środa, 5 lutego 2020

KEANE - Cause And Effect tour - Verti Music Hall, Berlin - poniedziałek, 3 lutego 2020

Gdy w sprzedaży pojawiła się druga pula biletów na koncert Keane, Tomek Ziółkowski rozżarzył we mnie chęć nieprzegapienia takiej okazji. W zasadzie, wiele różnych czynników zaczęło raptem sprzyjać, a "czarę goryczy" przelał fakt znalezienia dwustu złotych w jednej z galerii handlowych, co przytrafiło mi się wraz z początkiem stycznia na wysokości jednych z trzech ruchomych schodów. Tyle szmalcowego szczęścia nie spotkało mnie dotąd nigdy, jednak na radiowej antenie oszczędziłem przechwalstw, by czasem podczas którejś z audycji nie znalazł się jeden czy drugi pechowiec.
Na pytania, na jaki koncert wybieramy się z Tomkiem, odpowiadałem grzecznie, zasadniczo i bez skrywanego wewnątrz entuzjazmu. Od początku świadom wartości zespołu, który w moim kraju uchodzi za taki sobie, by na świecie wciąż rozsypywać ziarna niegasnącej popularności. Ostatnio bardzo dotkliwie przekonałem się, jak u nas - nie wiedzieć czemu - "młodzieńcy" z Keane bywają niewytłumaczalnie średnio kojarzeni. A już najszczególniej przez wszelakich pierdków mego pokolenia. Keane? Co to jest? Co oni grają? To jakiś kolejny twój heavy metal? - padało zewsząd. I nikt w ostatnich kilku dniach nie przybił mi piątki takiej serdecznej zazdrości, za to nie ominęły mnie słowa współczucia, że rezygnuję z poznańskiego Uriah Heep na rzecz jakiejś tam błahostkowej britpopowej kapelki. Bardziej pop, niż rockowej, skoro nie używają gitar, a jedynie trzymającego rytm basu, i to też nie zawsze. Bowiem niekiedy bas idzie w odstawkę, wówczas dochodzi drugie piano, a przecież w miniony poniedziałek nadarzył się też taki moment, kiedy przy klawiaturze zagościł nawet sam Tom
Chaplin. Dla niezorientowanych - wokalista zespołu. Taki przemiły szczuplasek w t-shirt'cie, na który muzyk zarzuca równie zwyczajną wiatrówkę (kurtkę, nie strzelbę), a zamiast solidnej na tyłku skóry preferuje wbite w swą drobną sylwetkę spodenki, które bardziej przypominają leginsy. Przy takiej zatem posturze i równie mało ekstrawaganckim wdzianku, na scenie wszystko trzeba nadrabiać talentem. A Tom go ma. W dodatku perfekcyjnie śpiewa, co gwarantuje mu chleb bez potrzeby dorabiania nieszporami, gdy już przekroczy osiemdziesiątkę. Nieważne, czy ballada, czy jakikolwiek melancholijny rock dance. Bo melancholia w tej muzyce jest jej cieniem bez względu na tempo poszczególnych kompozycji. Tom Chaplin dźwiga tak potężny głos, że można nawet zacząć wierzyć w ingerencję Boga. Pamiętam tego zalegalizowanego już dziś czterdziestolatka, gdy na twarzyczce jawił się pucułowatym młodzieńcem, i gdy śpiewał "This Is The Last Time", "We Might As Well Be Strangers" czy "Bedshaped". Piosenki, przy których w 2004 rwało mi serce w strzępy. I kompletnie nie miało znaczenia definiowanie tej muzyki. Na co mi było, czy to trochę rock, a może już pop, skoro nad całością czuwały prześliczne melodie i pełne pasji śpiewanie, a sekcją szarpały, tylko perkusja (odwiecznie żonglujący Richard Hughes), pianino (niesamowity i nie do pohamowania Tim Rice-Oxley) plus jakiś nienachalny bas (w tej dziedzinie od wielu lat Jesse Quin). Energia, młodość, wrażliwość, a przede wszystkim chęć wykrzyczenia światu, co skrywało serce młodego człowieka.
Trzęsła mną ta muzyka i kocham ją po dziś dzień, choć od pierwszego dotyku upłynęło zauważalnych szesnaście lat. W tym okresie wymieniły się niemal dwa muzyczne pokolenia - jedno circa tak co dziesięć lat. I te pokolenia podążają za Keane wraz z wciąż wielbioną muzyką. Dlatego w Verti Music Hall mniej dwudziestoparolatków, za to tych po trzydziestym piątym roku najwięcej, choć moich równolatków też całkiem całkiem. Sala pękała w szwach, co napawało dumą, albowiem po raz kolejny przytrafił mi się wyprzedany koncert klasowego zespołu, który na dodatek szczęśliwie nie gra jeszcze resztkami sił, a wręcz przeciwnie, soczyste z nich truskawki, zdecydowanie niepotrzebujące cukru.
Przepraszam, że nie napiszę żadnego pejoratywu. Nie ma z czego ubić niezadowolenia, choć ku uciesze czyhających na pierwiastek niedoskonałości dorzucę, że mogło być tyciu głośniej. Przy czym jednocześnie zapewniam, cicho nie było.
Ile zatem tego muzycznego szczęścia? Nie uwierzycie Mili Państwo, połowa ostatniej płyty "Cause And Effect", blisko połowa "Strangeland", również dobra połówka "Hopes And Fears" i tyleż samo z "Under The Iron Sea". Ku memu zaskoczeniu, w garści bisów znalazło się nawet najładniejsze nagranie z cienkiego przecież mini albumu "Night Train" - "My Shadow". Również tylko jedno nagranie wyłowiłem z "Perfect Symmetry" - pełne żywiołowości i otwierające tamten album "Spiralling". Wszystko pięknie, zgrabnie, więc nic, tylko się cieszyć i dobre imię Keane rozsławiać, a i coś z opowieści dla wnuków przetrzymać.
Z nowego albumu, obok "You're Not Home", "Phases" czy "Love Too Much", ku mej uciesze poszło też, nie do końca przebojowe (a przeze mnie faworyzowane) "Put The Radio On" - i ludzie to kupili. I co ja będę Szanownym Państwo więcej opowiadać. Nacieszyłem uszy oraz duszę piosenkami: "Somewhere Only We Know", "Crystal Ball" (co prawda, bez konfetti, za to ze świetlnymi gwiazdkami), "Try Again", "Nothing In My Way", "Everybody's Changing", "Silenced By The Night", "Bend And Break" i wieloma wieloma innymi. Bo zdaje się, nie zabrakło niczego. Tak, to był jeden z tych sytych koncertów, po których nie trzeba pokątnie dojadać.

Na pożarcie - w roli support actu - poszła jakaś nie niemiecka dziewczyna, pomimo iż dla zmyłki władała tak twardą i niemal germańską angielszczyzną, że polemizowałem z Tomkiem przez pierwsze dwie piosenki o to, czy jednak ta nie śpiewa po angielsku, a być może to jednak jakiś starodawny germański. Dziewczyna niebrzydka, jednak jej występ do zapomnienia. Rzężąca elektryczna gitara plus niezgrabnie zaśpiewane rock-piosenki, których rozróżnieniu dopomagały jedynie zmieniające się tytuły. To kolejny koncert na niemieckiej ziemi z tak nietrafioną rozgrzewką.

Berlińska pogodowa aura chwiejna. Niekiedy spoza kapryśnych i wielobarwnych chmur nawet wyglądało słońce, jednak o wiele chętniej deszcz. Nie było mowy o spacerowaniu, dlatego zaszyliśmy się z Tomkiem w kudamskim Saturnie i pod parasolem tego wielopowierzchniowego sklepu przetrząsaliśmy wszystkie dostępne półki. A jest ich już niestety sporo mniej. Niemców także dopadł kryzys. W skromnie zaopatrzonym sklepie Herthy Berlin też dał się zauważyć. Ludzi w płytach nie brakuje, jednak samych płyt trochę tak. Nadal ich sporo, lecz jeśli ktoś przypomni sobie możliwości Saturna jeszcze sprzed zaledwie roku, od razu dostrzeże obniżenie lotów.
Z kartki marzeń nie wyłowiłem nic, ale na otarcie łez był nowy Marc Almond. Kupiłem CD, pomimo iż kusił winyl - za 19,90 euro. Jak na tamtejsze realia, dobra cena. Inna sprawa, najnowszy kompakt Magnum stacjonował w top dwudziestcepiątce za trzynaście euro. To półtora paczki tamtejszych Marlboro. Dla Berlińczyka to przysłowiowa bułka z masłem. Tym bardziej, że kufel piwa w Verti Music Hall kosztuje pięć i pół euro, zaś oddanie kurtki do szatni cztery.

Berlin lśni nawet w deszczu. Uwielbiam to miasto. Wszechobecne rowery przemykają tam lekko i zgrabnie nawet poprzez kałuże czy uliczne remonty, nie zważając na temperaturę bądź opady. Podobnie zresztą, jak niczym nieskrępowani, niewidoczni i chyba nigdy nieśpiący graficiarze.

Dziękuję Tomkowi za ten dzień. Za całą inicjatywę, za zawózkę i odwózkę pod dom, za wspaniałe towarzystwo, za miłe Polaków rozmowy - o życiu, kinie, muzyce czy astrofizyce. To był kolejny bardzo piękny mego życia dzień, którego bez Tomka na pewno bym nie doświadczył. I właśnie dla takich chwil warto żyć.




=======================================
=======================================


=======================================
=======================================



=======================================
=======================================


====================================
====================================



Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




poniedziałek, 3 lutego 2020

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 2 na 3 lutego 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 2 na 3 lutego 2020 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Majka Chaczyńska
prowadzenie: Andrzej Masłowski







MAGNUM - "The Serpent Rings" - (2020) -
- The Archway Of Tears
- House Of Kings

URIAH HEEP - "Demons And Wizards" - (1972) -
- Easy Livin' - {alternative version} - bonus track

URIAH HEEP - "Head First" - (1983) -
- Lonely Nights - {Bryan Adams cover}

JORN - "Heavy Rock Radio II - Executing The Classics" - (2020) -
- Lonely Nights - {Bryan Adams cover}
- Winning - {Russ Ballard cover}
- New York Minute - {Don Henley cover}
- Needles And Pins - {The Searchers cover}

SMOKIE - "Bright Lights & Back Alleys" - (1977) -
- Needles And Pins - {The Searchers cover}

SAXON - "Destiny" - (1988) -
- Ride Like The Wind - {Christopher Cross cover}

STRATOVARIUS - "Intermission" - (2001) -
- I Surrender (live) - {Rainbow cover} - kompozycja Russ Ballard
- What Can I Say

STRATOVARIUS - "Infinite" - (2000) - Limited Edition
nagrania z dodatkowego singla 
- Why Are We Here?

- It's A Mystery

REVOLUTION SAINTS - "Rise" - (2020) -
- Talk To Me - {drugi wokal LUNA AKIRE}

RUSS BALLARD - "Winning" - (1976) -
- Winning
- Halloween
- Since You Been Gone
- Just A Dream Away

NIGHT RANGER - "Man In Motion" - (1988) -
- I Did It For Love - {kompozycja Russ Ballard}

ROBERT HART - "Robert Hart" - (1992) -
- Angel
- Ridin' On The Wind

BAD COMPANY - "Stories Told & Untold" - (1996) -
- Ready For Love

PENDRAGON - "Love Over Fear" - (2020) -
- Truth And Lies
- Eternal Light

CHRISTOPHER CROSS - "The Café Carlyle Sessions" - (2008) -
- Ride Like The Wind

SAGA - "Wildest Dreams" - (1987) -
- Don't Look Down

KEANE - "Cause And Effect" - (2019) -
- Love Too Much
- The Way I Feel
- Put The Radio On
SÓLSTAFIR - "Berdreyminn" - (2017) -
- Dýrafjörður

SÓLSTAFIR - "Ótta" - (2014) -
- Rismál

CHASING THE MONSOON - "No Ordinary World" - (2019) -
- Dancing In The Afterglow





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




piątek, 31 stycznia 2020

PET SHOP BOYS - "Hotspot" - (2020) -









PET SHOP BOYS
"Hotspot" 
(x2)

****1/2






Szanowni Państwo, przed Wami najprawdziwsi Pet Shop Boys. Właśnie powracają w wielkim stylu. Niespodziewana metamorfoza. Panowie Tennant i Lowe zdaje się przejrzeli swój śpiewnik, i gdy zarzucili kilka kartek wstecz, na ich twarzach zarysowała się wstydliwa czerwień. Ale nie wracajmy już nawet myślami do katastrofalnych albumów "Super" oraz "Electric". Nie bezcześćmy ich grobów, niech spoczywają w zapomnieniu. Tylko, jak to możliwe, że przed chwilą opublikowane, a jednocześnie niespodziewanie zachwycające "Hotspot", wyprodukował ten sam Stuart Price? Ten, który dwukrotnie, choć serią z automatu, dźgnął sympatyków duetu, a i z taką samą mocą również ubliżył szyldowi "Pet Shop Boys". Sprofanował tę żyjącą legendą na dobrych kilka lat, choć na szczęście kiepskie płyty broniły wciąż atrakcyjne koncerty - potwierdzam, w Gdańsku było rewelacyjnie. Na szczęście, do niedawna kabotyński Stuart Price, tym razem zakreślił oś właściwym cyrklem.
"Hotspot" dostarcza niespełna trzy kwadranse muzyki, za to dzieło z dumą odcina pępowinę wielu w ostatnich latach nietrafionych rytmów i nut. Już po pierwszym "Will-O-The-Wisp" wiedziałem, że będzie dobrze. Powróciło archeo-disco, w od razu rozpoznawalnym PetSzopowym tonie. I na albumową zachętę, w całkiem żywym od samej przystani tempie. Niech parkietowa kula błyszczy, mieniąc się wszystkimi możliwymi barwami. Po chwili wyłania się pierwsza ballada - "You Are The One" - nasuwająca skojarzenia z okresem "Behaviour". Jest nieźle, a przecież na tym etapie płyty nie mamy jeszcze świadomości, że są tu jeszcze lepsze, wręcz arcypiękne ballady - "Hoping For A Miracle" oraz wydany jako jeden z trzech singli "Burning The Heather". Na tym nie koniec, na punkcie namiętnego songu "Only The Dark" jestem przekonany, także oszalejemy. Tak, to jest to rozszerzone o wielogłosy śpiewanie, to jest ta delikatność syntezatorów, wreszcie melodia, na którą proszę uważać, by nie upuścić. Już dla tych kilku piosenek gotów jestem podpisać z diabłem cyrograf, a jak by nie patrzeć, w albumowym pakiecie dostąpimy jeszcze tanecznego "Happy People" czy nieodstawiającego w tej dziedzinie stopy "I Don't Wanna". Gdyby ten konkretny kawałek plastiku wylęgł się w okresie "Please", być może obecnie nie byłby drugim "West End Girls", ale takim "Tonight Is Forever" z czystym sumieniem. A co począć z pozostałymi dwoma singlami? - z "Dreamland" - gdzie zagościli nawet londyńscy synthpopowcy z Youth & Youth, oraz z "Monkey Business"? - suma sumarum, najmniej ciepłymi piosenkami tej płyty, acz na domiar dobrego, zdecydowanie zachęcającymi do szaleńczej zabawy. Być może nie od razu dostrzeżemy ich urok, ja jednak będąc już co najmniej po dwóch tuzinach emisji "Hotspot", zaręczam o ich wartości.
No dobrze, chyba nigdy nie pokocham finałowego "Wedding In Berlin". W jego szkielet wsypano przesadny nadmiar elektronicznego łomotu i niczym mantra powtarzanego motywu z "Marszu Weselnego" Mendelssohna - czyli najbardziej rozpowszechnionego fragmentu obszernego "Snu Nocy Letniej". Nic tu do siebie nie pasuje, lecz artyści miewają i takie wizje. Jedyny to fragment wymagający korepetycji, choć nie jest on w stanie zatamować reszty tej smakowitej posoki. Szkoda tylko połowy gwiazdki, o którą trzeba ten zacny zbiorczy czyn wyszczerbić.
Pet Shop Boys rządzą. Teraz jeszcze tylko warszawski majowy koncert, a może zaszalejmy trzy tygodnie wcześniej w 17-tysięcznej berlińskiej Mercedes-Benz-Arenie?

P.S. Koleżanka zapytała: to oni jeszcze istnieją? I nie dziwota, skoro wokół tylko same wyzbyte muzycznej misji antyradia.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




urzeczywistnienie

Słucham nowych zachwycających albumów Magnum, Pet Shop Boys, Pendragon czy British Lion, i zbieram siły na najbliższy poniedziałek. Licząc jednocześnie, że w Berlinie nie dopadnie nas z Tomkiem coraz bardziej "gościnny" koronawirus. A jeśli już "korona", to ta kielecka, którą niech z powodzeniem dopadną futboliści Kolejorza. Choć lekko nie będzie, bowiem Bułgarska 17 ostatnio wyprzedała złoto, a w puste miejsca nie powtykała nawet brązu. Polityka klubu jawi się dewastująco, ale to nic nowego. Liczę, że śladem za Lechem nie podąży Warta. Zieloni jesienną rundę zakończyli celująco, co też okazało się pewnego rodzaju pułapką. Po takim szarpnięciu, wielu włodarzy klubów Ekstraklasy dopadło nogawek Warcinki. I oby tylko teraz nie schrzanić tego całego chwalebnego mozołu, bo kiedy powrócić do najwyższej ligi rozgrywek, jeśli nie teraz.
Brexit stał się faktem. Pierwsza samowolka Unii urzeczywistniona. Trzymajmy kciuki, by Polska nie była kolejną. Na szczęście PiSowi spada, czas, by nareszcie obywatele pojęli, jak fajtłapowatym prezydentem jest Andrzej Duda. I w maju dla niego czerwona kartka - koniecznie w zrozumiałym języku. Teraz wszystko w naszych rękach, a szczególnie w rozumach.
Wracając na muzyki łono; nowego Marca Almonda na polskim horyzoncie na razie niet, choć sam maestro na Facebooku wyzwolił we mnie spory apetyt, właśnie anonsując w swych dłoniach efektowną winylową okładkę "Chaos And A Dancing Star".
Rok 2020 mocno pod znakiem szyldu Styx. W maju perkusista grupy Todd Sucherman opublikuje album "Last Flight Home", nieco wcześniej - bo w kwietniu - dawny frontman Dennis DeYoung zaserwuje premierowy materiał - "26 East, Vol. 1", zaś gdzieś pod koniec tegorocznego kalendarza odpowiedniej daty wyszukuje drugi, a w istocie także pierwszoplanowy Styx'owy wokalista, Tommy Shaw.
Dzieje się, oj dzieje. Scorpions właśnie wchodzą do studia, na szczęście całkowicie odcinając się od durnej obietnicy przejścia na emeryturę. Uwaga, po trzech i pół dekadzie nowy album nagrywają, ździebko zapomniani Alcatrazz. Premierę longplaya przewidziano na czerwiec, a gdyby ktoś zachodził w głowę, od razu uprzedzę, no jasne, że śpiewać będzie Graham Bonnet.
Ale nie wybiegajmy zbyt daleko, skomasujmy emocje na przynajmniej kilku/kilkanastu najbliższych płytach. Już za chwilę Ozzy Osbourne, H.E.A.T., Wishbone Ash, David Knopfler, Robert Hart, The Night Flight Orchestra, Jonathan Wilson, FM, Russ Ballard, Khymera, Gotthard, Shakra, Black Swan, Harem Scarem ...
Niesamowitą robotę dla legendarnych Blue Öyster Cult uczynił label Frontiers Records. Włosi właśnie wypuścili Amerykanom na rynek reedycję kompilacji "Cult Classics" (z re-recorded przebojami) oraz koncertowe "Hard Rock Live Cleveland 2014", a już za chwilę ciąg dalszy. Otóż, 6 marca do katalogu Bi Öu Si dobije jeszcze reedycja znakomitego studyjnego "Heaven Forbid", a jeszcze tego samego dnia światło dzienne ujrzy kolejny "live", z okładką nawiązującą do klasycznego dzieła "Agents Of Fortune". I słusznie, bowiem już sam tytuł wydawnictwa: "40th Anniversary - Agents Of Fortune - Live 2016", od ręki wszystko wyjaśnia. I faktycznie będzie to w całości na żywo "Agents Of Fortune", zarówno w formacie CD jak też DVD. Ciekawe, czy posypią się dalsze głowy i w katalogu wiosennym Frontiers zapoda jakąś kolejną niespodziankę z objęć Bi Öu Si. Takie działania mobilizują, czas więc na premierowy studio materiał.
Najnowsza garść coverów w wydaniu Jorna Landego znakomita. Ten facet ma chyba w genealogicznej historii dopasowany głos do każdej klasycznej melodii. Z podobnym impetem potrafi zaśpiewać kawałki bliskich swej naturze wieszczy, z Deep Purple czy Dio na czele, ale i podobnym wdziękiem władać innymi kulturowo artystami, typu kompozycjami Petera Gabriela, Dona Henleya czy Christophera Crossa. "Heavy Rock Radio II - Executing The Classics" to tryskający genialnymi melodiami metal album, który dostarcza jakże potrzebnych węglowodanów.
We wtorek od Andrzeja z Zielonej Wyspy otrzymałem w podarku niesamowitego winyla. W jednej z najbliższych niedziel zaprezentuję. Ciekawe, czy słyszeliście Kochani o tym zespole, bo przyznam, że ja dotąd nie. Zawstydzający fakt, tym bardziej, że pojawiło się na nim kilku bliskich mi muzyków. Jak dobrze, że wciąż życie zaskakuje.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"