niedziela, 12 stycznia 2020

nie żyje NEIL PEART (12 IX 1952 - 7 I 2020)

Niedziela, dzień radiowy, liczę na Szanownych Państwa przy odbiornikach. Będzie dużo Rush.
Dopiero w piątek rozeszła się informacja o śmierci Neila Pearta, który zmarł trzy dni wcześniej. Rodzina Artysty długo milczała, jeszcze bardziej w tajemnicy przechowując okropną chorobę (glejak), jaka przed trzema laty dopadła tego genialnego Muzyka.
Neil Peart należał do ścisłej czołówki rockowych bębniarzy, choć bywał otwarty na wiele nurtów spoza tej krainy. Wyborny technik i wirtuoz. Człowiek, któremu gdyby na jedno posiedzenie powierzyć dwadzieścia pałeczek, wszystkimi pożonglowałby w przestworzach. Słuchanie i oglądanie jego umiejętności było czymś najprzyjemniejszym, i zazdroszczę wszystkim mającym taką możliwość na żywo.
Przed kilkoma laty Neil Peart i Alex Lifeson ujawnili swe problemy zdrowotne, a chwilę później Geddy Lee ogłosił, że Rush przechodzą na emeryturę. Jednak wówczas nie było jeszcze mowy o raku, ponieważ Peart uskarżał się "tylko" na problemy z barkami. Wielu z nas żyło nadzieją, że być może obaj muzycy... z czasem... a wtedy...
Los dla Pearta, poza pasmem muzycznych sukcesów, był niezwykle okrutny. Przed ponad dwudziestoma laty zginęła w wypadku samochodowym jego jedyna, wówczas jeszcze niespełna dwudziestoletnia córka, a kilka miesięcy później na raka zapadła jego żona, która też wkrótce zmarła. Gdy więc udało się po latach Peartowi znaleźć nową miłość życia, a wkrótce ponownie doczekać córki, wydawało się, że w jego kartach po serii rowerów nareszcie wyrósł poker. Mistrzunio raz jeszcze miał dane poczuć szczęście, a ostatnie emerytalno-muzyczne lata poświęcił domowemu ognisku. Jednak idylla nie trwała długo.
O tym, co znaczą dla mnie Rush, jakie mam z nimi wspomnienia, powiemy sobie w dzisiejszym Nawiedzonym Studio. Zabiorę kilka fantastycznych płyt i nastawię o różnych porach, by wszyscy Słuchacze mogli przygarnąć coś dla siebie.
W ogóle, posłuchamy wspaniałej, choć niemal całkowicie wyzbytej delikatności, stricte rockowej muzyki. Jedynym wyjątkiem, powrót do Chasing The Monsoon - głównej płyty sprzed tygodnia. Rzecz nie do oderwania. Powrócimy również do kilku ubiegłorocznych albumów, i może nawet do jednego lub dwóch winyli - o ile czas pozwoli.
Podsumowania roku nie ma i nie będzie. Nie potrafię jak dawniej, poza tym, inne dziś czasy, inne emocje, nikt już tego w obecnych realiach nie potrzebuje. Ja także, przez co nawet nie zaglądam do żadnych zestawień. Nie chce mi się; nuda, nuda, jeszcze raz nuda. Idę o zakład, że w czołówkach Tool, Rival Sons, Rammstein, Iggy Pop, i oby tylko Nick Cave - bo naprawdę tego wart. Dzisiejsi dziennikarze do bólu przewidywalni, dlatego ich zestawienia nie przykuwają mojej uwagi. Wszyscy jadą na tym samym, wyzbytym oryginalności wózku.
Do usłyszenia ...





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




środa, 8 stycznia 2020

PHIL LANZON - "48 Seconds" - (2019) -










PHIL LANZON
"48 Seconds"
(PHIL LANZON DITTIES)  ****






Być może nazwisko Phila Lanzona w świecie organistów rocka nie jest równie rozpoznawalne, co Ricka Wakemana, nieodżałowanego Jona Lorda bądź Tony'ego Banksa, a jednak na swój sposób również mówimy o postaci pierwszego szeregu. Myślę jednak, że muzyk nie odstawia od nich stopy swymi umiejętnościami, jak też od takiego Dona Aireya czy noszącego penitencjarną fryzurę, Marka Kelly'ego.
Jego drugie solowe dzieło stanowi za concept album, którego temat wije się wokół tragicznego trzęsienia ziemi, jakie rankiem 18 kwietnia 1906 roku nawiedziło San Francisco. Wystarczyło tytułowych 48 sekund, by pochłonęło trzy tysiące ludzi.
Lanzon, jako prawdziwy arystokrata rocka, zadbał o odpowiedni rozmach, zapraszając symfoników z London Telefilmonic Orchestra, do tego sekcję dętą, ponadto jazzowego basistę Laurence'a Cottle'a, równie dobrego klawiszowca i saksofonistę Richarda Cottle'a, uznanego perkusistę Neala Wilkinsona (współpracownika m.in. Raya Charlesa czy Vana Morrisona), ale i kilku wokalistów: Johna Mitchella (muzyka Areny, It Bites, Lonely Robot czy The Urbane), Andy'ego Makina oraz wciąż należycie niedostrzeżoną Miriam Grey. W kompozycji "Rock N Roll Children", Lanzon powierzył jej nawet obowiązki głównej wokalistki, i wyszło tak, że aż z dłoni dmuchnąłem całusem.
Namawianie miłośników Uriah Heep do posłuchania tej płyty byłoby pozbawionym odrobiny wysiłku pójściem na skróty, bowiem "48 Seconds" to oprócz ujawnień przynależnością fascynacjami do tamtej formacji, także w dużej dawce czystej krwi rock progresywny, ale raczej wyzbyty skomplikowanych fraz. Ten w wydaniu Lanzona osadzony został w czytelnych melodiach, czyli bliskich dokonań Areny, Sagi, Asii, Kansas czy nawet lekko muskając o przyćmionych dawną i krótkotrwałą popularnością GTR. Nie lada sztuką wydaje się przyozdobienie ambitną, acz jednocześnie komunikatywną muzyką, jednego z najtragiczniejszych dni w dziejach ludzkości, jednak Lanzon uczynił to jedną ręką. Mnogość ładnych melodii ujawnia się naszym zmysłom wraz z każdą kolejną kompozycją, zupełnie niczym postaci w balecie, które pojedynczo wyskakują zza pleców jednego z pozoru tancerza. I tak, obok pełnych uroku piosenek, co "In The Rain", "Blue Mountain", "Face To Face", są też i jeszcze te szczególniejsze, jak - mająca lekkość UriahHeep'owego klasyka "Lady In Black" - sześciominutowa "Road To London", bądź finalizująca album, tytułowa kompozycja "48 Seconds". Dziewięć i pół minuty, co już w zasadzie czyni z niej mini suitę. I słusznie, tak właśnie należy ją potraktować. Tacy Yes czy The Moody Blues zapewne też by nią nie pogardzili. Symfoniczny rozmach, wbity w jej szeregi chór, odpowiednio dostosowany pełen patosu śpiew Lanzona, plus unosząca się nad całością niejednoznaczna, acz śliczna melodia, oto składniki, z których spleciono jedną z najbardziej udanych kompozycji świeżo zakończonego roku. A przecież to tylko nieliczne wyróżniki tej nad wyraz spójnej jakościowo płyty. Ciekawe, jak przypadnie Szanownym Państwu do gustu buszująca retro big-bandowa nuta w zaśpiewanym przez Johna Mitchella "Forty Line", a i jeszcze kilka innych ukrytych pod tą konceptualną albumową płachtą niespodzianek.
Świadom też jestem, iż używając terminologii "rock progresywny", już na samo dzień dobry wystarczająco zniechęcam przeciwników powyższego nurtu do posłuchania tej płyty. Przyznaję, wszelaki współczesny art-prog-rock, od lat nosi wciąż tę samą chmurę powagi, więc i ja też niejednokrotnie wykrzesuję siły, by przebrnąć przez te wszystkie najnowsze progresywne sepuku, jakie mniej lub bardziej sukcesywnie dostarczają coraz dotkliwiej lisi Mystery, jak też do bólu manieryczni Big Big Train, Knight Area, The Flower Kings czy jacyś tam Sylvan - tych to szczególnie nie cierpię. Prawdziwa z nich estetyczna przemoc, a zarazem muzyka, która w szczelnym prog'rockowym światku stanowi za próbę stylistycznego samobójstwa - na szczęście udaną. Ale w tym całym obecnym gąszczu emocji, bliskich tureckich sitcomów, zdarzają się wyjątki, jak podnoszące temperaturę i z gracją odwiedzające stare zakamarki, wyjątkowo dobre "48 Seconds". Słuchając tej płyty trudno zanegować cokolwiek, a już tym bardziej kompozytorskie umiejętności Lanzona.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




poniedziałek, 6 stycznia 2020

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 5 na 6 stycznia 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 5 na 6 stycznia 2020 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Majka Chaczyńska
prowadzenie: Andrzej Masłowski








PETER FRAMPTON BAND - "All Blues" - (2019) - ciąg dalszy ubiegłorocznych podsumowań. Były muzyk Herd oraz Humble Pie wymiata. Jego najnowszy blues album to zbiór coverów gatunku, ale też ich paleta barw przepastna; od wczoraj zaprezentowanego numeru Williego Dixona przedzieramy się tutaj przez mniej lub bardziej znane kompozycje Raya Charlesa, B.B. Kinga czy nawet Milesa Davisa. Fantastyczna płyta, której jakże chętnie posłuchałbym w wydaniu na żywo.
- I Just Want To Make Love To You - {Muddy Waters cover} /kompozycja Willie Dixon/

THE BLACK KEYS - " 'Let's Rock' " - (2019) - kibicuję Auerbachowi i Carneyowi od doskonałego "El Camino". Niedługo, wiem, ale dopiero wówczas poznałem tych dziarskich gararażowo-blues-rockowych Amerykanów. I chyba dobrze trafiłem, bo "El Camino" to prawdziwa potęga, a dwie kolejne płyty to jej chlubne schedy. Ta muzyka sprzęga, brudzi, kołysze, ale i porywa do tańca. Siła w prostocie, bo też nie ma tu żadnych niepotrzebnych kombinacji. Panowie wypowiadają się zazwyczaj w dwu-, trzy-, góra czterominutowych kawałkach, i są konkretniejsi niż niejeden w okienku urzędas.
- Lo/Hi
- Go

SAGA - "20/20" - (2012) - szukałem w domowym studio jakiejkolwiek płyty, z zapiskiem "2020". Przetrząsałem archiwa długo, ale jak widać skutecznie. Znalazłem symbol "20/20", który z obowiązującym kalendarzem, z rocznikiem nie ma nic wspólnego, ale i tak owe "20/20" nasuwa właściwe skojarzenia. Kanadyjczycy zatytułowali tamtejszy album terminologią optyczną, albowiem "20/20" wyraża prawidłową ostrość oraz przejrzystość wzroku.
- Anywhere You Wanna Go
- Ball And Chain

THE WHO - "Who" - (2019) - są w formie, nie da się ukryć. Wiadomo, brakuje szaleńczej i niekonwencjonalnej perkusji Keitha Moona czy równie nieocenionego, jedynego w swoim rodzaju basu Johna Entwistle'a - ale ich nie wskrzesimy. Cieszmy się z kapitalnego głosu Rogera Daltreya i jakże przemiłych dla ucha gitarowych ukąszeń Pete'a Townshenda. Obaj grają tak, jakby im metryka w ogóle nie przeszkadzała. Bo, o ile słuchając ostatnich dokonań Paula McCartneya, z początku miałem nie lada problem z identyfikacją jego głosu, o tyle Daltrey rozdziera płuca, zupełnie jak dwudziestolatek. Prawdziwy Pavarotti rocka.
- All This Music Must Fade
- I Don't Wanna Get Wise

TYGERS OF PAN TANG - "Ritual" - (2019) - bomba ta nowa płyta Tygrysów. Szlachetny metal, bez choćby kapki rdzy. W ich przypadku upływający czas także działa na korzyść. Szkoda, że ta konkretna płyta nie powstała w najprzychylniejszym okresie dla NWOBHM. Dziś już ten nurt tylko w blednących wspomnieniach, bowiem młodzież, zamiast takiego super metalu, słucha jakiegoś badziewia. Wczorajszy taksówkarz tylko to potwierdził. Podróż z radia do domowego wyrka odbywała się przy dźwiękach jakiegoś wieśniackiego dance/techno. Jezuniu, co ci ludzie mają w tych głowach, że im się podobają takie estetyczne katastrofy? Dobrze, wiem, niech każdy słucha, co mu się podoba, tylko dlaczego ostatnio notorycznie napotykam na tego typu apokalipsy? Czy już nikt nie potrzebuje dobrego rocka? Wszystko jedno, ostrego czy takiego pomalowanego fantazją, ale rocka! Ci dzisiejsi umięśnieni faceci, z tymi wyrzeźbionymi bicepsami, w obcisłych t-shirtach, by dobrze się eksponować, słuchają tak pizdusiowatej muzyczki, zupełnie jakby nie mieli jajec. I jest ich coraz więcej. Taka płyta "Ritual" chyba faktycznie zszarpnęłaby z nich gacie i obnażyła ukryte pod nimi maluśkie fiutki.
- Rescue Me

RAINBOW - "Difficult To Cure" - (1981) - specjalnie dla mojej radiowej koleżanki Magdy (vide Ma Ca - bo taki dźwiga pseudonim). Wywodzimy się z nieistniejącego winogradzkiego Radia Fan, choć nigdy nie było nam dane spotkać się w cztery oczy. Jesteśmy tylko facebookowymi znajomymi. Niegdyś zupełnym przypadkiem trafiliśmy na siebie, właśnie na Facebooku, u jakiegoś wspólnego znajomego, i tak od słowa do słowa... Okazało się, że podobnie odczuwamy stratę tamtej rozgłośni, a na dodatek lubimy identico heavy rwanie. Zostaliśmy więc dobrymi znajomymi, pomimo iż tylko w wirtualnej rzeczywistości. Niedawno Ma Ca poprosiła mnie o ten konkretny Rainbow, no a że to również moja ulubiona płyta Tęczowych (jej także), poszło więc w eter naturalnie.
- Magic
- Spotlight Kid

PRAYING MANTIS - "Keep It Alive!" - (2019) - najnowsze koncertowe nagrania Modliszek. Rzecz zarejestrowana podczas ostatniej edycji Frontiers Rock Festival w Mediolanie. Tak tak, to jest to samo miasto, w którego granice wbito niegdyś puentę pewno dowcipu, z italiano końcówką: milicjanto iterwento pelerynę pierdolnięto. Wracając jednak na muzyki łono, Praying Mantis od dłuższego czasu nie schodzą z afiszu. Ich forma doskonała, aktywność wydawniczo-sceniczna także, no a "Keep It Alive!" tylko potwierdza, jakim błędem było niedotarcie na ich niedawny polski koncert. I niech sobie gadają, że to Iron Maiden dla ubogich. O Barclay James Harvest, względem The Moody Blues głoszono podobnie, a obie ekipy przecie równie bezbłędne.
- Mantis Anthem

LOVE KILLERS feat. TONY HARNELL - "Love Killers feat. Tony Harnell" - (2019) - melodic metal, o typowo ejtisowym zabarwieniu. Dobrze w takim odzieniu Tony'emu Harnellowi. Facio nareszcie pojął, że natura stworzyła go do śpiewania właśnie takich melodii, i oby nikt mu tylko nie namieszał w głowie, by zawracać z właściwego kursu. Nóżka sama chodzi.
- No More Love

DAN McCAFFERTY - "Last Testament" - (2019) - na najnowszym solo albumie ex-wokalisty Nazareth ukonstytuował się bolesno-melancholijny klimat piosenek, niekiedy z pięknymi szkockimi motywami. I tak, jak na twarzy McCafferty'ego wybrukowały się liczne zmarszczki, tak też ich urok idealnie wtopił się w odpowiednio podniszczony głos, jakim maestro od zawsze dysponuje, a za sprawą którego jakże wiarygodnie i przejmująco brzmią te piosenki. Ballada "Why" to najpiękniejsze sześć minut 2019 roku, w materii sercowego śpiewania.
- Why
- Looking Back

CHASING THE MONSOON - "No Ordinary World" - (2019) - muzyka cudo. Rock podlany brytyjskim folkiem, z najbardziej okazałych jego zakątków. Muzyka tak subtelna, finezyjna i jednocześnie oczyszczająca, iż powinno się jej walory zapodawać na rehabilitacyjnych zajęciach sanatoryjnych. To lepsze niż marnowanie czasu w kościółkowych nawach, w których od tego bezsensownego klęczenia można tylko portki pobrudzić. Dawno nie słyszałem bardziej uduchowionej twórczości. Ludzie byliby lepsi, gdyby tylko potrafili szarpać emocje właśnie z takich źródeł, zamiast z konfliktowych religii.
- Chasing The Monsoon
- Circles Of Stone
- Innocent Child
- December Sky
- Lament

ROBERT PLANT AND THE SENSATIONAL SPACE SHIFTERS - "Lullaby And... The Ceaseless Roar" - (2014) - najlepsza piosenka Pana Roberta w ostatnim dwudziestoleciu, a kto wie, czy nawet nie od czasu na pół-genialnej płyty "Fate Of Nations". Kocham jegomościa, choć biję się w klatę, rzadko słuchamy jego głosu w Nawiedzonym.
- Embrace Another Fall - {wspomagający śpiew JULIE MURPHY}

OF MONSTERS AND MEN - "Fever Dream" - (2019) - młodość, jeszcze raz młodość. Jakże świeżo brzmi ta muzyka. Jest w tym piosenkowym indie rocku lekkość i szczerość intencji. Ok, ta muzyka murów nie przebije, nie zmieni naszego myślenia, nie wyzwoli też żadnych rewolucji, ale dostarczy sporo przyjemności. A to, niczym endorfiny.
- Waiting For The Snow
- Vulture, Vulture

BLACK MARBLE - "Bigger Than Life" - (2019) - jednoosobowa załoga, a więc ni to zespół, ale też nie typowe solo, skoro Chris Stewart dokonuje sztuki pod banderą "Black Marble". Proste, elektroniczne piosenki, wbite w typowe dla lat osiemdziesiątych portki. Zapewne wielbiciele archeo synth-popu, spod znaku Human League, Visage, OMD czy Depeche Mode, wciągną z podniety to powietrze do swych płuc, a kto wie, być może nawet stawią się w lutym do poznańskiego klubu "Pod Minogą" - wszak taka muzyka na żywo, to niebo w gębie.
- One Eye Open
- Daily Driver

URIAH HEEP - "... Very 'Eavy ... Very 'Umble" - (1970) - jeśli już rozprawiamy o poznańskich koncertach, czas teraz na Jurajkę - 3 lutego w Tamie. Byłem na nich równo przed rokiem we Wrocławiu, było kapitalnie, więc nie przegapcie. Niestety mnie na ten dzień przypada wyjazd do Berlina. Wybieramy się z Tomkiem Ziółkowskim na koncert Keane. To jedno z moich marzeń, więc już tylko na samą myśl przebieram nogami. No chyba, że go odwołają (tfu tfu - odszczekaj Masłowski!), wówczas na bank i wielką chęcią zawitam po raz trzeci w życiu na kompanię dowodzoną przez Micka Boxa.
- Come Away Melinda
- Wake Up (Set Your Sights)

JETHRO TULL - "Catfish Rising" - (1991) - kolejny anons zbliżającego się koncertu w naszym pięknym Poznaniu. W ogóle będzie to cała trasa, podczas której Dżefrotale zagrają przy okazji kilka koncertów w Polsce. Bardzo bym chciał, ale ze względów ekonomicznych nie dam rady. Berlin na pewno ostro mnie wycieńczy. Zakupy płytowe w tamtejszym Saturnie zapewne całkowicie wyczyszczą mój portfel. A płyty trzeba mieć, by tworzyć audycje i nie tylko. Opowieściami o koncertach nie nakarmię Słuchaczy. C'est la vie, my friends.
- White Innocence

FLEETWOOD MAC - "The Dance" - (1997) - genialna wersja najlepszego numeru legendarnego longplaya "Fleetwood Mac". Dłuższa i niewspółmiernie bardziej uduchowiona od swego pierwowzoru. A wszystko z czasów, gdy MTV klajstrowało na tak wysokim poziomie koncerty. Spójrzcie na okładkę, Mick Fleetwood stoi dokładnie tak samo, jak na wierzchniej stronie albumu "Rumours".
- I'm So Afraid

FLEETWOOD MAC - "Time" - (1995) - płyta taka sobie, lecz jej finał obłędny. Siedem, niemal medytacyjnych minut, w których m.in. usłyszymy: w tych dziwnych czasach zaglądam do swego serca, i widzę ciemność. Ciemność, nie światło. Światła nie ma - przynajmniej dla mnie. Przepiękna kompozycja, której nigdzie w radio nie usłyszycie - za wyjątkiem N.S.
- These Strange Times

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA - "Time" - (1981) - jedna z moich życiówek. W 1981 roku leżałem przez trzy tygodnie w szpitalu i codziennie słuchałem radia, które dość głośno nastawiały panie pielęgniarki w swojej kanciapie. Po kilka razy na dobę serwowano kawałek "Hold On Tight", którym byłem zauroczony. Kto wie, być może właśnie ta piosenka doprowadziła mnie wówczas do stanu użyteczności? Już wtedy marzyłem o nadchodzącej całej płycie "Time". Wiedziałem, że będzie genialna, a ta nie oszukała mnie nic a nic. Moi Rodzice postanowili zmniejszyć moje szpitalne cierpienie i zamówili płytę u koleżanki mojej Mamy, która akurat wyjeżdżała na Zachód. Cena upragnionego winylu była równoznaczna z połową wypłaty jednego z moich "staruszków". Ale zrobili to dla mnie. Bo najprawdopodobniej lubili swego małoletniego darmozjada, a być może nawet kochali? Płytę otrzymałem już rozfoliowaną. Synalek koleżanki Mamy musiał ją sobie najpierw przegrać. To ten gostek, który nie pozwolił trzy lata wcześniej na moim kiepskim gramofonie odpalić własnego egzemplarza Smokie "Bright Lights And Back Alleys". A jak szybko czas pokazał, był to kolejny ćpun darmowej muzyki - już wówczas takich nie brakowało. Nieważne, nie przeszkadzało mi, choć nie ma nic piękniejszego, jak samemu rozpieczętować nówkę nierdzewkę. 
Zabarwiona prześlicznymi - szybszymi bądź powolnymi - piosenkami opowieść o człowieku lat osiemdziesiątych, zabranym do roku 2095, w którym staje on przed dylematem, gdzie żyć? Czy w postępie technologicznym czy może jednak zwycięży tęsknota za dawnymi czasami. Jego marzenia o życiu w przyszłości szybko legły w gruzach. Okazało się, że nie czekało tam na niego nic ciekawego, pora więc było wracać do pozostawionej teraźniejszości. Już tylko na podstawie tej płyty myślę, że rozumiecie Szanowni Państwo, dlaczego nie potrafię zaakceptować tych ostatnich dwóch brudnopisów, opatrzonych szyldem "Jeff Lynne's ELO".
- Prologue
- Twilight
- Yours Truly, 2095
- Ticket To The Moon

KARNATAKA - "The Gathering Light" - (2010) - na dokładkę dla tych, którym spodobała się płyta grupy Chasing The Monsoon. Ponownie wokalista Lisa Fury, ale i sekcyjna część tamtego otoczenia. W przypadku tej 12-minutowej kompozycji można powiedzieć, i o ładnym śpiewaniu, jak też przede wszystkim, o jeszcze bardziej łapiącym za serce graniu. Co tutaj wyprawia gitara! Tak, bez wątpienia, był to najpiękniejszy fragment wczorajszego wydania Nawiedzonego Studia. A to, że z uwagi na późną porę posłuchali go tylko nieliczni, nikogo nie usprawiedliwia. Dzisiaj święto, można było odespać.
- Forsaken

THIN LIZZY - "Bad Reputation" - (1977) - chciałem przypomnieć 3/4-te tego rewelacyjnego albumu, lecz czasu starczyło na trzy i półminutową dobranockę. W dodatku, utkaną z największego dostępnego tu przeboju. Ale czasu to mi wczoraj zabrakło na jeszcze co najmniej tuzin innych płyt. Zawsze go brakuje, więc żadne novum.
- Dancing In The Moonlight


Winyl swoje przeszedł. Okładka daleka od ideału, sama płyta również, ale od czego nieskazitelne kompakty.
Twenty/Twenty (year)
Jedna z fajniejszych płyt zakończonego roku.



Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



Gdzieś w przydomowej okolicy

niedziela, 5 stycznia 2020

THE WHO - "Who" - (2019) -










THE WHO
"Who"
(POLYDOR)  ****






Chyba najlepsza płytowa okładka 2019 roku. I wcale nie dlatego, że spłodził ją odpowiedzialny za "Sierżanta Pieprza" Peter Blake. Inna kwestia, iż jej wdzięki wydrukowano na nieco cuchnącym i chyba pochodzącym z odzysku papierze - no, ale przecież to sól ziemi naszej.
The Who nagrali nad wyraz klasową płytę, co oznajmiam z dużą satysfakcją. Dzięki niej, pochowają się w norach wszystkie cięte ozory, które tylko patrzą, jak tu dołożyć kolejnym ostałym weteranom. Rock wcale się nie skończył, jednak gdy ze sceny zejdą The Who czy Rolling Stonesi, naprawdę będzie chuderlawo. Do dzisiaj nie urodził się drugi Hendrix, Beatlesi czy właśnie The Who. Nawet, jeśli wyznawcy Red Hotów czy wszelakich odmian Rival Sons'ów, będą mnie okładać za drwienie z tego typu granka ostem wraz z pokrzywami.
Daltrey i Townshend pozwalają sobie na wiele, ale nierzadko na refleksje, które nikomu nie będą tak przystawać, jak im. Lecz, gdy się tyle widziało, a i potrzęsło kilkoma pokoleniami...
Niewiarygodne, jak genialnie śpiewa Daltrey. W jego płucach jest tyle powietrza, co siły u nieokrzesańca w waleniu maczugą. Słucham go z największą przyjemnością, i znajdźcie mi w świeżo co zakończonym roku lepszego rockowego śpiewaka. Hmmm, nawet zazwyczaj nędzny wokalnie Townshend, jakże daje radę, w takim "I'll Be Back". Może dlatego, że jego harmonijka, plus zgrabne smyczki oraz płynący bas Pina Palladino, dały pod tę balladę dobre fluidy. Oprócz wszędobylskiego Palladino, są na tej płycie jeszcze, niedoceniany u nas gitarzysta Gordon Giltrap (polecam przynajmniej jego LP's z lat 70'tych, typu "Visionary" lub "Fear Of The Dark"), klawiszowiec Toma Petty'ego Benmont Tench czy syn Ringo Starra, Zak. Wszyscy dla sprawy istotni, lecz rządzą Daltrey oraz Townshend. To oni spłodzili "Who", i ich za nie rozliczymy.
Pierwsze trzy od brzegu wykrojone kawałki absolutnie świetne, i wszystkie opublikowane w odpowiednich odstępach czasowych na wirtualnych singlach. Najpierw "All This Music Must Fade" - mające niemal siłę "Bargain", zaś w warstwie lirycznej Daltrey wykłada: "... wiem, że nienawidzisz tej piosenki, ale nie obchodzi mnie to", całość puentując: "... co moje to moje, co twoje to twoje, więc kogo to kurwa obchodzi". Townshend kilka razy tak tutaj sprzęgnął, że aż w Charkowie stołami zatrzęsło. W następnym "Ball And Chain", w politycznym odniesieniu przenosimy się do Guantanamo, zaś w "I Don't Wanna Get Wise" Daltrey, z niezwykłą swobodą wyznaje: "... powiedzmy szczerze, byłem blefem, a me surrealistyczne życie bywało ciężkie ...(..)... całe to gówno, którego dokonaliśmy, przyniosło nam trochę forsy ...". Płyta rozkręciła się na dobre, ale podpowiem, nie od razu ją pokochamy. Przede wszystkim, by poczuć woń tej muzyki, należy jej posłuchać głośno, głośno i jeszcze raz głośno!, jednocześnie nie gubiąc wielu wplecionych w nią cennych myśli oraz trafnych spostrzeżeń.
Nie pojmuję, dlaczego przepiękna ballada "Beads On One String" nie jest jeszcze przebojem, przecież to wymarzona melodia pod wszelakie fale FM ("... teraz świat jest w gwiazdach ulotną kruszynką, i nie obchodzi mnie, jak go nazywasz. On zawsze jest taki sam, tylko my go zawstydzamy, kiedy w jego imię zabijamy ..."). Po tym przyjaznym - oczywiście dla mniej rockowego ucha - fragmencie, The Who znowu dowalają - "Hero Ground Zero" - pomimo, iż nad całością zawieszono łagodzące surowość smyczki. Daltrey zarzuca kolejną, a jakby jednocześnie trochę bilansującą zespołową karierę myśl: "... w końcu każdy lider staje się klaunem. Za moimi plecami jest ciepło nowego świtu ...". Z kolei, w przyjaznej radiowemu eterowi, melodyjnej piosence "Break The News" - autorstwa brata Pete'a, Simona Townshenda - usłyszymy: "... życie jest niesamowite, choć bywało wyboistą drogą ...". No i znak czasów, wobec którego kompozytorski Townshend a głosem Daltreya, z irytacją wyrażają: "... jeśli nie mogę powiedzieć prawdy z obawy przed molestowaniem, równie dobrze mogę być niemy ...". To bunt wobec bezlitosnych mediów, szczególnie społecznościowych, które w dobie wolności języka, często innym go przycinają. Doświadczeni życiem The Who nie godzą się, by w tym zgniłym moralnie świecie pouczały ich jakieś żółtodzioby bądź niedostrzegające wierzchołków zagadnień miernoty.
Nikomu nie próbuję wmówić, że wydane po kilkunastu latach fonograficznej pauzy najnowsze dzieło The Who jest kolejną "Quadrophenią" czy bóstwem, pokroju "Who's Next", jednak to naprawdę dobra, by nie rzec: bardzo dobra płyta. Właśnie z "tą" energią, "tymi" pomysłami i "tym" wykonaniem. Gdyby więc za sprawą "Who" przyszło tym klasowym Brytyjczykom zejść ze sceny, w mej pamięci pozostawią najpiękniej unoszący się swąd.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




czwartek, 2 stycznia 2020

CHASING THE MONSOON - "No Ordinary World" - (2019) -









CHASING THE MONSOON
"No Ordinary World"
/IMMRAMA RECORDS/  *****






Stary rok zatrzasnął drzwi, właśnie zacząłem pomału rozwijać tegoroczne plany licząc, że wszystko podsumowane, rozliczone, aż tu znienacka... Jakby przez niedomknięty lufcik wdarło się coś, co zburzyło niemal cały zreasumowany dwunastomiesięczny kalendarz - Chasing The Monsoon "No Ordinary World". Jesienny albumowy prog-rock/folk/world debiut, niebędących w tej branży nowicjuszami Brytyjczyków, o którego istnieniu jeszcze do niedawna nie miałem bladego pojęcia. A mówimy o czymś tak na swój sposób urzekającym, iż tego przemilczenie stanowiłoby za policzek wobec resztek wielkiej sztuki, jaka w notorycznym zalewie chłamu jeszcze nam pozostała. 
Muzyka wydobywająca się z małej srebrzystej płyty "No Ordinary World" jest - o czym z satysfakcją donoszę - absolutnie nieodkrywcza i zapewne u poszukiwaczy wszelakich nowych trendów wywoła jedno wielkie ziewnięcie, jednak dla odbiorcy ustatkowanego oraz otwartego na prawdziwe muzyczne doznania, rzecz okaże się iście pożądana. Tkwię jednocześnie w sporym przekonaniu, iż otrzymany owoc powinien przede wszystkim zaspokoić oczekiwania wymagających podniebień tych odbiorców, których wrażliwość kształtowała się latami pod naporem subtelnego rocka, wyspiarskiego folku, ale też otwartości na muzykę wielu innych kultur. Daleko tu do efektownej pirotechniki czy buchającej niczym z armatniej wyrzutni pary, albowiem Chasing The Monsoon plotą finezyjne rockowe wianki, bliskie wrażliwości utytułowanych Camel, Clannad, Pendragon, Marillion, Mostly Autumn, bądź nestora metafizycznych przeplatań po gitarowym gryfie, Steve'a Hacketta.
Na wokalnym tronie zasiada - niedająca się zapomnieć - Lisa Fury. Pani, która była przecież prawdziwą ozdobą okazałej i niemal już dziesięcioletniej płyty "The Gathering Light" - grupy Karnataka. I tu niedaleko padło jabłko od jabłoni, bowiem pośród towarzyszącej jej głosowi sekcji, znajdziemy na "No Ordinary World" tandem muzyków właśnie tamtej formacji - basistę Iana Jonesa oraz pełniącego rolę dodatkowego gitarzysty, Enrico Pinnę. Składu dopełniają, brytyjski jazz-bluesowy gitarzysta Ian Simmons, perkusista oraz instrumentalista klawiszowy Steve Evans (współpracownik m.in. Siouxsie Sioux czy Goldfrapp) oraz uczestniczący podobnie, co Enrico Pinna, w roli gościa, gitarzysta Gethin Woolcock. Ale też i pozostawiony przeze mnie na deser, Troy Donockley. Ten grający na flecie, gwizdku, dudach czy flażolecie muzyk, zdobywał przed laty uznanie w folk-prog-rockowej formacji Iona, a obecnie jest silnym ogniwem gigantycznie popularnych Nightwish. Oczywiście same nazwiska o niczym nie świadczą, znamy wszak sporo przypadków nietrafionych kolaboracji, jednak Chasing The Monsoon ledwie postawili w swym nowym rozdziale pierwszy krok, a już wiadomo, że nigdy nie będą synonimem fałszywej muzyki.
Cóż za płyta! Przestrzenna, czysta, głęboka, pełna barwnych i niekonwencjonalnych melodii. Melodii, które kroczą naturalnie, swobodnie i niespiesznie. Dzięki temu możemy się im jeszcze uważniej przyjrzeć. Jakże uroczo niekiedy plemienne rytmy wchodzą tu w interakcję z wysublimowanymi gitarowymi motywami, przestrzennymi barwami klawiszowymi oraz perfekcyjnie nastrojonym głosem Lisy, która śpiewa pewnie i ze swobodą.
Nie wypuścimy tej muzyki z rąk, choćby na chwilę. Począwszy od trzy i półminutowej kompozycji/wizytówki "Chasing The Monsoon" oraz naturalnie wbitego w jej kontynuację "Circles Of Stone". Przemierzymy tę oazę lekkim krokiem, aż po dwa wieńczące albumową całość, 8/9-minutowe jeszcze nie suity, ale na pewno obfite: "Love Will Find You" oraz tytułowe "No Ordinary World". Przyznam, dawno już nie słyszałem podobnie poruszającej, by nie rzec: wzruszającej muzyki, której prawdziwą albumową dzidą wydaje się blisko 6-minutowe "Innocent Child". Niby to tylko kolejna w dziejach wysublimowanego rocka rozwlekła art-ballada, a jednak baśniowi malarze, klasy Nicka Barretta czy Steve'a Rothery'ego, mogą w zadumy podziwie przyłożyć kość wskazującego palca pomiędzy dwa nosowe otwory. I krótkawy, w dużym stopniu akustyczny, a i doprawiony wokalizami Lisy oraz folkowymi akcentami Donockleya "Lament", też nie pozwoli schować im rąk do kieszeni.
Unboxing tego dzieła - utwór po utworze - obnaży mnogość nieopisywalnych emocji i wrażeń. I choć karmienie iluzjami nikomu nie służy, o tyle tak podany baśniowo-pejzażowy, z pięknie narastającą dramaturgią rock, umiejętnie podepnie pantograf pod ucieczkę z tego naszego real-nudnego i z rzadka przyjaznego świata. Bo zadaniem takiego grania nie jest bicie rekordów, a łapanie za serce. I tak właśnie się dzieje.
Wyrażam szczególne uznanie dla talentu Iana Simmonsa, który na tej płycie wyrósł nam na prawdziwego Mozarta gitary. W posługiwaniu się tym instrumentem osiągnął widok z góry najwyższej, a co ważne, posiadł też umiejętność rozporządzania nutami. To wielka sztuka, by nimi nie przedawkować, a jednocześnie być wszędzie. Jestem przekonany, że gdyby Simmons miał do dyspozycji tylko dwie struny, też zabrzmiałby ich tuzinem.
"No Ordinary World" miało niezbite prawo do bycia mleczakiem, a tu proszę, od ręki zawiązał się twardy kieł.

P.S. Słowa uznania oraz podziękowań dla Piotrka "nie tylko maszyny są naszą pasją".






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




poniedziałek, 30 grudnia 2019

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 29 na 30 grudnia 2019 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 29 na 30 grudnia 2019 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski







Od Słuchacza, z noworocznymi życzeniami. - dziękuję Panie Miłoszu!

KISS - "Dynasty" - (1979) - szampańskie otwarcie. A co, stać mnie. Jak już zamykać stary rok, wypatrując nowy, lepszy, to tylko za sprawą tak entuzjastycznej muzyki. Poza tym, od mego syncia Tomka pod choinkę dostałem t-shirt Kiss'ów, i to na dobitkę tour-koszulkę, z rozkładówką, jak dotąd ostatniej ich trasy. Wdzianko będzie jak najbardziej aktualne także podczas trasy w 2020, choć na plecach zamiast polskich Gliwic, widnieć będzie poprzedni Kraków. Aha, młodziak ojcu sprawił jeszcze bombowy t-shirt Queen, że aż Ziółkiem zatrzęsło z zazdrości. No i płytę Of Monsters And Men, ale o tym nieco niżej.
- I Was Made For Lovin' You

SANTA ANA WINDS - "Santa Ana Winds" - (2016) - najbardziej czarujące CD kończącego się roku, choć przecież rzecz to wyzwolona z sideł trudu już przed trzema laty. Jakie jednak to ma znaczenie, przecież tego typu muzykowanie się nigdy nie zdezaktualizuje. Płyta upominek od Słuchacza na 25-lecie Nawiedzonego Studia, które obchodziłem latem.
- Don't Stand In My Way - {Charlie cover}
- Love Is A Mystery - {Bill Quateman cover}

TYGERS OF PAN TANG - "Ritual" - (2019) - tną jak w 1981. New Wave Of British Heavy Metal żyje, choć był to nurt przeznaczony tylko na kilka lat. Ok, Tygrysy nie wymiatają na wielkich arenach, jak Iron Maiden czy Def Leppard, za to wymiatają na nowej płycie. Jest wspaniale; gitary, wokal, brzmienie, melodie, power, energia, pasja i młodość skrywana pod posiwiałymi skroniami. Świetna płyta pod przywództwem już tylko jednego oryginalnego Tygrysa, jakim gitarzysta Robb Weir. I co z tego, skoro pozostała czwórka zupełnie nic sobie z tego nie robi. Ich dobicie do składu w erze nowożytnej tylko podniosło jakość etyliny.
- Worlds Apart
- Destiny
- Words Cut Like Knives

WHITESNAKE - "Come An' Get It" - (1981) - moja ulubiona płyta Whitesnake. Oczywiście lubię jeszcze wiele innych, ale tę uwielbiam. Wiadomo, wspomnienia - to raz, ale przede wszystkim najbardziej energetyczny i pełen blues/rock'n'rollowych pomysłów album Coverdale'a. Przygrywali mu tutaj sami mocarze. Bo przesz, i Jon Lord, i Ian Paice czy Neil Murray, no i Bernie Marsden plus Micky Moody. Najlepszy skład z możliwych. I chyba właśnie dlatego, tak pełna pasji i zadzioru muzyka, naturalnie się spod skrzydeł wylęgła. O pardon, spod wężowego jęzora. I tylko Gene Simmons ma dłuższego. Całe "Come An' Get It" to rzecz w ogóle z samymi wypasami i nie dla fiutków. Lektorka angielskiego przepytała ostatnio naszą grupę, o nasze preferencje i upodobania. Wszystkie kobietki o jakiś fatałaszkach, domku i ogrodzie, fitnessie, zumbie i tym podobnych pierdołkach... , a ty Andy, czym ty się interesujesz? Odpowiedź głosi poniższy kawałek. Jego tytuł wyraża mój stan życiowego zapotrzebowania, choć "wino" proszę potraktować metaforycznie, albowiem nie cierpię jego smaku oraz fermentu, tak więc, w jego miejsce proszę wstawić "whisky".
- Wine, Women An' Song

MÖTLEY CRÜE - "The Dirt Soundtrack" - (2019) - w oryginale był to już fajny kawałek, lecz Mötlejki przenieśli go na słuszny grunt bliskiego swej natury wyuzdanego r'n'roll-metalu. No i proszę, od razu słychać, jakie cacko! Pomiędzy czerwcem a wrześniem 2020, wielka po USA stadionowa trasa Czwórki Gigantów. Na jednej scenie Joan Jett And The Blackhearts, Poison, Def Leppard i właśnie Mötley Crüe. Kurde balans, ale czad! To dopiero będą chwile. Z cyklu, zobaczyć i umrzeć. Na zaplanowanych 29 koncertów, 9 już wyprzedanych! Nie ma co zwlekać, bo życie śmignie jak powiew pędzącego expressu na stacji Koluszki. Wyobrażacie sobie Mili Państwo, u nas Kurski w tym gównianym TVP lansuje badziewiaków Zenków i Sławomirów, a świat trzęsie się pod decybelami prawdziwej heavy sztuki. I tylko tkwię w przekonaniu, iż jedynie przez pomyłkę natury moja Mamuśka poczęła mnie w Polsce, zamiast gdzieś w Kalifornii, w której najprawdopodobniej byłbym najszczęśliwszym facetem na naszej Zielonej Planecie.
- Like A Virgin - {Madonna cover}

OZZY OSBOURNE - "Ozzmosis" - (1995) - genialny kawałek z całkiem niezłej płyty Księcia Ciemności. Na klawiaturze Rick Wakeman, na bębnach Deen Castronovo, który już za moment ze swoimi Revolution Saints wyda trzeci album. I będzie to mocna rzecz. Tak przynajmniej zwiastują już dwa dostępne klipy. No, a Ozzy ściska już nóż na gardle nowego albumu. Jego tytuł "Ordinary Man", zaś data uwolnienia z magazynów przypada na wyłaniający się z zaułka styczeń 2020.
- I Just Want You

POISON - "Look What The Cat Dragged In" - (1986) - debiut Pensylwańczyków. Szalenie dobry, pomimo iż w chwili jego powstania trochę kręciłem nosem - że niby takie miękkie, raczej babskie granie. I racja, dziołszki rzucały się chłopakom do szyj. Potrzebowałem ze dwóch-trzech lat, by załapać w czym rzecz, ale gdy już to nastąpiło, nie puszczam do teraz. Kocham tę muzykę i cieszę się, że chłopaki wciąż trwają dokładnie w tym samym składzie, i że zagrają stadionową trasę. Szkoda tylko, że nie u nas.
- I Want Action
- I Won't Forget You

FORTUNE - "Fortune II" - (2019) - co ja mam Szanownym Państwu powiedzieć? Jedynie po raz kolejny: kocham tę muzykę. Natomiast, za zakatarzone śpiewanie Larry'ego Greene'a dałbym się posiekać. Spójrzcie na zdjęcie. Stare dziady, co? Być może, ale to tylko frontowe ściany budynków, wewnątrz są melodic-rockowe marmury.
- Don't Say You Love Me

PRETTY MAIDS - "Undress Your Madness" - (2019) - rok by się skończył, a ja zapomniałbym nadać jednej z najlepszych piosenek roku. "Shadowlands" ma taką melodię, że stropy truchleją. Rzecz niemal tak piękna, co "Please Don't Leave Me", choć takim przebojem nie będzie. Ale John Sykes mógłby przy tych nutach zmrużyć ślepia z zazdrości. Bowiem, do śpiewnika Pretty Maids, wobec tamtej gigantycznej pieśni, właśnie wdarła się poważna konkurentka. 
- Shadowlands

LOVE KILLERS feat. TONY HARNELL - "Love Killers feat. Tony Harnell" - (2019) - lata osiemdziesiąte pełną gębą. Tony Harnell z TNT, Alessandro Del Vecchio (ooo, maestro w kolejnym projekcie), plus jeszcze dwójka z mniej znanymi nazwiskami, za to, jaka płyta! Tę norwesko-włoską kolaborację reklamuje się, jako: "czy pamiętasz TNT i ich "Intuition" czy "Tell No Tales"? Jeśli tak, to ta płyta dla Ciebie". W TNT gitarowe szarże oraz triki uprawiał niegdyś genialny Ronnie LeTekro, którego tutaj nawet nie próbuje naśladować całkiem sprawny Gianluca Ferro, choć i on wymiata przecież niczego sobie. Ale na podgrzanie bębenka dodam, nie martwy się, wszak na 2020 Harnell i Tekro zapowiedzieli wspólną płytę. Coś czuję, będą drzazgi.
- Ball And Chain
- Who Can We Run To

BRUCE SPRINGSTEEN - "Western Stars" - (2019) - jedna z płyt roku, a i poniższa piosenka to mój osobisty Top 10. Zerknijcie na prawo, fajnie wyszło zdjęcie, prawda?
- There Goes My Miracle

QUEEN - "A Night At The Opera" - (1975) - piosenka wszech czasów. Do dzisiaj nie wymyślono lepszej. Poszło z japońskiego CD, a mało która kompozycja na to zasługuje. Znam ją na pamięć. Mógłbym wystąpić nawet w roli dyrygenta, a i gębę podstawić pod playback - nikt by się nie zorientował. Jak ja kocham to galileos, scaramouche i bismillah.
- Bohemian Rhapsody

OKTA LOGUE - "Runway Markings" - (2019) - jedna z najczęściej słuchanych płyt ostatnich kilku miesięcy, a i w pamięci wciąż tkwiący przecudowny berliński koncert. Tamtego dnia nie czułem się najlepiej. Tak, znowu doskwierał żołądek, który niedawno znów dał o sobie znać. Ale cóż, widać taki mój los. Nie przeszkodziło mi to jednak w chłonięciu świetnej muzyki, kolejnego debeściarskiego zespołu młodszego pokolenia.
- River Street
- Runway Markings

RUNRIG - "The Last Dance - Farewell Concert" - (2019) - nie było mi dane posłuchać tych folk-rockowych Szkotów na żywo, i już się nie uda, bowiem grupa po 45 latach postanowiła przejść w stan spoczynku. Trudno, nie wszystko w życiu dane. Na szczęście ekipa braci MacDonald pozostawiła po sobie przepastne archiwa, są też płyty, no i od czego wyobraźnia.
- Canada

STEVE HACKETT - "The Tokyo Tapes" - (1997) - wspomnieniami nad wyraz chętnie powracam do poznańskiej Sali Ziemi, w której 6 maja odbyło się prawdziwe rockowe misterium. Były gitarzysta Genesis po raz kolejny podbił moje serce, choć dopiero po raz pierwszy na żywo.
- Los Endos

OF MONSTERS AND MEN - "Fever Dream" - (2019) - wpisuję właśnie audycyjną setlistę, a ta płyta kręci się nieprzerwanie. Zapętliłem ją w odtwarzaczu i jest już bodaj szósta lub siódma emisja. Kapitalne muzykowanie. Ależ mi ten mój Guziaczek trafił w gust. Śliczne melodie, w lekko rockowym sosie, podbite delikatną, przyjemną i jakby staromodną elektroniką, choć jak najbardziej dającą nowoczesny finalny efekt. Na przemian kobieco-faceciarskie wokale, ale przede wszystkim słychać w tej muzyce młodość. Jest ona niczym powiew nadchodzącej wiosny, pomimo iż na świat przyszła minionego lata. Nie dziwi, że zachwyca się tym współczesna indie-rockowa dzieciarnia, a płyta narobiła szumu na alternatywnych listach w Stanach, Australii i rzecz jasna w rodzimej Islandii. Niebawem ciąg dalszy. To be continued...
- Alligator
- Ahay
- Róróró

JEAN-MICHEL JARRE - "Les Chants Magnétiques" / "Magnetic Fields" - (1981) - do tańca zapodałem rumbę w wydaniu najlepszego elektronicznego Żabojada. Wszyscy niegdyś uwielbialiśmy tę płytę. Wielu moich kompanów testowało na niej wzmacniacze i głośniki. Nawet, jeśli większość z nich jechała na nędznych magnetofonach, z których przede wszystkim dało się wydobywać szumy i przestery.
- Magnetic Fields Part 5 (The Last Rumba)

ROBBIE ROBERTSON - "Sinematic" - (2019) - najlepsza rockowa płyta 2019 roku z szepczącym śpiewem - to raz, a dwa, ilość nagromadzonych tu pomysłów, smaczków aranżacyjnych, świetnych muzyków oraz ciekawych melodii plus lirycznych spostrzeżeń, niepojęta. Album przekonał mnie, że Robbie Robertson to facet z tej samej półki wrażliwości, co Bob Dylan, Neil Young czy Peter Gabriel.
- Dead End Kid
- Walk In Beauty Way

CARPENTERS - "Close To You" - (1970) - zabrałem to CD, pomimo iż zaplanowałem zagranie dłuższego setu jednak z albumu "Horizon". A, że po pierwszej w nocy mózg już tak nie pracuje, zamiast wyciągu z "Horizon", ruszyłem pierwszym od brzegu kawałkiem z "Close To You". No i dobrze, piosenka prześliczna, problemu nie widzę, nie słyszę. Tak więc, nawiedzone duszki splotły nam dobrego figla.
- We've Only Just Begun

CARPENTERS - "Horizon" - (1975) - o, i to jest ta płyta Stolarzy, która miała planowo pójść. Nikt takiej muzyki - poza N.S. - dzisiaj już nie gra. Zatem, nawet jeśli tak urocze śpiewanie nie jest już modne, nikogo nie usprawiedliwia bycie na nie głuchym. Spośród wielu współczesnych music-horrorków znalezienie choćby jednej dobrej melodii wydaje się zadaniem karkołomnym, a tu proszę, na jednej płycie, co piosenka, to widok z góry najwyższej.
- Aurora
- Only Yesterday
- Desperado - {Eagles cover}
- Please Mr. Postman - {The Marvelettes cover}
- Solitaire - {Neil Sedaka cover}

FLEETWOOD MAC - "Rumours" - (1977) - wczorajszy wpis na blogu, pt. "rumours", w pełni wyjaśni obecność zapodanych w sercu nocy trzech piosenek z tej niesamowitej płyty.
- Go Your Own Way - {śpiew LINDSEY BUCKINGHAM}
- Songbird - {śpiew CHRISTINE McVIE}
- Oh Daddy - {śpiew CHRISTINE McVIE}

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA - "Time" - (1981) - na tej instrumentalnej melodii żegnałem się w nocy z Szanownym Państwem, życząc samych dobrych chwil w Nowym Roku. I nic się we mnie nie zmieniło. Podtrzymuję, nadal życzę Wam moi Drodzy wielu dobrych chwil na nowych 366 dni. Tak, 366, bowiem za chwilę wejdziemy w rok przestępny, i oby był przynajmniej przystępny, bez żadnych głupich niespodzianek, za to kręcił wszystkim wianki w szczęściu i zdrowiu! Do usłyszenia ...
- Another Heart Breaks

==================================

"NOCNIK" 
pierwsze trzy kawałki w nocnym paśmie poszły z płyt Tomka Ziółkowskiego.



CIGARETTES AFTER SEX - "Cry" - (2019) - nie mam jeszcze najnowszej płyty tych amerykańskich dream/pop'owców, choć poprzednia bardzo mi się podobała. Nie miałem ostatnio ochoty na taką muzykę, lecz Tomek zapodał w nocy taki kawałek, że wymiękłem. Coś niesamowicie pięknego. Jak ja mogłem zignorować taką muzykę? Człowiek głupim umrze.
- Heavenly

HOLLYWOOD VAMPIRES - "Hollywood Vampires" - (2015) - Tomka mógłbym podejrzewać o różną muzykę, ale że mu się spodoba AliceCooper'owy cover Led Zeppelin, no no no... Numer faktycznie nie od macochy, a Ziółko notuje u mnie duuuuży plus.
- Whole Lotta Love - {Led Zeppelin cover}

FREDDIE MERCURY - "Mr. Bad Guy" - (1985 / reedycja 2019) - SPECIAL EDITION. Tutaj już bez zaskoczeń. Ziółko uwielbia Freddiego, jak Matkę swą. Na "Bohemian Rhapsody" był w kinie równo dziesięć razy! - w tym raz ze mną. I tak dziwne, że nie poleciała cała płyta, a ja gdzieś w kącie zakuty w dyby, bym nie pospieszał do domu.
- Living On My Own






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




niedziela, 29 grudnia 2019

rumours

Pomimo, iż preferuję kompakty, wciąż nie bywam głuchy na urok winylu. Jest tylko jedno zastrzeżenie, musi się on czymś wykazać.
Przed świętami odwiedziłem coraz słabiej zaopatrzony Media Markt. Pod literką "F", podkusiły winylowe reedycje Fleetwood Mac. Same bombowe albumy: "Fleetwood Mac", "Rumours", "Tusk", "Mirage" oraz "Tango In The Night". W mojej opinii najlepszy okres, choć wiem, że bluesowych wielbicieli talentu Petera Greena nie przekonam - i nie zamierzam. Skończyło się tylko na obejrzeniu okładek. Pomyślałem, "Tango In The Night" mam ze słusznej epoki stary egzemplarz, "Rumours" też, choć podniszczone, za to na CD zremasterowany 2-płytowy ideał. Pozostałe albumy też na CD, a takie "Tango In The Night" czy "Mirage", nawet w dublach. Pogiglotałem więc okładki najnowszych reedycji, odwróciłem się na pięcie i wyszedłem ze sklepu. Dopiero w domu zaczęło mnie nękać: kup przynajmniej ten "Rumours" - na clear winylu. Wyobraziłem sobie cacuszko na talerzu gramofonu. Jak przez warstwę przezroczystego winylu będzie przebijać talerz z matą "Polskie Nagrania". Łoł, bajer. Jak to się niegdyś mawiało: cycuś glancuś. Musisz mieć - kusi diabeł podskórnie. No i stało się, nie mogłem doczekać końca świąt. Myślałem o tym "Rumours", i myślałem. A, że święta do kitu, bo tradycyjnie żołądek nawalił, to przynajmniej niech coś je wynagrodzi. Zamiast czyścić ze smakołyków stoły, łykałem sodę oczyszczoną, popijając gazowaną wodą, by ulga przychodziła szybciej. Mundi dodała: no tak, święta idą, Masłowski tradycyjnie chory. Dla jasności, moje cierpienie nie wynikało z wcześniejszego folgowania, po prostu mój organizm ze dwa/trzy razy do roku odmawia posłuszeństwa. Błahostka, średnio trzy nocne pobudki i wicie się po ścianach, bo cholerstwo nie ustaje. Tak więc, na dzień przed Wigilią ścięło mnie, że hej. Nie miałem ochoty na nic i na nikogo, a tym bardziej na życie. Dlatego sprawienie sobie prezentu pogwiazdkowego należało mi się, jak mało komu, i basta!
Modliłem się jedynie, by te FleetwoodMac'ki się jeszcze ostały. Wszak szał zakupowy, prezenty... Różnie mogło być. Pocieszałem się jednak, iż mieszkam w kraju, w którym na okrągło i w nienasyconych nakładach schodzą tylko wszelakie PinkFloydy, Queeny, Coltrane'y, Dżemy i tym podobne GunsN'Roses'owe giganty. Kto miałby więc ochotę zaryzykować Fleetwood Mac, i to jeszcze eksperymentować dziełami ery starożytnej. Tu za chwilę w tv na Sylwestrze przyłożą Zenek i Sławomir, a ja snuję obawy, że ktoś mi Fleetwood Mac wykupi. Oczywiście były wszystkie. Nikt im nawet nie zmienił w tym harmidrze lokalizacji. Choć kto wie, sprzedawcy też potrafią dowalić. Dwa tygodnie przed Gwiazdką szukałem dla Syncia ostatniego podwójnego LP Nicka Cave'a. Zaglądam pod "C", nie ma. Myślę, zerknij pod "N", bo oni pewnie traktują Nick Cave And The Bad Seeds, jako zespół. Nie pomyliłem się. Były trzy sztuki. Się młodziak ucieszył. Mnie też się od mojego ryjcia skapnęło. CD, którego nazwy oszczędzę, ponieważ nie było go jeszcze na talerzu radiowym. Poza nim, moje Pachole sprawiło ojcu zajefajne dwa t-shirty. I to takie, że... !!! Kiss oraz Queen - w słusznym rozmiarze 5 XL. Gdzie on znalazł takie cacka? Nareszcie jakiś męski sklep, bo na koncertach rozmiarówka zawsze dziecięca - do śmiesznych dwóch XL.
Wróćmy do Fleetwood Mac. "Tango In The Night" za 69,99 zł, a "Rumours" 82,99 zł. Dziwne, przecież to ta sama seria, od tego samego wydawcy, niemal numer po numerze katalogowym, hmmm... Rozumiem "Tusk", bo podwójne, ale te pojedyncze LP niech się zdecydują - albo po tyle, albo po tyle. W dziale obsługi klienta na szczęście zastałem pracownika. Zabrałem obie płyty, pokazałem w czym rzecz, i zapytałem: czy "Rumours" można podpiąć pod niższą cenę "Tango In The Night"? Pan oznajmia: 82,99, co to za cena? My takich nie mamy. Ktoś musiał porządzić się spoza działu. Żadnych "dwójek" z groszami nie stosujemy powyżej wyższych dziesiątek. Zerknął do komputera, "jasne, że zbijemy tę cenę". Zatem na "Rumours" zrobiło się 69,90 zł. Biorę, dziękuję, i już mam iść do kasy, na co dobiega mnie zza pleców: a wie pan, bo my mamy jeszcze tę akcję, kupujesz trzy, płacisz za dwie. O kurde! Tu mnie masz. Na nic grubszy portfel. Chrzanić forsę, na co ona. Wróciłem do literki "F", po chwili ściskałem w lewej dłoni (bo ja lewak) "Rumours", "Fleetwood Mac" i "Tusk". Każda w innym kolorze, choć wszystkie w barwach stonowanych, przyjaznych oczom. Dobrze, bo nie cierpię tych wszystkich żółtych, różowych czy fioletowych z czarnymi kleksami.
Wracałem do domu z tymi longami, jak gdyby był 1977, a ja właśnie kupiłem świeżo upieczone "Rumours". Tyle razy miałem to na winylu, ale zawsze coś za bardzo smażyło, szumiało, pierdziało, a teraz dźwigam nówkę! I na dobitkę, jeszcze dwie inne Fleetwoods siostrzyczki - wszystkie w chronologii album po albumie. Szczęśliwy szedłem, śpiewać mi się chciało. Chyba z żadnej płyty - w kończącym się 2019 roku - nie cieszyłem się tak, jak z tego "Rumours". Było nie było, mowa o albumie, który gości w ponad czterdziestu milionach domów. Tak tak, bo to jedna z najlepiej sprzedających się płyt wszech czasów - 11 pozycja. Tylko dziesięć milionów więcej ma "Dark Side Of The Moon", które na pozycji nr 2. Poza zasięgiem tylko "Thriller" - ponad setka.
Słucham tych płyt, grają przepięknie. Jeszcze za bardzo nie skwierczą, choć trochę jednak tak. Jak zawsze, w przypadku tego sympatycznego, acz niedoskonałego nośnika. Mam do niego miękkie serce, pomimo iż często narzekam. Bo wkurza mnie ta sztuczna moda, a jeszcze bardziej ci, którzy udają znawców, a ucho mają z rozsypującej się sklejki.
Jeśli dzisiejszy tekst nieco przydługi, można udrękę skończyć już w tym momencie. Nie nadwyrężajmy współczesnej zniecierpliwionej percepcji. Jeśli jednak nadal ktoś tkwi na posterunku, słówko dopiszę. Otóż, była sobie przy ul. Dąbrowskiego pewna księgarnia. Całkiem zamaszysta, lecz stropem doczepiona do bardziej popularnego sklypu minsnego, więc wszyscy wbijali w tamte drzwi, a w książkach oraz nielicznych płytach, zawsze pustawo. Mowa o dawno nieistniejącej miejscówce, mniej więcej vis a vis kina Rialto. Rzadko tam zachodziłem. Najlepsze płyty sprzedawano jednak przy ul. 27 Grudnia, w trzech miejscach, na odcinku od Ratajczaka po Lampego (dzisiejsza Gwarna), przez co reszta punktów obijała się ofertą o peryferia. Chociaż, bądźmy szczerzy, w tamtych latach wszystko u nas bywało peryferyjne. Mimo wszystko, zdarzało mi się jednak okazjonalnie wsadzić nos do tej księgarenki, w nadziei uchwycenia jakiejś okazji. I od razu uprzedzę, nigdy żadnej nie było. Ale pewnego razu byłem świadkiem takiego oto zdarzenia. W sklepie, poza mną, były jeszcze dwie osoby. Pani sprzedawczyni oraz rzucający się ku jej policzkowi z całusem klient. Zapewne dobry znajomy, a może nawet ktoś więcej? Właśnie spod lady poszła sprzedaż poza trybem socjalistycznego systemu, do którego teoretycznie każdy obywatel miał równe prawa. Szczęśliwcowi skapnęło się indyjskie tłoczenie (pamiętne dum dum india) "Rumours". Cena 250 zł. Jak byk stempel świecił fioletem w dolnej części rewersu okładki. Serce zadrżało, ale niestety był tylko jeden egzemplarz. Na moje zapytanie: czy ja też mogę?, pani machnęła dłonią, na zasadzie: a kysz. I takie płyty później lądowały na niedzielnych giełdach wawrzynkowych, niejednokrotnie kosztując solidnego tysiaka. Bo dobrze było być kierownikiem takiej księgarni. Zagraniczne płyty przychodziły w tak minimalnych ilościach, że w ogóle nawet nie wchodziły na półki. Ich rozdzielnictwem dysponował kieras takiej placówki, który co gorsze tytuły dawał do podziału pracownikom, zaś wszelakie Beatlesy czy Genesisy, to już tematy w jego szponach. Często widywałem dobre smaczki na tamtych giełdach, właśnie z takimi cenowymi pieczątkami. Przed kilkoma laty poznałem pracownika innej księgarni, który po tylu latach mógł pozwolić sobie na pewne otwarcie. Opowiedział mi o dawnych procedurach. O tym, co było, ile, jaki był system rozdzielnictwa, etc... Zapewniał, że do wszystkich księgarń trafiały bombowe tytuły, jednak ich ilości były tak skromne, że nawet nie załapywali się sami pracownicy. Przychodził karton z trzema płytami Pink Floyd, a pracowników czwórka. No więc, ci dostaną po Pink Floyd, a czwarty pracownik załapywał się na jakiegoś Paula McCartneya, bo akurat była jedna sztuka. Na sklep nie wchodziło nic, bo jeszcze przed otwarciem o dziesiątej, już było pozamiatane. Dlatego w oknach wystawowych straszyły jedynie brzydkie okładki Melodii, Polskich Nagrań, Pronitu lub rumuńskiego Electrecord.

Dzisiaj dzień radiowy. Ostatni w tym roku. Program poprowadzimy z Tomkiem Ziółkowskim. Nieczęsto mamy okazję z Tomkiem razem popracować, więc tym bardziej się cieszę.
Oby tylko do 22-giej żołądek dał jakoś radę. Do usłyszenia...







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"