusiu, bo miejsce nie do odzyskania. Nie dostąpiłem idealnego widoku, a z lekkim odbiciem na prawo, ale i tak miałem całą trójkę jak na dłoni. Tyle, że w sąsiedztwie ogłuszających głośników Peavey. A było tak głośno, że całkiem serio brałem pod uwagę utratę słuchu. W najlepszym układzie jego trwałe pogorszenie. Do głuchoty jeden krok, a tu jeszcze oszalały, napierający, bezlitosny tłum. Przewrócisz się, po tobie. Stratowany. Nikt by nie zauważył. Złapanie tchu? - zapomnijcie. Tlenem była tylko muzyka. Jedynie ona pozwalała oddychać. Poza nią, już tylko zapach spoconych ciał oraz przemoknięta do ostatniej suchej nitki koszulka z logo grupy Krzak (konkretnie: Krzak blues rock band), którą zakupiłem na chwilę przed koncertem przy stoisku z t-shirtami. Nie były to jeszcze czasy dające możliwość kupna koszulek Budgie, a co dopiero ich płyt. Nie funkcjonował u nas rynek. Brak wymiennej waluty nie kalkulował żadnej zachodniej gwieździe rocka pozbywać się cennych gadżetów. A ciśnienie na towar było. Gdyby przybysze zza żelaznej kurtyny zabrali ze sobą z tysiąc winyli, sprzedaliby tamtego dnia w rozgrzanej do czerwoności Arenie ze dwa i pół, albo nawet trzy. Że też żaden durny Tonpress czy inne powsinogi Polskie Nagrania, nie szarpnęły się na licencyjnego longplaya Papużek. Na kraj poszłoby dwieście/trzysta tysięcy, i jeszcze trza byłoby dotłoczyć, bo przecież część nakładu opanowałyby domy kultury zaprzyjaźnionych państw, różne międzynarodowe ohapy - w sensie obozy OHP. Na pocieszenie był tylko Tonpress'owski singielek. Na stronie A "I Turned To Stone", na B "She Used Me Up". Oba numery z wciąż jeszcze aktualnego LP "Nightflight". Ciekawe, kto z Was ma wadliwy egzemplarz, z przyciętym gitarowym solo Thomasa w "I Turned To Stone"? Była krótka seria, samemu kiedyś mi się trafiło. Ostro głupi byłem, że dla poprawnej, odpowiednio długiej wersji nagrania, tamtą "wadliwą" wypuściłem w ludzi. Obecnie to skarb! No, ale w PRL nie myślało się kolekcjonersko, tylko człek pragnął dogadzać sobie nutami. Wkurzał się więc, gdy z racji wydawniczego niedbalstwa ich brakowało.
Mógłbym jeszcze napisać, jak kupowałem w Wawrzynku gorącą nowiznę "Deliver Us From Evil" - za pięć tysiaków. Nie pamiętam, ile licealnych zaskórniaków musiałem odłożyć. Na pewno wszystko od Babci, różnych ciotek oraz z Wawrzynkowych interesów. Na jedną płytę poszły wszystkie zasoby. Nie na nowe z Pewexu portki, lepsze szlugi, puszkowego Heinekena lub drogie pachnidła. Wszystko pochłonięte w chwilę na wymarzonego longplaya, bez którego po prostu nie mogłem żyć. Pamiętam tę chwilę, jak dziś. Moment, kiedy odpicowany w czarną skórę, z ułożonym fryzem na żel jegomość, otworzył skórzaną teką, z której na stół co moment lądowały same pieczątki (pieczątka, czyli zafoliowany egzemplarz). Tylko nowe, nowizny, pachnące jeszcze fabryką tytuły, na świeżo przywiezione z zagranicznych wojaży. Nieważne, czy nowe albumy Iron Maiden, Jethro Tull czy Roda Stewarta, każda po tyle samo, po pięć patoli. Równe stawki. Mój wzrok wpatrzony w torbę i dłoń pociągającą za sznurki. Co rzut, pięć czy dziesięć płyt, rozbieram wzrokiem okładki, ale niestety nie ma wymarzonych Budgie. Facio wyłożył już dobrych pięćdziesiąt tytułów, i wciąż nic. W końcu nie wytrzymałem: jest nowe Budgie? Wnet nastała cisza, błyskawicznie handlarz dał nura do torby ze skarbami. Rył w jej wnętrzach po okładkowych grzbietach szybciej, niż obecne czytniki do paskowych kodów. Po chwili, bez jednego słowa, z twarzą pokerzysty jego dłoń podsunęła pod mój dziób okładkę z błagalnie złożonymi dłońmi ściskającymi żółty kwiat wolności, na którym upragnione znajome logo Budgie oraz wymowny tytuł: "Deliver Us From Evil" . Dzieło wzywało do pokoju na świecie. Nakazywało: odstawcie broń, zdemilitaryzować koszary, otworzyć okna, przewietrzyć zło. A co jeszcze piękniej wyrażało usadowione w finale "Hold On To Love" - zatrzymaj miłość. Dlaczego nie chcesz jej zatrzymać? Zachowaj płonący ogień życia. Daj mu wszystko, co możesz. Ile? - zapytałem retorycznie. Wszak, jako giełdziarz świtałem odwieczną nadzieją, że skoro ma gębucha każdemu w Wawrzynku znana, może więc uda się ze stówę, może nawet dwie szczęśliwie wyrabatować. Ale nie nie, jeszcze raz nie. Nie ma zmiłuj. Twarde warunki gry. Dla każdego równe. Piątka - usłyszałem. Bez szemrania wyciągnąłem z tylnej kieszeni dżinsów uskładaną tygodniami piątkę, po czym szybko chapnąłem winyl, by czasem ktoś mnie nie przebił. Zawsze mógł się przecież znaleźć podobny napaleniec, który przebiłby ustaloną stawkę i dopiero byłoby po mnie. Centusiowanie nie popłaca. Płyta pod pachę i od razu do domu! Nie było już czego tamtej niedzieli szukać. Niczego lepszego nie miał prawa nikt tamtej niedzieli zaoferować. Sami widzicie Drodzy Państwo, jak wyglądały niektóre moje chwile szczęścia. Mam je zachowane. Są zalaminowane i zabezpieczone przed ewentualną biodegradacją. 

a.m.


piątek, 14 stycznia 2022

rządzą Budgie


Słucham różnych rytmów, ale od minionego wtorku najwięcej Papużki. Wspaniałe granie, masa wspomnień. 

a.m.

środa, 12 stycznia 2022

odszedł Burke Shelley (10 IV 1950 - 10 I 2022)

Odszedł Burke Shelley. Nie do uwierzenia. Wiadomość z gatunku tych nie do przyjęcia. Mój absolutny numero uno najwspanialszych młodzieńczych lat.
Ostatnio mocno chorował. W dwa tysiące dziesiątym ratowano mu nawet życie w wejherowskim szpitalu. Trza było bezzwłocznie zoperować u Mistrza tętniaka aorty, a Shelley był bardzo wdzięczny opiekunowi lekarzowi, który jak się wkrótce okazało, deklarował się jego fanem.
Pomimo zdrowotnych perturbacji Budgie wciąż oficjalnie istnieli. Głównie na papierze, ale to zawsze stało jakąś nadzieją. Grupa nie była w stanie kontynuować koncertów, nagrywać nowego materiału, choć wielu z nas wciąż wiązało z tym spore nadzieje.
Cudowny wokalista, cudowny basista, cudowny człowiek. Mój bohater. Nie tylko dawnych lat, chociaż faktem, iż na ówczesnego szesnasto-osiemnastolatka, muzyka pod jego przywództwem działała wyjątkowo, obecnie nie dając się ująć słowami.
Podziwiałem umiejętności wielbionego Walijczyka nie tylko z płyt, ale też podczas trzech koncertów. Wiadomo, z uczuciem mrowienia wspominam szczególnie ten pierwszy - z 12 sierpnia 1982 w poznańskiej Arenie. Cóż za chwile! Nie opiszę po latach, jak rwało mi serce. Przecież Budgie zaliczałem do tych najważniejszych. I to są niezapomniane chwile z życia, moje, tylko moje wspomnienia. Nikt mi ich nie odbierze, nie skasuje, nie przeceni, nie wrzuci do kosza z wyprzedażami.
Jaka szkoda, że nigdy w swoich audycjach nie pograłem tylu numerów Budgie, ile chciałem i na ile ta grupa zasługuje. Zawsze jednak ogranicza czas, nawet jeśli nie mam go wcale tak mało. No i taki dymek z tyłu głowy, że jednorazowa dawka trzech/cztrerech albumów, na którą akurat miałbym jakiejś niedzieli ochotę, może okazać się zbyt duża. Być może nawet powodująca u Słuchacza znużenie. A moją rolą jest każdego przetrzymać do tej drugiej po północy. Zresztą, propagacja fal radiowych najlepsza jest nocą, ponieważ nie zagłusza ich Słońce. Każdy astrofizyk się ze mną zgodzi.
Z dniem dziesiątym stycznia tracę Burke'a bezpowrotnie. Jego ciało spopielimy, a dusza przejdzie do stanu wiecznego niebytu. Do nicości. Do ciemni i głuszy. Być może przy odrobinie szczęścia zahaczy o przestworza, jak prochy Randy'ego Vanwarmera. Artysty, który umiłował kosmos do tego stopnia, że zamarzył w nim spocząć.
Po Burke'u Shelleyu pozostaną dzieła zapisane, dobre o nim myśli, podobnie jak wryty we mnie zapach tamtych traw, szumiących beztrosko drzew, ale i twarze dawnych ludzi, plus sytuacyjność z nimi powiązana. I jest jeszcze takich trochę ruchomych kadrów, w których głównych rolach niespełna siedemnastoletni ja plus niezapomniana płyta "Nightflight", taka z pomarańczowym labelem RCA. Tak tak, właśnie ten konkretny egzemplarz, przywieziony na moją prośbę z letniego pobytu w Szwecji przez pewnego kolegę, Łukasza. Każdego roku chłopak odwiedzał w tamtych rejonach Europy swego ojca, i pewnego razu zapytał, czy mam jakieś życzenie. A jakie ja mogłem mieć? No i pewnego dnia zrobił się mały gwar w moim otoczeniu. Łukasz wrócił i przywiózł płytę. Jedynie tylko, jak na złość tego ważnego dla mnie dnia, jakoś nie mogliśmy na siebie wpaść. Po otrzymaniu wieści, że mnie bezskutecznie poszukuje, pobiegłem na sąsiednie osiedle, gdzie mieszkał na jednej z wyższych kondygnacji dziesięciopiętrowego wieżowca, aż po wbiegnięciu po schodach (zawsze unikałem wind) stanąłem u drzwi, zadzwoniłem, po chwili otworzyła jego Mama, spojrzała na mnie nieufnie i szybko ucinając ewentualną dyskusję oznajmiła, że jej syna nie ma obecnie w domu. Nie dałem za wygraną i jeszcze tego samego dnia udało nam się spotkać. Wyglądało to mniej więcej tak: "cześć Luki, byłem u ciebie" --- "aaa, a więc to ty. Mama mówiła, że był u mnie jakiś chłopak o nieprzyjemnym wyglądzie". Cóż, on z porządnego domu, zawsze modnie ubrany, wypachniony, a ja hipis jakiś. Dla wielu tym podobnych mamusiek zwykły ćpun. Nie przeszkadzało mi jednak. Nie zależało mi na ocenie dźwiganej powierzchowności, surowo ocenionej przez panią snującą się po domu w paputkach na białych dywanikach. Najważniejsze, że Luki przywiózł utęsknione Budgie. Kosztowało majątek, ale co tam. Kichać. Tego, co kochamy nie przeliczamy. Niech wiedzą poznańskie sknerusy, że marzeń nie da się wycenić, na nic przeliczyć i nieźle obłowić.
Nieco później był słynny osiedlowy ogródek. Taka nasza meta. Czasem odwiedzali nas w nim milicjanci. Nigdy nie mieli jednak żadnego haka. Nic sobie z nich nie robiliśmy, choć mowa o czasach, kiedy do szkiełów każdy raczej respekt miał. Z tym właśnie ogródkiem graniczyła słabo zabezpieczona rozdzielnia prądu. Ta kiepsko odpicowana buda miała nawet zainstalowane gniazdko kontaktowe z zewnątrz. Wbijaliśmy się w nie zatem, gdy tylko zachodziła potrzeba. I te szwedzkie "Nightflight" też było jedną z nich. Pewnego razu przyniosłem do podłączenia w tym gniazdku takie straszydełko "Artur". Gramofon na krystalika, nie wymagany diament. Typowa orka do winyli. Ale kto by się tym przejmował. Odpaliliśmy i grunt, że zagrało. Na dworze. Ale czad. Słuchaliśmy na maksa i dokonywaliśmy akrobacji. Każdy kimś był. Ten bębniarzem, tamten gitarzystą, a dziewczyny publiką. Piszczały i krzyczały, jak u Beatlesów. Ja w przypadku Budgie zawsze byłem Burke'iem Shelleyem. Bo raz - znałem rytm, a dwa - wszystkie teksty. Oczywiście fonetycznie, wiadomo. Kompletnie nie znając ich znaczenia. W tamtych czasach mało kto tłumaczył teksty, prawie nikt nie znał anglika. Muzyka była wyobraźnią. Interpretowało się ją na swój sposób. I to właśnie było przepiękne. Obecnie każdy młodziak zna angielski jak polski, ale co z tego?, skoro muzyka nie jara ich, albo w ogóle, a już na pewno nie tak, jak nas wtedy. I tu tkwi moja/nasza przewaga. Na tym to wszystko polegało. My czuliśmy każdy wers, każdą nutę, nie znając języka. Ale każdy wiedział o co chodzi. Byliśmy owinięci złotymi nićmi miłości do muzyki. Rozumieliśmy ją mimo językowych barier. Lewitowaliśmy, tańczyliśmy, a kiedy sztuka tego wymagała, karki grzywom nadawały trans.
To tylko jeden z kadrów mego "papużkowego" życia. Było ich więcej i nawet mógłbym po kolei opisać, tylko po co? Kartka właśnie się kończy, a współczesnego człowieka nie bardzo takie historie obchodzą. Żyjemy w epoce, w której wszyscy wszystko wiedzą. A jeśli czasem nie, to zawsze jest internet i da się w ćwierć sekundy "Budgie" wygoogle'ować, po czym migiem dowiemy się, że ci pochodzą z Cardiff, działali w takich a takich latach, nagrali tyle płyt, natomiast przez skład przewinęli się tacy, nie inni muzycy. No i że w Polsce to oczywiście "Parents" plus "Alison", bo pewnikiem, jak między Odrą a Nysą kochają ballady, albo pieśni innego typu ściskające serce. Prawdą też, że "Parents" ma dobry tekst, odpowiednią dramaturgię, śliczną melodię, wrażliwy śpiew Shelleya i co nie tylko. Żałować można, iż takich elektro-encyklopedii nie redagują jednak ludzie, którzy niekiedy do istotnych faktów dorzucą szczyptę emocji. Wszak Budgie to przede wszystkim emocje, potem encyklopedia. Nie na odwrót. Papużka to szczególne coś, wyjątkowy zespół, którego nie da się tak oto zbyć, odfajkować, na kolanie odsłuchać, i zaliczone. O nie. Zbyt przepiękna grupa to jest. A raczej, była. Muszę przywyknąć do mówienia w czasie przeszłym.

a.m.


poniedziałek, 10 stycznia 2022

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 9/10 stycznia 2022 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań









"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, 9/10 stycznia 2022 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

Za ten nowy rok napiłbym się z Szanownym Państwem, jednak jako radiowca obowiązuje mnie tajemnica wizerunkowa. Pozostaje zatem sprawdzona korespondencja pisana, na podstawie której, kto wie, być może wydam kiedyś "sms'owo/mailowe myśli zebrane".

Niedawny mój wpis na blogu w temacie recyklingów oraz biodegradacji wywołał zaskoczenie, a nawet zapytania, skąd we mnie taka potrzeba? Od dawna sztacham się astrofizyką, więc po przebyciu Drogi Mlecznej nie dostrzegam szans na uratowanie naszej Planety. Bo Szanowni Państwo, nie uchronimy Ziemi przed zmianą klimatu, jej zaśmieceniem czy nieprzychylnymi technologiami, choćby nie wiem co. Ta machina nie do zatrzymania. Niestety na horyzoncie odkrytych ośmiu planet, plus wszystkich towarzyszących im karłów, planetoid, księżyców, kamlotów, gazów czy zmarzlin, nie znajdziemy nawet skrawka przychylnej bryły, którą dałoby się osiodłać. Być może za czas jakiś człowiek posiądzie taką moc, lecz póki co, każdemu w komitywie czy z osobna, pozostaje tkwić na naszym niebiesko-zielonym pomniku twórczości natury.
Na odkrycie życia w kosmosie wciąż chyba nie jesteśmy gotowi. Trzeba by od nowa napisać historię, jednocześnie zapominając o starych traktatach naukowych. Takie odkrycie zburzyłoby wszystko, włącznie z chwiejnymi i na wątłych nogach zasadami, a nawet religiami. Inna sprawa, że przecież faktycznie wydarzyć może się wszystko, wszak jesteśmy częścią ogromnej społeczności, a nieprzerwanie uruchamiane sondy i satelity stale odsłaniają nowe.
W kosmosie nic nie jest takie, na jakie wygląda. Wszechświat jest pełen złudzeń i pułapek, a ludzka wyobraźnia do kilkudziesięciu lat wstecz rozpalała w nas nadzieje na życie, czy to na Marsie bądź w objęciach Wenus. Mamy szczęście żyć w przełomowych czasach i śledzić gigantyczny postęp niemal każdego dnia. Musimy zdać sobie sprawę z przywilejów, jakie dostarczył nam przełom najświeższych dziejów. Nauka i przemysł to przecież ostatnie sto lat. Wcześniej były konie, woły, wozy drewniane. Podobnie jak rock, którym się fascynujemy. Jemu historycznie przysługuje jeszcze mniej. Dzieje rocka to circa ostatnich pięćdziesiąt/sześćdziesiąt lat. Wcześniej świat muzyki dostępny był jedynie w filharmoniach lub operach, a więc w miejscach dla ludzi uprzywilejowanych. Głównie elit, czyli jednostek usytuowanych w odpowiednich pozycjach społecznych oraz przy zgodnościach wymiaru portfela.
Wracając na kosmosu łono. Dla Człowieka Ziemia to raj, lecz dla wieloświata, bezmiaru przestrzeni, to tylko jedno z dziwadeł. Cudowne zrządzenie przypadku, które trwa od 4,6 miliarda lat, a więc od czasów, kiedy Ziemia nie była nam jeszcze przychylna, za to, o czym krążą spekulacje, być może tę rolę pełniła "nieodległa" Wenus. Kto wie, jest możliwe, iż niegdyś to tam właśnie tkwiło życie. Była woda, słońce, atmosfera, istoty żyjące. Wszystko, co z czasem przeniosło się na Ziemię. Nie bez kozery uważamy Wenus za siostrzaną Planetę Ziemi. Jej podobna do Ziemi wielkość, a także występująca grawitacja, obiecują z pozoru sielankę. Ale Wenus nie jest miłą boginią. Nie ma w niej miłości. Nie liczmy na to. Tylko z daleka wygląda pięknie, jednak lepiej się do niej nie zbliżajmy, ponieważ spłoniemy nie postawiwszy stopy. Żółte, odbijające światło słoneczne chmury, koją i imitują bezpieczeństwo temu najjaśniejszemu miejscu w Układzie Słonecznym. Tak naprawdę, te przyjaźnie wyglądające zawieszone baranki, tworzy kwas siarkowy, natomiast atmosferę głównie dwutlenek węgla. I od razu zaatakują nas skoncentrowane kwasy oraz metale, i wcale nie te z gitarami. Nic tam po nas. Wszystko wskazuje na to, że naszą Ziemię właśnie czeka podobny los. Będziemy dokładnie takim piekłem, jakim obecnie jest Wenus. Dojdzie do tego, gdy tylko zgaśnie Słońce. Za miliard lat nasza Planeta stanie się ognistą lawą i będzie równie przerażająca. W uratowaniu jej nie pomogą żadne dzisiejsze akcje chroniące środowisko, choć mimo wszystko ja także nie polecałbym zaśmiecać lasów, rzek czy oceanów.
Idąc tropem Wenus, odpuśćmy też Saturn, Jowisza czy Marsa. Najeźdźcy z Czerwonej Planety tylko w komiksach lub starych filmach science-fiction bywają człekopodobni. Mają po dwie nogi i ręce, jedynie twarze przypominają modliszki lub inne facjatowe fantazje twórców literatury. W rzeczywistości Mars to gigantyczna skamielina, a w powietrzu unosi się tyciu za dużo dwutlenku węgla. Poza tym zimno (ok. osiemdziesięciu na minusie), wszystko zamarznięte, no i brak wody. Woda to życie, jej brak to śmierć. Być może pod powierzchnią kiedyś ktoś ją tam znajdzie, tym samym odkryje jakieś życie. To zrewolucjonizowałoby nasze myślenie o Czerwonym Lądzie. Lecz póki co, stąpajmy po ziemi.
W skali kosmicznej życie jest krótkie i nie liczyłbym, że jakakolwiek siła wyższa nad nami czuwa. Lepiej, zamiast inwestować w diamenty lub w osadzone na mniej szlachetnych metalach samochody, korzystajmy z nut, jakich każdego tygodnia dostarcza Nawiedzone Studio. Muzyka to metafizyka, wyobraźnia, emocje. A czym wszystkie te nowe auta? Tak naprawdę każde z nich opiera się na materiałach powstałych po Wielkim Wybuchu. Czyli każdy gruchot, którym jeździmy, osadzony jest na żelastwie sprzed 13,8 miliarda lat. I złudny zapach jakiegokolwiek nowego egzemplarza wyjeżdżającego z salonu, to przecież zapach starego wszechświata. Bez wyjątku, każdy czterokołowiec już w dniu poczęcia zalatuje starzyzną. Nie ma się więc o co bić. I tym sposobem udowodniłem Szanownym Państwu przewagę niematerii nad wszystkim, co człowiek koniecznie musi dotknąć, mieć, nacieszyć oko kolejną mieniącą barwy błyskotką.

Wczoraj dużo wspominek. Po parę nut z racji 2-lecia rozstania z Neile Peartem, 20-tką od utraty Stuarta Adamsona (jego szkoccy celtic'rockowcy uprawiali najpiękniejszy muzyczny regionalizm), trzydziestu sześciu Phila Lynnota, blisko jedenastu Gary'ego Moore'a, ale też świeże pożegnanie Andrzeja Nowaka - głównie gitarzysty TSA, acz nie tylko. Zagrali zarówno oni (m.in. z pewnego CD wartego obecnie 200 euro), ale starczyło też czasu na zdecydowanie bluesowego Nowaka u boku Tadeusza Nalepy. Dwa kawałki, wśród których nieprzesadnie przeze mnie lubiane "Zasady Gry". Obok kapitalnej muzyki, zarysowano tu jakże trafną liryką: "... kiedyś przyjaźń miała stali moc, kiedyś miłość miała stali moc, gry zasady zmienił czas, dzisiaj zdrada w domu czeka nas. Dzisiaj podstęp jest w cenie, uśmiech ma na twarzy, nóż w rękawie trzyma. Trzeba umieć kłamać, żeby żyć, naucz się być podłym, gdy chcesz żyć. Sprawiedliwych mija czas, dzisiaj prawy człowiek śmieszy, śmieszy nas ...".
Obowiązkowo musiało być również kosmicznie - ten obszar reprezentowali Electric Light Orchestra, Zdzisława Sośnicka, a nawet w finale audycji wbili się Breakouci, z niekiedy odlotowym longplayem "Niezidentyfikowany Obiekt Latający". Czy jak kto woli, po prostu "NOL".
Na świątecznie, do wciąż na bogato zastawionego stołu, przystawił się Keane'owy Tom Chaplin. No, ale tego po niedawnym wpisie chyba wszyscy się spodziewaliśmy.
Ponadto przypomnieli o sobie Pretenders, The Church, a nawet niewypucowani jeszcze potężnymi sukcesami, tym samym surowsi, hardrockowi Whitesnake, z m.in. Bernie Marsdenem na gitarze. Berniego w tej roli przywołałem ponieważ ostatnio na rynek, w odstępstwie kilku miesięcy trafiły dwie jego bluesowe płyty - "Kings" oraz "Chess". Obie wyrażają zachwyt nad klasykami bluesa, choć nie tylko. Co wczoraj udowodniłem, Bernie z powodzeniem zabrał się także za rockandrollowego Chucka Berry'ego, jak również do każdej z obu płyt dopisał po dwa własne bluesy. Na wczorajszym moim paśmie płyta "Chess", która obok dominujących przeróbek, skrywa też dwa autorstwa Berniego instrumentale, za które zabierzemy się za tydzień. O albumie nagadałem się wyczerpująco, nic więc w tej oto pisaninie dodać czy ująć.
Kolejne dwa numery debiutujących fonograficznie Nestor (a istniejących od 1989 r.), tylko dowiodły niepowtarzalnego uroku płyty "Kids In A Ghost Town". Uważam ją za objawienie końcówki ubiegłego roku i na podobne postępki innych liczę w roku niedawno napoczętym. Lecz póki nastąpi inwazja nowej muzyki, mamy jeszcze trochę czasu na pobuszowanie w płytach dawniej lub jeszcze dawniej dokonanych. Nie zmarnujmy żadnej chwili.
Do usłyszenia ...

NESTOR "Kids In A Ghost Town" (2021)
- These Days
- Firesign

TSA "Heavy Metal World" (1984)
- Maratończyk

TSA "Live" (1982)
- 51

TADEUSZ NALEPA "To Mój Blues" (1989) - części I i II
- Zasady Gry
- Nauczyłem Się Niewiary
w obu utworach gościnnie Andrzej Nowak

BERNIE MARSDEN "Chess" (2021)
- Back In The USA - {Chuck Berry cover}
- I'm Ready - {Muddy Waters cover} - {kompozycja Willie Dixon}
- Who's Been Talking - {Howlin' Wolf cover} - {kompozycja Chester Burnett, czyli Howlin' Wolf}

WHITESNAKE "Saints & Sinners" (1982)
- Here I Go Again
- Crying In The Rain

THIN LIZZY "Dedication - The Very Best Of" (1991)
- Dedication - {1990}

PHILIP LYNNOT "The Philip Lynnot Album" (1982)
- Ode To Liberty (The Protest Song) - {na gitarze MARK KNOPFLER, na perkusji BRIAN DOWNEY, na instrumentach klawiszowych DARREN WHARTON}

THIN LIZZY "Bad Reputation" (1977)
- Opium Trail

GARY MOORE "Run For Cover" (1985)
- Military Man - {śpiew PHIL LYNNOT}
- Out In The Fields - {śpiew PHIL LYNNOT & GARY MOORE}

ZDZISŁAWA SOŚNICKA "Aleja Gwiazd" (1987)
- Aleja Gwiazd

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA "Time" (1981)
- Yours Truly, 2095
- Another Heart Breaks

TOM CHAPLIN "Twelve Tales Of Christmas" (2017)
- Walking In The Air - {kompozycja Howard Blake}
- 2000 Miles - {The Pretenders cover}
- Under A Million Lights
- Midnight Mass

THE PRETENDERS "The Singles" (1987)
- 2000 Miles - {oryginalnie na LP "Learning To Crawl" /1984/}

BIG COUNTRY "At The BBC - The Best Of The BBC Recordings" (2013)
z koncertu w Hammersmith Odeon, 1989:
- Broken Heart (Thirteen Valleys) - {tutaj jako "Broken Heart"}
- Just A Shadow
- The Travellers
- King Of Emotion

MANIC STREET PREACHERS "Rewind The Film" (2013)
- 3 Ways To See Despair - {kompozycja jest ukłonem w stronę Stuarta Adamsona}

THE CHURCH "Heyday" (1985)
- Myrrh
- As You Will
- Tantalized

RUSH "Moving Pictures" (1981)
- Tom Sawyer
- Limelight

BREAKOUT "NOL" (1976)
- W Pochodzie Codzienności



Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"