Złych wieści ciąg dalszy. Dosłownie przed niedawną chwilą Słuchacz poinformował mnie o śmierci Johna Thomasa - byłego gitarzysty Budgie. Zauważyłem ponadto na Facebooku wpis Steve'a Williamsa (perkusisty): "Mój Przyjaciel i zespołowy kolega John Thomas niestety zmarł ubiegłej nocy. Myślami jestem z nim i jego ukochanymi".
John Thomas został gitarzystą w Budgie w 1979 roku. Zastąpił na tym fotelu Tony'ego Bourge'a oraz "niealbumowego" i krótkotrwałego Roba Kendricka. Jego osoba wniosła w szeregi grupy metalowy wigor i z dumą otworzyła nową dekadę lat 80's, w której Budgie zaczęli grać zupełnie inaczej - ale nadal świetnie. Najpierw muzycy zrealizowali wspólnie 4-utworowy mini album "If Swallowed Do Not Induce Vomiting" (1980), by nieco później już trzy pełnoprawne longplaye: "Power Supply" (1980), "Nightflight" (1981) oraz "Deliver Us From Evil" (1982).
W składzie Burke Shelley / John Thomas / Steve Williams grupa odwiedziła Polskę. Stało się to w sierpniu 1982 roku. Dając przy tym sporą liczbę koncertów w większych miastach naszego kraju.
12 sierpnia 1982 r. zagrali w moim Poznaniu. Byłem. Wielkie wrażenia. A dzisiaj smutek. Przyszedł czas pożegnać jednego z bohaterów i zarazem ulubieńców tamtych młodzieńczych lat. Zawsze chętnie słuchanego po dziś dzień. Ach....
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
RADIO AFERA "Nawiedzone Studio", niedziela, godz. 22.00 - 2.00 (98,6 FM Poznań)
POLSKIE RADIO POZNAŃ "Sobotni wieczór Andy'ego", sobota, godz. 23.00 - 1.00 (100,9 FM Poznań)
piątek, 4 marca 2016
na dziś MICHAEL BOLTON, plus....
Piosenka na dziś: "You Wouldn't Know Love".
I tu pojawia się problem - w czyjej wersji? Myślę sobie, że polskiej publiczności bardziej znana wyda się ta zaśpiewana przez Cher, choć oryginalnym sprawcą tego genialnego kawałka jest Michael Bolton. No, nie do końca on sam, albowiem mocno wspomogła go przecież Diane Warren. Niezmordowana kobieta. Niekwestionowana królowa i dostarczycielka hitów, szczególnie w latach 80-tych, kiedy sprzyjały jej dobre duszki. Warren pisywała absolutnie pode mnie. Uwielbiam tę jej zmysłowość, dramaturgię, melodyjność, wrażliwość.
Zetknięcie takich postaci, jak Bolton plus Warren, musiało zaowocować czymś niezwykłym. Michael Bolton jeszcze w tamtych latach nie przynudzał. Najlepiej mu szło w okresie 1983-1987, gdy kolaborował z kapitalnymi muzykami (m.in: Bruce Kulick, Mark Mangold, Jeff Bova, Jonathan Cain, Neal Schon, itd....) i nagrywał melodic-rockowe albumy. Niestety przyszedł czas, gdy uwierzył w siłę swego głosu i zapragnął sprawdzać się aktywniej w balladach. Wychodziło mu to nawet całkiem całkiem, lecz rockowe ucho nie tego oczekiwało.
Płyta "Soul Provider" jest pierwszą "przynudziarą" w dorobku Boltona, choć na najwyższym poziomie - co uczciwie muszę oddać. Mało tego, nawet na swój sposób bardzo ją lubię. Dominują tam pełne rozmachu i podbijające damskie serca rzewne pieśni, a pośród nich widnieje jeden klejnot - właśnie "You Wouldn't Know Love". Piosenka tak pełna energii, cudownej melodii i pozytywnego tempa, że usiedzieć trudno. I to jest rok 1989. Natomiast również w tym samym 1989 roku do głosu dochodzi jeszcze Cher, która bierze tę samą piosenkę na ruszt, nagrywa jej własną wersję, i wrzuca jak się później okazuje na ultra przebojową płytę "Heart Of Stone". Dopiero czas pokaże, że "You Wouldn't Know Love", choć wyszła Cher kapitalnie, nie stanie się największym przebojem tego albumu. Pomimo iż zostanie później wydana na singlu (jako jedna z pięciu!), nigdy nie będzie mieć tak wielkiej siły przebicia, jak "If I Could Turn Back Time" czy "Just Like Jesse James". Szkoda, bo według mnie to absolutny #1.
Bestsellerowe "Heart Of Stone" sprzedano na całym świecie w blisko 5-milionowym nakładzie, z czego niemal 2/3-cie tylko w samych Stanach Zjednoczonych. Przy wyczynie Michaela Boltona, był to mówiąc nieładnie jeden wielki pryszcz, albowiem "Soul Provider" rozeszło się tylko w samych USA w ilości 6 milionów, a na całym świecie album zdobył blisko 13 milionów nabywców. I ta liczba przecież stale się jeszcze powiększa.
Przez te wszystkie lata zastanawiało mnie, dlaczego melodic-rockersi nie biorą się za przerobienie "You Wouldn't Know Love", przecież gdybym to ja grał w tego typu bandzie, pod nożem zmusiłbym kompanów do nagrania własnej wersji tej piosenki. Na szczęście w 2012 roku znalazła się pierwsza "ofiara" uroku tego cuda. Grupa Sunstorm. A konkretnie: Joe Lynn Turner (ex-wokalista Rainbow i Deep Purple), który wraz z Dennisem Wardem i pozostałą bracią, popełnili własną interpretację "You Wouldn't Know Love". Również obłędnie. Aby tego było mało, na tej samej płycie (pt. "Emotional Fire") umieścili jeszcze dwa inne covery. Jednym z nich był tytułowy "Emotional Fire" - autorstwa Desmonda Childa oraz wspomnianych już Michaela Boltona i Diane Warren. Piosenka, którą także panowie z Sunstorm wyciągnęli z tego samego albumu Cher "Heart Of Stone". Drugim coverem była "Gina" - numer Michaela Boltona, oryginalnie pochodzący z fantastycznej płyty "The Hunger" (1987).
Trochę tym wszystkim wprowadziłem niezły mętlik. Nieważne, proszę posłuchać najlepiej wszystkich wersji piosenki "You Wouldn't Know Love". Rzecz jasna, nikomu korona z głowy nie spadnie, jeśli sięgnie po każdą z tych trzech płyt w całości. Polecam.
".... Cause you wouldn't know love
if it knocked down your door,
you wouldn't know it now
you never knew it before.... "
Piosenka "You Wouldn't Know Love" na płytach:
MICHAEL BOLTON "Soul Provider" (1989)
CHER "Heart Of Stone" (1989)
SUNSTORM "Emotional Fire" (2012)
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
I tu pojawia się problem - w czyjej wersji? Myślę sobie, że polskiej publiczności bardziej znana wyda się ta zaśpiewana przez Cher, choć oryginalnym sprawcą tego genialnego kawałka jest Michael Bolton. No, nie do końca on sam, albowiem mocno wspomogła go przecież Diane Warren. Niezmordowana kobieta. Niekwestionowana królowa i dostarczycielka hitów, szczególnie w latach 80-tych, kiedy sprzyjały jej dobre duszki. Warren pisywała absolutnie pode mnie. Uwielbiam tę jej zmysłowość, dramaturgię, melodyjność, wrażliwość.
Zetknięcie takich postaci, jak Bolton plus Warren, musiało zaowocować czymś niezwykłym. Michael Bolton jeszcze w tamtych latach nie przynudzał. Najlepiej mu szło w okresie 1983-1987, gdy kolaborował z kapitalnymi muzykami (m.in: Bruce Kulick, Mark Mangold, Jeff Bova, Jonathan Cain, Neal Schon, itd....) i nagrywał melodic-rockowe albumy. Niestety przyszedł czas, gdy uwierzył w siłę swego głosu i zapragnął sprawdzać się aktywniej w balladach. Wychodziło mu to nawet całkiem całkiem, lecz rockowe ucho nie tego oczekiwało.
Płyta "Soul Provider" jest pierwszą "przynudziarą" w dorobku Boltona, choć na najwyższym poziomie - co uczciwie muszę oddać. Mało tego, nawet na swój sposób bardzo ją lubię. Dominują tam pełne rozmachu i podbijające damskie serca rzewne pieśni, a pośród nich widnieje jeden klejnot - właśnie "You Wouldn't Know Love". Piosenka tak pełna energii, cudownej melodii i pozytywnego tempa, że usiedzieć trudno. I to jest rok 1989. Natomiast również w tym samym 1989 roku do głosu dochodzi jeszcze Cher, która bierze tę samą piosenkę na ruszt, nagrywa jej własną wersję, i wrzuca jak się później okazuje na ultra przebojową płytę "Heart Of Stone". Dopiero czas pokaże, że "You Wouldn't Know Love", choć wyszła Cher kapitalnie, nie stanie się największym przebojem tego albumu. Pomimo iż zostanie później wydana na singlu (jako jedna z pięciu!), nigdy nie będzie mieć tak wielkiej siły przebicia, jak "If I Could Turn Back Time" czy "Just Like Jesse James". Szkoda, bo według mnie to absolutny #1.
Bestsellerowe "Heart Of Stone" sprzedano na całym świecie w blisko 5-milionowym nakładzie, z czego niemal 2/3-cie tylko w samych Stanach Zjednoczonych. Przy wyczynie Michaela Boltona, był to mówiąc nieładnie jeden wielki pryszcz, albowiem "Soul Provider" rozeszło się tylko w samych USA w ilości 6 milionów, a na całym świecie album zdobył blisko 13 milionów nabywców. I ta liczba przecież stale się jeszcze powiększa.
Przez te wszystkie lata zastanawiało mnie, dlaczego melodic-rockersi nie biorą się za przerobienie "You Wouldn't Know Love", przecież gdybym to ja grał w tego typu bandzie, pod nożem zmusiłbym kompanów do nagrania własnej wersji tej piosenki. Na szczęście w 2012 roku znalazła się pierwsza "ofiara" uroku tego cuda. Grupa Sunstorm. A konkretnie: Joe Lynn Turner (ex-wokalista Rainbow i Deep Purple), który wraz z Dennisem Wardem i pozostałą bracią, popełnili własną interpretację "You Wouldn't Know Love". Również obłędnie. Aby tego było mało, na tej samej płycie (pt. "Emotional Fire") umieścili jeszcze dwa inne covery. Jednym z nich był tytułowy "Emotional Fire" - autorstwa Desmonda Childa oraz wspomnianych już Michaela Boltona i Diane Warren. Piosenka, którą także panowie z Sunstorm wyciągnęli z tego samego albumu Cher "Heart Of Stone". Drugim coverem była "Gina" - numer Michaela Boltona, oryginalnie pochodzący z fantastycznej płyty "The Hunger" (1987).
Trochę tym wszystkim wprowadziłem niezły mętlik. Nieważne, proszę posłuchać najlepiej wszystkich wersji piosenki "You Wouldn't Know Love". Rzecz jasna, nikomu korona z głowy nie spadnie, jeśli sięgnie po każdą z tych trzech płyt w całości. Polecam.
".... Cause you wouldn't know love
if it knocked down your door,
you wouldn't know it now
you never knew it before.... "
Piosenka "You Wouldn't Know Love" na płytach:
MICHAEL BOLTON "Soul Provider" (1989)
CHER "Heart Of Stone" (1989)
SUNSTORM "Emotional Fire" (2012)
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
czwartek, 3 marca 2016
SCREAM MAKER - "Back Against The World" - (2015) -
SCREAM MAKER
"Back Against The World"
(SCREAM MAKER)
****
Niedawno jeden ze Słuchaczy zbuntował się przeciw mojej nieznajomości warszawskiej grupy Scream Maker. No bo jak to, taki sympatyk heavy metalu, a nie wie, co w rodzimej trawie piszczy. Przyznam, że poniosła mnie pycha myśląc, że skoro przerobiłem uczciwie klasykę anglo-amerykańsko-niemieckiego łojenia, a i na bieżąco śledzę poczynania wszelakich Skandynawów, Niemców i innych tam Amerykanów, to już pole zagospodarowane. Otóż nie, trzeba czasem wychylić nos na niedoceniane polskie realia, a nie tylko udawać światowca.
Scream Maker stanowią za starą dobrą szkołę metalu. W ich muzyce czuć pasję, a i fascynacje klasycznym graniem spod znaku Judas Priest, Iron Maiden, Saxon, itp. Album "Back Against The World" nie jest ich pierwszym dziełem, lecz kupno wcześniejszych w formie fizycznych nośników obecnie wydaje się dość trudne - pozostają jedynie pliki cyfrowe. Szkoda, bowiem tego typu "skarbów" nie kolekcjonuję.
Warto wiedzieć, iż grupa może pochwalić się nietuzinkowymi osiągnięciami. Otóż ich debiutancki album "Livin' In The Past" powstawał pod okiem Alessandro Del Vecchio, który jednocześnie bywa muzykiem (głównie instrumenty klawiszowe) jak i producentem (nawet wspomógł naszych Ceti). Del Vecchio niedawno ukończył pracę nad kolejnym albumem grupy Sunstorm, gdzie wokalistą stoi Joe Lynn Turner (ex-Rainbow, ex-Deep Purple), a także przyczynił się do powstania jednej z najpiękniejszych melodic rockowych płyt ub.roku, jaką wydała grupa Revolution Saints (ludzie z Whitesnake, Night Ranger i Journey). Poza tym, okładkę do albumu "Livin' In The Past" zaprojektował słynny na całym świecie poznański grafik (choć od dawien dawna zamieszkały w USA) Rosław Szaybo. Tak tak, to ten dżentelmen od jednej z najbardziej rozpoznawalnych metalowych okładek w dziejach - "British Steel" - dla Judas Priest.
Kończąc wątek debiutanckiego dzieła Scream Maker należy zaznaczyć tam jeszcze obecność m.in. Jordana Rudessa (klawiszowca Dream Theater), bądź Wojciecha Hoffmana (gitarzysty Turbo).
Jaka jest zatem najnowsza propozycja Scream Maker na "Back Against The World"? Tylko dobra, bardzo dobra, i jeszcze bardziej bardzo dobra.
Album zawiera 12 kompozycji + 2 dodatkowe remiksy do kompozycji zawartych w podstawowej części dzieła ("Far Away" oraz "Black Fever").
Mamy tutaj granie na dwie gitary, bas i perkusję + rasowo śpiewającego Sebastiana Stodolaka. Widać, że facet podziwia gardła Roba Halforda, Bruce'a Dickinsona, Michaela Kiske, itp. niszczycieli spokoju i sielankowej nudy. Fajnie, że panowie grają, co dusza im podpowiada. Bez zbędnych i usilnych kombinacji, ale i też nie prostacko, gdyby się czasem ktoś obawiał.
Płytę sporządzono według najlepszej receptury dla tego gatunku, tak więc obok prostych riffowych kompozycji, jak przebojowe "Far Away", "All Because Of You" czy "Can You See The Fire", są też miażdżące swą mocą "Nosferatu", "Black Fever" i "King Is Dead". Otrzymujemy także rozbudowane i pełne napięcia majstersztyki, jak: "Godsend", "Into The Light" czy "Retribution". Całość wieńczy okazała ballada "Walk With Me". Palce lizać.
Można tę płytę spokojnie postawić na płytowej półce obok największych tuzów, i nie będzie w tym żadnego obciachu. Z przyjemnością obwieszczam, że oto jesteśmy świadkami obcowania ze światowym graniem, które powstało na naszej ojczystej ziemi. I nie ma w tym najmniejszej przesady. Świetny warsztatowo zespół, bardzo udane kompozycje.... Brawo, nareszcie ktoś!
P.S. Gratuluję pomysłowego projektu graficznego. Będzie on niezłą pamiątką dla kilkudziesięciu wspierających zespół fanów, których fotografie znalazły się wewnątrz okładkowego owada.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
na dziś Hootie & The Blowfish
Piosenka na dziś: HOOTIE & THE BLOWFISH "Let Her Cry".
Prezentowałem ją w ubiegłą niedzielę. Ostatnio powróciłem do Hooties. Na lata odstawiłem, a teraz sporo słucham.
Piosenka "Let Her Cry" pochodzi z debiutanckiego longplaya "Cracked Rear View" - wydanego w 1994 roku. Tylko w samych Stanach Zjednoczonych duża płyta sprzedała się w nakładzie ponad 16 milionów egzemplarzy, co grupie dało status "Diamentu" + 6-krotnej "Platyny". Kto dziś sprzedaje takie ilości płyt?. Dlatego nie trudno się dziwić, że następny album "Fairweather Johnson" (z którego w niedzielę poszły w eter dwie piosenki) uznano za komercyjne niespełnienie, skoro Amerykanie wycertyfikowali mu jedynie Potrójną Platynę (3 miliony).
Hooties grają takiego rocka, w którym obok gitar i perkusji, jest też miejsce dla pianina, bandżo czy mandoliny. Myślę, że powinni tę muzykę polubić sympatycy Counting Crows, R.E.M., Hothouse Flowers czy nawet The Waterboys.
"Let Her Cry", to piękny kawałek, choć nie jedyny na tym bestsellerowym debiucie. Polecam go jednak przypomnieniu, bo dzisiaj już takich piosenek w komercyjnych rozgłośniach raczej nie usłyszymy. Poza tym, "Let Her Cry" ukoronowano Grammy, a to też o czymś świadczy i zobowiązuje.
".... let her cry,
if the tears fall down like rain,
let her sing,
if it eases all her pain.... "
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Prezentowałem ją w ubiegłą niedzielę. Ostatnio powróciłem do Hooties. Na lata odstawiłem, a teraz sporo słucham.
Piosenka "Let Her Cry" pochodzi z debiutanckiego longplaya "Cracked Rear View" - wydanego w 1994 roku. Tylko w samych Stanach Zjednoczonych duża płyta sprzedała się w nakładzie ponad 16 milionów egzemplarzy, co grupie dało status "Diamentu" + 6-krotnej "Platyny". Kto dziś sprzedaje takie ilości płyt?. Dlatego nie trudno się dziwić, że następny album "Fairweather Johnson" (z którego w niedzielę poszły w eter dwie piosenki) uznano za komercyjne niespełnienie, skoro Amerykanie wycertyfikowali mu jedynie Potrójną Platynę (3 miliony).
Hooties grają takiego rocka, w którym obok gitar i perkusji, jest też miejsce dla pianina, bandżo czy mandoliny. Myślę, że powinni tę muzykę polubić sympatycy Counting Crows, R.E.M., Hothouse Flowers czy nawet The Waterboys.
"Let Her Cry", to piękny kawałek, choć nie jedyny na tym bestsellerowym debiucie. Polecam go jednak przypomnieniu, bo dzisiaj już takich piosenek w komercyjnych rozgłośniach raczej nie usłyszymy. Poza tym, "Let Her Cry" ukoronowano Grammy, a to też o czymś świadczy i zobowiązuje.
".... let her cry,
if the tears fall down like rain,
let her sing,
if it eases all her pain.... "
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
środa, 2 marca 2016
na dziś Joan Armatrading
Zanim "powstała" Tracy Chapman, szlaki przecierała Joan Armatrading.
Podobny wygląd, podobny głos,.... Tyle, że Joan jest u nas zdecydowanie
mniej popularna.
Może zatem polecę na dziś jedną z piękniejszych jej piosenek: "One Night" - z albumu "Secret Secrets" - wydanego w 1985 roku. Poruszające i pełna ciepła.
".... is right at me when you hold me tight it's all so real.... "
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Może zatem polecę na dziś jedną z piękniejszych jej piosenek: "One Night" - z albumu "Secret Secrets" - wydanego w 1985 roku. Poruszające i pełna ciepła.
".... is right at me when you hold me tight it's all so real.... "
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
wtorek, 1 marca 2016
NORDIC UNION - "Nordic Union" - (2016) -
NORDIC UNION
"Nordic Union"
(FRONTIERS RECORDS)
****1/2
Zetknięcie nordyckich sił i niecodzienny sojusz. Z jednej strony młodość i spory talent (Erik Martensson - gitarzysta Eclipse oraz W.E.T.), z drugiej zaś rutyna, ale wciąż gardłowa moc (Ronnie Atkins - wokalista Pretty Maids).
Erik Martensson należy bez wątpienia do najciekawszych postaci młodego pokolenia hard/melodic rockmanów, zarówno jako muzyk jak i kompozytor, co także udowodnione zostało na tej płycie. Ten szwedzki wirtuoz gitary od dawna podziwia wokalną maestrię Ronniego Atkinsa, będąc przy tym sympatykiem całego jego Pretty Maids. Wspólne nagranie płyty było dla Martenssona marzeniem w sercu skrywanym. Teraz mogło się ziścić.
Muzyczne podkłady do "Nordic Union" zrealizowano w szwedzkim studio Blowout, natomiast wokalne partie Ronnie nagrał w rodzimej Danii, w Jacob Hansen's Studio. Oczywiście panowie odbyli ze sobą wiele wspólnych sesji, tak więc nie jest to żadne granie na odległość.
Nordic Union doskonale wypełnią lukę w oczekiwaniu na nowe propozycje zespołów Martenssona i Atkinsa, albowiem Pretty Maids dopiero rozpoczęli pisanie kompozycji, a więc na efekt finalny trzeba będzie jeszcze poczekać, z kolei Eclipse oficjalnie ogłosili, iż ich najnowszy album pojawi się nie wcześniej, jak w lutym 2017 roku. Ponoć Szwedzi nawet niedawno zakwalifikowali się dodatkowo z całkiem nową piosenką do coraz modniejszej Eurowizji.
Nordic Union reklamują się jako duet, pomimo iż podstawowy skład uzupełnia jeszcze trzeci muzyk, perkusista Magnus Ulfstedt - zespołowy kolega Martenssona z Eclipse.
Wulkan chwytliwych melodii, podanych z iście metalową mocą - tak najkrócej można scharakteryzować czterdzieści jeden minut muzyki, zawartej na tej małej srebrzystej płytce. Bo nie wiedzieć czemu, do tej pory nie spotkałem jej na coraz mocniejszym w świecie winylu.
Energia, wykonawstwo, brzmienie - wszystko to na najwyższym poziomie. Trudno przy tej muzyce spokojnie usiedzieć. W czasach, w których jesteśmy świadkami chowania tego typu rytmów pod dywan, a nagrody muzyczne przyznają znawcy z establishmentu, miło jest zanurzyć uszy w soczystych i piorunujących melodiach, które śpiewa jedno z najpiękniej zdartych gardeł. Kpiąc przy tym z modnych klubów, gdzie sączy się jakaś papkowata muzyczka dla brodatego towarzystwa hipsterów. O pardon, ostatnio królują kitki "na samuraja". Być może ten fakt zwiększy zapotrzebowanie na twórczość Kitaro lub Isao Tomity. Byłoby przynajmniej z pożytkiem.
Reasumując debiut Nordic Union. Stoję przed wielkim dylematem, co wyróżnić? Całość wydaje się świetna, no ale jeśli już...., to oczko puszczam w kierunku: "When Death Is Calling", "Hypocrisy", "Wide Awake" i "Go". Nie zapominając przy tym o balladach: "Every Heartbeat" oraz "True Love Awaits You". Obu bardzo różnych, lecz przy tym równie pięknych.
Tej płyty trzeba słuchać często i głośno. To niezła odtrutka na wszech unoszący się w powietrzu polityczny jad.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
RESURRECTION KINGS - "Resurrection Kings" - (2016) -
RESURRECTION KINGS
"Resurrection Kings"
(FRONTIERS RECORDS)
***1/4
Historia Resurrection Kings sięga mniej więcej pięciu lat wstecz. To właśnie wówczas gitarzysta Craig Goldy (ten od Ronniego Jamesa Dio, ale i jeszcze niedawno temu zacumowany w Budgie) zainicjował pomysł powstania zespołu, w którym pojawiliby się również inni utytułowani muzycy. Najpierw skontaktował się z wokalistą Chasem Westem (m.in współpracownik Jasona Bonhama - syna słynnego Johna "Bonzo" z Led Zeps), i kiedy temu pomysł przypadł do gustu, pozostali dwaj muzycy, w osobach: Sean McNabb (basista m.in. grupy Dokken) oraz Vinnie Appice (ex-perkusista Dio, Black Sabbath, Heaven & Hell, a ostatnio Last In Line), byli już tylko kwestią niedługiego czasu. Wkrótce Craig Goldy zwrócił się do Alessandro Del Vecchio oraz szefa Frontiers Records - Serafino Perugino, by ci zajęli się stroną produkcyjną, no i można było przystąpić do pracy. I tu należy koniecznie dodać, iż Del Vecchio bardzo serio potraktował współpracę z Goldym, komponując, bądź współkomponując, niemal wszystkie kompozycje na wydanym przed chwilą albumie.
Resurrection Kings proponują nowocześnie brzmiącego hard rocka, lecz w dużej mierze czerpiącego z jak najbardziej klasycznych wzorców. Odnajdziemy tu odniesienia zarówno do grup typu Dio czy Dokken (skąd wzięło się notabene 3/4-te tego składu), ale i do klasyków w rodzaju: Whitesnake, Blue Murder, itp...
Nie jest to płyta, która zapisze się dla muzyki złotymi głoskami, niemniej przyjemnie jest posłuchać weteranów gatunku na wspólnym dziele, na którym idzie wyczuć, że całej czwórce muzykantów naprawdę się chce. Panowie mają werwę, często fajne pomysły, dobrze brzmią, choć z ciekawymi melodiami niestety już bywa różnie. Dla mnie zdecydowanie najlepiej wypadają dwa mocno a'la Whitesnake'owe numery: "Had Enough" oraz "Who Did You Run To",a do tego jeszcze okazała ballada "Never Say Goodbye". Troszkę zapachniało tu ejtisowymi Whitesnake, gdzieś tak z okresu albumów "1987" czy "Slip Of The Tongue". Do tej pary kaloszy dorzuciłbym jeszcze otwierający cały album "Distant Prayer". Nie jest to co prawda petarda na miarę "Still Of The Night" (odnosząc się po raz kolejny do drużyny "boskiego" Davida Coverdale'a), niemniej jednak dobrze spełnia misję porywającego wstępniaka. Goldy wstawia umiejętne pirotechniczne gitarowe solówki, Alessandro Del Vecchio dokłada majestatyczne klawisze (nie tylko zresztą tutaj!), Chas West mocno naciąga głosowe struny, a pozostali panowie nie muszą czuć się dłużni.
Bardzo profesjonalny i rzeczowy album, któremu jedynie zabrakło troszkę więcej porywających melodii. Resurrection Kings mają jednak duży potencjał, a więc wierzę, iż następnym razem powinno być dużo lepiej.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















