środa, 11 maja 2011

Eurowizja a nasza narodowa duma

Nie oglądałem Eurowizji (na szczęście), zresztą dopiero dzisiaj dowiedziałem się, że w ogóle była. Niech to będzie świadectwem jakie to dla mnie ważne wydarzenie. Nawet gdybym wiedział, to prawdopodobnie potraktowałbym to wydarzenie jak tygrys mrówkę, czyli nie ruszyłbym dupska po pilota, gdyż łup nieciekawy. Podobno jakaś tam nasza gwiazdeczka się nie zakwalifikowała. O mój Panie, straszne rzeczy. W kraju rojących się talentów, wielkich głosów, wielkich indywidualności, nie dostrzeżono kolejnego zjawiskowego polskiego głosu. W telewizyjnych programach na te płaczliwie rozśpiewywane 3-4 oktawy komisje płaczą, że tylko wiadra podstawiać. Tylko, że te ckliwe i poruszające wyjce nie robią na nikim wrażenia, poza bezgustowną komisją i publiką w studio. Dzisiaj nawet na takich festynach jak Eurowizja, trzeba przedstawić sztukę. Trzeba poza głosem pokazać coś więcej, niż odkryte nogi ,1/4 pośladków i bogaty strój, nabyty ze ściepy naszych podatków. Trzeba w sobie mieć to coś. A jak się okazuje od lat, my tego czegoś nie mamy. Do Eurowizji się zakwalifikujemy w chwili, gdy ją sami zorganizujemy. Dlatego, może zweryfikować komisję, która wybiera drugą komisję, ustalającą kto od nas pojedzie reprezentować piosenkę estradową. Prawie 40 milionów obywateli reprezentuje nasz kraj w wielu dziedzinach , czy to nauki, sportu, kultury, a do piosenki nie ma choćby jednego, który by pokonał takie potęgi jak Albania, Armenia czy Finlandia. Podobno drugiej części eliminacji do Eurowizji telewizja Polska S.A. już nie pokaże. A dlaczego? Niech właśnie pokaże. Zobaczmy jak świat nas wyprzedza. Zobaczmy czym jest muzyka estradowa naprawdę. Ta dzisiejsza. Zobaczmy, a raczej posłuchajmy, które zajmujemy miejsce w szeregu (a raczej poza nim). Może warto przestać karmić nas Golcami, estradową Rodowicz (jak mawiała śpiewaczka w Alternatywach), Kayah, Patrycją Markowską bądź o zgrozo największym syfem ostatnich lat, który zwie się Feel. Potrafimy się ze wszystkich śmiać, tylko, że ci wyśmiewywani śpiewają, słuchają ,a ich edukacja muzyczna jest na przyzwoitym poziomie. U nas wiedza muzyczna zatrzymała się, gdy PRL zakończyła swój niechlubny byt. A w sumie dlaczego niechlubny, skoro w PRL tworzyli artyści godni miana i słowa: ARTYSTA. Na świecie stawia się pomniki wielkim artystom, bo każdy naród jest dumny, że wychował wybitną jednostkę. U nas pomniki stawia się przeważnie za zasługi (bądź i nie) polityczne. Historycznie podejrzanym i niezweryfikowanym także. Dlatego w Poznaniu nie stoi np. pomnik tak wybitnej piosenkarki jak Anna Jantar. A w kilku innych miejscach kraju brak pomników Tadeusza Nalepy, Czesława Niemena, i wielu innych zasłużonych dla muzyki. Za to zgraja wapniactwa i warcholstwa zbiera się co miesiąc , by wymusić budowę kolejnego tuzina pomników i obelisków czczących Smoleńsk i męczeństwo tylko tych wybranych spośród 96. Trudno zatem mówić o pięknie życia i gloryfikowaniu wspaniałych ludzi, skoro nasza narodowa duma ma ich w dupie.

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00

wtorek, 10 maja 2011

Stadiony nie dla idiotów



Panie Andrzeju, dlaczego Pan w tej sprawie milczy? - usłyszałem od jednego ze słuchaczy "Nawiedzonego Studia", w głośnej sprawie stadionowych bandziorów, o której trąbią niemal wszyscy w ostatnim tygodniu. No właśnie, może dlatego uznałem, iż lepiej pomilczeć, skoro tylu fachowców zabiera głos w telewizji (widziałem), a także w radio lub prasie (domyślam się, choć nie słucham i nie czytam). Temat chamstwa stadionowego ciągnie się od lat,  niczym makaron stąd po Archangielsk, i niczego nowego w tej kwestii nie wymyślę i ja, tym bardziej, że mają z tym kłopoty przecież ludzie tropiący temat na codzień. Czytaj: fachowcy.
Nie chciało mi się pisać o kibolach, którzy zrobili zadymę podczas Pucharu Polski w Bydgoszczy. To całe przedstawienie było żałosne i to pod każdym względem, zarówno sportowym jak i organizacyjnym. Przerażało mnie jedynie, patrząc na to,  w jak słabym państwie mieszkam. W razie burd spowodowanych przez kilkusetosobową bandę nikt mnie nie uchroni. Bowiem ludzie do ochrony powołani sami się boją. Ochroniarze w Bydgoszczy stali jak wryci, aby tylko samemu nie oberwać. Rozwrzeszczany tłum kiboli pędził co tchu na płytę stadionu, taranując wszystko i wszystkich na swej drodze. Oberwało się także jednemu z kamerzystów od pewnego debila, tylko dlatego, że tamten zaskoczył go od tyłu, bo z przodu ścierwo nie miało odwagi. Wiele by tu pisać, ale po co? Wystarczy włączyć TV o byle jakiej porze, temat się wałkuje non stop. Za kilka dni raptem przycichnie, gdy pojawi się nowy. Ciekawszy, bardziej sensacyjny. Temat niezabezpieczonych stadionów i kiboli zejdzie do podziemia, do czasu kolejnych burd. Chciałbym by mój rząd, w moim kraju, zadbał o moje bezpieczeństwo. I to nie tylko to wynikające z rozwścieczonych kiboli, ale w ogóle. Chciałbym czuć się wszędzie bezpiecznie. A się nie czuję. Kilkanaście dni temu na moim osiedlu zaczepiła moją żonę i mnie grupa pijanych młodych bydlaków, którzy byli czymś prostackim podekscytowani i wkurzyło ich to , że my wracając do domu, przechodziliśmy obok nich. Nie jestem strachliwy, nie pękam i po gębie bym takiemu dał. Także nie jestem mimo wszystko osiłkiem, ale z pojedynczym takim wymoczkiem powinienem sobie poradzić, choć nie mam na to kompletnie ochoty. Tym bardziej, że ludzi w swoim zwyczaju nie biję. Ale gdyby takiemu ścierwu dołożyć by trzeba, to .....!!!  Zaproponowałem jednemu z tych najgłośniejszych, by podszedł sam do mnie i wystawił pięści. Nie podszedł. Przestraszył się. Ja zresztą także. Ale nie spękałem, że tak się wyrażę. Dopiero po wejściu do domu zdałem sobie sprawę na co się rzucałem, przecież ich było siedmiu czy ośmiu. Uff!!!, człowiek głupi, ale i fuksa miał. Myślę tu o sobie.
A co do meczów, cóż jestem kibicem futbolu, nigdy tego nie ukrywałem. I tych tandetnych z ligi krajowej, jak i tych najwspanialszych widowisk. Jest to jedyna dyscyplina sportowa, która naprawdę mnie podnieca, która ma najpiękniejszą scenerię i fabułę gry. Jedyna, jaką kocham pełnią serca od dziecka i nikt mnie nie przekona do (sympatycznej mimo wszystko) siatkówki, nudnej jak flaki z olejem koszykówki, lekkoatletyki czy uchowaj Boże sportów zimowych. Z wyjątkiem może hokeja, pod warunkiem, że USA grają z Ruskimi i ich kładą na łopatki - to zawsze jest piękne i miłe. No i jeszcze skoki narciarskie. I wcale nie z uwagi na naszego bohatera Adasia Małysza. Tę dyscyplinę lubiłem od dziecka, kiedy to byli jeszcze panowie Fijas, Bobak czy Fortuna.
Wracając do piłki, przeważnie oglądam mecze w telewizji. Jestem typem człowieka wygodnego. Lubię mieć u boku szklaneczkę z zimną colą, leżeć sobie na moim dywaniku i jak hipopotam lub krokodyl obserwować walczące roje swoich przyszłych ofiar. Poza tym, na stadionie rzadko jest idealnie ciepło, a jak mam latać co kwadrans z pełnym pęcherzem, to mi się odechciewa. Już nie mówiąc o moim szczęściu, że akurat jak wyskoczę się wysikać to nasi strzelą jakąś cudowną bramkę, na miarę bramki całej kolejki .
Nie zauważam także, by na stadionie Lecha i Warty działo się coś nie tak. Owszem, ludzie krzyczą, śpiewają, rzucają lawinami niecenzuralnych słów, ale żeby się bili lub przejawiali akty agresji, to jeszcze na szczęście nie.  Na stadionie panuje porządek i właściwy rytm. Jeśli tak samo jest na Łazienkowskiej w "WarszaFce", to kompletnie nie pojmuję decyzji panów wojewodów, którzy ukarali niewinnych kibiców i zamknęli im stadiony na ostatnie mecze ligowe. Notabene wygrane przez pokaleczone strony. Zamiast wyłapać bydło w Bydgoszczy i wyeliminować raz na zawsze z uczestnictwa w jakichkolwiek imprezach masowych (biletowanych), to zamykają ci "dżentelmeni" stadiony ludziom, którzy mają wykupione karnety, bo kochają swój klub, a także i tym, którzy chodzą na wybrane mecze i także utożsamiają się z klubem, nie będąc żadnymi pseudokibicami.
Aaaa, znowu się rozpisałem, a miałem to przemilczeć. Cóż, jak boli, to jakoś cicho usiedzieć nie potrafię.
Ważne, by karać tych co należy, a nie stawiać do kąta niewinnych.

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00

poniedziałek, 9 maja 2011

MIKE + THE MECHANICS - "The Road" - (2011) -

 MIKE + THE MECHANICS - "The Road" - (SONY MUSIC) -

Ponieważ zawisły na dłuższy czas losy Genesis, a może i na zawsze?, Mike Rutherford, gitarzysta i basista w jednej osobie, postanowił reaktywować swoich Mechaników. Zespół, który przecież był niegdyś dostarczycielem wysokiej klasy przebojów. Szczególnie na swoich pierwszych czterech albumach. Jednak troszkę się zmieniło. O ile w latach 80/90-tych taka muzyka miała duże wzięcie, o tyle druga dekada pierwszego stulecia XXI wieku już tego nie gwarantuje. Zmieniły się czasy, ludzie i ich potrzeby, ich gusta, cały świat, a Mike Rutherford ze swoimi nowymi kompanami próbuje podbić listy przebojów nowymi piosenkami, lecz utrzymanymi w starym stylu. Nie ma już dzisiaj w zespole śpiewającego Paula Carracka, ani siłą rzeczy zmarłego przed kilkoma laty Paula Younga. Na ich miejscu pojawiło się trzech nowych. A właściwie dwóch, gdyż afrykański wokalista Arno Carstens odszedł w czasie sesji realizującej ten album. Zdążył jednak zaśpiewać i dokończyć trzy kompozycje, które pojawiły się na "The Road". Na jego miejscu szybko pojawił się wokalista Tim Howar. Postać do tej pory nieszczególnie znana, ale o ciekawym głosie. Jednak to nie Howar będzie wokalnym frontmanem. To miejsce przypada czarnoskóremu Andrew Roachfordowi, który zaśpiewał na "The Road" aż w sześciu kompozycjach, a do tego w tych najciekawszych, a przy okazji melodyjnie najładniejszych. Doskonale pamiętam tego faceta z kilku przebojowych piosenek w latach 90-tych, z którymi to nigdy jakoś nie sympatyzowałem. Było to takie raczej taneczne r'n'b , kojarzące się troszkę z taką papką, którą uporczywie próbują nam wszczepić te wszystkie sieczkowate rozgłośnie radiopodobne. Ale Roachford się zmienił. Kiedy jego głosem zaopiekowała się kompozytorska ręka Mike'a Rutherforda, okazało się, że ten sam facet zaczął śpiewać do rzeczy. Ponure i łomotliwe walenie komputerów dawnych producentów zamienił na stylowe instrumenty fachowych Mechaników, co w połączeniu z głosem człowieka o wyglądzie szefa gangu narkotykowego jakiejś czarnej dzielnicy, dało nad wyraz dobry efekt. Konkrety? Bardzo proszę, wystarczy posłuchać singlowego "Reach Out (Touch The Sun)" czy jeszcze lepszego "Try To Save Me" (to powinien być singiel !!!). Te dwie piosenki to czysty pop, praktycznie bez elementów rocka. Ale o takim popie wręcz można dzisiaj pomarzyć. Mało kto dzisiaj pisze tak zręczne i niebanalne melodie i mało kto je z takim smakiem aranżuje. Rocka , a raczej "roczka" jednak także troszkę tutaj można usłyszeć, jak choćby w "Walking On Water", gdzie gitara Rutherforda należycie akcentuje mocne akordy, choć nadal jest to tylko piosenka. Za to jaka! Można także na chwilę powrócić do przeszłości, gdy słucha się "Heaven Doesn't Care". Tutaj Timowi Howarowi towarzyszy dziecięcy chór Barry Hills School, nawiązując do piosenki "The Living Years" z drugiej płyty Mike + The Mechanics z 1988 roku. Choć to inny rytm i inny nastrój. Ta płyta w ogóle zawiera dobre piosenki. Może i nie posiadają one znamion tej wielkości piosenkowych arcydziełek , co kilka z tamtych najsłynniejszych lat, ale słucha się ich bardzo przyjemnie. Cieszę się, że ukazała się wreszcie jakaś płyta z ładnymi piosenkami, takimi do radia. Szkoda tylko, że najprawdopodobniej mało kto będzie je w radio grać.

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

piątek, 6 maja 2011

Moje kontakty z Mistrzami.

Poznań to nie jest miasto, w którym często widuje się znane twarze, np. aktorów, muzyków, czy innych artystów..., a więc jeśli już się coś takiego przydarzy, to jest to jakaś milutka sensacyjka. Przynajmniej, na mnie tak to działa. Jako człowiek troszkę nieśmiały, nie mam odwagi ( jak inni) ,ot tak po prostu, podejść do "Mistrza" i go zagadać. Dlatego często po koncertach zmykam prędko po palto do szatni i urywam się z danego obiektu czym prędzej. Jednak zdarzało mi się zostać kilkukrotnie zagadanym przez artystę i wszelkie słabości i stresy szybko odpuszczały. Dzisiaj rano jadąc tramwajem, jak zwykle będąc na pół śnięty, a na pół znudzony, gapiłem się na przechodniów, tramwaje, samochody, piękną wiosenną przyrodę, aż tu nagle patrzę!..., a na Moście Teatralnym idzie sobie spokojniutko Pan Mieczysław Hryniewicz. Idzie, nikt go nie rozpoznaje, nikt nie zaczepia, a dla mnie to Wielka Postać! Za wiele dawnych ról, a przede wszystkim za mojego ukochanego Bareję, u którego zagrał postać Jacka Żytkiewicza w doskonałym serialu "Zmiennicy", wraz z Ewą Błaszczyk, która albo była Kasią, albo Marianem Koniuszko. Także kapitalna aktorka, tak swoją drogą. Pomyślałem sobie, czy gdybym szedł z naprzeciwka,czy ukłoniłbym się Panu Mieczysławowi, czy jak zwykle serce ze strachu podskoczyłoby mi do gardła. Pewnie nie zrobiłbym tego, a później bym żałował, a może...?  Hmm, tego nie dowiem się nigdy.
Pamiętam jednak, że siedem-osiem lat temu powiedziałem "bardzo mi przyjemnie spotkać na swojej drodze Pana Zbigniewa" Zbigniewowi Wodeckiemu na ul. Prusa przy Rynku Jeżyckiem, a Pan Zbigniew mi z uśmiechem i ukłonem do pasa odpowiedział coś miłego. Pamiętam, jak w pewnym sklepie płytowym poprosiłem Wojciecha Młynarskiego o autograf na płycie, a Pan Wojciech napisał: "Panie Andrzeju pozdrawiam, Wojciech Młynarski". Pamiętam, że tak samo zachowałem się wobec Zenona Laskowika, będąc na primaaprillisowym przedstawieniu kilka lat temu, które to rozpoczęło się o 6 rano !!! :-), i było połączone ze wspólnym śniadaniem z Panem Zenonem. Kapitalny facet !!! Skromny, miły, wręcz zaprzeczenie pewnego siebie na scenie. Autograf, wspólne zdjęcie i stolik tuż obok Mistrza.
Ale zdarzało mi się mieć wielką odwagę, jak np. pod koniec lat 90-tych , po koncercie grupy Collage w Poznaniu, zaprosiłem muzyków na szybki wywiad do nieistniejącego już dziś Radia FAN, a później także do własnego mieszkania na kolację Panów Mirka Gila i Wojtka Szadkowskiego. Kurcze, ale to był czad, nawet nie miałem żadnego alkoholu. Biedacy musieli popijać herbatkę. Za to chwila, w której Mirek Gil wziął moją gitarę klasyczną (koncertową) do ręki, nastroił i trochę pograł - bezcenna! Słuchaliśmy razem płyt. Pamiętam "Catch The Rainbow" grupy Rainbow, ależ wtedy wytworzyła się atmosfera. Pięknie. Później w Warszawie na koncercie Stinga, rozpoznał mnie Wojtek Szadkowski i pierwszy powiedział: "cześć". Jak to smakuje. Mistrz, który pierwszy się kłania. Co za klasa! Kilka lat później po poznańskim koncercie Jethro Tull także przypadkowo się zobaczyliśmy i poszliśmy na wieczorną nasiadówę do blisko dworcowego McDonalda, gdzie w tle zagrał Queen i wspólnie analizowaliśmy solówkę gitarową Briana Maya. Ach....
I tak mnie Pan Mieczysław natchnął do napisania tych słów. Choć, jak już się chwalę, to dodam jeszcze, że podczas kilkudziesięciu wizyt w Warszawie, miałem przyjemność jechać na ruchomych schodach "prawie na plecach" Kasi Kowalskiej, spojrzeć w oczy na wysokości Rotundy Stanisławowi Mikulskiemu, być jedną z dwóch kupujących osób w warszawskim sklepie z płytami CD, przy ul. Noakowskiego i widzieć jak kilkanaście kompaktów kupuje Marek Niedźwiecki, dwa razy spotkać się i pogadać z moim absolutnym "guru", nieżyjącym już Tomaszem Beksińskim, spotkać na Nowym Świecie Jarosława Gugałę, i jeszcze kilku , których przy tej okazji jeszcze nie przypomnę. Udało mi się jeszcze w Poznaniu dwukrotnie w oczy spojrzeć wspaniałej Pani Krystynie Feldman, w tym raz przez okna dwóch obok stojacych na światłach samochodów. Zresztą oboje byliśmy pasażerami. Było to na tydzień przed jej śmiercią. Niewiarygodne, bo wyglądała znakomicie. Tak samo miło było powiedzieć "dzień dobry" Pani Hannie Banaszak, Krzysztofowi Jaroszyńskiemu, czy z dziesięć razy pogadać z Panem Szymonem Bobrowskim, na pięć minut przed eksplozją jego popularności. Że nie ukryję satysfakcji sprzedania płyty Tiny Turner Panu Grzegorzowi Lato, czy Guns N'Roses znanej koszykarce Pani Małgorzacie Dydek, przy której czułem się jak liliput, a mam 191,5 cm wzrostu. Bardzo fajna i miła kobieta, tak swoją drogą.
Acha, jeszcze jedno, rok 1991, Międzyzdroje, wakacje z moją wówczas jeszcze nie żoną. Poszliśmy na Tadeusza Drozdę (którego uwielbiam!, zupełnie jak żona porucznika Columbo swoich idoli), przedstawienie miało być w amfiteatrze, ale z uwagi, że lało cały dzień, przeniesiono do kina. Mieliśmy nosa, że zabraliśmy aparat foto. Po przedstawieniu Pan Tadek rzucił: "kto chce ze mną zdjęcie, to proszę ustawić się w kolejeczce". Mam , a jakże, Pan Tadzio objął moją żoncię i mnie, dziuba uśmiechnął, a później pstryk, ptaszek poleciał i pamiątka na całe życie.
To nie wszystko, ale tyle co pamiętam na dziś. Więcej grzechów nie pamiętam .... , ale przypomnę sobie przy niejednych okazjach.

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00

środa, 4 maja 2011

BILLY JOEL - "Live At Shea Stadium" - (2011) -

 BILLY JOEL - "Live At Shea Stadium - The Concert" - (SONY MUSIC) -



Billy Joel to taki amerykański odpowiednik Eltona Johna. Czyli faceta o świetnym i charakterystycznym głosie, który po klawiaturze fortepianu przebiera palcami niczym szuler w kontakcie z kartami, a do tego posiada tak bogaty repertuar, że mógłby grywać pięciogodzinne koncerty, a jeszcze fani by wyliczyli, że nie zagrał tego czy tamtego. O ile Billy Joel za Wielką Wodą posiada status megagwiazdy, o tyle na Starym Kontynencie jest "tylko" bardzo lubiany i ceniony. To dużo i mało, ale wystarczająco, by przynajmniej teraz posłuchać tego świetnego , niedawno wydanego albumu koncertowego, który jest troszkę takim "greatest hits" na żywo, i przekonać się, że Billy Joel to naprawdę artysta wielkiego kalibru. Oprócz tego, że wydawnictwo to opiewa w dwie płyty CD, to także koncert ten można obejrzeć na dodatkowym DVD, który zawiera jeszcze garstkę bonusów.
W zasadzie to nie jest jeden koncert, a miks z dwóch, jakie miały miejsce na nowojorskim "Shea Stadium" w lipcu 2008 roku, które to koncerty w sumie obejrzało 110 tysięcy ludzi.
Billy Joel zagrał tutaj w towarzystwie swojego koncertowego 7-osobowego zespołu (gitara, bas, perkusja, organy, trąbka, saksofony, flet) , a także zaprosił wielu gości, jak: Paul McCartney (THE BEATLES), Roger Daltrey (THE WHO), Steven Tyler (AEROSMITH), Garth Brooks, John Mayer, Tony Bennett czy John Mellencamp. Wykonał z nimi własne ,bądź ich przeboje. Dla przykładu, z P.McCartneyem zagrał beatlesowskie "I Saw Her Standing There" czy "Let It Be". Fajnie wypadło także "River Of Dreams" z wplecionym w środku "A Hard Day's Night", skoro mowa o klasykach "Liverpoolskiej Czwórki".  O ile te wszystkie duetowe piosenki wypadły efektownie, szczególnie zresztą "New York State Of Mind" - w retro stylu z Tony Bennettem, oraz "This Is The Time" - z fajną gitarą Johna Mayera, o tyle mnie najbardziej ucieszył zestaw moich ulubionych piosenek artysty, bez udziału gwiazd. A są to: "Zanzibar" , "Goodnight Saigon" , "Captain Jack" , We Didn't Start The Fire" czy "Piano Man".
Mistrzunio Joel pokazał, że jest w rewelacyjnej formie, co cieszy przecież zważywszy na "średni" już wiek Artysty. Potrafi on eksplodować potężnym ładunkiem energii, wręcz wariować, po czym przystanąć i wytworzyć refleksyjny nastrój typowy dla płonących zapalniczek, by po chwili znów dać się porwać wirowi rock'n'rolla.
Fajnie, że są jeszcze takie koncerty, rock'n'rollowe i piosenkowe zarazem. Fajnie, że w ogóle śpiewa się jeszcze pięknie piosenki. Tak jak Billy Joel. Tak po mistrzowsku.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

TENNANT / LOWE - "The Most Incredible Thing" - (2011) -

 TENNANT / LOWE - "The Most Incredible Thing" - (PARLOPHONE) -




W sumie nie wiadomo czy to jest nowe dzieło Pet Shop Boys (tak informuje nas firmowy sticker, czyli taka naklejka obwieszczająca, z czym mamy do czynienia), czy nowe przedsięwzięcie duetu Tennant / Lowe (czyli także Pet Shop Boys, ale inaczej jednak nazwane). Panowie Tennant i Lowe wydali już przed kilkoma laty płytę z ilustracją muzyczną do starego filmu "Pancernik Potiomkin", firmując ją własnymi nazwiskami. Z najnowszą "The Most Incredible Thing" powinno być podobnie. O idei, jak i o powstaniu dzieła, a także o czym rzecz traktuje, informuje nas wpis w książeczce albumu. I tak dowiadujemy się, że to muzyczna ilustracja baletowa do dzieła Hansa Christiana Andersena, nagrana na instrumenty elektroniczne, a także w towarzystwie rodzimej Wrocław Score Orchestra pod batutą Dominica Wheelera.
To dość ambitny pomysł, rozpisany na trzy akty, nagrany na dwóch płytach CD, a realizowany w przeciągu kilku lat, a teraz w pełni sfinalizowany. Rzecz jest praktycznie w całości instrumentalna, z niewieloma tylko partiami wokalnymi, które z reguły są nieco schowane i stanowią raczej rodzaj tła. Muzycy chcą się rozwijać, zresztą cały czas to robią, i mają prawo do takich ,nazwijmy to, eksperymentów, ja jednak nie na takie klimaty ostrzę sobie zęby. Słychać, że to Pet Shop Boys. Tak, to jest ich brzmienie, to są ich rozwiązania melodyczne, ale jak dla mnie, to wieje tutaj monotonią i nudą, choć mimo wszystko w miarę przyjemną -  jakkolwiek to teraz zabrzmiało. O ile panowie Tennant i Lowe komponują świetne piosenki, o tyle w formach musicalowych brzmią mało przekonująco. Jestem wręcz pewien, że krytycy pochwalą i docenią to dzieło, jednak autentyczni fani Pet Shop Boys potraktują ten album jako ciekawostkę. Być może i po trzydziestu przesłuchaniach, znajdą się i wielbiący tę baletową oprawę muzyczną, ja jednak cierpliwie sobie poczekam na kolejny zestaw ładnych Pet Shop Boysowych piosenek na następnym albumie.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

koncert życzeń, długi łikend, Kolejorz na łopatkach & many more...

Niedzielna audycja nie była udana, ale udaną być nie mogła. Z kilku powodów. lecz nie ma sensu o nich pisać.
Tak z nieco innej beczki,... apel do Szanownych Nawiedzonych, nie proście mnie o koncert życzeń !!! Bo ja odmówię na pewno, a odmówionym będzie przykro, bądź się obrażą, a ja z Nawiedzonego "eski" czy tym podobnego badziewia, robić nie zamierzam. Dlatego błagam, darujcie mi, ale to ja decyduję czy mam ochotę komuś coś zagrać, jak np. w ostatnią niedzielę Marysi "Marihuanie" z grupy Ceti. Dla mnie to było szczere, tak chciałem i tak miało być. Natomiast irytuje mnie, a nawet złości, gdy mi ktoś pisze, że np. jego partnerka ma urodzinki, albo że właśnie jakaś parka obchodzi piętnastą rocznicę ślubu, bądź np. dziecko słuchacza zdało maturę, i z tego powodu mam zagrać ładną piosenkę z dedykacją. Kurcze, nienawidzę tego! To takie badziewiarskie. Wiem, że czyniłem takie rzeczy w przeszłości, wiem, wiem, wiem, ale nie oznacza to, że mam na to ochotę teraz. Nie mam!!!! I jeśli sam tego nie zrobię z jakiegoś mi tylko znanego powodu, to proszę mnie nie podpuszczać takimi sms-ami lub mailami. A jeszcze z rozbrajającą szczerością, podsuwać mi zespół lub konkretny utwór. Bo "on" tego chce. Bo "on" sobie siedzi tutaj, obok jego kobieta, która normalnie w ogóle nie słucha tej audycji, ale tego wieczoru się poświęci, pocierpi słuchając tych "nawiedzonych gniotów", po to, by usłyszeć jaka moc ciepłych słówek leje się dla niej od jej wybrańca serca. A ja robiąc za pośrednika, czuję się jak jakiś palant z  komputerowej radio szmelc-stacji. Nie, nie i jeszcze raz nie. Kosztem nawet jeszcze bardziej malejącego grona odbiorców. Już wykosiłem przed laty łowców nagród, dla których mój program był tylko do tej godziny, w której okazało się czy wygrał płytę czy nie. Dzisiaj po płytę to by nawet takiemu nie chciało się podnieść dupska. Trzeba by  podarować pakiet dziesięciu, i to nowości. A i tak meloman  zgra sobie muzyczkę na kompa, a płytki pchnie na Allegro. Ohydztwo.
Świat się zmienia, to i ja mam prawo napisać jaki mam do tego stosunek. A ten od lat nawet się specjalnie nie zmienia. Durniom po łapach, mądrych do serca,
Poza tym skończył się długi łikend. Milutki. Spotkania ze znajomymi (i tymi fajnymi i tymi mniej fajnymi), a także z przyjaciółmi. Dużo śmiechu, jedzenia, picia. Pięknie.Obiecałem sobie, że pochwalę Tomka Ziółkowskiego, mojego byłego nadwornego realizatora. Upiekł placek z jabłkiem. Cudo!!! Jeszcze takiego nie jadłem. A jestem wyjątkowo wybredny, bo duużo jem. Bardzo duuuużo. Wręcz chodzę i pożeram, wszystko co się da. Do tego nie przepadam za ciastkami bez kremów, czekolady, mięciutkich i słodkich owoców , itd... Podkreślam: słodkich!!! To oznacza, że te gliniane banany należy wystrzelić raz na zawsze w kosmos. A Tomek zrobił taki placek, że przysłowiowa kopara mi opadła. Do tego ma świetnego synka Matiego, który był atrakcją pierwszej części wieczoru.To taki czteroletni mądrala-gaduła. Przeuroczy dzieciak. Wszędzie go pełno. W jednej chwili kopie ze mną piłkę, po chwili demonstruje mi swoje umiejętności na keyboardzie, a jeszcze później szprync mały liczy do trzydziestu i do dziesięciu po angielsku. Imponujące!!! On nie ma jeszcze pełnych czterech lat !!! A poza tym fajne opowiastki podaje, takie, że wszyscy pokładają się ze śmiechu. Mój 18-letni maluszek też taki był, no ale kiedy to było.
Poza tym, zabito Bin Ladena - amerykanie pokazali swą siłę i moc, a przecież na tym zależy im szczególnie. Kompletnie mam to w nosie. Ale ulżyło mi. Wreszcie po dziesięciu latach wiem, że nie będą mnie już tym tematem zadręczać. Teraz mordować będzie inny szefunio, inny numero uno, inny cel nienawiści jankesów. Książęca para wzięła spektakularny ślub, transmitowany na świat, później retransmitowany, omawiany, komentowany, dziś już przetrawiony i z ulgą wypróżniony.
W dolnych rejonach Polski spadł śnieg, ku durnej uciesze. Na szczęście nie miał czelności wedrzeć się do Grodu Przemysława.
Lech przegrał, będąc lepszym. Paradoksalnie. Ale jeśli się nie wygrywa nawet po dogrywce z badziewiarskę i drewnianą Legią, to cóż... Dołożyła "warszaFka" w karnych pięć na cztery i pozamiatane. Szkoda Kolejorza. Słaby mieli sezon, lecz w pucharach by się przysłużyli. A Legia? Już w pierwszej rundzie tyłki im przetrzepią. Jak to jest, że ta beznadziejna Legia zawsze w tej słabiutkiej ekstraklasie załapie się na miejsca pucharowe. Dlaczego nikt ich nie przegoni. Po co te warszawskie , o pardon: "warszaFskie" cudaki pochłaniają miejsce w pucharowych rozgrywkach? Jak widzę tego Rzeźniczaka, Choto, Rybusa, itd..., to słowo honoru - mdli mnie. A jeszcze komentatorski duet Kalinowski-Terlecki nie potrafił ukryć na TVN Turbo wzruszenia awansem Legii. Już wolałbym jakąś Lechię, Podbeskidzie czy tym podobną drużynę, która by ambicją ugrała trochę więcej, zamiast tych ogierów Skorży z Łazienkowskiej. afe, tfu, tfu, tfu.