piątek, 8 lipca 2022

odszedł Manny Charlton

Od wczorajszego popołudnia Andy sporo słucha starych Nazareth. Odszedł Manny Charlton, dawny gitarzysta grupy. Członek najlepszego czasu tej ogólnie wspaniałej ekipy. Za wyjątkiem jej ostatnich dokonań. Wykluczam szczególnie dwa ostatnie, trudne do zaakceptowania albumy. Lecz z nimi, jak i wszystkimi z ostatnich ponad trzydziestu lat, Manny nie miał niczego wspólnego. Nazwisko Muzyka, którego właśnie żegnamy, płynnie przywodzi na myśl albumy "Hair Of The Dog", "Razamanaz", "2XS", "Close Enough For Rock'n'Roll" czy "The Fool Circle" - że wymienię najchętniej w swym życiu słuchane.
Ważna postać rocka, Manny należał do jednego z najistotniejszych zespołów, jakie zostały mi dane. W latach 70-tych jego nazwę wymieniało się jednym tchem, obok Black Sabbath, Uriah Heep, Led Zeppelin, Wishbone Ash, UFO, Status Quo czy Kiss, i nikomu to nie przeszkadzało. Giełdowe wymiany płyt Nazareth za nazwy powyższe szły w stosunku jeden do jeden. Nikt niczego nie dopłacał, ponieważ była to ta sama wartość - najwyższa. Dopiero w ostatnich latach sporo się pod tym względem pozmieniało. Niemało dawnych wartości uległo zdewaluowaniu, ponieważ przede wszystkim zmieniliśmy się my.
Składam Manny'emu cześć i podziękę! Byłeś cudowny. Uwielbiam Twoje gitarowe zagrywki, riffy, solówki, harce, niekiedy przestery. I gdyby tylko Nazareth mieli szansę właśnie teraz wzbudzić u Szanownych Państwa jakieś większe zainteresowanie, niż jedynie wypromowane "Dream On" czy "Love Hurts" (The Everly Brothers cover), szczególnie polecam zarzucić uchem na album "Hair Of The Dog" z 1975 roku. Jak na tamte lata to był najczystszej krwi metal. Tak tak, nie ma co się śmiać. Gdyby nie tego konkretu granie, nie byłoby wielu mocniejszych odmian gatunku. To znaczy, może by były, ale odpowiednio później i pewnie inaczej. A ta czwórka facetów, która nagrywała przeróżnej maści rock/hardrockowe płyty, tutaj się zebrała w sobie i przyłożyła młotem, zanim HammerFall wymyślili swą wizytówkę "Let The HammerFall".
Utwory "Miss Misery" czy "Beggars Day" to gitarowe wulkany, idealne pod gardło Dana McCafferty'ego. Głos tego obecnie już poczciwego, starszego i schorowanego Pana, był wówczas wypadkową tłuczonego szkła oraz stąpania boso po żużlu. Super! Odnawiając właśnie wiele Nazareth'owych płyt, połechtałem zmysły dawno niesłuchanym "You Love Another". Co za kawałek! Ależ gitarowy nastrój wytworzyli Manny Charlton i Billy Rankin. Ooo tak, to zdecydowanie Nazareth'Moment albumu "2XS". Czas, gdy do składu Szkoci włączyli jeszcze pianistę i na moment stali się sekstetem. Trzeba posłuchać. Polecam tę, ale też i wiele innych płyt, koniecznie jednak z Mannym Charltonem - czyli do LP "Snakes 'N Ladders". Późniejsi Nazareth to już tylko łabędzi śpiew. Jednak dopóki śpiewał z nimi Dan McCafferty, warto posłuchać wszystkiego - bo to taki wokalista.
Za niespełna trzy tygodnie Manny obchodziłby 81-urodziny. Gdy traciłem z muzyką Nazareth dziewictwo, Mistrzunio był lekko po trzydziestce. Przeleciało. A teraz nadszedł historii kres.

a.m.


środa, 6 lipca 2022

po równo

Ciężko ogląda mi się wszystkie dzisiejsze mecze piłki z komentarzem prowadzonym zazwyczaj w systemie tandemowym. Nic, tylko statystyki i matematyka. Wczorajsza transmisja Kolejorza z azerskim Karabachem kolejnym tego dowodem. Jacek Laskowski i jego współkomentujący prześcigali się wiedzą z tromptera, ostatecznie po pachy wymęczając chyba nie tylko mnie.
Od paru lat zapanował system zarzucania sprawozdawców wykresami, tabelkami, statystykami, więc trzy/czwarte komentowania opiera się na tego przytaczaniu. Nie wiem tylko, czemu to ma służyć i co udowadniać. Rozumiem, że na ich podstawie dążymy do ustalenia jakiejś jednej średniej, z której wykluje się prawdziwa wartość człowieka. Wszystko zaś wystające poza schemat, odpadnie. To już dewiacja, albo szał, sam nie wiem. A przecież historia, i to ta w miarę współczesna, jasno dowodzi, iż branie wszystkich pod konwencjonalność niczemu dobremu nigdy nie służyło. Dobrze wiemy, jakim ustalona przez Hitlera rasa aryjska okazała się niewypałem. Na jej czystość zrzucało się tak wiele składowych, że modelowy Aryjczyk najczęściej stawał się zlepkiem z niedoskonałości.
Dzisiejsza korporacyjność nauczyła nas życia pod wzory i schematy, jakby potępiając wszelaką indywidualność. A przecież nic tak nie przykuwa, jak inność. To właśnie dzięki niej świat legitymizuje się postępem i od swego zarania zaciekawia. Nie byłoby żarówki, gramofonu czy silników spalinowych, gdyby nie zabrali się za ich konstrukcje wszyscy ci inni. Nie dałaby rady ich wyinżynierować cała ta reszta od kopiuj/wklej. Czyli zwykły lud roboczy, wykonawczy i podwykonawczy. Na jednostki kreujące zawsze natura posyłała dziwaków. Ku podbojowi kosmosu, choć zarazem ziemskiemu unicestwieniu. Już dawno temu teledysk do "Another Brick In The Wall, Part II" podprogowo zapowiadał nasz nędzny byt, ukazując człowieka wbitego w jednolite kamasze, przemielonego i wyplutego z tej samej maszynki. Taśmowa produkcja, z góry ustalona wydajność, na końcu nuda. Dlatego dobrze, że jednak jestem inny. Fajnie mi z tym. Choć ta moja inność często daje popalić. Szczególnie, gdy przychodzi kupić buty, jakąś bluzę czy kurtkę. W moim kraju ustalono model faceta na od metr sześćdziesiąt siedem do metra osiemdziesiąt, góra cztery wzrostu, z numerem obuwia do 45. Bez obrazy, ale właśnie okazuje się, jak niedobrze być homosapiensem gabarytów ponad ogólnie przyjętą rozmiarówkę, ustaloną raczej wobec facecików, którzy po swą męskość zasuwają na siłownie oraz po wielgachne Jeepy do samochodowych salonów. W nich dorasta się do wymarzonego ego, dopóki nie przychodzi wozu opuścić i znowu być pod moim łokciem.
Wczorajsza wizyta w hangarze obuwniczym spełzła na niczym. Zwyczajowo. A już myślałem, że czasy, kiedy na pytanie: "czy jest?", odpowiedź: "nie ma" to historia. Że dzisiaj frontem do klienta, zapraszamy, wlatuj, zaspokoimy twoje zachcianki i wymagania, a przy okazji nieźle zarobimy. Nic z tego. Nie ma i nie będzie. Wciąż dla takich ludzi, jak ja, jest w tej Polsce socjalizm. Nawet gorszy niż gierkowski, bo przecież za towarzysza Edwarda nieraz ustrzeliłem w obuwniczym potrzebny rozmiar.
Panią ekspedientkę zapytałem, czy w tak dużym sklepie znajdzie się przynajmniej jeden trampek dla szkity o numerze 48? Zakłopotanie na jej twarzy zaczerwieniało jeszcze przed dokończeniem mego krótkiego zapytania. Na plus, pani się na szczęście nie poddała. Od początku tliła się w jej wnętrzu nadzieja, że może znajdzie. Przynajmniej ten jeden karton z nalepką XXL. Poszukiwania, nadzieje, bieganina po półkach, wreszcie magazyn, aż... polegliśmy oboje. I ona, i ja. Z tym, że to ja wciąż zostaję bez butów. I powiem Wam, Moi Drodzy, że gdyby nie moja amerykańska Sisterka, chodziłbym w tej mojej Polsce nie tylko boso, co i też gołą dupą. Elizabeth od lat ratuje we wszelakich t-shirtach czy bluzach, a ostatnio nawet z zimową kurtką. Bo dorwać u nas taką obszerną i słusznie wzrostową z haka, tak od ulicznego progu, to marzenie ściętej głowy. Oj, coś tym moim rodzicom nie wyszło. Tak mi się zdaje. Poszli z rozmachem, a tu kraina tyciu tyciu. Nic już z tym nie zrobimy. Przedstawienie musi trwać.

a.m.


wtorek, 5 lipca 2022

Milian

Lubię te nasze socjalistyczne orkiestry. Im bardziej z epoki Gierka, tym lepiej. Wówczas ta muzyka miała swój najlepszy czas. W sensie brzmienia, przestrzeni oraz dopasowania poziomem do amerykańskich standardów. A niekiedy bywało nawet lepiej. I nie przesadzam. Dlatego polecam Zbigniewa Górnego, Andrzeja Korzyńskiego, Włodzimierza Korcza czy Jerzego Miliana. Lubię ich wszystkich, choć z lekkim przechyłem szali na rzecz Korzyńskiego oraz Miliana. Każdego z owej karety posiadam kompakty, a niewymienionego tu Jerzego Matuszkiewicza trzymam nawet na winylu. Wiadomo, tematy do "Czterdziestolatka", "Janosika" czy "Życia Na Gorąco" mieć trzeba, niczym finkę przy wyprawie do lasu. Co prawda, Jerzy Milian nie był tak filmowy, ale miał potężną kinematograficzną wyobraźnię, którą opatuliłbym niejeden obyczajowy film okresu '71-'80.
Jerzy Milian - bogate brzmienie, bezbłędna realizacja, a jak na warunki socjalistyczne, wręcz doskonała.

Polecam CD z załączonego zdjęcia. To trzeci w dorobku Artysty longplay, oryginalnie wydany w 1975 roku przez Polskie Nagrania "Muza". Jego nr katalogowy SX 1278. Podaję, by czasem z niczym innym nie pomylić. Świetna rzecz. W tamtych latach było jej prawie na pęczki, acz nakład nie był śmiertelnie wysoki. Ale pamiętam przez moment z niemal każdej osiedlowej księgarni. Wszyscy mieli po parę egzemplarzy i nikt z rąk nie wyrywał. Gdy zmieniła się epoka i nastał renesans winyli, a tym samym młodziaki polubiły nasze dawne orkiestry, szczególnie te flirtujące z funk/soul/jazzem, taka muzyka wyszlachetniała. Dlatego 'wyreedycjonowane' z taką muzyką w nowych czasach kompakty plus winyle stały się towarem jak najgodniejszego poszukiwania, tudzież znikania ze sklepowych półek.
Polecam akurat z CD, bo jak wiecie, do nowych winyli mam małą awersję.
Co my tu mamy? Ano, choćby przefajne żeńskie wokalizy (czasem z wmieszanymi męskimi), do tego niemal rockowe partie fletu, jakieś jazzowe pianino, co również stanowczą, czytaj wyrazistą, mocną sekcję dętą. Ta ostatnia przypadłość płonie Ameryką, dosłownie rodem z gatunkowych soul/funk'owych produkcji. Niekiedy też usłyszymy wibrafon, skrzypce czy kontrabas. Oj, miał facet poczucie smaku, wyobraźnię, no i zaplecze. Czyli orkiestrę potrafiącą zrealizować wszystkie skrywane myśli twórcze. W młodości nie doceniałem tak złożonej, koherentnej muzyki. Wiadomo, jako kilkunastolatek łaknąłem solidnego rockowego czadu, natomiast Jerzy Milian proponował granie wysublimowane, dojrzałe, zdecydowanie przydatne wyrobionemu odbiorcy.
Na kompakcie, który w tym tekście oferuję, mamy nagrane dwa albumy, albowiem w bonusie otrzymujemy następny w dorobku Miliana, wydany w 1978 roku dla Pronitu, nieco już ustępujący swemu poprzednikowi długograj. Tego drugiego w ogóle nie pamiętam w sklepach. Polecam jednak przede wszystkim uwagę skoncentrować na pierwszej, wcale nie parszywej dwunastce nagrań.
Wartość ich w rejonie Polski, z której pochodzę, podbija fakt, iż Jerzy Milian to poznaniak, acz za obniżkę posłuży mu dawna przynależność do PZPR. Jest więc taka możliwość, iż obecna władza może pewnego dnia wpaść na pomysł odebrania Artyście wszystkich zasług. A nie brak u nas specjalistów od pośmiertnego osądzania. I tu kartka z historii. Nasuwa mi się papież Stefan VI, który w 897 roku w Rzymie zwołał słynny Synod Trupi w celu osądzenia poprzedniego papieża, Formozusa. Wydobył więc z grobu zwłoki, przyodział je w pontyfikalne szaty i zwołał prawdziwy sąd, z oskarżycielem i obrońcą. W konsekwencji rozprawy odciął Formozusowi trzy palce. Dokładnie te, którymi były już papież błogosławił lud. A zatem, nie ma żartów. U nas też jest pewien jegomość, do którego pasuje ta, jak i inna postać, równie haniebnego papieża - Bonifacego VI. Był on nie tylko okrutny, co też pazerny. A pazerność nie tylko objawia się przygarnianiem złota, lecz także niekończącą pokusą władzy. Dlatego po śmierci Bonifacego mawiano: przyszedł jak lis, rządził jak lew, zdechł jak pies. Przy czym, psiaków bym w to mieszał. Dla mnie to arcycudne istoty, za które dałbym się posiekać. Natomiast ludzi godnych tego, znalazłbym garstkę. Nie zawracajmy jednak sobie głowy nikczemnikami, a popieśćmy zmysły świetnym Jerzym Milianem z 1975 roku. Numery: "Wśród Pampasów", "Czasem Bez Tercji", "Gacek", "Street 2000" czy "Szklana Pryzma", to totalny odlot. Gdyby tę muzykę odpowiednio w tamtych dziejach opakowano i wstawiono na półki zagranicznych record'shopów, w muzyce Jerzy Milian stawiam, byłby naszym eksportem na miarę filmowego Romana Polańskiego. 

a.m.


powrót

Jakoś ostatnio, po kilku latach odezwał się Słuchacz z Warszawy, Jacek. Z początku przywitałem go per pan, nie pamiętając, że byliśmy przecież po imieniu. Szybko jednak się wyjaśniło i liczę, że podobne z mojej strony wtopy też pójdą w zapomnienie. Okazało się, że Słuchacz wcale nie zerwał przymierzy z Nawiedzonym Studiem, przez cały czas pobierał jego łącza, lecz działał z ukrycia. Ale w końcu znalazł nowy namiar - i oto jest. To jak powrót na scenę. Z hukiem, bo i jednocześnie podarkiem na dobry drugiej fazy rozruch. Drodzy Państwo, muszę się pochwalić, bo nie wytrzymam. Tak mną nosi, że do niedzieli się udławię, jeśli teraz nie napiszę. -- Na radiowej tablicy koperta z dwoma kompaktami. Przyszły właśnie - od Jacka. Jeden tytuł owinę folią tajemniczości i pogadamy o nim, gdy zapakuję do szuflady radiowego odtwarzacza, jednak płytę Svartanatt "Starry Eagle Eye" wszyscy znamy, więc mogę bez owijek. Ale jaki czad - bo oto na kompakcie! Tak, mam na kompakcie. Jacku dziękuję !!! Tak mną z radości szarpnęło, że nieomal walnąłbym głową w sufit. Pamiętacie Drodzy Państwo, jak narzekałem na winyl? Nie udało mi się w dwa tysiące osiemnastym załapać na CD, musiałem się niestety zadowolić analogiem, a ten brzmiał, jak z kartonu trzy izby dalej. Toporne, głuche brzmienie, kompletnie niedostosowane do wymogów tej muzyki. Nie znoszę tych współczesnych tłoczeń, im bardziej nas zapewniają o "super sound"/"heavyweight", tym pewniej, że będzie wbrew oczekiwaniom. Oczywiście znam wielu ulegającym nalepkom doklejanym na foliach wszystkich tych dzisiejszych czarnych płyt. Uwierzą w każde takie papierowe świecidełko i jakimś cudem natury od razu lepiej słyszą. Oto dowód na cuda ludzkiej wyobraźni. Wsadźcie sobie te obecne winyle w d. - oto moja pointa.
"Musisz to mieć na CD, to taka płyta!" - mniej więcej zapodał Jacek. O tak, święte słowa. To jest taka płyta, że już Wam Nawiedzeni zazdroszczę, iż niebawem znowu jej posłuchamy. Przyszła dziewicza pieczątka, a teraz słucham po dłuższej rozłące i znowu wymiękam. Jest jeszcze lepiej niż w czasach jej beciku. Teraz ta muzyka nabrała nowych rumieńców i doświadczenia, i robi ze mną, co chce. Już nigdy nie zapuszczę winylu, niech leżakuje na półce i jedynie oznacza się fajniejszą, słuszniejszych rozmiarów okładką.

Svartanatt, przypomnę. Minęło kilka lat, różnie może być, mieliśmy prawo zapomnieć. Choć to taka muzyka, że sprawilibyście przykrość Nawiedzonemu ewentualnym osłabieniem pamięci. Grupa powstała u schyłku krótkiej mody na retro rock, ale była o lata świetlne lepsza od wszystkich przedstawicieli gatunku. Nazw oszczędzę, by się znowu na mnie jedni z drugimi nie poobrażali.
Wszystko zaczęło się od obłędnego debiutu "Svartanatt". Była tam m.in. taka materia dźwiękowa, pt. "Thunderbirds Whispering Wind". Nie wiem, jak to się tłumaczy, ale przyznajcie, że gdyby można, jako "grzmoty szepczącego wiatru", byłoby pięknie i poetycko zarazem. No więc, ten utwór to było moje numero uno 2016 roku i niech nikt nie próbuje tego zmieniać. Ale w ogóle cały album obłędny.
Piątka zarośniętych Szwedów, zupełnie jakby wyrwanych z epoki 67-73 i przeniesionych do realiów, gdzie ludzie marnują żywot z nosami w smartfonach. Aż żal żyć w przytłoczeniu tych technologicznych pierdów, dlatego niedziwne, że Svartanatt'om tęskno do czasów, gdy życiem można było się sztachnąć pełnią płuc.
Svartanatt, czyli "czarna noc". Zapachniało Purple'ami. I słusznie. O tak, o to to. O to tu idzie. Choć nie Deep Purple stoją na froncie tej heavy'rockowej zabawy. To nawalanie w starym duchu z całym inwentarzem, a nazwy inspiracji dopisujmy sobie na własną rękę, w zależności od poszczególnych kompozycji. Tyle tu dobra, jakby gdzieś już zasłyszanych, znajomych zagrywek, dających sens naszego istnienia emocji, ale też cudownie zachrypniętego, mrocznego śpiewania (Jani Lehtinen - miejmy jego nazwisko na podorędziu) oraz gitarowo-hammondowskiego grania - aż mi serce niebezpiecznie wali, gdy o tym wspominam. Jednymi słowy: obłęd! Kocham tę muzykę bezkrytycznie, nawet jeśli z tego powodu zagrozi mi wieczne potępienie.
Nie lubię przed czasem odbezpieczać niedzielnego do audycji ładunku, lecz Svartanatt macie u mnie, choćby Putin wepchnął mi się do toalety przed nos.
Dzięki Jacku, frajdę mi tą płytą zrobiłeś. Słowami wdzięczności nie wyrażę. Niech Cię Bóg, Budda lub mech mają w opiece - w zależności, w kogo tam sobie wierzysz lub nie. Postawiłeś Nawiedzonego na nogi, zrobiłeś mi dzień, a raczej dobry tydzień, i to są właśnie te chwile!

a.m.


poniedziałek, 4 lipca 2022

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 3/4 lipca 2022 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań







"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek - 3/4 lipca 2022 (godz. 22.00 - 2.00)
 
98,6 FM Poznań lub afera.com.pl 
realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

BUDDY HOLLY "The Best Of" (1994) - przeżył zaledwie dwadzieścia trzy lata, ale wciąż go pamiętamy, wciąż inspiruje kolejne pokolenia.
- Oh Boy - {The Crickets / 1957}


ELVIS PRESLEY "Artist Of The Century" (1999)
- najlepszy kompilacyjny zestaw Elvisa. Ukazał się pod koniec lat dziewięćdziesiątych, jako ukoronowanie Króla Rock'n'Rolla w dobiegającym kresu XX wieku. Spośród licznych kompilacji właśnie na tę polecam postawić wszystkie zamierzenia i siły.
- That's All Right - {1954}
- Heartbreak Hotel - {1956}
- If I Can Dream - {1968}
- You Don't Have To Say You Love Me - {1970} - {Dusty Springfield cover}

CHRIS ISAAK "Beyond The Sun" (2011) - hołd dla wytwórni Sun Records, dowodzonej przez Sama Phillipsa. Czyli wytwórni, dla której na początku kariery realizował się Elvis Presley, i dla której m.in. nagrał pierwszego w swych fonograficznych dziejach singla "That's All Right". Dla Sun Records przez czas pewien nagrywali też Roy Orbison czy Johnny Cash. I o tym na tej płycie.
- Can't Help Falling In Love - {Elvis Presley cover}
- It's Now Or Never - {Elvis Presley cover}
- Ring Of Fire - {Johnny Cash cover}

CHRIS ISAAK "First Comes The Night" (2015) - jak dotąd ostatnia studyjna płyta tego rockabilly/rock'n'rollowego Amerykanina. Absolutnie pełnego zaufania spadkobiercy i kontynuatora śpiewania oraz grania w duchu 50/60's. Szkoda, że w Polsce kojarzonego głównie za "Wicked Game". Wczoraj zaprezentowane dwa kawałki z "First Comes The Night" to obłędne cośki, a dla tego rodzaju grania niemal widok z góry najwyższej. Nie można przejść obok.
- Reverie
- Kiss Me Like A Stranger

JESSE COOK "Libre" (2021) - czarujące flamenco, mocno wypływające poza sztywne dla korzeni tej muzyki tradycje. To już międzynarodowe spojrzenie na tę iberyjską sztukę, którą jeszcze do niedawna wielu z nas kojarzyło głównie z temperamentem mieszkańców znad basenu śródziemnomorskiego. Materia dźwiękowa płynąca z duszy.
- Updraft 

AIR SUPPLY "Making Love... The Very Best Of Air Supply" (1983) - dwa niezwykle popularne w swoim czasie kawałki tych pop/rock'romantycznych Australijczyków. Elegancja, wykonanie, harmonie wokalne próby najwyższej oraz aranżacje, w obecnej piosence już niemal nikomu niedostępne.
- Making Love Out Of Nothing At All  - {singiel 1983} - kompozycja Jim Steinman
- Lost In Love - {singiel 1980}


PENDRAGON "The Rest Of Pendragon" (1991) -
nagrania z najwcześniejszych EP'ek + live'y
- Lady Luck - {strona B singla "Saved By You" /1989/}
- Elephants Never Grow Old - {strona B EP'ki "Saved By You" /1989/}

PENDRAGON "Love Over Fear" (2020) - poszło z CD nr 2 - "Love Over Fear (acoustic)" - ponieważ na rynek właśnie trafił akustyczny materiał z "Love Over Fear" w formie winylowej. A już jesienią reedycja "The Rest" z nową okładką, nowym masteringiem oraz nowym tytułem. Na tym nie koniec, w listopadzie solowy Nick Barrett. Oj, ciekaw jestem. Zobaczymy, czy muzyk odjedzie, czy może popieści gitarą spragnionych brzmień z czasów "The World" lub "The Window Of Life". Zapewne będzie sporo inaczej, niż podsuwa wyobraźnia, ale o to też w pewnym sensie chodzi. Dobrze, by nie było przewidywalnie. Przewidywalność to nuda. A to, co już dawno dokonane, pozostawmy wspomnieniom.
- Truth And Lies

PORCUPINE TREE "Closure / Continuation" (2022) - spore rozczarowanie, jak na powrót po tylu latach. Ale nawet sam Steven Wilson stwierdził niedawno, że jest świadom tego, iż tworzy muzykę w czasach, w których świat jest nią przeciążony. Bo i też obecnie muzyka nie oznacza tego, co np. w latach 70/80's. Poza tym, trudno dziś stworzyć coś dziewiczego, osobliwego, zaskakującego.
"Closure / Continuation" tworzyło się niemal całą dekadę, gdzieś w zaciszu, tajemnicy, tak, aby nie wyszło na jaw, że Porki wciąż istnieją. I choć już bez Colina Edwina, nadal zmotywowani. Żałuję ogromnie, że wyszła z tego taka nuda. Huk kapiszonu. Dwa przebłyski, wczoraj zresztą na moich łączach zaprezentowane. Zaś w części niewyeksponowanej, dużo bezradnych poszukiwań. Po ostatnich udanych solówkach Stevena Wilsona miałem nadzieję na coś wytrawniejszego, a wyszło przetwarzanie sprawdzonych patentów, w dodatku z mało udanymi melodiami. Porki tym razem nie rozpieszczają. Brak zapamiętywalnych motywów, tutaj budowanych na bazie elektroniki, niekiedy matematyki, innymi razy nawet metalu, a i spodziewanego wyrafinowania. W takim "Harridan" mamy nawet a'la KingCrimsonowy slap bas, co zapewne urzeknie wszystkich łowców tego typu smaczków, szczególnie u audytorium muzealnego prog'rocka. Posłucham tej płyty jeszcze w tym tygodniu, zobaczymy, może mi się odmieni. Póki co, nie czuję i chyba nie pokocham. A może wyrosłem z rocka progresywnego i najwyraźniej zaczął mnie nużyć?

- Of The New Day
- Dignity 

OST "Top Gun Maverick" (2022) - nie dawał mi spać pewien dług wobec tej ścieżki, bo i do wczoraj nie zaprezentowałem jednego z najwspanialszych motywów z "Top Gun Maverick". Hans Zimmer nieźle tu odleciał. Jego talent ponownie wyraża się atencyjnie. Nie sposób się oderwać, tym bardziej przegapić choćby jednej nuty. Bardzo fajny film, a i muzyka też nie od macochy. Słucham tego kompaktu niemal co dnia.
- The Man, The Legend / Touchdown


HANS ZIMMER "Live In Prague" (2017)
- będąc na fali postępków Zimmera w "Top Gun Maverick", nastawiam się również wobec jego dawniejszych dokonań. Do tego celu idealnie przydaje się zamaszystych rozmiarów oraz repertuarowego przepychu praski koncert z maja 2016 roku. Na wczoraj musiał wystarczyć jedynie set z "Gladiatora" oraz "Cienkiej Czerwonej Linii", jednak myślę do tego podwójnego kompaktu jeszcze niebawem powrócić. Wakacje dają poczucie swobody, myśli twórczej, bo i też nie przytłaczają nachalne nowości. Te chwilowo czają się w okopach, by do ofensywy ruszyć dopiero w okolicach września.
- Gladiator
a) The Wheat
b) The Battle
c) Elysium
d) Now We Are Free - {śpiew Buyi Zama}
- Journey To The Line

ERIC CLAPTON "Nothing But The Blues" (2022)
- nareszcie na CD! Jest i cieszy. Live materiał z listopada 1994 roku, zarejestrowany w Fillmore w San Francisco. Owoc trasy "From The Cradle tour". Mamy tu okazanie prawdziwej miłości do bluesa, której Claptonowi nigdy nie brakowało, jednak tym razem nawet na moment Maestro nie odsunął nogi od inspiracji mistrzami gatunki, jak choćby Freddiem Kingiem, Otisem Rushem, Jimmym Rogersem czy czworgiem dżentelmenów wziętych w nawiasy przy poniższych tytułach nagrań. I co istotne, "From The Cradle" okazało się jedynym numero uno Claptona w UK. Tyle czekania, prób, podejść, a tu po prostu trzeba było od razu walnąć korzennym bluesem prosto w twarz. Materiał ma być również do kupienia (a może już jest?) w formie wizyjnej, włącznie z jakością 4K. Dużo wczoraj pogadaliśmy o tej płycie na moim FM, nie ma więc sensu się przepisywać. Kupić i postawić na półce jednak jak najbardziej polecam.
- It Hurts Me Too - {Tampa Red cover}
- Early In The Morning - {Louis Jordan & His Tympany Five cover}
- Five Long Years - {Eddie Boyd cover}
- Crossroads - {Robert Johnson cover}

FOGHAT "Foghat" (1972)
- 50 lat minęło. Równo pierwszego lipca. Cóż za rocznicowe wydarzenie, bo i też absolutnie wspaniała płyta tych znaturalizowanych przez Amerykę Brytyjczyków. Od zawsze grających hard/blues rocka po amerykańsku, lgnąc w tamte rejony od czasów aktu swego zawiązania. W Stanach tej płyty rozeszło się ponad pół miliona. Może nie jest to herkulesowy wyczyn, lecz pokażcie mi dzisiaj lepszych. Obecnie takiej muzyki sprzedaje się na dekagramy w stosunku do dawnych potrzeb. A wtedy był ku temu graniu mocny czas. No i uwaga! - z racji owej pięćdziesiątki, właśnie na rynek trafia winylowa reedycja. W dwóch kolorach, do wyboru - złocista lub na przezroczystym niebieskim. Widziałem obie. Jest efektownie. Mam chrapę, choć życie zweryfikuje, że i tak pozostanę przy kompakcie.
- I Just Want To Make Love To You - {Muddy Waters cover / kompozycja Willie Dixon}
- Trouble, Trouble - {na pianinie Todd Rundgren, a więc facet będący w swojej bujnej karierze producentem i jednym z muzyków genialnego, multiplatynowego "Bat Out Of Hell" Meat Loafa}

DAVID LEE ROTH "Eat 'Em And Smile" (1986) - genialny debiut ówczesnego już ex-VanHalen'owca. Jedna z moich najukochańszych płyt. Kompletnie nie wiem, dlaczego tak przeze mnie pomijana w audycjach. Przelecieliśmy się ślizgaczem po tej arcykrótkiej płycie. Jej całkowity czas przypomina epokę 50/60's, kiedy podobne krócizny nagrywali Elvis Presley bądź Paul Anka. Może dlatego stać było tamtych wykonawców na niekiedy trzy albumy jednego roku. Z Davidem nie było jednak tak prosto. Na następny (już trochę dłuższy) trzeba było poczekać dwie surowe zimy, ale i dla poprawy nastroju dwa ciepluśkie lata. I "Skyscraper" również dawało radę, i także było pod gitarowy fason Steve'a Vaia , a mimo wszystko "to coś", najlepiej oddawała "Eat 'Em And Smile". Czyli, "zjedz ich, a potem się uśmiechnij". Jak widać, okładkowy apacz jest dopiero przed posiłkiem. Nieco ponad trzydzieści minut wypełniły retro covery oraz parę własnych pomysłów. Wszystko pod przepych, a niekiedy akrobatyczno-alpinistyczne wyczyny lidera. Było to niekiedy lepsze od niejednej płyty Van Halen, a jednak w tym samym 1986 roku dawni koledzy Lee Rotha, już ze śpiewającym Sammym Hagarem, nie dali szans serwując rewelacyjne i w konsekwencji sprzedane w wielomilionowym nakładzie "5150". Ciekawe, co czuł David mając w świadomości dobrze wykonaną robotę, choć ostatecznie o całą długość komercyjnie polegając ze swymi dawnymi kompanami. 
- Yankee Rose
- I'm Easy - {Billy Field cover}
- Tobacco Road - {The Nashville Teens cover}
- That's Life - {znane jako Frank Sinatra cover, a tak naprawdę Marion Montgomery cover}

SURVIVOR "Vital Signs" (1984) - Mam dużo miłości do tego albumu. Gdybym był muzykiem i przyszłoby mi decydować o kierunku utworzonej przeze siebie formacji, bez wahania wskazałbym na uprawianie takiej stylistyki. Cóż za pif paf! Leżę i wzdycham o dobitkę."Vital Signs" jest piątym studio'albumem Survivor, jednak pierwszym pod wokalną wodzą Jimiego Jamisona. To zgrabna kontynuacja melodycznych pomysłów z wszystkiego, co dotychczas, pomimo braku kolejnego "Eye Of The Tiger". Ale cała płyta mimo wszystko nieporównanie lepsza od tamtej. Cóż za maestria, melodie, wykonanie, emocje, a ile w tym słońca i dobrych wibracji. Album "Vital Signs" to wzorcowa melodic'rockowa płyta. Bez niej na próżno budować w podobnym tonie kolekcje. Wzięte od brzegu cztery pierwsze numery trafiły na single i wszystkie z sukcesami. Ale i wszystko, co pozostałe, odczuwa tu dumę. I wczoraj stanęło mi to udowodnić. Dlatego w eter poszybowała mniej rozpoznawalna radiowo selekcja piosenek, ta ze schyłkowej fazy albumu. A i tak, co numer, to mógł być hit! No i optymalny dla Survivor skład: Jamison/Peterik/Sullivan/Ellis/Droubay. Każde z owej piątki nazwisko elektryzujące. Sami mocarze. Jeden centymetr tej muzyki jest więcej wart od całego polskiego rocka ostatnich dwudziestu/trzydziestu lat. Inna sprawa, że u nas taka płyta nigdy nie powstała i nie sądzę, by się udało.
- Popular Girl
- Everlasting
- It's The Singer Not The Song 
- I See You In Everyone

FORTUNE "Level Ground" (2022) - do poduszki niegrany dotąd u mnie kawałek z najbardziej przecież ekscytującej płyty mości panującego roku.
- Silence Of The Heart

Dziękuję za uwagę. Zapraszam ponownie już w najbliższą niedzielę, na tych samych częstotliwościach: 98,6 FM oraz afera.com.pl
Do usłyszenia ...

Andrzej Masłowski 
"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze





niedziela, 3 lipca 2022

dziś nawiedzone

Dziś niedziela, a w niedzielę Nawiedzone Studio. Nie posłuchać w niedzielę Nawiedzonego Studia to jak być w San Francisco i nie przemierzyć Golden Gate Bridge. Polecam się zatem, zapraszam, do usłyszenia o 22-giej na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl 

a.m.

piasek

Miły sobotni wieczór z familią Ziółkowskich w podpoznańskim Dopiewie na koncercie Andrzeja Piasecznego.
Kawał porządnie i zawodowo skrojonej pop'muzyki, o niekiedy odcieniach funk/soul/jazzujących, do czego ambitnie predysponuje cała 'piaskowa' sekcja.
Miękki głos byłego lidera Mafii ma całkiem szeroką skalę i da się nim sprawnie wachlować po zarówno wolnych, jak i szybkich terytoriach piosenkowych temp. Większość repertuaru dla mnie enigmatyczna, jednak, jak każdy nie miałem problemu z rozpoznaniem melodii do Złotopolskich czy równie odległego hitu "Niecierpliwi", który w latach 90's popełniony w unii z Robertem Chojnackim okupował całą Polskę. W tamtym czasie zawodowo prowadziłem odpowiedni sklep, w którym sprzedałem dziesiątki, a nawet setki egzemplarzy "Sax & Sex". Tym samym przyczyniłem się do rozmnażania całego tamtego sukcesu.
Na bis przefajna wersja "Byłaś Serca Biciem" - z repertuaru Andrzeja Zauchy.
Jeszcze Basia Parzeczewska. Gdzieś w środku show. Mówi coś Szanownym Państwu? Fajnie, jeśli tak, bo mnie akurat nie. Przy czym naprędce zostałem doinformowany, iż to triumfatorka którejś z edycji 'The Voice Senior'. Przybyła i zaśpiewała jeden wspólny z Piaskiem numer. Gromkie owacje, a i w ogóle niemałe pozytywne poruszenie. W Dopiewie Pani Basia to całkiem ktoś, jak się okazało. Z Panem Andrzejem przytulili się przed i po. A bo i też, co ważne, do przytulania, jak i olania TVP, Pan Andrzej kilka razy pozachęcał. Mnie akurat nie trzeba - przytulam się, nie oglądam.
Gmina Dopiewo rozpieszcza 'tambylców'. Na ubiegłoroczne zakończenie lata w tym samym miejscu wystąpił Krzysztof Cugowski, teraz zaś - na niemal jego otwarcie - Piasek. Nieźle, tylko przyklasnąć. Włodarze gustownie lokują w rozrywkę. Żadnych discopolowych głupawek, tylko artyści z głosem, dobrze nastrojonymi instrumentami oraz wyszlifowaną po pachy profesją.
Morze ludzi to też wyraźna aprobata. Rozrywkowi kusiciele z tej przyjemnej mieścinki i jej okolic potrafią z ludźmi za pan brat, a ja już wypatruję kolejnych w podobnym tonie atrakcji. 

a.m.