LEAP DAY - "Skylge's Lair" - (OSKAR) -
Holenderska grupa Leap Day, należy do sektora mało znanych współczesnych twórców szeroko pojmowanego rocka progresywnego. O ile termin rock progresywny w dzisiejszych czasach jest należycie jeszcze rozumiany. Powielanie pomysłów stworzonych przed kilkoma dekadami przez Pink Floyd, Genesis, Camel czy Marillion, raczej z rzadka znajduje dzisiaj godnych naśladowców. A mimo to wielu próbuje. Leap Day jest jednym z takich zespołów. Grupa jawi nam się jako sekstet, z dwoma gitarzystami, dwoma klawiszowcami, basistą i perkusistą. Wokalista Jos Harteveld (przy okazji gitarzysta akustyczny) jest ,w moim odczuciu, najsłabszym ogniwem zespołu. To znaczy, dobrze gra i należycie śpiewa, ale w jego głosie brakuje mi polotu, no i "tego czegoś". Jest jakiś taki bezbarwny, zupełnie jak tuziny wokalistów współczesnych neo-progresywnych bandów np.z Włoch, Hiszpanii, bądź Ameryki Łacińskiej. Bez obrazy dla ich narodowości, chciałbym zostać dobrze zrozumiany. Chodzi mi raczej o trzecioligowość, a wręcz amatorszczyznę, jaka najczęściej (są wyjątki) kłuje po uszach w takim graniu z owych miejsc. Jednak niesprawiedliwym byłoby karcić cały zespół, który stara się jak może, a nawet często ładnie i rzetelnie gra. Na dzieło "Skylge's Lair" przypada osiem kompozycji, przeważnie 6,7 czy 8-minutowych, czyli rozbudowanych, lecz nie suit. Muzyka Lead Day ewidentnie opiera się na motywach i pomysłach zaczerpniętych od w/w zespołów, jednak znacząco ustępującym ich poziomowi. Jedynym naprawdę ładnym i poruszającym fragmentem tego albumu jest utwór "Walls", zbliżony poziomem do dokonań np. IQ, Jadis czy tym podobnych kontynuatorów mistrzowskich grup. Cały utwór przywołuje ducha starych dzieł Yes czy Genesis, a do tego pod jego koniec Eddie Mulder gra floydowskie gitarowe solo w klimacie utworu "High Hopes". Już choćby dla tego utworu warto zapisać w swoim notesie nazwę grupy Leap Day i śledzić ich ewentualne dalsze poczynania.
Na koniec dodam jeszcze dwie rzeczy, mianowicie ich poprzedni album "Awaking The Muse" (2009), w mojej ocenie, był dużo lepszy muzycznie i lepiej wyprodukowany, choć zarówno za produkcję i realizację odpowiedzialny był ten sam człowiek, Derk Evert Waalkens. A drugą sprawą jest to, że płyty tego zespołu wydaje na cały świat poznańska firma Oskar, która jest wydawcą płyt choćby takich grup, jak krajowe Ceti czy After, a w przeszłości także dokonań Colina Bassa, basisty grupy Camel.
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę w RADIO "AFERA" - 98,6 FM (POZNAŃ) - godz. 22.00
posłuchaj na żywo w internecie !!!
RADIO AFERA "Nawiedzone Studio", niedziela, godz. 22.00 - 2.00 (98,6 FM Poznań)
POLSKIE RADIO POZNAŃ "Sobotni wieczór Andy'ego", sobota, godz. 23.00 - 1.00 (100,9 FM Poznań)
czwartek, 31 marca 2011
HEARTLAND - "Travelling Through Time" - (2011) -
HEARTLAND - "Travelling Through Time" - (ESCAPE MUSIC) -
Brytyjska grupa Heartland obchodzi w tym roku 20-lecie pracy scenicznej, co zresztą de facto świadczy o ich latach istnienia. W kręgach fanów melodic rocka grupa uchodzi za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli gatunku ,po roku 1990, czyli funkcjonującą w okresie nieprzychylnym dla tego typu grania. Jak wiemy, w czasach kiedy Heartland startowali ze znakomitą płytą "Heartland" (1991), świat rocka oszalał na punkcie Pearl Jamów, Nirvan czy innych Soundgardenów, a kunsztowne i eleganckie muzykowanie musiało zakopać się na wiele lat w podziemiu. Kiedy cały ten grunge poległ na dobre, nie było już tyle miejsca na coraz to ciaśniejszej scenie rocka. Tym bardziej, że ogłuszone młode pokolenia nie miały zbyt wielu okazji do poznania takich zespołów jak Heartland, będąc otumaniane zewsząd zalewającą falą łomotów w stylu Prodigy, bądź wszelakich wymiotów rapowo-hiphopowych. W taki oto sposób, ładne gitarki, klawiszowe smaczki, i zgrabne melodyjki przyprawione na hard-rockowo, stały się produktem delikatesowym.
Muzycy do tej pory (o ile czegoś nie przeoczyłem) wydali dziesięć albumów, a omawiany właśnie "Travelling Through Time" jest dwupłytową kompilacją, podsumowującą dotychczasowy dorobek. Z tym, że nie do końca. Otóż, zabrakło w tym zbiorze utworów z rewelacyjnego debiutu ! Nawet wiem dlaczego. Po prostu tamtą płytę wydała inna wytwórnia, aniżeli wszystkie późniejsze dzieła, i wykupienie ewentualnych praw do kilku nagrań, które uświetniłyby tę składankę, podniosłyby poważnie koszty tegoż przedsięwzięcia.
Jest za to kilka niespodzianek, a są nimi: jeden całkowicie premierowy utwór "Search Goes On", a także aż sześć do tej pory niepublikowanych kompozycji, wśród których jest m.in. przeróbka klasyka "Long Long Way From Home" grupy Foreigner. W sumie ten 2-płytowy album zawiera aż 26 kompozycji. Trudno cokolwiek tutaj wyróżnić, bowiem grupa trzyma równy i wysoki poziom, zarówno wykonawczy jak i kompozycyjny. O czym nie trzeba chyba przekonywać znających dotychczasową twórczość grupy. Ale nawet jeśli posiada się wszystkie regularne albumy Heartland, warto sięgnąć po ten zestaw. O ile premierowy utwór jest przyzwoicie dobry, o tyle tych 6 rarytasów będą stanowić ozdobę każdej kolekcji każdego entuzjasty melodyjnego rocka, spod znaku Foreigner, Toto czy Journey. Szczególnie wyróżniłbym kapitalny "A Man I'll Never Be", utrzymany w stylu amerykańskiej grupy Boston. Na koniec pragnę zaznaczyć, że o wartości grupy Heartland zadecyduje przede wszystkim charakterystyczny głos Chrisa Ouseya. Nie da się przejść obojętnie wobec jego maniery wokalnej, nieco zachrypniętej i szorstkiej, aczkolwiek paradoksalnie miękkiej, tylko z lekka surowej, za to bardzo krzykliwej. Jest to wokalista z gatunku wielbionych lub znienawidzonych. Niżej podpisany należy do tego pierwszego grona.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
Brytyjska grupa Heartland obchodzi w tym roku 20-lecie pracy scenicznej, co zresztą de facto świadczy o ich latach istnienia. W kręgach fanów melodic rocka grupa uchodzi za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli gatunku ,po roku 1990, czyli funkcjonującą w okresie nieprzychylnym dla tego typu grania. Jak wiemy, w czasach kiedy Heartland startowali ze znakomitą płytą "Heartland" (1991), świat rocka oszalał na punkcie Pearl Jamów, Nirvan czy innych Soundgardenów, a kunsztowne i eleganckie muzykowanie musiało zakopać się na wiele lat w podziemiu. Kiedy cały ten grunge poległ na dobre, nie było już tyle miejsca na coraz to ciaśniejszej scenie rocka. Tym bardziej, że ogłuszone młode pokolenia nie miały zbyt wielu okazji do poznania takich zespołów jak Heartland, będąc otumaniane zewsząd zalewającą falą łomotów w stylu Prodigy, bądź wszelakich wymiotów rapowo-hiphopowych. W taki oto sposób, ładne gitarki, klawiszowe smaczki, i zgrabne melodyjki przyprawione na hard-rockowo, stały się produktem delikatesowym.
Muzycy do tej pory (o ile czegoś nie przeoczyłem) wydali dziesięć albumów, a omawiany właśnie "Travelling Through Time" jest dwupłytową kompilacją, podsumowującą dotychczasowy dorobek. Z tym, że nie do końca. Otóż, zabrakło w tym zbiorze utworów z rewelacyjnego debiutu ! Nawet wiem dlaczego. Po prostu tamtą płytę wydała inna wytwórnia, aniżeli wszystkie późniejsze dzieła, i wykupienie ewentualnych praw do kilku nagrań, które uświetniłyby tę składankę, podniosłyby poważnie koszty tegoż przedsięwzięcia.
Jest za to kilka niespodzianek, a są nimi: jeden całkowicie premierowy utwór "Search Goes On", a także aż sześć do tej pory niepublikowanych kompozycji, wśród których jest m.in. przeróbka klasyka "Long Long Way From Home" grupy Foreigner. W sumie ten 2-płytowy album zawiera aż 26 kompozycji. Trudno cokolwiek tutaj wyróżnić, bowiem grupa trzyma równy i wysoki poziom, zarówno wykonawczy jak i kompozycyjny. O czym nie trzeba chyba przekonywać znających dotychczasową twórczość grupy. Ale nawet jeśli posiada się wszystkie regularne albumy Heartland, warto sięgnąć po ten zestaw. O ile premierowy utwór jest przyzwoicie dobry, o tyle tych 6 rarytasów będą stanowić ozdobę każdej kolekcji każdego entuzjasty melodyjnego rocka, spod znaku Foreigner, Toto czy Journey. Szczególnie wyróżniłbym kapitalny "A Man I'll Never Be", utrzymany w stylu amerykańskiej grupy Boston. Na koniec pragnę zaznaczyć, że o wartości grupy Heartland zadecyduje przede wszystkim charakterystyczny głos Chrisa Ouseya. Nie da się przejść obojętnie wobec jego maniery wokalnej, nieco zachrypniętej i szorstkiej, aczkolwiek paradoksalnie miękkiej, tylko z lekka surowej, za to bardzo krzykliwej. Jest to wokalista z gatunku wielbionych lub znienawidzonych. Niżej podpisany należy do tego pierwszego grona.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
FISH ,Poznań, 30 marca 2011, klub "Blue Note". Już po koncercie
Należę do tych szczęśliwców, którym udało się być na koncercie Marillion w poznańskiej Arenie, w dniu 28 czerwca 1987 roku. Mój bilet posiada numer 000634. Kosztował wówczas 2.500 zł. Na koncert ten poszedłem z moją siostrzyczką, która długo mnie namawiała, pomimo iż bilet proponowała całkiem gratis. W tamtym czasie nie był to mój ulubiony zespół. Ich muzyka była dla mnie ciekawa, ale nazbyt trudna, a ja wolałem proste piosenki lub proste solidne łojenie. Byłem niespełna 22-letnim młodzieńcem, co może w pewnym sensie tłumaczyć moją karygodną postawę. Do tego dodam, że mocno leczyłem rany po niezagojonej i nieudanej miłości. Ale to właśnie ten koncert odmienił moje podejście do muzyki Marillion i wielu aspektów życia. W krótkim czasie pozdobywałem wszystkie albumy, wsłuchując się w muzykę, a później poznając teksty w audycjach ukochanego Tomka Beksińskiego, albo otrzymując je od moich kolegów. Tak się złożyło, że grupa ta nieco później stała się jedną z najważniejszych w moim życiu, a w pewnym momencie była nawet całkowicie nie do pobicia. Wówczas wokalistą był Fish. Człowiek, który dzisiaj wystąpił w klubie "Blue Note", na koncercie akustycznym. Na którym to towarzyszyło Artyście tylko dwóch muzyków, gitarzysta Frank Usher oraz pianista. I choć na Fishu byłem już, nie wiem, 7 czy 8 razy, to ten dzisiejszy koncert był wyjątkowy. I niech w tym momencie, nie odzywa się krytycznie ten, kto nie był, bo na głupca wyjdzie.
Proszę uwierzyć, że gdy Fish wykonał przy pomocy publiki "Fugazi", to pękały nawet najbardziej skamieniałe serca. Gdy Artysta wszedł w tłum i zaśpiewał (a czasem i ryknął!) "Vigil In A Wildernerss Of Mirrors" to aż mi kręgosłup przeskoczył. Dodam, że nie zabrakło owacyjnie przyjętych "Punch And Judy" , "Kayleigh" czy "Sugar Mice". Ale i było "Family Business" czy "State Of Mind". Było jeszcze wiele, wiele innych smakowitych rzeczy. Było kapitalne rybie poczucie humoru, a także świetna komunikacja ze strony publiczności. Warto dodać, że kilka utworów Fish zaśpiewał na życzenie zebranego tłumu!
Bardzo mi się podobało. Moim dwóm kolegom także. Już nigdy nie powiem, że idę ojej kolejny raz na Fisha, i że ile razy można?. Nie, nie mam dość. Pomimo, iż ten szkocki drwal od dawna nie nagrywa muzyki, która mnie kładzie na łopatki, to kocham go za wiele cudownych rzeczy, jakie stworzył w odpowiednim czasie. I nikt tego nie zmieni. Zawsze oddam fanatyczny pokłon ku samej ziemi przed wszystkim co Fish stworzył z Marillion, a także za solową "jedynkę". Za późniejsze dzieła szacunek, ale za te wymienione przed chwilą pełne moje oddanie. I niech sobie smutni ludzie ględzą, że Fish to dla nich jest taki, śmaki czy owaki. Dla mnie to jest KTOŚ !
P.S. Ze stu znajomych zapytało mnie: czy słuchałeś koncertu w "trójce" w niedzielę? Nie mam już sił odpowiadać na takie pytanie. Nawet nie wiem jak je traktować? Albo okazują mi te bestie pełne lekceważenie mojej osoby, albo mam do czynienia z ludźmi, do których się mówi, ale oni nie słuchają. Co zresztą w dzisiejszych czasach staje się normą. Każdy mieli językiem, chce by tylko jego słuchano, ale sam dureń uszy ma posklejane woskowiną. Ludzie !!! - mam wrażenie, że powiedziałem to już wszystkim, nie posiadam radioodbiornika !!!! Błagam, zapiszcie to sobie gdzieś wreszcie. Nie posiadam od 8 czy 10 lat. Nie warto mi było naprawiać starego grata, albo kupować nowego urządzenia, skoro nie było po śmierci Tomka Beksińskiego już kogo słuchać w radio. Koniec kropka!
Proszę uwierzyć, że gdy Fish wykonał przy pomocy publiki "Fugazi", to pękały nawet najbardziej skamieniałe serca. Gdy Artysta wszedł w tłum i zaśpiewał (a czasem i ryknął!) "Vigil In A Wildernerss Of Mirrors" to aż mi kręgosłup przeskoczył. Dodam, że nie zabrakło owacyjnie przyjętych "Punch And Judy" , "Kayleigh" czy "Sugar Mice". Ale i było "Family Business" czy "State Of Mind". Było jeszcze wiele, wiele innych smakowitych rzeczy. Było kapitalne rybie poczucie humoru, a także świetna komunikacja ze strony publiczności. Warto dodać, że kilka utworów Fish zaśpiewał na życzenie zebranego tłumu!
Bardzo mi się podobało. Moim dwóm kolegom także. Już nigdy nie powiem, że idę ojej kolejny raz na Fisha, i że ile razy można?. Nie, nie mam dość. Pomimo, iż ten szkocki drwal od dawna nie nagrywa muzyki, która mnie kładzie na łopatki, to kocham go za wiele cudownych rzeczy, jakie stworzył w odpowiednim czasie. I nikt tego nie zmieni. Zawsze oddam fanatyczny pokłon ku samej ziemi przed wszystkim co Fish stworzył z Marillion, a także za solową "jedynkę". Za późniejsze dzieła szacunek, ale za te wymienione przed chwilą pełne moje oddanie. I niech sobie smutni ludzie ględzą, że Fish to dla nich jest taki, śmaki czy owaki. Dla mnie to jest KTOŚ !
P.S. Ze stu znajomych zapytało mnie: czy słuchałeś koncertu w "trójce" w niedzielę? Nie mam już sił odpowiadać na takie pytanie. Nawet nie wiem jak je traktować? Albo okazują mi te bestie pełne lekceważenie mojej osoby, albo mam do czynienia z ludźmi, do których się mówi, ale oni nie słuchają. Co zresztą w dzisiejszych czasach staje się normą. Każdy mieli językiem, chce by tylko jego słuchano, ale sam dureń uszy ma posklejane woskowiną. Ludzie !!! - mam wrażenie, że powiedziałem to już wszystkim, nie posiadam radioodbiornika !!!! Błagam, zapiszcie to sobie gdzieś wreszcie. Nie posiadam od 8 czy 10 lat. Nie warto mi było naprawiać starego grata, albo kupować nowego urządzenia, skoro nie było po śmierci Tomka Beksińskiego już kogo słuchać w radio. Koniec kropka!
środa, 30 marca 2011
FIREWIND - "Days Of Defiance" - (2010) -
FIREWIND - "Days Of Defiance" - (CENTURY MEDIA RECORDS) -
Grecki FIREWIND do niedawna funkcjonował sobie w cieniu wielkich scen, będąc jedną z wielu grup sprawnie grających na horyzoncie usymfonicznionego power metalu. Celowo podkreślam słowo "usymfoniczniony", gdyż to bardziej metal ,niż rock progresywny, jednak okazale nim przyprawiony.
Przyznam, że przed poprzednim albumem "The Premonition" (2008) , nie traktowałem grupy z należytym szacunkiem, lecz tamta płyta całkowicie to odmieniła.
Firewind posiadają wszystkie te składniki, które w tego typu graniu bardzo mi odpowiadają. Słychać, że Panowie nasłuchali się Iron Maiden czy Helloween, ale i nie obce im jest granie w stylu Stratovarius, Kamelot czy Royal Hunt. Muzycy nie oszczędzają decybeli, a co za tym idzie, naszych uszu - i dobrze! , a do tego są bardzo sprawnymi wymiataczami, i co najważniejsze - potrafią komponować! A to już nie każdy band złożony z długowłosych naparzaczy potrafi. Okazuje się, że nawet całkiem dobry wokalista, jakim jest Apollo Papathanasio, wcale nie jest najważniejszą kartą przetargową w Firewind, bowiem jedną z najważniejszych tutaj postaci jest klawiszowiec Bob Katsionis, o niezwykłej fantazji i polocie, a i pięknej grze rzecz jasna, a także wyborny gitarzysta, zarówno prowadzący jak i wirtuoz, jakim jest Gus G. , robiący ostatnio sporą karierę także w zespole Ozzy'ego Osbourne'a, u którego to pojawił się na ostatniej , niezłej płycie "Scream", w roku ubiegłym.
Krótko rzecz ujmując, Firewind czerpią ze wszystkiego co najlepsze i dobrze już znane w metalowym światku od lat, ale ujmują pomysłami, melodiami, wirtuozerią i młodzieńczą energią. Choć z muzyków żadne to młodzieniaszki. Każdy z nich, że tak brzydko powiem, zaliczył już po kilka zespołów czy projektów, a jednak nie popadają w rutyniarstwo. Może dlatego, że zamiast wypchanego portfela, bardziej cenią sobie życie w zgodzie z własnymi przekonaniami.
Najnowszy album nazywa się "Days Of Defiance" i zawiera 13 kompozycji w jego wersji podstawowej, a w efektownym limitowanym digibooku o 3 więcej, w tym niezłą przeróbkę "Breaking The Law", klasyka z repertuaru Judas Priest, wcześniej dostępnego tylko na samplerze do jednego z metalowych magazynów. O ile dodatki cieszą, to jednak najważniejsza jest sama podstawowa setlista. Niecierpliwi, którzy skoncentrują swą uwagę tylko na początku albumu, dostaną za karę po nosie. cała rozkosz rozpoczyna się od trzeciego "Chariot" i od tego fragmentu już do końca musimy wykazać się dobrą kondycją, taką, jaką serwuje nam zespół. Nie ma już później czasu na chwilę wytchnienia. Album atakuje nas i zaskakuje. Już pomijam, że takie cacka jak "Heading For The Dawn" aż chce się posłuchać z dziesięć razy po rząd. Niemal podobnie nie pozwala ustać w spokoju instrumentalny "SKG" , gdzie klawiatura Katsionisa wręcz iskrzy się pod naciskiem i pędem jego palców, a i zgrabnie zasuwa po sześciu strunach sam Gus G.
To jedna z tych płyt, których słowami opisać nie sposób, ale gdy muzyka wedrze się do środka ludzkiej duszy, może przyjemnie pozbawić nas samokontroli.
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
Grecki FIREWIND do niedawna funkcjonował sobie w cieniu wielkich scen, będąc jedną z wielu grup sprawnie grających na horyzoncie usymfonicznionego power metalu. Celowo podkreślam słowo "usymfoniczniony", gdyż to bardziej metal ,niż rock progresywny, jednak okazale nim przyprawiony.
Przyznam, że przed poprzednim albumem "The Premonition" (2008) , nie traktowałem grupy z należytym szacunkiem, lecz tamta płyta całkowicie to odmieniła.
Firewind posiadają wszystkie te składniki, które w tego typu graniu bardzo mi odpowiadają. Słychać, że Panowie nasłuchali się Iron Maiden czy Helloween, ale i nie obce im jest granie w stylu Stratovarius, Kamelot czy Royal Hunt. Muzycy nie oszczędzają decybeli, a co za tym idzie, naszych uszu - i dobrze! , a do tego są bardzo sprawnymi wymiataczami, i co najważniejsze - potrafią komponować! A to już nie każdy band złożony z długowłosych naparzaczy potrafi. Okazuje się, że nawet całkiem dobry wokalista, jakim jest Apollo Papathanasio, wcale nie jest najważniejszą kartą przetargową w Firewind, bowiem jedną z najważniejszych tutaj postaci jest klawiszowiec Bob Katsionis, o niezwykłej fantazji i polocie, a i pięknej grze rzecz jasna, a także wyborny gitarzysta, zarówno prowadzący jak i wirtuoz, jakim jest Gus G. , robiący ostatnio sporą karierę także w zespole Ozzy'ego Osbourne'a, u którego to pojawił się na ostatniej , niezłej płycie "Scream", w roku ubiegłym.
Krótko rzecz ujmując, Firewind czerpią ze wszystkiego co najlepsze i dobrze już znane w metalowym światku od lat, ale ujmują pomysłami, melodiami, wirtuozerią i młodzieńczą energią. Choć z muzyków żadne to młodzieniaszki. Każdy z nich, że tak brzydko powiem, zaliczył już po kilka zespołów czy projektów, a jednak nie popadają w rutyniarstwo. Może dlatego, że zamiast wypchanego portfela, bardziej cenią sobie życie w zgodzie z własnymi przekonaniami.
Najnowszy album nazywa się "Days Of Defiance" i zawiera 13 kompozycji w jego wersji podstawowej, a w efektownym limitowanym digibooku o 3 więcej, w tym niezłą przeróbkę "Breaking The Law", klasyka z repertuaru Judas Priest, wcześniej dostępnego tylko na samplerze do jednego z metalowych magazynów. O ile dodatki cieszą, to jednak najważniejsza jest sama podstawowa setlista. Niecierpliwi, którzy skoncentrują swą uwagę tylko na początku albumu, dostaną za karę po nosie. cała rozkosz rozpoczyna się od trzeciego "Chariot" i od tego fragmentu już do końca musimy wykazać się dobrą kondycją, taką, jaką serwuje nam zespół. Nie ma już później czasu na chwilę wytchnienia. Album atakuje nas i zaskakuje. Już pomijam, że takie cacka jak "Heading For The Dawn" aż chce się posłuchać z dziesięć razy po rząd. Niemal podobnie nie pozwala ustać w spokoju instrumentalny "SKG" , gdzie klawiatura Katsionisa wręcz iskrzy się pod naciskiem i pędem jego palców, a i zgrabnie zasuwa po sześciu strunach sam Gus G.
To jedna z tych płyt, których słowami opisać nie sposób, ale gdy muzyka wedrze się do środka ludzkiej duszy, może przyjemnie pozbawić nas samokontroli.
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
poniedziałek, 28 marca 2011
OCENA REALIZATORA "NAWIEDZONEGO STUDIA" - ANKIETA !!!
Drodzy Słuchacze Nawiedzonego Studia !
Chciałbym Was poprosić o ocenę realizacji programu "Nawiedzone Studio".
Nie chodzi tutaj o ocenę prowadzącego, a o realizującego Maćka Bobyka.
Uwaga ! - proszę o opinie szczere. Zarówno na plus jak i na minus. Czyli nie na siłę karcące lub na siłę zwyżkowe, po prostu rzetelne i zgodne z prawdą.
Mnie wydaje się, że wszystko jest dobrze, ale Maciek uważa inaczej. Od razu zaznaczę, że jeśli faktycznie jest źle, to jest to wina niestety moja. Chodzi o to, że przez moje wymogi odsłuchowe, sprzęt jest tak ustawiony, że nie spełnia oczekiwań względem odbiorców Nawiedzonego Studia. A przecież Oni ( czyli Wy) są najważniejsi.
Oceńcie nie jakość waszego sprzętu domowego, nie oceniajcie słabej mocy radiowego nadajnika, gdyż to nie wina nadajnika, bo ten jest mocny, ale koncesji, która sztywno to kontroluje, czytaj: tnie. Chodzi o jakość realizacji naszego programu. To znaczy, spróbujcie na podstawie innych programów ocenić jakość realizacji mojego głosu przez mikrofon, muzyki wydobywającej się z kompaktu i ewentualnych zgrzytów, szumów, bądź ich braku. W ogóle wszystkiego. Można wystawić tylko notę, nie trzeba komentować, choć jak najbardziej będzie to mile widziane.
Proszę Was o to. Wyniki chcę pokazać (przekazać) Maćkowi Bobykowi. I niech On sam to zobaczy, przemyśli i oceni. Właśnie dlatego wczoraj Maćka nie przedstawiłem w obsadzie programu, bowiem kategorycznie mi tego zabronił. Powiedział, że nie będzie się podpisywał swoim nazwiskiem pod czymś tak słabym.
Oto skala ocen:
1 - źle
2 - daleko do ideału, ale może być
3 - przyzwoicie, prawie dobrze
4 - solidnie dobrze
5 - bardzo dobrze
6 - wzorowo
Oceny proszę wpisujcie jako komentarz do tego tekstu.
Dziękuję.
Chciałbym Was poprosić o ocenę realizacji programu "Nawiedzone Studio".
Nie chodzi tutaj o ocenę prowadzącego, a o realizującego Maćka Bobyka.
Uwaga ! - proszę o opinie szczere. Zarówno na plus jak i na minus. Czyli nie na siłę karcące lub na siłę zwyżkowe, po prostu rzetelne i zgodne z prawdą.
Mnie wydaje się, że wszystko jest dobrze, ale Maciek uważa inaczej. Od razu zaznaczę, że jeśli faktycznie jest źle, to jest to wina niestety moja. Chodzi o to, że przez moje wymogi odsłuchowe, sprzęt jest tak ustawiony, że nie spełnia oczekiwań względem odbiorców Nawiedzonego Studia. A przecież Oni ( czyli Wy) są najważniejsi.
Oceńcie nie jakość waszego sprzętu domowego, nie oceniajcie słabej mocy radiowego nadajnika, gdyż to nie wina nadajnika, bo ten jest mocny, ale koncesji, która sztywno to kontroluje, czytaj: tnie. Chodzi o jakość realizacji naszego programu. To znaczy, spróbujcie na podstawie innych programów ocenić jakość realizacji mojego głosu przez mikrofon, muzyki wydobywającej się z kompaktu i ewentualnych zgrzytów, szumów, bądź ich braku. W ogóle wszystkiego. Można wystawić tylko notę, nie trzeba komentować, choć jak najbardziej będzie to mile widziane.
Proszę Was o to. Wyniki chcę pokazać (przekazać) Maćkowi Bobykowi. I niech On sam to zobaczy, przemyśli i oceni. Właśnie dlatego wczoraj Maćka nie przedstawiłem w obsadzie programu, bowiem kategorycznie mi tego zabronił. Powiedział, że nie będzie się podpisywał swoim nazwiskiem pod czymś tak słabym.
Oto skala ocen:
1 - źle
2 - daleko do ideału, ale może być
3 - przyzwoicie, prawie dobrze
4 - solidnie dobrze
5 - bardzo dobrze
6 - wzorowo
Oceny proszę wpisujcie jako komentarz do tego tekstu.
Dziękuję.
DURAN DURAN - "All You Need Is Now" - (2011) -
DURAN DURAN - "All You need Is Now" - (w Polsce płytę na licencji wydała firma MYSTIC PRODUCTION) -
Kiedy słyszy się deklaracje muzyków Duran Duran, że jeśli ich najnowsza płyta nie sprzeda się, to grupa rozleci się definitywnie, brzmi to jakby przystawiono fanom nóż do gardła. Zresztą nie tylko fanom, przecież samym sobie także. Ja ich kupuję w ciemno, a dopiero później zaglądam do środka i sprawdzam czy zawartość cieszy. Jeśli by tak postąpiło jeszcze trochę fanów, to .... .
Nie muszę pisać, że normą staje się najpierw sprzedaż cyfrowa (w tym przypadku już w 2010 r.), a dopiero po upływie wielu tygodni (czasem i miesięcy) ukazuje się normalny nośnik w postaci płyty. Panowie z Duran Duran także trzymają się ustalonych ostatnio reguł. Jak dla mnie, reguł niestety kompletnie popapranych. Zbieracze płyt otrzymują ten album zatem dopiero w marcu 2011 !!!
"All You Need Is Now" pokazuje się na rynku po 4-letniej przerwie od czasu koszmarnego gniotu, jakim był album-nieporozumienie "Red Carpet Massacre", przygotowanym z myślą o odbiorcach beznamiętnej sieczki r'n'b czy współczesnego plastiku soulowo-podobnego. Na szczęście ten gniot nie sprzedał się dobrze i panowie z Duran Duran zostali zmuszeni powrócić do fajnego grania. Może już nie tak chwytliwego i pomysłowego jak na znakomitym comebackowym albumie "Astronaut" (2004), ale jednak będącemu pomostem pomiędzy nowoczesnym brzmieniem, a starymi melodiami i patentami, rodem z ich pierwszych trzech płyt.
Początek płyty może jednak nieco przestraszyć dawnego fana zespołu. Te miksy, przestery i elektroniczny łomot, wcale nie zapowiada, że po chwili sprawnie wskoczy w to miła melodia i mniej natarczywy rytm. Rozumiem, że grupa chce nam podsunąć na początek to, co leży w ich obecnych zainteresowaniach. Tę pastylkę da się przełknąć, tak samo jak i następną dość przeciętną w postaci "Blame The Machines". Co prawda już nie tak techno-nachalną, ale też i z mniej chwytliwą melodią. To co fajne, a nawet najfajniejsze, grupa zamieściła na pozycjach 3 i 4. To jest Duran Duran najwyższej próby. Kapitalny i przy okazji bardzo chwytliwy "Being Followed" powinien okupować listy przebojów, zaś najpiękniejszym fragmentem płyty jest jednak balladowa, następna w kolejności porządkowej, kompozycja "Leave A Light On". Do bólu nasuwa skojarzenia z "Winter Marches On" oraz "A Matter Of Feeling" ze świetnej "Notorious" (1986), ale lśni niczym perła w koronie. I choć później na albumie jest jeszcze dziesięć kompozycji, tzn. osiem + dwie miniatury, to nic już tak serca wysoko nie unosi. Mimo to, płyty nadal dobrze się słucha. Np. "Safe (In The Heat Of The Moment)", to taki typowy Duran dla drugiej połowy lat 80-tych, z soulującą gitarką, żeńskim chórkiem i tanecznym rytmem. Sprawia wrażenie kompozycji już gdzieś kiedyś słyszanej. Podobnego uczucia doznałem przy nieco rąbankowym, ale i paradoksalnie fajnym "Other People's Lives". Jednak w życiu nie zamieniłbym tego utworu na następującą po chwili balladę "Mediterranea", gdzie ładna partia klawiszy snuje się niczym rozmarzony akordeon. Do tego ponownie ładna melodia nie pozwalająca przejść obojętnie obok takiego utworu. Są także rzeczy fajne i paradoksalnie niedoskonałe zarazem, jak np. utwór "Runway Runaway", z mętną i niechwytliwą zwrotką, ale za to ze świetnym soczystym i witalnym refrenem.
W sumie, każdy z sympatyków niegdyś najlepiej ubranego zespołu świata, znajdzie tutaj coś dla siebie. Bo to dobra płyta, momentami nawet bardzo dobra, ale nie wolno ciągle żyć wspomnieniami i oczekiwać arcydzieł na miarę pierwszych czterech albumów czwórki przystojniaczków z Birmingham. O przepraszam, piątki. Nie zapominajmy, że swojej gitary dołożył tutaj mocno (na całej płycie) Dom Brown, którego w książeczce wyszczególniono tylko niewytłuszczoną czcionką.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
Kiedy słyszy się deklaracje muzyków Duran Duran, że jeśli ich najnowsza płyta nie sprzeda się, to grupa rozleci się definitywnie, brzmi to jakby przystawiono fanom nóż do gardła. Zresztą nie tylko fanom, przecież samym sobie także. Ja ich kupuję w ciemno, a dopiero później zaglądam do środka i sprawdzam czy zawartość cieszy. Jeśli by tak postąpiło jeszcze trochę fanów, to .... .
Nie muszę pisać, że normą staje się najpierw sprzedaż cyfrowa (w tym przypadku już w 2010 r.), a dopiero po upływie wielu tygodni (czasem i miesięcy) ukazuje się normalny nośnik w postaci płyty. Panowie z Duran Duran także trzymają się ustalonych ostatnio reguł. Jak dla mnie, reguł niestety kompletnie popapranych. Zbieracze płyt otrzymują ten album zatem dopiero w marcu 2011 !!!
"All You Need Is Now" pokazuje się na rynku po 4-letniej przerwie od czasu koszmarnego gniotu, jakim był album-nieporozumienie "Red Carpet Massacre", przygotowanym z myślą o odbiorcach beznamiętnej sieczki r'n'b czy współczesnego plastiku soulowo-podobnego. Na szczęście ten gniot nie sprzedał się dobrze i panowie z Duran Duran zostali zmuszeni powrócić do fajnego grania. Może już nie tak chwytliwego i pomysłowego jak na znakomitym comebackowym albumie "Astronaut" (2004), ale jednak będącemu pomostem pomiędzy nowoczesnym brzmieniem, a starymi melodiami i patentami, rodem z ich pierwszych trzech płyt.
Początek płyty może jednak nieco przestraszyć dawnego fana zespołu. Te miksy, przestery i elektroniczny łomot, wcale nie zapowiada, że po chwili sprawnie wskoczy w to miła melodia i mniej natarczywy rytm. Rozumiem, że grupa chce nam podsunąć na początek to, co leży w ich obecnych zainteresowaniach. Tę pastylkę da się przełknąć, tak samo jak i następną dość przeciętną w postaci "Blame The Machines". Co prawda już nie tak techno-nachalną, ale też i z mniej chwytliwą melodią. To co fajne, a nawet najfajniejsze, grupa zamieściła na pozycjach 3 i 4. To jest Duran Duran najwyższej próby. Kapitalny i przy okazji bardzo chwytliwy "Being Followed" powinien okupować listy przebojów, zaś najpiękniejszym fragmentem płyty jest jednak balladowa, następna w kolejności porządkowej, kompozycja "Leave A Light On". Do bólu nasuwa skojarzenia z "Winter Marches On" oraz "A Matter Of Feeling" ze świetnej "Notorious" (1986), ale lśni niczym perła w koronie. I choć później na albumie jest jeszcze dziesięć kompozycji, tzn. osiem + dwie miniatury, to nic już tak serca wysoko nie unosi. Mimo to, płyty nadal dobrze się słucha. Np. "Safe (In The Heat Of The Moment)", to taki typowy Duran dla drugiej połowy lat 80-tych, z soulującą gitarką, żeńskim chórkiem i tanecznym rytmem. Sprawia wrażenie kompozycji już gdzieś kiedyś słyszanej. Podobnego uczucia doznałem przy nieco rąbankowym, ale i paradoksalnie fajnym "Other People's Lives". Jednak w życiu nie zamieniłbym tego utworu na następującą po chwili balladę "Mediterranea", gdzie ładna partia klawiszy snuje się niczym rozmarzony akordeon. Do tego ponownie ładna melodia nie pozwalająca przejść obojętnie obok takiego utworu. Są także rzeczy fajne i paradoksalnie niedoskonałe zarazem, jak np. utwór "Runway Runaway", z mętną i niechwytliwą zwrotką, ale za to ze świetnym soczystym i witalnym refrenem.
W sumie, każdy z sympatyków niegdyś najlepiej ubranego zespołu świata, znajdzie tutaj coś dla siebie. Bo to dobra płyta, momentami nawet bardzo dobra, ale nie wolno ciągle żyć wspomnieniami i oczekiwać arcydzieł na miarę pierwszych czterech albumów czwórki przystojniaczków z Birmingham. O przepraszam, piątki. Nie zapominajmy, że swojej gitary dołożył tutaj mocno (na całej płycie) Dom Brown, którego w książeczce wyszczególniono tylko niewytłuszczoną czcionką.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
RICHARD PAGE - "Peculiar Life" - (2010) -
RICHARD PAGE - "Peculiar Life" - (LITTLE DUME RECORDINGS) -
Piosenki w rodzaju "Kyrie" czy "Broken Wings" do dzisiaj chętnie są grane przez rozgłośnie radiowe, a i na brak odbiorców nie muszą narzekać. I choć są to wielkie przeboje, to założę się, że gdyby zrobić sondę uliczną i zapytać tysiąc przechodniów, jaki wokalista je śpiewa, to bez obrazy, może jedna osoba wymieniłaby nazwisko artysty, a ze trzy - cztery wskazałyby na nazwę Mr. Mister. Zespołu, który przecież wykonywał owe hity, a w którym to śpiewał właśnie Richard Page. Winę za taki stan rzeczy ponoszą durnowate radiowe szafy grające, w których "mieli" się w kółko te same hity, nie podając nawet słownie ich wykonawców.
Richard Page nie należy do twórców zbyt płodnych. Ostatni swój album "Shelter Me" wydał 15 lat temu. I choć zawierał kolekcję wysmakowanych piosenek nie odniósł należytego sukcesu. W roku 2010 w obozie jego i jego dawnych zespołowych kolegów wiele się zmieniło. Czwarty album grupy Mr. Mister, który nie ukazał się w okolicach 89/90 roku trafił do sprzedaży w roku ubiegłym , i niemal w tym samym czasie na półkach sklepowych pojawiła się solowa płyta Richarda Page'a, zawierająca 12 premierowych piosenek. Napisał je sam maestro, niektóre w pojedynkę, ale większość jednak przy pomocy różnych twórców. Warto nadmienić, że muzyk zaprosił kilkunastu muzyków, którzy zagrali na takich instrumentach jak: organy Hammonda, mandolina, tabla, akordeon czy puzon, no i rzecz jasna na podstawowej sekcji rytmicznej, czyli gitara, bas + perkusja. Zresztą sam Richard Page, niegdyś basista w Mr. Mister, teraz obsługuje gitarę klasyczną oraz pianino.
Płyta nosi charakter wysmakowanego popu. Są to piosenki o przeróżnym charakterze, w których pojawiają się zarówno nuty soulowe, bluesowe czy lekko jazzowe. Śmiem nawet twierdzić, że płyta ta powinna zainteresować entuzjastów takich artystów jak: Don Henley, Boz Scaggs, Elton John czy Joe Cocker, itp...
A otwierająca płytę piosenka "A Kiss On The Wind" dowodzi, że era przebojowych lecz niebanalnych piosenek jeszcze się nie zakończyła. Dla mnie ten utwór to hit ! Jednak najmocniejszą stroną nowego dzieła R.Page'a są ballady. Nastrojowe, refleksyjne, ale i swobodnie płynące. Starannie opracowane aranżacyjnie, zagrane ze smakiem i wyczuciem. Po prostu piękne. Są to: "The Truth Is Beautiful" , "Peace Of Mind" (ze śpiewającą młodym głosem Ają Page, więc to chyba córka Richarda) , "Shadow On My Life" czy "Give It Away". Całość posiada pogodny charakter, no ale jakże może być inaczej jeśli się płytę nagrywa w słonecznej Kalifornii.
Warto zadać sobie trud w zdobyciu tej kolekcji smakowitych piosenek, tak przecież dzisiaj rzadko nas otaczających.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
Piosenki w rodzaju "Kyrie" czy "Broken Wings" do dzisiaj chętnie są grane przez rozgłośnie radiowe, a i na brak odbiorców nie muszą narzekać. I choć są to wielkie przeboje, to założę się, że gdyby zrobić sondę uliczną i zapytać tysiąc przechodniów, jaki wokalista je śpiewa, to bez obrazy, może jedna osoba wymieniłaby nazwisko artysty, a ze trzy - cztery wskazałyby na nazwę Mr. Mister. Zespołu, który przecież wykonywał owe hity, a w którym to śpiewał właśnie Richard Page. Winę za taki stan rzeczy ponoszą durnowate radiowe szafy grające, w których "mieli" się w kółko te same hity, nie podając nawet słownie ich wykonawców.
Richard Page nie należy do twórców zbyt płodnych. Ostatni swój album "Shelter Me" wydał 15 lat temu. I choć zawierał kolekcję wysmakowanych piosenek nie odniósł należytego sukcesu. W roku 2010 w obozie jego i jego dawnych zespołowych kolegów wiele się zmieniło. Czwarty album grupy Mr. Mister, który nie ukazał się w okolicach 89/90 roku trafił do sprzedaży w roku ubiegłym , i niemal w tym samym czasie na półkach sklepowych pojawiła się solowa płyta Richarda Page'a, zawierająca 12 premierowych piosenek. Napisał je sam maestro, niektóre w pojedynkę, ale większość jednak przy pomocy różnych twórców. Warto nadmienić, że muzyk zaprosił kilkunastu muzyków, którzy zagrali na takich instrumentach jak: organy Hammonda, mandolina, tabla, akordeon czy puzon, no i rzecz jasna na podstawowej sekcji rytmicznej, czyli gitara, bas + perkusja. Zresztą sam Richard Page, niegdyś basista w Mr. Mister, teraz obsługuje gitarę klasyczną oraz pianino.
Płyta nosi charakter wysmakowanego popu. Są to piosenki o przeróżnym charakterze, w których pojawiają się zarówno nuty soulowe, bluesowe czy lekko jazzowe. Śmiem nawet twierdzić, że płyta ta powinna zainteresować entuzjastów takich artystów jak: Don Henley, Boz Scaggs, Elton John czy Joe Cocker, itp...
A otwierająca płytę piosenka "A Kiss On The Wind" dowodzi, że era przebojowych lecz niebanalnych piosenek jeszcze się nie zakończyła. Dla mnie ten utwór to hit ! Jednak najmocniejszą stroną nowego dzieła R.Page'a są ballady. Nastrojowe, refleksyjne, ale i swobodnie płynące. Starannie opracowane aranżacyjnie, zagrane ze smakiem i wyczuciem. Po prostu piękne. Są to: "The Truth Is Beautiful" , "Peace Of Mind" (ze śpiewającą młodym głosem Ają Page, więc to chyba córka Richarda) , "Shadow On My Life" czy "Give It Away". Całość posiada pogodny charakter, no ale jakże może być inaczej jeśli się płytę nagrywa w słonecznej Kalifornii.
Warto zadać sobie trud w zdobyciu tej kolekcji smakowitych piosenek, tak przecież dzisiaj rzadko nas otaczających.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)