"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 16 października 2011
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
KROKUS - "Hoodoo" - (2010) -
- Born To Be Wild
DEMON - "Breakout" - (1987) -
- Life On The Wire
RAINBOW - "Difficult To Cure" - (1981) -
- I Surrender
U.D.O. - "Rev-Raptor" - (2011) -
- I Give As Good As I Get
GARY MOORE - "Live At Montreux 2010" - (2011) -
- Blood Of Emeralds
- Days Of Heroes
UFO - "The Wild, The Willing nd The Innocent" - 91981) -
- It's Killing Me
- Profession Of Violence
UFO - "BBC The Archive Series - In Session And Live In Concert" - (1999) -
- Try Me - (In Session with JOHN PEEL, 27.06.1977)
HOUSE OF LORDS - "Big Money" - (2011) -
- Run
DAVID GLEN EISLEY - "Stranger From The Past" - (2000) -
- (The Return)
- Stranger From The Past
- Can't call It Love
- Sing Brother
PETER GABRIEL - "New Blood" - (2011) -
- Red Rain
THE WATERBOYS - "An Appointment With Mr. Yeats" - (2011) -
- The Hosting Of The Shee
- Song Of Wandering Aengus
PETE MURRAY - "Summer At Eureka" - (2008) -
- Saving Grace
- Summer At Eureka
PAVLOV'S DOG - "Pampered Menial" - (1975) -
- Julia
- Late November
- Fast Gun
- Episode
- Of Once And Future Kings
CAROLE KING - "Tapestry" - (1971) -
- I Feel The Earth Move
- So Far away
- It's Too Late
- Will You Love Me Tomorrow?
- Tapestry
GRAHAM BONNET - "Here Comes The Night" - (1991) -
- A Change Is Gonna Come - (z repertuaru SAM COOKE'a)
MSG (McAuley Schenker Group) - "MSG" - (1991) -
- What Happens To Me
MASON RUFFNER - "Evolution" - (1994) -
- I Got A Flame
- Kings Highway
- Angel Love
- Lament In 6/8
- Let The Spirit Go
ARENA - "Songs From The Lion's Cage" - (1995) -
- Crying For Help IV
FIRST SIGNAL - "First Signal" - (2010) -
- Crazy
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
RADIO AFERA "Nawiedzone Studio", niedziela, godz. 22.00 - 2.00 (98,6 FM Poznań)
POLSKIE RADIO POZNAŃ "Sobotni wieczór Andy'ego", sobota, godz. 23.00 - 1.00 (100,9 FM Poznań)
poniedziałek, 17 października 2011
środa, 12 października 2011
CHRIS REA - "Santo Spirito Blues" - (2011) -
CHRIS REA - "Santo Spirito Blues" - (NavyBeck Ltd. / Warner) -
Niegdyś Chris Rea nagrywał po prostu ładne piosenki, których zadaniem było przyjemnie pieścić ucho. Efektowna, niemal floydowska gitara, a także ten po połowie śpiewający lub melorecytujący głos, pasowały do siebie jak mało co. Do tego troszkę zbolały i smutny ton, którym Rea zaskarbił sobie miliony serc na świecie. Jego sentymentalne piosenki nadawały się dosłownie do wszystkiego, a z drugiej strony nigdy nie przekraczały granicy dobrego smaku. Gdy artysta jednak wszedł w XXI wiek, pokonując przy okazji groźną chorobę, postanowił zmienić swe oblicze, pozostawiając dawną "ładność" zamkniętym kartom historii, przy okazji otwierając się mocniej na fascynujący go od zawsze blues, a z czasem i z lekka na jazz. I tak od albumu "Stony Road" (2002) jego piosenki noszą silne wpływy muzyki bluesowej, często zabarwionej różnymi kulturami. Czego wyrazem niech będzie przede wszystkim 12-płytowy box "Blue Guitars" sprzed 6 lat. Rea udowodnił tam, że bluesa można tworzyć na wszystkie sposoby, czytaj: strony świata.
Nie ukrywam, że zdecydowanie bardziej podobała mi się jego twórczość z choćby takich płyt , jak: "Wired To The Moon" (1984), "Shamrock Diaries" (1985), "On The Beach" (1986) czy "The Road To Hell" (1989), od tej ostatniej, ale niektóre aktualne piosenki także bywają niczego sobie. Szkoda tylko, że słuchając ostatnich jego albumów, nie towarzyszy mi już uczucie gęsiej skórki.
Najnowszy "Santo Spirito Blues", w wersji limitowanej zawiera aż pięć płyt (3 CD i 2 DVD),. jednak ta podstawowa i najciekawsza zarazem, zawiera 13 nowych kompozycji, z których wyróżniłbym szczególnie 4 nagrania. Mianowicie otwierający całość "Dancing My Blues Away", aktualny to zresztą singiel, z fajną teksańską gitarą i akompaniującymi organami oraz harmonijką. Sama melodia może nieco obijać się o kanty słynnej "The Road To Hell", choć ustępuje jej jednak niemal na każdym kroku. Przede wszystkim, nie ma tej dramaturgii i tego napięcia. Na pewno jedną z najładniejszych piosenek tego dzieła jest leciutka i wręcz powiewna "The Chance Of Love". Mogłaby spokojnie trafić na którąkolwiek z płyt epoki lat 80-tych i bić rekordy popularności w każdej radiostacji. Wszystko tutaj się zgadza, ładnie prowadząca gitara, jak i ta druga dogrywająca króciutkie solóweczki, a także i te rozanielone organy. Koniecznie należy zwrócić uwagę na przepiękny finał płyty, w postaci dwóch kompozycji. A są nimi "Lose My Heart In You" oraz "I Will Go On". Pierwsza z nich, może stanowić idealny podkład do samotnych nocnych refleksji , w towarzystwie szklaneczki ze szkocką. Ta piękna ballada zresztą idealnie komponuje się z następną i przy okazji finałową, w którą mistrzunio wprowadza pełnię dostojności i elegancji. Początkowo Rea śpiewa delikatnie, tak samo gitara i organy nieśmiało wyglądają zza jego głosu, by pod koniec całość przybrała lamentującą formę, niemal floydowską . Taki końcowy upust wielkich emocji. Pięknie. Śliczny finał. Pozostałe utwory są najczęściej przyzwoitymi zdynamizowanymi bluesami, które na łopatki co prawda nie kładą, ale słucha się ich bardzo przyjemnie. Ogólnie, dobra płyta, z momentami nawet bardzo dobrymi.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
Niegdyś Chris Rea nagrywał po prostu ładne piosenki, których zadaniem było przyjemnie pieścić ucho. Efektowna, niemal floydowska gitara, a także ten po połowie śpiewający lub melorecytujący głos, pasowały do siebie jak mało co. Do tego troszkę zbolały i smutny ton, którym Rea zaskarbił sobie miliony serc na świecie. Jego sentymentalne piosenki nadawały się dosłownie do wszystkiego, a z drugiej strony nigdy nie przekraczały granicy dobrego smaku. Gdy artysta jednak wszedł w XXI wiek, pokonując przy okazji groźną chorobę, postanowił zmienić swe oblicze, pozostawiając dawną "ładność" zamkniętym kartom historii, przy okazji otwierając się mocniej na fascynujący go od zawsze blues, a z czasem i z lekka na jazz. I tak od albumu "Stony Road" (2002) jego piosenki noszą silne wpływy muzyki bluesowej, często zabarwionej różnymi kulturami. Czego wyrazem niech będzie przede wszystkim 12-płytowy box "Blue Guitars" sprzed 6 lat. Rea udowodnił tam, że bluesa można tworzyć na wszystkie sposoby, czytaj: strony świata.
Nie ukrywam, że zdecydowanie bardziej podobała mi się jego twórczość z choćby takich płyt , jak: "Wired To The Moon" (1984), "Shamrock Diaries" (1985), "On The Beach" (1986) czy "The Road To Hell" (1989), od tej ostatniej, ale niektóre aktualne piosenki także bywają niczego sobie. Szkoda tylko, że słuchając ostatnich jego albumów, nie towarzyszy mi już uczucie gęsiej skórki.
Najnowszy "Santo Spirito Blues", w wersji limitowanej zawiera aż pięć płyt (3 CD i 2 DVD),. jednak ta podstawowa i najciekawsza zarazem, zawiera 13 nowych kompozycji, z których wyróżniłbym szczególnie 4 nagrania. Mianowicie otwierający całość "Dancing My Blues Away", aktualny to zresztą singiel, z fajną teksańską gitarą i akompaniującymi organami oraz harmonijką. Sama melodia może nieco obijać się o kanty słynnej "The Road To Hell", choć ustępuje jej jednak niemal na każdym kroku. Przede wszystkim, nie ma tej dramaturgii i tego napięcia. Na pewno jedną z najładniejszych piosenek tego dzieła jest leciutka i wręcz powiewna "The Chance Of Love". Mogłaby spokojnie trafić na którąkolwiek z płyt epoki lat 80-tych i bić rekordy popularności w każdej radiostacji. Wszystko tutaj się zgadza, ładnie prowadząca gitara, jak i ta druga dogrywająca króciutkie solóweczki, a także i te rozanielone organy. Koniecznie należy zwrócić uwagę na przepiękny finał płyty, w postaci dwóch kompozycji. A są nimi "Lose My Heart In You" oraz "I Will Go On". Pierwsza z nich, może stanowić idealny podkład do samotnych nocnych refleksji , w towarzystwie szklaneczki ze szkocką. Ta piękna ballada zresztą idealnie komponuje się z następną i przy okazji finałową, w którą mistrzunio wprowadza pełnię dostojności i elegancji. Początkowo Rea śpiewa delikatnie, tak samo gitara i organy nieśmiało wyglądają zza jego głosu, by pod koniec całość przybrała lamentującą formę, niemal floydowską . Taki końcowy upust wielkich emocji. Pięknie. Śliczny finał. Pozostałe utwory są najczęściej przyzwoitymi zdynamizowanymi bluesami, które na łopatki co prawda nie kładą, ale słucha się ich bardzo przyjemnie. Ogólnie, dobra płyta, z momentami nawet bardzo dobrymi.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
wtorek, 11 października 2011
THE WATERBOYS - "An Appointment With Mr Yeats" - (2011) -
THE WATERBOYS - "An Appointment With Mr Yeats" - (PUCK RECORDS) -
Mike Scott robi swoje, zupełnie nie przejmując się współcześnie panującymi trendami w muzyce. Zresztą trudno mu się dziwić, większość obecnych trendów może przyprawić naszą skórę raczej o jakiś trąd. Dobrze również, że artysta nigdzie się nie spieszy, i każdemu właśnie tworzącemu się dziełu, poświęca należytą ilość uwagi. Dlatego na nowe nagrania najczęściej czekamy po 3-4 lata. A te jak w ostatnich latach nam pokazały, nie zawsze bywały owocne, albowiem od czasów fantastycznej płyty "Dream Harder" (1993), Waterboysi w ogóle nie zachwycali. Najczęściej razili przeciętnością. I kiedy większość z nas pogodziła się już z takim stanem rzeczy, Mike Scott i jego kompania, nagrali płytę przepiękną. Dorównującą latom najlepszym. I od razu przyniosło to należyte efekty, wciskając "An Appointment..." nawet do ciasnej brytyjskiej top dwudziestki.
Album jest hołdem dla Williama Butlera Yeatsa, irlandzkiego poety, dramaturga i filozofa, żyjącego na przelomie XIX/XX wieku, a będącego jednym z najbardziej cenionych i podziwianych na Wyspach. Mike Scott napełniwszy swe płuca jego twórczością, osobowością i wrażliwością, stworzył piosenki ocierające się o bluesa, irlandzki folk, musical, a nawet wodewil czy stare romanse z początku ub.stulecia. Całość urozmaicił pięknymi melodiami, raz żywymi, a innymi razy balladowymi. Nie zapominając aranżacyjnie o stosownie sekundującej mu orkiestrze. A ta przyozdobiła skromną na pół-rockową sekcję takimi instrumentami jak: saksofon, puzon, skrzypce, flet, tamburyn, obój, harmonijka czy organy Hammonda. Do tego, w kilku kompozycjach wokalnie wspomogła Scotta uroczo śpiewająca Katie Kim.
Trudno wyróżnić jakiś fragment z tego albumu, gdyż wszystko na nim tworzy nierozerwalną całość. Nawet jeśli jest to zbiór osobnych piosenek, a nie jakiejś zwartej suity. Każda kompozycja naturalnie wypływa z poprzedniej, przez co słuchacz po wysłuchaniu całości raczej nastawi płytę od początku, zamiast wybrać jedną czy drugą z pozoru ładniejszą melodię.
Mike Scott ponownie zaczął śpiewać z przejęciem, z pasją, z pełnią zaangażowania, wręcz po aktorsku, przez co powrócił do tego, co ja kochałem w jego śpiewie najbardziej. Szczególnie w czasach "Red Army Blues", "December" czy "Don't Bang The Drum". Poza tym, maestro zadbał o piękne piosenki. Przestał kombinować, eksperymentować z brzmieniem, tylko wrócił do tradycji, która mu zawsze służyła najlepiej, a ta, po raz kolejny, odpłaciła mu za to sowicie.
P.S. Dziękuję ponownie "Wyspiarskiemu" Andrzejowi za uratowanie tyłka w zdobyciu powyższej płyty, z której cieszę się jak małe dziecko. Bóg zapłać dobrodzieju :-)
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
Mike Scott robi swoje, zupełnie nie przejmując się współcześnie panującymi trendami w muzyce. Zresztą trudno mu się dziwić, większość obecnych trendów może przyprawić naszą skórę raczej o jakiś trąd. Dobrze również, że artysta nigdzie się nie spieszy, i każdemu właśnie tworzącemu się dziełu, poświęca należytą ilość uwagi. Dlatego na nowe nagrania najczęściej czekamy po 3-4 lata. A te jak w ostatnich latach nam pokazały, nie zawsze bywały owocne, albowiem od czasów fantastycznej płyty "Dream Harder" (1993), Waterboysi w ogóle nie zachwycali. Najczęściej razili przeciętnością. I kiedy większość z nas pogodziła się już z takim stanem rzeczy, Mike Scott i jego kompania, nagrali płytę przepiękną. Dorównującą latom najlepszym. I od razu przyniosło to należyte efekty, wciskając "An Appointment..." nawet do ciasnej brytyjskiej top dwudziestki.
Album jest hołdem dla Williama Butlera Yeatsa, irlandzkiego poety, dramaturga i filozofa, żyjącego na przelomie XIX/XX wieku, a będącego jednym z najbardziej cenionych i podziwianych na Wyspach. Mike Scott napełniwszy swe płuca jego twórczością, osobowością i wrażliwością, stworzył piosenki ocierające się o bluesa, irlandzki folk, musical, a nawet wodewil czy stare romanse z początku ub.stulecia. Całość urozmaicił pięknymi melodiami, raz żywymi, a innymi razy balladowymi. Nie zapominając aranżacyjnie o stosownie sekundującej mu orkiestrze. A ta przyozdobiła skromną na pół-rockową sekcję takimi instrumentami jak: saksofon, puzon, skrzypce, flet, tamburyn, obój, harmonijka czy organy Hammonda. Do tego, w kilku kompozycjach wokalnie wspomogła Scotta uroczo śpiewająca Katie Kim.
Trudno wyróżnić jakiś fragment z tego albumu, gdyż wszystko na nim tworzy nierozerwalną całość. Nawet jeśli jest to zbiór osobnych piosenek, a nie jakiejś zwartej suity. Każda kompozycja naturalnie wypływa z poprzedniej, przez co słuchacz po wysłuchaniu całości raczej nastawi płytę od początku, zamiast wybrać jedną czy drugą z pozoru ładniejszą melodię.
Mike Scott ponownie zaczął śpiewać z przejęciem, z pasją, z pełnią zaangażowania, wręcz po aktorsku, przez co powrócił do tego, co ja kochałem w jego śpiewie najbardziej. Szczególnie w czasach "Red Army Blues", "December" czy "Don't Bang The Drum". Poza tym, maestro zadbał o piękne piosenki. Przestał kombinować, eksperymentować z brzmieniem, tylko wrócił do tradycji, która mu zawsze służyła najlepiej, a ta, po raz kolejny, odpłaciła mu za to sowicie.
P.S. Dziękuję ponownie "Wyspiarskiemu" Andrzejowi za uratowanie tyłka w zdobyciu powyższej płyty, z której cieszę się jak małe dziecko. Bóg zapłać dobrodzieju :-)
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
FISH - akustycznie - "Blue Note" 10.X.2011 - Przez złe samopoczucie dzisiejszy koncert Fisha nie dla mnie
FISH, klub "Blue Note", 10.X.2011
To był ciężki dzień. Dawno nie czułem takiego zmęczenia. Skomasowało się dzisiaj wszystko to, co zaniedbałem ostatnio. Bowiem natury nie da się oszukać. Ona zawsze się o swoje upomni. Być może jeszcze mętna pogoda dołożyła swoje. Brak słońca, padający deszcz (no, powiedzmy deszczyk) niespecjalnie służą nadciśnieniowcom, takim jak ja. Na szczęście nie mam zwyczaju cierpieć na ból głowy. I to niech już się nie zmienia.
Po pracy nawet nie miałem chwili by odpocząć. Szybka kolacja, przebranie ciuchów, łyczek coli, a tu już Peter po mnie przyjeżdża wozem, by zabrać na koncert Fisha. Zajechaliśmy niemal idealnie. Peter w klubie ustawił się w kolejce po piwo (dla mnie), sam sobie wziął colę (w końcu kierowca), a już po chwili Fish wraz z pianistą i gitarzystą pojawili się na scenie. Troszkę zakręciło mi się w głowie, poczułem duchotę, nawet myślałem, że zaraz padnę. Nogi zrobiły mi się jakieś takie miękkie. Pomyślałem, nie dam rady, to nie jest mój dzień, ale głupio mi było wyjść. Postanowiłem zostać. Oparłem się o filar przy barze i zacząłem słuchać. Po chwili zapomniałem o słabym samopoczuciu, a Peter widząc, że wypiłem zimne piwo z wielkim pragnieniem, dokupił mi drugie. Na moment nawet doszedłem jakoś do siebie, ale kompletnie uciekła mi muzyka. Zupełnie nie potrafiłem odtworzyć w pamięci kolejności już wykonanych przez Fisha piosenek. Dotarło tylko do mnie, że koncert ten Fish dedykuje ofiarom zamordowanym w Katyniu, a także zauważyłem kilka kamer, do których konferansjer dorzucił ze sceny słowa, o tym, że będzie tutaj kręcone DVD. Gapiłem się na Fisha i na pięknie grającego na gitarze Franka Ushera, ale muzyka przechodziła przeze mnie, albo tuż obok. Moje złe samopoczucie nie pozwoliło mi się nią niestety cieszyć. Ocknąłem się , gdy w pewnym momencie Fish przeszedł koło mnie z dwoma delikwentami, z których jednego mocno trzymał za ręce od tyłu, niczym policjant jakiegoś terrorystę i usilnie wypychał z klubu. Fish wyrzucił dwóch paskudów z koncertu, którzy go czymś zdenerwowali. Tylko nie pytajcie mnie czym? Sam chciałbym wiedzieć. Pierwszy raz spotkałem się z czymś podobnym. Po powrocie na scenę bardzo się ożywił , ale głos mu przez chwilę nerwowo drżał. Z pasją jednak chwycił za mikrofon i od tego momentu koncert nabrał pazura. Nawet wolne fragmenty okraszone były żarem. I tak do końca, choć ten nastąpił dopiero po trzech bisach. Czyli po ponad dwóch godzinach. To był na pewno piękny koncert, choć ja byłem na nim obecny tylko ciałem. Ale i tego nie jestem do końca pewien. Mój bilet powinien trafić dzisiaj w inne ręce. Tak byłoby uczciwiej, a poza tym ktoś kto nigdy nie był na Fishu, ucieszyłby się ogromnie. Bo było tyle pięknych kompozycji, jak choćby: "Kayleigh", "Lavender", "Fugazi", "A Gentlemen's Excuse Me", "The Company", "Vigil In A Wilderness Of Mirrors", "Brother 52", "Somebody Special", "Just Good Friends" i wiele innych. Normalnie, wszystkie je kocham, ale dzisiaj byłem zbyt słaby, by je do siebie przygarnąć. Po koncercie Peter odwiózł mnie do domu, a ja z komputerem położyłem się na moim ukochanym dywanie i postanowiłem napisać tych kilka słów. Nie pomogła mi na dojście do siebie nawet butelka coli. Padam na przysłowiowy pysk. Idę spać. Dobranoc.
Małe sprostowanie, dopisane 13.X.2011:
Wszyscy są przekonani, że Fish wyrzucił z koncertu jednego osobnika. Aby, było jasne, faktycznie osobiście wyprowadzał cieleśnie jednego, jednak przed nim szedł jeszcze drugi pacjent, który sądząc po zachowaniu, był wraz z nim. O czym podpisana poniżej "Sylwia" nie wiedziała i złośliwa przytyczka w moją stronę raczej ją ośmiesza. A co do bisów, fakt, były dwa. A dlaczego napisałem, że trzy? Prawdopodobnie ze zmęczenia, jakie towarzyszyło mi tego dnia. Mam nadzieję, że tak wredne istoty jak owa "Sylwia" (która ukryła możliwość napisania jej odwetu mailem) nie będą dopisywać się na tym blogu, a tym bardziej go czytać.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
To był ciężki dzień. Dawno nie czułem takiego zmęczenia. Skomasowało się dzisiaj wszystko to, co zaniedbałem ostatnio. Bowiem natury nie da się oszukać. Ona zawsze się o swoje upomni. Być może jeszcze mętna pogoda dołożyła swoje. Brak słońca, padający deszcz (no, powiedzmy deszczyk) niespecjalnie służą nadciśnieniowcom, takim jak ja. Na szczęście nie mam zwyczaju cierpieć na ból głowy. I to niech już się nie zmienia.
Po pracy nawet nie miałem chwili by odpocząć. Szybka kolacja, przebranie ciuchów, łyczek coli, a tu już Peter po mnie przyjeżdża wozem, by zabrać na koncert Fisha. Zajechaliśmy niemal idealnie. Peter w klubie ustawił się w kolejce po piwo (dla mnie), sam sobie wziął colę (w końcu kierowca), a już po chwili Fish wraz z pianistą i gitarzystą pojawili się na scenie. Troszkę zakręciło mi się w głowie, poczułem duchotę, nawet myślałem, że zaraz padnę. Nogi zrobiły mi się jakieś takie miękkie. Pomyślałem, nie dam rady, to nie jest mój dzień, ale głupio mi było wyjść. Postanowiłem zostać. Oparłem się o filar przy barze i zacząłem słuchać. Po chwili zapomniałem o słabym samopoczuciu, a Peter widząc, że wypiłem zimne piwo z wielkim pragnieniem, dokupił mi drugie. Na moment nawet doszedłem jakoś do siebie, ale kompletnie uciekła mi muzyka. Zupełnie nie potrafiłem odtworzyć w pamięci kolejności już wykonanych przez Fisha piosenek. Dotarło tylko do mnie, że koncert ten Fish dedykuje ofiarom zamordowanym w Katyniu, a także zauważyłem kilka kamer, do których konferansjer dorzucił ze sceny słowa, o tym, że będzie tutaj kręcone DVD. Gapiłem się na Fisha i na pięknie grającego na gitarze Franka Ushera, ale muzyka przechodziła przeze mnie, albo tuż obok. Moje złe samopoczucie nie pozwoliło mi się nią niestety cieszyć. Ocknąłem się , gdy w pewnym momencie Fish przeszedł koło mnie z dwoma delikwentami, z których jednego mocno trzymał za ręce od tyłu, niczym policjant jakiegoś terrorystę i usilnie wypychał z klubu. Fish wyrzucił dwóch paskudów z koncertu, którzy go czymś zdenerwowali. Tylko nie pytajcie mnie czym? Sam chciałbym wiedzieć. Pierwszy raz spotkałem się z czymś podobnym. Po powrocie na scenę bardzo się ożywił , ale głos mu przez chwilę nerwowo drżał. Z pasją jednak chwycił za mikrofon i od tego momentu koncert nabrał pazura. Nawet wolne fragmenty okraszone były żarem. I tak do końca, choć ten nastąpił dopiero po trzech bisach. Czyli po ponad dwóch godzinach. To był na pewno piękny koncert, choć ja byłem na nim obecny tylko ciałem. Ale i tego nie jestem do końca pewien. Mój bilet powinien trafić dzisiaj w inne ręce. Tak byłoby uczciwiej, a poza tym ktoś kto nigdy nie był na Fishu, ucieszyłby się ogromnie. Bo było tyle pięknych kompozycji, jak choćby: "Kayleigh", "Lavender", "Fugazi", "A Gentlemen's Excuse Me", "The Company", "Vigil In A Wilderness Of Mirrors", "Brother 52", "Somebody Special", "Just Good Friends" i wiele innych. Normalnie, wszystkie je kocham, ale dzisiaj byłem zbyt słaby, by je do siebie przygarnąć. Po koncercie Peter odwiózł mnie do domu, a ja z komputerem położyłem się na moim ukochanym dywanie i postanowiłem napisać tych kilka słów. Nie pomogła mi na dojście do siebie nawet butelka coli. Padam na przysłowiowy pysk. Idę spać. Dobranoc.
Małe sprostowanie, dopisane 13.X.2011:
Wszyscy są przekonani, że Fish wyrzucił z koncertu jednego osobnika. Aby, było jasne, faktycznie osobiście wyprowadzał cieleśnie jednego, jednak przed nim szedł jeszcze drugi pacjent, który sądząc po zachowaniu, był wraz z nim. O czym podpisana poniżej "Sylwia" nie wiedziała i złośliwa przytyczka w moją stronę raczej ją ośmiesza. A co do bisów, fakt, były dwa. A dlaczego napisałem, że trzy? Prawdopodobnie ze zmęczenia, jakie towarzyszyło mi tego dnia. Mam nadzieję, że tak wredne istoty jak owa "Sylwia" (która ukryła możliwość napisania jej odwetu mailem) nie będą dopisywać się na tym blogu, a tym bardziej go czytać.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
poniedziałek, 10 października 2011
zmarł JERZY RZEWUSKI
W wieku 63 lat zmarł JERZY RZEWUSKI
Z niedzieli na poniedziałek, dochodzi druga w nocy. Zbieram płyty ze stołu i pakuję je do torby. Audycja dobiega końca. Jeszcze tylko trzeba zadzwonić po taksówkę, spuścić rolety w oknach, powyłączać konsoletę, komputery, światło,...i do domu. Ale przychodzi jeszcze sms od naszego Słuchacza, z godziną nadania 1:55. A w nim wiadomość, że umarł Jerzy Rzewuski. To kolejna smutna wiadomość. Odszedł znakomity dziennikarz muzyczny, którego artykuły jak i recenzje płyt, zawsze czytałem z wielkim zainteresowaniem. Szczególnie w latach 80-tych, kiedy to Pan Jerzy pisywał do Magazynu Muzycznego. Jego gust, poczucie muzycznego smaku i estetyki bardzo mi odpowiadały. Często na podstawie jego pióra wyciągałem forsę z portfela i kupowałem płyty. I zwykle były to strzały w dziesiątkę. Zniknął mi później Pan Jerzy na jakiś czas. Nie wiedziałem co porabia, gdzie pisuje... Aż wreszcie zauważyłem, że trafił do miesięcznika Teraz Rock, do którego niewiele pisał, ale i to było miłe. Pamiętam, w kręgu moich znajomych wszyscy od razu zauważyli, że Jerzy Rzewuski powrócił do gry. Dziś już wiem, że pisał wiele, to tu, to tam, ale z całej tej mnogości prasy czy internetu, nie potrafiłem jakoś wyłowić i śledzić wszystkich jego felietonów czy recenzji. W okresie pisania do Magazynu Muzycznego, Pan Jerzy był dla mnie jednym z trzech najchętniej czytanych autorów, obok Tomasza Beksińskiego i Romka Rogowieckiego.
Wiem, że po śmierci zawsze pisze się o zmarłym dobrze i może to być mało wiarygodne dla czytelnika, jednak Pan Jerzy był i pozostanie dla mnie wzorem dziennikarskiego kunsztu, a także oryginalnego i smakowitego gustu muzycznego.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 9 października 2011 - Radio "Afera" Poznań 98,6 FM
"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 9 października 2011
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
RIVERSIDE - "Memories In My Head" - (2011) -
- Goodbye Sweet Innocence
MARILLION - "Clutching At Straws" - (1987) -
- That Time Of The Night (The Short Straw)
MAREK GRECHUTA - "Dziesięć Ważnych Słów" - (1994) -
- Miłość
JIMMY NAIL - "Ten Great Songs And An OK Voice" - (2001) -
- Something
- Lady D'Arbanville
NEW ORDER - "Low-Life" - (1985) -
- The Perfect Kiss
- This Time Of Night
OPETH - "Damnation" - (2003) -
- Windowpane
OPETH - "Heritage" - (2011) -
- Haxprocess
- Folklore
AMORPHIS - "The Beginning Of Times" - (2011) -
- Escape
SAVATAGE - "Dead Winter Dead" - (1995 / reedycja 2011) -
- This Is The Time (1990)
- This Isn't What We Meant
- Mozart And Madness
ALICE COOPER - "Welcome 2 My Nightmare" - (2011) -
- Something To Remember Me By
- When Hell Comes Home
BUDDY HOLLY - "Golden Greats" - (1985) -
- Everyday
- Raining In My Heart
THE WATERBOYS - "An Appointment With Mr Yeats" - (2011) -
- An Irish Airman Foresees His Death
- Politics
- Let The Earth Bear Witness
- The Faery's Last Song
THE CURE - "Pornography" - (1982) -
- Cold
THE ESSENCE - "Ecstasy" - (1988) -
- Only For You
- The Afterworld
- So Gorgeously
BRYAN FERRY - "Frantic" - (2002) -
- It's All Over Now, Baby Blue
BRYAN FERRY - "Dylanesque" - (2007) -
- Make You Feel My Love
STEVE HOWE - "Portraits Of Bob Dylan" - (1999) -
- Lay, Lady, Lay - (śpiew KEITH WEST)
MANFRED MANN'S EARTH BAND - "Watch" - (1978) -
- Mighty Quinn
BOB DYLAN - "Desire" - (1976) -
- Hurricane
BOB DYLAN - "Together Through Life" - (2009) -
- Beyond Here Lies Nothin'
STEVEN WILSON - "Grace For Drowning" - (2011) -
- Like Dust I Have Cleared From My Eye
RAY WILSON & STILTSKIN - "Unfulfillment" - (2011) -
- Tale From A Small Town
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
program z 9 października 2011
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
RIVERSIDE - "Memories In My Head" - (2011) -
- Goodbye Sweet Innocence
MARILLION - "Clutching At Straws" - (1987) -
- That Time Of The Night (The Short Straw)
MAREK GRECHUTA - "Dziesięć Ważnych Słów" - (1994) -
- Miłość
JIMMY NAIL - "Ten Great Songs And An OK Voice" - (2001) -
- Something
- Lady D'Arbanville
NEW ORDER - "Low-Life" - (1985) -
- The Perfect Kiss
- This Time Of Night
OPETH - "Damnation" - (2003) -
- Windowpane
OPETH - "Heritage" - (2011) -
- Haxprocess
- Folklore
AMORPHIS - "The Beginning Of Times" - (2011) -
- Escape
SAVATAGE - "Dead Winter Dead" - (1995 / reedycja 2011) -
- This Is The Time (1990)
- This Isn't What We Meant
- Mozart And Madness
ALICE COOPER - "Welcome 2 My Nightmare" - (2011) -
- Something To Remember Me By
- When Hell Comes Home
BUDDY HOLLY - "Golden Greats" - (1985) -
- Everyday
- Raining In My Heart
THE WATERBOYS - "An Appointment With Mr Yeats" - (2011) -
- An Irish Airman Foresees His Death
- Politics
- Let The Earth Bear Witness
- The Faery's Last Song
THE CURE - "Pornography" - (1982) -
- Cold
THE ESSENCE - "Ecstasy" - (1988) -
- Only For You
- The Afterworld
- So Gorgeously
BRYAN FERRY - "Frantic" - (2002) -
- It's All Over Now, Baby Blue
BRYAN FERRY - "Dylanesque" - (2007) -
- Make You Feel My Love
STEVE HOWE - "Portraits Of Bob Dylan" - (1999) -
- Lay, Lady, Lay - (śpiew KEITH WEST)
MANFRED MANN'S EARTH BAND - "Watch" - (1978) -
- Mighty Quinn
BOB DYLAN - "Desire" - (1976) -
- Hurricane
BOB DYLAN - "Together Through Life" - (2009) -
- Beyond Here Lies Nothin'
STEVEN WILSON - "Grace For Drowning" - (2011) -
- Like Dust I Have Cleared From My Eye
RAY WILSON & STILTSKIN - "Unfulfillment" - (2011) -
- Tale From A Small Town
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
Choć mnie korci, dzisiaj już nie o polityce
Nie będzie o polityce. Sam mam już dosyć. Ostatnich kilkanaście dni było bardzo wyczerpujące, także przyszła pora odpocząć nieco. Nie będę okazywać radości ze zwycięstwa dwóch partii, którym kibicowałem, nie będę także krzesać radości z porażki tej jednej jedynej, która miała przegrać i przegrała. Nie chcę dopiekać przegranym, bo nie sztuka kopać leżącego. Sztuką jest , aby leżący wyciągnęli wnioski. Poza tym , ostatnie moje wpisy na blogu dobitnie pokazały jak łatwo pozyskać wrogów. Szczególnie w kraju o niskim współczynniku tolerancji. I tutaj pozwolę sobie na przycinkę, bo właśnie ten brak tolerancji przegrał. Nie dotyczy to rzecz jasna wszystkich. Znam mnóstwo ludzi, będących przeciwnikami nie tylko moich poglądów, ale także i mnie jako Andrzeja Masłowskiego, jednak niekoniecznie bywają oni od razu moimi wrogami. Przyznam, że poza kilkoma ludźmi z polityki, którzy są już wyjątkowymi osłami, nie żywię złych emocji prawie do nikogo. No chyba, że ktoś ma tyle w sobie jadu....
Kiedy zajechałem wczoraj wieczorem do radia, postanowiłem ukryć swoje radosne emocje, choć miałem ochotę ryknąć ze szczęścia. Ale nie, wszedłem jak gdyby nigdy nic i nikogo nie prowokowałem.
Postanowiłem zachować się dokładnie tak samo jak przy każdych poprzednich wyborach. Najkrócej rzecz ujmując, nie chciałem nikogo wkurwić. I chyba mi się udało. Ciekaw jestem, czy w przyszłości, gdy sytuacja się odwróci (oby nie !!!), wobec mnie też tak się "koledzy" zachowają.
Miało nie być o polityce i nie będzie. Zostawię sobie jeszcze kilka uwag na inny raz. Nie chcę jeszcze mocniej poobrażać na siebie już obrażonych , jak i pozyskać nowych. Bo to, że poczytność tego bloga w ostatnich tygodniach wzrosła, radości wcale mi nie daje. Wolę mieć wokół siebie ludzi mi znanych, cenionych i lubianych, niż będących zrządzeniem przypadku wyszukiwarki google.
W ostatnich dniach obserwowałem zachowania ludzi, sytuacyjność wydarzeń i wiele innych rzeczy. Moje spostrzeżenia pomogą mi jeszcze wiele napisać. A po to jest ten blog. Nawet, jeśli w konsekwencji stracę kolejnych czytelników lub słuchaczy.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
Kiedy zajechałem wczoraj wieczorem do radia, postanowiłem ukryć swoje radosne emocje, choć miałem ochotę ryknąć ze szczęścia. Ale nie, wszedłem jak gdyby nigdy nic i nikogo nie prowokowałem.
Postanowiłem zachować się dokładnie tak samo jak przy każdych poprzednich wyborach. Najkrócej rzecz ujmując, nie chciałem nikogo wkurwić. I chyba mi się udało. Ciekaw jestem, czy w przyszłości, gdy sytuacja się odwróci (oby nie !!!), wobec mnie też tak się "koledzy" zachowają.
Miało nie być o polityce i nie będzie. Zostawię sobie jeszcze kilka uwag na inny raz. Nie chcę jeszcze mocniej poobrażać na siebie już obrażonych , jak i pozyskać nowych. Bo to, że poczytność tego bloga w ostatnich tygodniach wzrosła, radości wcale mi nie daje. Wolę mieć wokół siebie ludzi mi znanych, cenionych i lubianych, niż będących zrządzeniem przypadku wyszukiwarki google.
W ostatnich dniach obserwowałem zachowania ludzi, sytuacyjność wydarzeń i wiele innych rzeczy. Moje spostrzeżenia pomogą mi jeszcze wiele napisać. A po to jest ten blog. Nawet, jeśli w konsekwencji stracę kolejnych czytelników lub słuchaczy.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)