RADIO AFERA "Nawiedzone Studio", niedziela, godz. 22.00 - 2.00 (98,6 FM Poznań)
POLSKIE RADIO POZNAŃ "Sobotni wieczór Andy'ego", sobota, godz. 22.07 - 23.00 (100,9 FM Poznań)
czwartek, 15 czerwca 2017
SLOWDIVE - "Slowdive" - (2017) -
SLOWDIVE
"Slowdive"
(DEAD OCEANS)
****1/2
Powrócili po upływie dwóch dekad w oryginalnym składzie. W tym, w którym zrealizowali dwie pierwsze płyty, z moją ulubioną "Just For A Day" na czele oraz "Souvlaki" - powszechnie uznaną za najlepszą.
Najnowsze, zaledwie czwarte dzieło, zatytułowali po prostu "Slowdive". Zupełnie, jakby zapragnęli rozpocząć historię od początku. A przecież w swej twórczości nawet na moment nie odeszli od wypracowanego stylu. To nadal shoegazowy rock, któremu kształt nadali wcześniejsi Cocteau Twins, a po którym to już później wielu chętnie stąpało. Czy to nie wydaje się niezwykłe, że powrót Slowdive wzbudza obecnie u nas większe zainteresowanie, niż cała pierwotna działalność z okresu 1989-1995? W czasach, kiedy na wyspiarskich rankingach płytowych Slowdive zdobywali należny szacunek, u nas słuchano ich nieśmiało. Pamiętam, gdy emitowałem w swoich audycjach nagrania z pierwszych dwóch płyt, a słuchacze wpadali w błogostan, prosząc o więcej i więcej. U nas radio ich niemal zupełnie nie grało, a do epoki wszech internetu, była jeszcze droga daleka. Dzisiejszy (tj. od 2014 r.) powrót Slowdive nosi się rangą zespołu kultowego, niczym Joy Division, których także w słusznym czasie słuchały u nas jednostki. Chyba dobrze, że tak jest, to daje nadzieję, że każda ciekawa twórczość nigdy nie przepadnie w mgielnych zaroślach.
Ekipa śpiewającego tandemu Neil Halstead - Rachel Goswell, tworzy ten sam niepowtarzalny klimat, co dawniej. Ich wrażliwość, subtelność i delikatność zarazem, gdzieniegdzie podlana nowofalowością, nie tylko przykuwa uwagę, ale w cudowny sposób wprowadza odbiorcę do odrealnionej sennej krainy. Dlatego nie bardzo potrafię sobie wyobrazić ich muzykę w festiwalowej otoczce. Twórczość tej wyjątkowej grupy wymaga skupienia, refleksyjnej oprawy, gdzie jej zatem do rozentuzjazmowanych tłumów.
Całość otwiera "Slomo". Kompozycja marzenie. Z delikatnymi partiami gitar, których subtelność wydaje się błoga i bezpieczna. Zupełnie jak w pełnym barw śnie. No i jeszcze do tego śpiew niesamowitej Rachel Goswell. Ta blisko 7-minutowa piosenka brzmi niczym zagubiony skarb z sesji do "Just For A Day". Tak tak, to jak najbardziej staroświeccy Slowdive. Jednak, aby tak zabrzmieli, czuwał nad nimi większy sztab inżynierów dźwiękowców i ich asystentów, niż liczebność samego bandu.
Na drugi rzut pojawia się troszkę mocniejszy i z lekka podlany nowofalową żarliwością "Star Roving". Jak przystało na zespołowe preferencje, także rozmarzony i tajemniczy. Neil Halstead swą hipnotyzującą głosową barwą idealnie wbił się w nastrój tej całościowo świetnej kompozycji.
I w zasadzie w tym miejscu mógłbym zakończyć analizę, ponieważ pozostałych sześć nagrań nie wyłamuje się z wypracowanej latami konwencji. Jest jednak zbyt wiele smaczków, by pozwolić sobie na ich pominięcie. W "Don't Know Why" Rachel śpiewa w stylu rozpędzonej nieco Elizabeth Fraser, i gdy wydaje się, że już tak będzie do końca, jej temperament studzi Neil, po czym jednak wokalistka Slowdive ponownie podąża zainicjowaną ścieżką lubianych barw. Ależ się tej płyty słucha. Aż strach pomyśleć, że za oknem naprawdę widnieje realistyczny świat. Że znowu w nim ktoś kogoś przeklnie, a gdzieś dalej inny nieszczęśnik bombę podłoży, a tam brat brata nożem dźgnie. Gdyby takiej muzyki starczało dla każdego, być może wszystko wyglądałoby inaczej.
Wreszcie dochodzimy do prawdziwego przeboju - "Sugar For The Pill" - zupełnie nie dziwi mnie, że wybrano go na jednego z dwóch singli. Lecz jeśli komuś w tej materii mało, niech na chwilę zatrzyma się na numerku 6. "No Longer Making Time" - to blisko 6-minutowe piękno z porywającym refrenem, które przy odrobinie szczęścia, być może także spotka przebojowy los. Dla fanów grupy na pewno, ale dobrze by było, gdyby usłyszeli wszyscy.
Troszkę mniej dostrzegłem dla siebie w "Go Get It". Już wiem, chyba nie bardzo służą mi te zgrzytliwe brudne brzmienia. Za to wcześniejszy "Everyone Knows" znowu intryguje. Na pewno za sprawą anielskiej Rachel, ale i fascynujących "szurających" gitar, tworzących własne pozaszablonowe torowiska. No i jeszcze finał... najdłuższy w zestawie 8-minutowy "Falling Ashes". Tylko na dwugłos Rachel i Neila, plus pianino i nienachalna elektronika. Najwolniejszy fragment płyty i zarazem upragniony oddech po kaskadzie emocji.
Nie spodziewałem się płyty po ich powrocie w ogóle. A już szczególnie TAKIEJ. Myślałem, że skończy się na kilku koncertach i wszyscy zapomną o sprawie. Brawo zespołowi fani, bo to wy ich namówiliście do powrotu.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
środa, 14 czerwca 2017
CRAZY LIXX - "Ruff Justice" - (2017) - / BROTHER FIRETRIBE - "Sunbound" - (2017) -
CRAZY LIXX
"Ruff Justice"
(FRONTIERS RECORDS)
*****
BROTHER FIRETRIBE
"Sunbound"
(SPINEFARM RECORDS)
*****
Niegdyś w glam/hair metalu rządzili niepodzielnie Amerykanie, lecz w ostatnich latach prym wiodą Skandynawowie. Szwedzcy Crazy Lixx są tego także niezbitym dowodem. Ale nie od razu było tak klarownie. Ich wcześniejsze albumy prezentowały się ledwie poprawnie, i prawdę powiedziawszy moja sympatia względem ekipy dowodzonej przez wokalistę i albumowego producenta Danny'ego Rexona, bywała dość umiarkowana. Jednak najnowsza, piąta już w dorobku płyta "Ruff Justice" jest po prostu rewelacyjna. Dlatego z dużym dystansem odnotowałem zobojętniałą recenzję w jednym z krajowych utytułowanych magazynów. Autor tamtego tekstu nie dostrzegł specjalnej wartości tego dzieła, spychając jego znaczenie do jednej z bocznych rubryczek. Pomijam już skromne trzy gwiazdki w pięciostopniowej skali. Nie wziąłem jednak pod uwagę, iż maksymalne noty od zawsze rezerwuje się tam dla Rogera Watersa, a cztero- i półgwiazdkowe z automatu otrzymują ekipy Kazika i Kultu. No cóż, gdyby mnie poproszono o zrecenzowanie albumów Red Hot Chili Peppers lub Korn, na pewno żaden nie przekroczyłby jednej osamotnionej gwiazdki. Na szczęście trzymam się zasady: nie zabieraj głosu, gdy wiatr przeciwległy.
Oczywiście musimy zdać sobie sprawę, że istniejący od około 15 lat Crazy Lixx gór nie przenoszą, a jedynie w barwnym stylu pchają wózek, do którego nuty dużo wcześniej powrzucali Kiss, Angel, Mötley Crue, Skid Row, Winger i jeszcze ze dwa tuziny podobnych gigantów. Kto wie, być może wybornego "Ruff Justice" już nigdy jego winowajcy nie powtórzą, a być może muzykom kiedyś tam odbije i zaczną grać rap? Nigdy nie wiadomo. Oby nie.
Dawno nie słyszałem w rock'n'rollowym metalu tylu porywających melodii, chwytliwych refrenów i rozpierających dech w piersiach zagrywek gitarowych. Być może na ten stan rzeczy przede wszystkim wpłynęła niedawna wymiana obu gitarzystów. Otóż, z pola ustąpili dotychczasowi Edd Liam oraz Andy Zäta, a za wiosła złapali niemal równocześnie pełni świeżej energii i nieopisywalnej pasji: Chrisse Olsson oraz Jens Lundgren. Panowie dobili do składu w roku ubiegłym i wszystko zrewolucjonizowali. Tym samym przewietrzyli pokoje z oparów dotychczasowej niemocy. Fakt, powstała płyta do bólu wtórna, ale paradoksalnie na swój sposób genialna. To, czego już od dawna nie potrafią wobec swych fanów spełnić wielcy inspiratorzy Crazy Lixxów, jak choćby wymieni Mötley Crue czy Winger, czy też inne gatunkowe tuzy, że uczepię się: Ratt, Dokken czy Quiet Riot, to Crazy Lixxom przyszło z lekkością wijącego na wietrze piórka. Chociaż, hmmmm... z tymi Quiet Riot to może jednak się trochę powstrzymam, albowiem za chwilę nowa płyta... Przekonamy się.
Nie da się nie pokochać kawałków: "XIII", "Walk The Wire", "Shot With A Needle Of Love", "Kiss Of Judas", "Killer", "Hunters Of The Heart", jak również kapitalnej ballady "If It's Love". Czego by tutaj nie wyróżnić, proszę dać wiarę, iż całej płyty słucha się z wypiekami na policzkach. W kategorii glam/hair/hard'n'heavy, być może już niczego lepszego ten rok nie podsunie, dlatego nie wolno tego longplaya przegapić.
Nawet inny rewelacyjny album, jakim jawi się czwarty katalogowy długograj "Sunbound" - fińskich Brother Firetribe, też powinien oddać "Ruff Justice" należny pokłon. A przecież najnowsze wydawnictwo drużyny dowodzonej przez niezłego śpiewaka Pekka Ansio Heino (ex-Leverage) oraz gitarzystę Nightwish, Emppu Vuorinena, także może z dumą przyjąć na mundurową klapę order należnej chwały. Od razu uspokoję wszelakich entuzjastów melodyjnego metalu (a raczej metaliku - wszak żaden z tego łomot), otóż niech nikogo tutaj nie zmyli udział muzyka Nightwish, jego działalność w tamtym zespole nie ma tutaj nic do rzeczy. Dla Vuorinena Brother Firetribe, to przyjemny skok w bok. Niegwarantujący dużych scen, za to dający spełnienie w lubianej dziedzinie sztuki.
Nie usłyszymy żadnego symfoniczno-operowego zawodzenia, albowiem klawiszowo-gitarowi Brother Firetribe grają rytmiczne i piekielnie melodyjne hard'n'heavy. Na każdej z dotychczasowych płyt bez trudu wyławiałem cenne kruszce, choć "Sunbound" pod tym względem chyba najbardziej obrodziło. Być może na pierwszym albumie "False Metal" było jeszcze niewinnie, lecz jeśli ktoś pamięta finał drugiego "Heart Full Of Fire" - za sprawą hymnu "I Am Rock", albo na poprzednim, choć już trzyletnim "Diamond In The Firepit" cacuszko w postaci "For Better Or For Worse", bądź absolutnie klasową przeróbkę hitu Sammy'ego Hagara "Winner Takes It All", doskonale wie, co mam na myśli. Najnowsza "Sunbound" nie tylko sypnęła kolejną masą klasyków, ale też stała się przyczynkiem do koncertowej trasy, która w październiku zahaczy o Polskę.
"Taste Of A Champion", "Phantasmagoria", "Give Me Tonight", "Strangled" czy "Heart Of The Matter", "Restless Heart" (przeróbka filmowego hitu Johna Parra), to tylko kilka piosenek, od których zapewne przenigdy nie uwolni się żadna melodyjna duszyczka, a jeśli do powyższych dorzucę jeszcze absolutną perłę, w postaci "Shock", to obawiam się braku łóżek na oddziałach kardiologicznych.
"Sunbound" to bezapelacyjnie najwspanialsza płyta w dorobku tej ogólnie rzecz ujmując świetnej formacji. Do zobaczenia wczesną jesienią we Wrocławiu. Proszę, tylko nie nawalmy.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
wtorek, 13 czerwca 2017
złe duszki
Dawno nie byłem w Saturnie. Tym w City Center. Teraz już w zasadzie to nawet w Avenidzie (jak by nie można było po naszemu: Aleja), bo nazwa City Center się wysłużyła. A raczej źle kojarzona z co rusz opadającym sufitem, więc suma sumarum pomyślano, że lepiej nazwać całość egzotyczniej, a tym samym odciąć się od niechlubnej i nie tak dawnej przeszłości.
Zaklepałem drogą internetową płytę, po którą i tak trza było się udać osobiście, więc była okazja odwiedzić wywalony na ostatnim piętrze, i samiuśkim końcu tego molocha, market. W punkcie odbiorczym oczekiwano tylko Masłowskiego. Gdy zarzuciłem "jestem po zamówioną płytę CD", pani nawet nie dopytywała o godność, bo nic innego już na nikogo nie czekało. Zamiast od razu uiścić należność w kasie i ponownie depnąć butem kilkaset metrów ku wyjściu, postanowiłem rzucić okiem po znacznie uszczuplonym dziale płytowym. Cały alfabet zagraniczny, plus muzyka polska i ewentualne tematyczne działy, mieszczą się obecnie w jednym rzędzie. Mało tych płyt, coraz mniej i mniej, ale i tak zbyt dużo, jak na chmary niekupujących. Tylko jedna w średnim wieku dama przeczesywała kompakty, choć jej koszyk świecił pustkami. Atmosfera stoiska też nie zachęcała do robienia zakupów, a nawet do zagoszczenia przy półkach na choćby dłużej. Z głośników wydobywał się jakiś obrzydliwy rap, i nikt na mój widok nie zapragnął go zastąpić czymkolwiek dającym się posłuchać. W "moim" Pestkowym Saturnie też słuchają podobnych gówien, choć ostatnio bez proszenia dostałem rabat. Czy oni się poumawiali? A może warunkiem przyjęcia do takiej roboty jest zryty łeb, wyzbyty jakichkolwiek objawów dobrego gustu. Sam już nie wiem. Ale kogo oni chcą taką czkawką zarazić? Przecież nie moje pokolenie. A to jedyne pokolenie jeszcze kupujące płyty. Po co więc promować chujowy hip hop czy inne pierdolenie na tle bekających sampli, skoro gówniażerka i tak ma to w nosie, bo rżnie muzę z sieci. Powinni stworzyć osobne stanowisko "muzyczny degustator-podawca", po czym zatrudnić takich ludzi, jak ja, a wówczas nastałaby szansa przywrócenia dobrego gustu w narodzie. My się później dziwimy, skąd u ludzi takie umysłowe pojebstwa, jak słuchanie rapu, wspieranie PiSu lub alergie na wiosenne piękno. Nie dalej, jak dzisiaj, pewien młody jegomość oznajmił, że gdy w firmie podgłośnił radioodbiornik słysząc głos Anny Jantar, to wyrwał się jakiś wrzaskliwy cymbał: "ścisz ten syf, bo zwariuję". Nawet frajer nie zdaje sobie sprawy, że na zwariowanie w jego konkretnym przypadku jest już mocno za późno.
Przepraszam za zbyt dużą ilość nieparlamentarnych określeń, ale lubię artykułować wyraziście i dotkliwie.
Coś wisi w powietrzu. Nie jest normalnie. Nie tylko we mnie wstępuje agresja, gdy dostrzegam to, co złe, ale najgorsze, że wszyscy chodzimy jacyś podminowani. Mało empatii, dobrych duszków, jeszcze mniej przychylnych prądów, a jeszcze ten, jak mu tam... Kaczyński, obwieszcza, że na przyjazd Trumpa, będą u nas tłumy.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Zaklepałem drogą internetową płytę, po którą i tak trza było się udać osobiście, więc była okazja odwiedzić wywalony na ostatnim piętrze, i samiuśkim końcu tego molocha, market. W punkcie odbiorczym oczekiwano tylko Masłowskiego. Gdy zarzuciłem "jestem po zamówioną płytę CD", pani nawet nie dopytywała o godność, bo nic innego już na nikogo nie czekało. Zamiast od razu uiścić należność w kasie i ponownie depnąć butem kilkaset metrów ku wyjściu, postanowiłem rzucić okiem po znacznie uszczuplonym dziale płytowym. Cały alfabet zagraniczny, plus muzyka polska i ewentualne tematyczne działy, mieszczą się obecnie w jednym rzędzie. Mało tych płyt, coraz mniej i mniej, ale i tak zbyt dużo, jak na chmary niekupujących. Tylko jedna w średnim wieku dama przeczesywała kompakty, choć jej koszyk świecił pustkami. Atmosfera stoiska też nie zachęcała do robienia zakupów, a nawet do zagoszczenia przy półkach na choćby dłużej. Z głośników wydobywał się jakiś obrzydliwy rap, i nikt na mój widok nie zapragnął go zastąpić czymkolwiek dającym się posłuchać. W "moim" Pestkowym Saturnie też słuchają podobnych gówien, choć ostatnio bez proszenia dostałem rabat. Czy oni się poumawiali? A może warunkiem przyjęcia do takiej roboty jest zryty łeb, wyzbyty jakichkolwiek objawów dobrego gustu. Sam już nie wiem. Ale kogo oni chcą taką czkawką zarazić? Przecież nie moje pokolenie. A to jedyne pokolenie jeszcze kupujące płyty. Po co więc promować chujowy hip hop czy inne pierdolenie na tle bekających sampli, skoro gówniażerka i tak ma to w nosie, bo rżnie muzę z sieci. Powinni stworzyć osobne stanowisko "muzyczny degustator-podawca", po czym zatrudnić takich ludzi, jak ja, a wówczas nastałaby szansa przywrócenia dobrego gustu w narodzie. My się później dziwimy, skąd u ludzi takie umysłowe pojebstwa, jak słuchanie rapu, wspieranie PiSu lub alergie na wiosenne piękno. Nie dalej, jak dzisiaj, pewien młody jegomość oznajmił, że gdy w firmie podgłośnił radioodbiornik słysząc głos Anny Jantar, to wyrwał się jakiś wrzaskliwy cymbał: "ścisz ten syf, bo zwariuję". Nawet frajer nie zdaje sobie sprawy, że na zwariowanie w jego konkretnym przypadku jest już mocno za późno.
Przepraszam za zbyt dużą ilość nieparlamentarnych określeń, ale lubię artykułować wyraziście i dotkliwie.
Coś wisi w powietrzu. Nie jest normalnie. Nie tylko we mnie wstępuje agresja, gdy dostrzegam to, co złe, ale najgorsze, że wszyscy chodzimy jacyś podminowani. Mało empatii, dobrych duszków, jeszcze mniej przychylnych prądów, a jeszcze ten, jak mu tam... Kaczyński, obwieszcza, że na przyjazd Trumpa, będą u nas tłumy.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
BJØRN RIIS - "Forever Comes To An End" - (2017) -
BJØRN RIIS
"Forever Comes To An End"
(KARISMA)
****1/2
Drugi autorski album gitarzysty Airbag wydaje się jeszcze lepszy od wydanego przed trzema laty "Lullabies In A Car Crash". Choć muzyka przecież bliźniaczo podobna. Ponownie Riisa w niektórych fragmentach wspomagają Airbag'owi koledzy (ale nie tylko), dzięki temu nasz bohater jest zaopatrzony w prawdziwą perkusję, a ewentualne sample czy wszelkiego rodzaju efekty dźwiękowe drugiego zespołowego druga, stanowią jedynie za smakowite dodatki. Sam Riis nie spoczywa na faworyzowanej gitarze, ale ponadto chętnie sięga po bas, pianino czy inne instrumenty klawiszowe.
Wydany właśnie "Forever Comes To An End" utrwalił mnie w przekonaniu, że to właśnie Bjørn Riis trzyma wszystko w garści, i że to jemu przypada rola zespołowego zarządcy. I jakie to niezwykłe, otóż ów dżentelmen chyba lepiej czuje się na solowym poletku, niż w zespołowym gronie, które to przecież grono rozsławiło jego dobre imię. Na potwierdzenie niech zaświadczy mizerność ostatniego longplaya Airbag "Disconnected". Raził on brakiem pomysłów, wyzbyty był dawnej świeżości, a momentami wręcz powiewał nudą. Dlatego "Forever Comes To An End" należy potraktować jako należną rekompensatę. Siedem wybornych kompozycji układających się w spójne dzieło, z którego nie wolno wyrwać nawet kępki jednej nuty. Nasz maestro ze swej gitary wydobywa dobrze nam znane z rockowej historii brzmienia, nikogo beznamiętnie nie powielając - a to nie lada sztuka. Najwięcej chyba ukłonów ku jego faworyzowanym: Davidowi Gilmourowi czy Steve'owi Rothery'emu, ale przecież Riis również deklaruje entuzjazm względem mocniejszego grania, podkreślając sympatię dla Tony'ego Iommiego. Z inspiracji Black Sabbath nie odnajdziemy jednak tutaj zbyt wiele, nawet w momentami mocniejszym i zarazem tytułowym "Forever Comes To An End". Natomiast PinkFloydowskich ech, takich z domieszką delikatniejszych lic Porcupine Tree, Anathemy czy Nosound, co niemiara. Głos Bjørna Riisa podoba mi się dużo bardziej od Airbagowego Asle Tostrupa. Jest w nim więcej melancholii, subtelności, głębi, a nawet pewnej przestrzeni. Być może nie ma on równie bogatej skali, co giganci na takowym polu twórczym, jak Tim Bowness, Steven Wilson lub Giancarlo Erra, a jednak jego śpiew bywa równie przekonujący.
Płyta, jako całość, naprawdę świetna, ale gdyby przyszło mi koniecznie na coś szczególniej postawić, byłyby to dwa finalizujące nagrania: "Winter" oraz "Where Are You Now". Pierwszy z nich, ponad 10-minutowy fragment, jest równie smutny i podniosły, co bezkresne lodowe pola na północnych mapach naszego globu. Proszę również nie przegapić niesamowitej śniadawej Norweżki Sichelle Mcmeo Aksum, która swym ciepłym głosem dodaje tutaj nieopisywalnego uroku. Równie efektownie jawi się gitara, która niemal łka Gilmourowsko, a też pianino jakby nieobce, bliskie objęć Ricka Wrighta. Pod koniec omawianej "Winter" nawet gdzieniegdzie pojawiają się elementy jazzowe, co tylko całości dodaje kolorytu. Z kolei, końcowy "Where Are You Now" inicjują delikatne pojedyncze akordy pianina, do których garść słów dorzuca Riis, a później ze stosownym spokojem dołącza reszta tej, umówmy się, orkiestry. To taki utwór z gatunki eksplodujących. Całość narasta, nabiera mocy, aż rozrywa na strzępy, by pod koniec, niczym rondo, powrócić do punktu wyjścia. Skojarzyło mi się z "Comfortably Numb", które wywiera podobne wrażenie gdzieś pod koniec PinkFloydowskich przedstawień. Istny klejnot. I proszę sobie nie pomyśleć, że wcześniejszych pięć nagrań ustępuje faworyzowanej końcówce. Przecież takie "The Waves" czy "Getaway", umiejscowione pomiędzy instrumentalnymi miniaturami "Absence" oraz "Calm", też robią wrażenie. Nie zapominając o wspomnianym już powyżej tytułowym, z lekka podmetalizowanym "Forever Comes To An End". Wszystko to układa się w nad wyraz spójną całość.
Pierwszorzędna płyta. Oby ją tylko dostrzeżono.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
poniedziałek, 12 czerwca 2017
"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 11 czerwca 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań
"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 11 czerwca 2017 - godz. 22.00 - 2.00
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl
realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski
HAREM SCAREM - "United" - (2017) -
- United
SNAKECHARMER - "Second Skin" - (2017) -
- That Kind Of Love
- Fade Away
ALICE COOPER - "Raise Your Fist And Yell" - (1987) - 28 lipca premiera nowego albumu "Paranormal"
- Freedom
ALICE COOPER - "Constrictor" - (1986) -
- He's Back (The Man Behind The Mask) - theme from the motion picture "Friday The 13th Part VI: Jason Lives"
HOLLYWOOD VAMPIRES - "Hollywood Vampires" - (2015) -
- I Got A Line On You
RHAPSODY OF FIRE - "Legendary Years" - (2017) -
- Emerald Sword
- Wings Of Destiny
URIAH HEEP - "Abominog" - (1982) - z racji 70-urodzin Micka Boxa
- Too Scared To Run
- Chasing Shadows
RADIATION ROMEOS - "Radiation Romeos" - (2017) -
- Ocean Drive
- Like An Arrow
BROTHER FIRETRIBE - "Sunbound" - (2017) -
- Phantasmagoria
CRAZY LIXX - "Ruff Justice" - (2017) -
- Shot With A Needle Of Love
THE WAR ON DRUGS - "Thinking Of A Place" - (2017) -
- Thinking Of A Place - Part 1
- Thinking Of A Place - Part 2
STEVEN WILSON - "Pariah" - (2017) - singiel
- Pariah - {śpiew STEVEN WILSON & NINET TAYEB}
BJØRN RIIS - "Forever Comes To An End" - (2017) -
- Forever Comes To An End
- Where Are You Now
NEW TROLLS - "UT" - (1972) -
- Paolo E Francesca
- Chi Mi Puo Capire
RENAISSANCE - "A Song For All Seasons" - (1978) -
- Opening Out
- Kindness (At The End)
PROCOL HARUM - "Procol Harum" - (1967) -
- Il Tuo Diamante - {Italian Single - Promo Version, 1968} - włoskojęzyczna wersja "Shine On Brightly" - utwór dodatkowy
NOVALIS - "Sommerabend" - (1976) -
- Wunderschätze
ROGER WATERS - "Is This The Life We Really Want?" - (2017) -
- Is This The Life We Really Want?
- Bird In A Gale
URIAH HEEP - "Demons And Wizards" - (1972) -
- Traveller In Time
- Poet's Justice
URIAH HEEP - "Salisbury" - (1971) -
- Bird Of Prey
PROCOL HARUM - "Novum" - (2017) -
- Sunday Morning
==================================
==================================
"NOCNIK"
pierwsze trzy nagrania nocnego pasma z kompaktów Tomka Ziółkowskiego....
STARSAILOR - "Love Is Here" - (2001) -
- Alcoholic
SOPHIE ELLIS-BEXTOR - "Familia" - (2016) -
- Here Comes The Rapture
U2 - "The Joshua Tree" - 30th Anniversary Edition - (1987 / reedycja 2017) -
- Mothers Of The Disappeared
==================================
==================================
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
![]() |
| ta płyta ostatnio rządzi |
![]() |
| sobotni księżyc nad Baranowem |
![]() |
| mecz Polska - Rumunia wygrany 3:1 |
![]() |
| do irlandzkiego Jamesona grillowany podkład |
niedziela, 11 czerwca 2017
moja przygoda z Mostly Autumn dobiegła końca
Nie zagram Państwu najnowszej płyty Mostly Autumn "Sight Of Day". Jestem bardzo zły, wręcz wściekły, dlatego nie zwlekając od razu pragnę o tym napisać. Nie chcę zwlekać, bo jeszcze mi przejdzie.
Wiele tygodni temu zamówiłem tę płytę w internetowym sklepie (bo tylko tam była taka możliwość), i czekałem, czekałem... a tu dwa dni temu poinformowano mnie, że nic z tego. Że mogę sobie ustrzelić uboższą 1-płytową wersję. Tym samym rezygnując z kilku premierowych kompozycji. Nie jakiś tam bzdetnych remiksów, czy ewentualnych koncertówek, a z całkiem nowych nagrań. Bo dzisiejszym niektórym durniom artystom odpala w mózgu chęć wkurzania własnych fanów, więc swe nowe albumy publikują jedynie poprzez internet - nawet jeśli wydaje się je na prawdziwych nośnikach. Już nie pierwszy raz Mostly Autumn wycinają taki numer, tyle że poprzednie limitowane wersje albumów jakoś udawało mi się zdobyć. Tym razem zapadła klamka. Moja złość potęguje się tym bardziej, ponieważ dookoła widzę uśmiechnięte twarze szczęśliwców (którym gratuluję), którzy zorientowali się o te kilka minut wcześniej - i się załapali.
To nic, że lubisz bracie ten zespół, że przez blisko dwadzieścia lat uzbierałeś kompletną dyskografię, że całą ją przedstawiłeś w autorskich audycjach. Zrobiłem k**** m** tyle dla podniesienia świadomości w naszym społeczeństwie na rzecz dowartościowania tej pięknej muzyki, a teraz... A teraz się dowiaduję, że gdy sobie zaaplikują wersję pojedynczą zostanę pozbawiony jednego ponoć cudownego utworu i kilku niezłych. Fajnie, nie ma co. Zaraziłem wielu ludzi Mosty Autumn, a teraz oni mogą mi się zaśmiać w twarz, że mają do czynienia z niedorajdą. Mam ochotę napisać do Bryana Josha i mu nawrzucać. A przede wszystkim z wściekłości wypieprzyć ich wszystkie dotychczas posiadane albumy, a i też zarazem poinformować wszystkich Szanownych Słuchaczy, że już nigdy, przenigdy, nie zagram w swojej audycji ani jednego nagrania tego nadal artystycznie lubianego zespołu.
Dziękuję za uwagę.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Wiele tygodni temu zamówiłem tę płytę w internetowym sklepie (bo tylko tam była taka możliwość), i czekałem, czekałem... a tu dwa dni temu poinformowano mnie, że nic z tego. Że mogę sobie ustrzelić uboższą 1-płytową wersję. Tym samym rezygnując z kilku premierowych kompozycji. Nie jakiś tam bzdetnych remiksów, czy ewentualnych koncertówek, a z całkiem nowych nagrań. Bo dzisiejszym niektórym durniom artystom odpala w mózgu chęć wkurzania własnych fanów, więc swe nowe albumy publikują jedynie poprzez internet - nawet jeśli wydaje się je na prawdziwych nośnikach. Już nie pierwszy raz Mostly Autumn wycinają taki numer, tyle że poprzednie limitowane wersje albumów jakoś udawało mi się zdobyć. Tym razem zapadła klamka. Moja złość potęguje się tym bardziej, ponieważ dookoła widzę uśmiechnięte twarze szczęśliwców (którym gratuluję), którzy zorientowali się o te kilka minut wcześniej - i się załapali.
To nic, że lubisz bracie ten zespół, że przez blisko dwadzieścia lat uzbierałeś kompletną dyskografię, że całą ją przedstawiłeś w autorskich audycjach. Zrobiłem k**** m** tyle dla podniesienia świadomości w naszym społeczeństwie na rzecz dowartościowania tej pięknej muzyki, a teraz... A teraz się dowiaduję, że gdy sobie zaaplikują wersję pojedynczą zostanę pozbawiony jednego ponoć cudownego utworu i kilku niezłych. Fajnie, nie ma co. Zaraziłem wielu ludzi Mosty Autumn, a teraz oni mogą mi się zaśmiać w twarz, że mają do czynienia z niedorajdą. Mam ochotę napisać do Bryana Josha i mu nawrzucać. A przede wszystkim z wściekłości wypieprzyć ich wszystkie dotychczas posiadane albumy, a i też zarazem poinformować wszystkich Szanownych Słuchaczy, że już nigdy, przenigdy, nie zagram w swojej audycji ani jednego nagrania tego nadal artystycznie lubianego zespołu.
Dziękuję za uwagę.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
piątek, 9 czerwca 2017
RHAPSODY OF FIRE - "Legendary Years" - (2017) -
RHAPSODY OF FIRE
"Legendary Years"
(AFM RECORDS)
***
"Legendary Years" automatycznie nasuwa skojarzenia z tytułem debiutanckiego albumu "Legendary Tales". Lecz tym razem symfoniczno-metalowi herosi ze słonecznej Italii przygotowali kompilację najwcześniejszych dokonań w nowych opracowaniach. Złożoną z kompozycji wywodzących się z pierwszych pięciu albumów, czyli z okresu 1997-2002, gdy jeszcze zwali się Rhapsody - bez później (w pewnym sensie przymusowo) nadanego i do dzisiaj obowiązującego przyrostka "Of Fire".
Jeśli spojrzymy na aktualny skład i porównamy go z tym sprzed lat dwudziestu, to obecne wcielenie Rhapsody Of Fire śmiało można nazwać tribute bandem. Z dawnej ekipy pozostał już tylko instrumentalista klawiszowy Alex Staropoli, który także przejął na siebie obowiązki producenta oraz najprawdopodobniej główno-dowodzącego (to jeszcze czas pokaże) kompozytora. Bo skoro w zespole nie ma już Luca Turilliego, a i tekściarza Fabio Lione.... No właśnie, jakże brakuje odwiecznego Fabio Lione. Jego silnej i wszechstronnej skali głosu w żaden sposób nie dorównuje nowy nabytek, jakim od tej płyty Giacomo Voli - do tej pory raczej anonimowy. To zresztą nie jedyna nowa twarz, albowiem za zestawem perkusyjnym zasiadł także raczej wcześniej nieznany Manu Lotter - zastępując długoletniego Alexa Holzwartha. Tamten zasłużony w szeregach Rhapsody muzyk, także całkiem niedawno opuścił zespołowe szeregi. A przecież basista Alessandro Sala (od albumu "Into The Legend" z 2016 r.) i gitarzysta Roby De Micheli (od albumu Dark Wings Of Steel z 2013 r.) również stanowią za świeżą krew. Jaki więc będą stanowić kolektyw przekona nas ewentualny zupełnie premierowy album.
Na "Legendary Years" nie brakuje lubianych nut. Jeśli Rhapsody Of Fire można rozpatrywać miarą przebojów, to tych czternaście tu zawartych na pewno na ten status zasługuje. Choć można mieć pretensje o brak lubianych wielowątkowych suit, jak: "Gargoyles, Angels of Darkness", "Queen of the Dark Horizons", "The Mighty Ride of the Firelord" czy w szczególności niezwykłej urody "Symphony of Enchanted Lands" - które zespołowi entuzjaści ubóstwiają. Jednak dla tego typu kompozycji musiałaby powstać osobna druga płyta, a zdaje się, że tym razem chodziło jedynie o wszelakie 4-7-minutowce, w rodzaju super melodyjnych galopad: "Dawn Of Victory", "Holy Thunderforce", "Knightrider Of Doom", "Land Of Immortals", "Emerald Sword", lub hymnów w rodzaju: "Wings Of Destiny", bądź jeśli bardziej złożonych, to tych zdecydowanie krótszych, jak: "Beyond The Gates Of Infinity" czy "Legendary Tales". Zahaczając o hymny, których tu mocno brakuje, można żałować, że panowie nie pokusili się o nową interpretację obłędnego "Echoes Of Tragedy". Choć nie dostrzegając niezwykłości w tym, co jest, to może faktycznie niech już pozostanie z nami ta najbardziej niesamowita i zarazem jedyna wersja z albumowej jedynki.
"Legendary Years" traktuję jedynie jako ciekawostkę, której słucham bez dawnych wypieków na twarzy. Przy okazji ze świadomością, że gdy tylko najdzie mnie ochota na ukochanych Rhapsody, rzecz jasna bez namysłu sięgnę po pierwowzory. Oczywiście każdemu należy dać szansę, więc i ja obdarowują nią nowe wcielenie mych epickich faworytów, ale wiem, że nie będzie łatwo - zarówno im oraz mnie.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




































