Ry
ūichi Sakamoto oraz Ray Shulman przeszli do ciemnej krainy. Dowiedziałem się w niedzielę, jednak nie było już czasu dokleić ich muzyki do spiętego na tamten wieczór radiowego repertuaru. Poza tym, w takich sytuacjach nie lubię na łapu capu, muszę pomyśleć, na spokojnie wyselekcjonować utwory, nabrać przekonania i ochoty, dlatego sprawę przemilczałem. Tuż przed
'nawiedzonym studiem' kilka osób wręcz zainterweniowało, bym czasem niczego w temacie obu panów nie przeoczył. Nie przeoczam, Drodzy Państwo.
Z Ry
ūichim Sakamoto nie jestem jakoś szczególnie emocjonalnie związany, choć kilka jego dokonań doceniam, jak choćby muzykę do
"Ostatniego Cesarza" (na stronie B albumu zaprezentował się TalkingHeads'owy David Byrne), którą w stosownej epoce posiadałem nawet na amerykańskim winylu, jednak z czasem płyta poszła w ludzi i do dzisiaj jej nie odzyskałem. Obecnie zadbałbym raczej o kompakt, by ten jednocześnie nadał się do radia.
Dla mnie Sakamoto to przede wszystkim David Sylvian. Jego synth/pianistyczne instrumentalizacje często kapitalne. Atmosferyczne i sugestywne granie, a przecież Ryūichi miał jeszcze niesłychanego nerwa do pejzażowych aranżacji smyczkowych, które doklejał do często 'narkotycznych' piosenek Sylviana. Najwolniejszych na świece, dopóki w tej dziedzinie muzykowania rytmów jeszcze bardziej nie spowolnili Mark Hollis bądź Tim Bowness.
Szczególnie piękny utwór
"Forbidden Colours" (
"... moja miłość nosi zakazane kolory"), występujący na płycie Sylviana
"Secrets Of The Beehive". Tak piękny, jak dywanem przed moimi oknami rozciągnięte forsycje. Ale uwaga, nie występuje wszędzie. Trzeba się postarać o starą edycję CD, albowiem na remasterze utwór wycięto, w jego miejsce wstawiając
"Promise". Sakamoto
"Forbidden Colours" naznaczył nostalgicznym pianiem oraz wspomnianymi chwilę wcześniej smyczkami. To nie jest łatwo wpadająca w ucho piosenka, na proste polubienie, ani na pęd naszego życia. Musimy do niej wyciągnąć dłoń, a wtedy... A zatem,
"Forbidden Colours" to jedno, drugim zaś sięgnięciem gwiazd dziewięcio- i półminutowe
"I Surrender", otwieracz Sylvianowskiej płyty
"Dead Bees On A Cake" (cóż za tytuł!). To w ogóle moje numero uno Sylviana do spółki z Sakamoto, gdzie Japończyk czaruje na pianinie Rhodesa, wielomogącym elektrycznym cacku, acz o jednej, od razu rozpoznawalnej barwie. Nie da się też przeoczyć równie cudownej gry na flecie Lawrence'a Feldmana i jeszcze bardziej niesamowitej trąbki skrzydłówki w ustach Kenny'ego Wheelera. Cóż ten facet na niej wyprawia pod koniec tego songu, nie do opisania. I za takie momenty czuję smutek, że żadnych nowych już nie będzie. Sakamoto z Sylvianem bywali niekiedy jak jedna skóra. Oczywiście pierwszy z nich miał też swoje drugie życie, niegdyś Yellow Magic Orchestra, a w międzyczasie oraz nieco później, wielu innych chętnych do współpracy. A przecież tylko żywot jeden. To nie komputerowa gra.
Ogromna strata dla intelektualnego popu, rocka oraz obfitej sfery eksperymentów, której Sakamoto sprzyjał.
Ray Shulman - basista, skrzypek oraz jeden z wokalistów Gentle Giant. Też nie ma go już wśród nas. Lecz, zanim Gentle Giant, to koniecznie wspomnę o kilka lat wcześniejszej grupie, jaką przed nastaniem Gentle współtworzyła cała trójka braci Shulman: Derek, Phil i właśnie Ray. Psychodeliczna formacja Simon Dupree And The Big Sound. Grupa jednej płyty, którą można niemal w równym rzędzie zestawić obok najwcześniejszych dokonań The Moody Blues (tych z okresu albumowego debiutu), Small Faces, The Move czy Kaleidoscope. --
"Without Reservations", które ukazało się w 1967 roku, a więc w roku wydania albumowego debiutu Pink Floyd bądź
'Sierżanta Pieprza' Beatlesów. Każda z tych płyt od siebie różna, a jednak z wszystkich wypływa pewien wspólny mianownik i jakby wzajemne artystyczne nakręcanie.
Simon Dupree And The Big Sound to przede wszystkim nieprzesadnie arcycudowna piosenka
"Kites". Rzecz wydana w epoce
'dzieci kwiatów' wyłącznie na singlu, tak też, w tym przypadku sam album nie wystarczył. A przecież, bez tej piosenki jesteśmy jak bez gaci. Zaliczam ją do najpiękniejszych chwil mego życia, cenię równie wysoko, jak innych bożyszczy, w rodzaju Budgie, Magnum, Meat Loaf czy Iron Maiden, i niech nikt się nie skrzywi. Jest to najnamiętniej zaśpiewany rockowy song w epoce 60's, a do tego zawiera przeuroczy, acz fakt, błogo naiwny tekst (złośliwe typy rzekną: infantylny), którego nie da się nie przytulić:
"na śnieżnobiałym latawcu, złotymi literami napiszę: kocham cię, i poślę go wysoko nad siebie, tak, by wszyscy przeczytali...". Na tym nie koniec, w drugiej części piosenki dobija tu jeszcze namiętna melodeklamacja Jacqui Chan, chińskiej aktorki, która pojawia się niczym czarodziejka z ciepłego snu:
"kocham cię. Moja miłość jest bardzo silna i leci wysoko, niczym latawiec na wietrze. Proszę, tylko nie puść sznurka". Taka blisko czterominutowa song'bajeczka, choć z pewną nutką tajemniczości oraz mrowienia, w co uciekałem już tuziny razy.
Przy czym, należy oddać Dupree'im, iż ta ogólnie klawa grupa, to nie tylko
"latawce", wszak dosłownie tylko o włos mniej lubię
"Sleep" oraz
"For Whom The Bell Tolls". Znakomite piosenki, zresztą z jednego singla. I też nie mieliśmy ich na
"Without Reservations".
Z kolei Gentle Giant, to już zupełnie inna bajka, bo oto wchodzimy w świat rocka progresywnego. Następuje dekada 70's, na scenie dobrze rozgościli się Genesis, Jethro Tull, Yes czy ELP, a nasi Gentle Giant pośród nich. Pomimo, iż nigdy nie liznęli sławy żadnego z powyższych. Może dlatego, iż
"Delikatne Olbrzymy" grali kompletnie inaczej, czytaj: trudniej. Ja sam przez długi czas miałem przeprawy z przyswojeniem wielogłosowych, madrygałowych wokali Dereka, Phila i Raya. Jednak, gdy wnikliwiej podszedłem do tematu, wyostrzyło się z tego sporo atutów. Głupio mi trochę, że niezwykle rzadko prezentuję muzykę
'Gigantów' na moim paśmie, i że dopiero utrata Raya Shulmana wzmaga we mnie poczucie poprawy. Na pewno w niedzielę nie zapomnę o tytułowym numerze z albumu
"Three Friends", a co jeszcze...? ... się zobaczy. Propozycji nie ustaje.
Wyrazy szacunku i podzięki dla obu Panów od mojego Nawiedzonego Studia!
a.m.
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00
na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"