czwartek, 21 maja 2026

Pięćdziesiątka "Agents Of Fortune"

Właśnie dzisiaj wybija dzwon 50-lecia Blue Öyster Cult "Agents Of Fortune". Czwartego studyjnego albumu kapitalnych hardrockowo-okultystycznych Nowojorczyków. Wysokiej rangi dzieło, uznawane za najlepsze i najbardziej wobec grupy reprezentatywne, choć w mojej opinii wcale nie gorzej prezentują się: "Secret Treaties", "Spectres", "Fire Of Unknown Origin" czy z dekady ejtis "Imaginos". Inna sprawa, iż "Agents Of Fortune" sprzedało się najlepiej, tak więc głos bierze lud.

Pamiętam, jak o Bi Öu Si mówiono, iż są zaoceanicznym odpowiednikiem Black Sabbath. I wciąż pojmuję to odniesienie. Po cichu młodzieży podpowiem, nie szło w tej konfrontacji o ciężkość i ewentualne stylistyczne podobieństwa. Wszystko zrozumiałem tak po około dziesięciu latach obcowania z tą muzyką. I myślę, każdy sam musi przez to przejść.


Wracając do "Agents Of Fortune", już sama okładka uchyla rąbka tajemnicy, z jakim zespołem mamy do czynienia. Po teraz mrozi mnie magik z kartami tarota, w którego oczach wyczuwam zalążek podstępu. W muzyce i tekstach tkwimy tu w tej samej narracji.
Dziesięć zmysłowo poukładanych kompozycji, ktorych źródła wpadają do jednej rzeki. Ale wiadomo, nawet na idealnym albumie każdy z nas znajdzie ulubione momenty. Do moich należą: "(Don't Fear) The Reaper", "Sinful Love", "This Ain't The Summer Of Love" oraz "Morning Final". Istotna wydaje się pierwsza z nich. Mamy tu o widmie śmierci. Bardzo możliwe, że nawet samobójczej, choć po czasie wyjaśniło się, co Donald Roeser miał na myśli. Otóż Muzyk zapewnił, że nie powinniśmy bać się śmierci. On sam wtedy właśnie własną brał pod uwagę, kiedy wykryto u niego wadę serca. Pomyślał, iż śmierć w znaczeniu ziemskim można przetrwać duchem. I stąd w piosence również o wykraczającej poza materialny byt miłości.

Świetna płyta, koniecznie do słuchania w całości. Rzecz z gatunku: nie można nie znać.
Słucham więc od dawna służącego mi holenderskiego winylowego egzemplarza CBS oraz kompaktowego odpowiednika Sony z dwa tysiące pierwszego - na którym cztery studyjne rarytasy oraz lepsza od niedoskonałego winylu jakość.

Pięćdziesięcioletni album brzmi trochę jak czarno/biały film. Przypomnijmy sobie, jak odnosiliśmy się do wszystkiego, co miało tyle lat w świecie roku siedemdziesiątego szóstego. To były fatalnej jakości obrazy, o przyspieszonej prędkości, całej masie na kliszach brudów, gdzie po ulicach jeździły auta na korbę, a kobiety zakładały gorsety i suknie na prostokątnych stelażach. Człowiek patrzył w ekran i myślał, że wtedy naprawdę wszystko było czarno/białe.


andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR ANDY'EGO"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm