sobota, 24 grudnia 2022

strojąc choinę

Niedobry polski obyczaj nakazuje ubieranie choinki w Wigilię. Czemu tak? Najgorsze, że mnie się udzielił i też inaczej nie potrafię. A więc, choinka dopiero się stroi, a z kuchni dobiegają rajcujące wonie. To one podbijają me serce. Podobno w krajach Wschodu wcale nie serce stoi symbolem uczuć i namiętności, a wątroba. Ooo, jestem za. Jej wrażliwość bliższa memu sercu.
Niech święta się rozkręcają, niech opadną choć na chwilę gniewne emocje, odstawcie amunicję, wypijcie po jednym, dziś szansa na pojednanie, przybijmy piątki, zakopmy topory. No bo kiedy, jeśli nie dziś.


W tło zapodałem kompakt "Tomasz Beksiński - in memoriam", bo nie wiem, czy wiecie, ale to już dwadzieścia trzy lata. Wydaje się kawał czasu, a rany wciąż niezabliźnione.
Słucham wiązanki przebojów nieodżałowanego Nosferatu i mam go przy sobie. Ta muzyka nas cementuje.

Szkoda, że z fonograficznej mapy znika AOR Heaven. Lubiłem wytwórnię. Działała na granicy kosztów a zysku, propagując rodzaj muzyki w lokalach dla brodatych, szybkich furach czy taksówkach niewystępujący.
AOR Heaven wydali, bądź dystrybuowali, wyselekcjonowane albumy Mad Max, Bad Habit, Drive She Said, Roba Morattiego, Nitrate, Frontline, Dreamtide, 101 South, Jesse'ego Damona i wielu wielu innym. Wiążę z ich katalogiem dobre myśli i przy niejednej okazji jeszcze na moim FM wspomnimy.

Tymczasem 'Beksiowy' kompakt rozegrał się na dobre. Właśnie Collage dopięli "Living In The Moonlight" i już słyszę bas inicjujący "Violette" Closterkeller'ów. Jeden po drugim Beksia faworyci. Uwielbiał tę Anję Orthodox, ja może nieco mniej, ale dzięki Nosferatu nauczyłem się tej i niejednej muzyki. Przede mną jeszcze Abraxas, Marillion, Jethro Tull... aż po wzgórze, na którym 'stacjonarny podróżnik'.

Nie przeszkadzam, ubierajcie choinki, nie podjadajcie z garów, bo to na święta. To nic, że jutro usłyszycie: no jedz, bo się zmarnuje. 

a.m.


czwartek, 22 grudnia 2022

on christmas day

A teraz na poważnie, bez żadnego 'sunshine reggae'. Idą święta, więc coś na choinkowy ząb. No dobra, niech będzie na jej czub. Śniegu nie ma, i dobrze!, a jeśli komuś brakuje, od czego wyobraźnia. Dobry świąteczny song nie zaszkodzi nawet przez bractwa kapłanów wyklętemu, a ja w tej materii gram pierwsze skrzypce.
Poszperałem po półkach, także po szafach, bo płyty mam wszędzie, nawet kosztem miejsca dla skarpet, i wyszukałem parę dawno niesłuchanych kristmasów. Pomyślałem, jeden niech będzie na dziś, pozostałe odpowiednio: na jutro, pojutrze ... Może i na naszą niedzielę też coś się załapie.
Magnum "On Christmas Day" - numer z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego, z pierwszej i zarazem ostatniej dla EMI płyty Magnum "Rock Art". Nie tak bombowej, jak cztery wcześniejsze, ale mnie się podoba. Może dlatego, że fan Magnum ze mnie i nic nie poradzę, że wolę ich muzealnego hard rocka niż te wszystkie śniado-czarne blubry z dwusetki Billboardu. Kto ma czas, niech zerknie, co tam się wyprawia. Same syfki. Jedyne, co dobre, to greatesthitsy gigantów, typu Queen czy Fleetwood Mac, które to albumy okupują to szacowne amerykańskie zestawienie latami. I dobrze, przynajmniej z racji świąt ludziska sobie o tej muzie przypominają, bo inaczej byśmy potopili się w gulaszu z odchodów rapu i tego obecnie łomotliwego r&b. Ponieważ jednak miało być świątecznie, a świątecznie oznacza uroczyście i bez brzydkich wyrazów, z dopiętą u koszuli muchą oraz wypachnieniem pod pachami, to tak też staję przed Wami.

Magnum "On Christmas Day" zapodaję na tę okoliczność, nie z "Rock Art", a wydanego w dwa tysiące czternastym okazjonalnego winylowego maxi (nowa wersja!), dziesięciocalowego rozmiaru oraz antywojennej okładki, wszak tekst właśnie o tym. Z racji powyższej zadedykuję go Ukrainie, co także wszystkim uciemiężonym w Iranie: "... w Dzień Bożego Narodzenia nie będzie walk, ani zabijania, nie będzie grzmotów oraz błyskawic, nie zawieje okrutny i wrogi wiatr ..."

a.m.


środa, 21 grudnia 2022

święte prawo

Machina przedświąteczna gna. W galeriach handlowych zakupy tylko na szybko, ruch ruch, ciach ciach. Przygotowania do jedynej w roku wieczerzy pochłaniają cały grudzień, a potem te święta to jak pstryknięcie środkowym o kciuk. Po kilku dniach Sylwester, i tylko szkoda, że nie trzydniowy. Znowu okazja na miłe słowa, życzenia, jakieś do zatańczenia tango lub disco i ruszamy od nowa. Po wycałowanych po policzkach obietnicach i nadziejach, wraz z nowym kalendarzem nowe ceny, rzecz jasna nigdy nie niższe. I oby tylko dopisywało zdrowie, wtedy nawet ciężar tych cen wyda się lżejszy.
Wzięło mnie w zastanowienie, jaką muzykę Szanownym Państwu polecić na teraz. Na brak słońca, liczne mgły, szarugi, czapki i szale, a jednocześnie wlać w nas jakiś promyk nadziei, że do maja już niespełna pół roku, a potem znowu powinno być piękne. Tyle, że mnie przez te nieustanne wyczekiwanie ciepłych dni wciąż przybywa lat, siwych włosów i wizyt u chirurga. Połowę życia zmarnowałem żyjąc w zimnie, bo tę naszą Polskę ktoś/coś źle umiejscowiło na mapie. Niech się klimat ociepla, pękajcie lodowce, jak najprędzej. Zagłady i tak nie unikniemy, a przynajmniej niech nas licho bierze w galotach i sandałach.

Laid Back "Sunshine Reggae" - co o tym powiecie? Numer na dziś. Na cieplejsze myśli i czyny. Że co, że bamberstwo? Ano bamberstwo, za to w otoczce lazuru, palm i nawiewki przed rekinem - spójrzcie na okładkę. Pobaraszkujmy na gorącym piachu, a durnie niech schładzają się na nartach. No bo trzeba mieć nie po kolei, by zimą, zamiast prysnąć do Kataru, za kupę szmalu wykupić sobie zimowisko w Alpach. Nigdy tego nie pojmę. Nigdy nie pokocham śniegu, nart czy łyżew. Mam tak od dziecka. I przenigdy nie kwiknę z radości na pierwszy czy dziesiąty śnieg. To moje święte prawo.

a.m.

wtorek, 20 grudnia 2022

słoneczni chłopcy

Maślaki z Ziółkami wbiły wczoraj do teatru. No bo, jak dobrze mieć w gronie przyjaciół takiego Tomka, inicjatora przeróżnych atrakcji kulturalnych, człowieka nieodpuszczającego żadnemu ciekawemu wydarzeniu. Nie wiem, czy Szanowni Państwo wiecie, ale były realizator Nawiedzonego Studia jest faciem o niepohamowanym apetycie na wszelkiego rodzaju kulturalno-sportowo-kulinarno-podróżniczo- i co nie tylko atrakcje. Jak tak się uważniej przyjrzeć, gdzie tego Tomka nie ma? Mistrz bilokacji. W jednej chwili spotkacie go na meczu, jednocześnie na otwarciu jakiejś ciekawej gastronomii, bądź po raz siódmy na polubionej ostatnio sztuce teatralnej, a przecież jeszcze w portfelu karnet na wszystkie filmy - do tego i tamtego kina, przed laptopem zapewne seanse też niezagrożone, a niech tylko wyruszy kulig na jakąś manifę, Tomek już tam jest. W pierwszym rzędzie. Na tym nie koniec, pomiędzy wierszami Pan Ziółko odwiedzi Luwr lub Old Trafford, bo przecież w miejscu nie usiedzi. Nawet kartkę lub magnes na lodówkę z pustyni podeśle, bo już taki jest. Wszędobylski Tomek to najbardziej aktywny człowiek, jakiego znam, a przecież w jego otoczeniu są jeszcze najbliżsi, dla których nie poskąpi ułamka uczucia. I na szczęście nie jest jegomościem z gatunku: wykręcasz numer, a telefon zajęty. Skąd na tę gonitwę wydarzeń bierze tyle sił, nie dowiem się ja, ani Wy Szanowni Państwo, i dobrze, niczego nie zmieniajmy. Pozwólmy działać naturze. Jedyny żal, że Tomek ostatnio ostro nawala ze słuchaniem Nawiedzonego Studia, no ale to już moja broszka, by podnieść jego poziom.
Latem kończącego się właśnie roku Tomek wypatrzył w ofercie jednego z warszawskich teatrów przedstawienie "Słoneczni Chłopcy", w którego obsadzie m.in. Cezary Żak oraz Artur Barciś. I już mieliśmy całą paczką pojechać, lecz moje chirurgiczne komplikacje zaniechały aż tak dalekosiężnym marzeniom. Wiecie więc, co Tomek zrobił? Skontaktował się z organizatorem przedstawienia sugerując, że może by tak przywieźć spektakl do Poznania, no i proszę sobie wyobrazić, po paru/parunastu dniach otrzymał informację, że jego sen właśnie się spełnił. Pod opiekę "Słonecznych..." wziął się Teatr Wojart, który wystawia się w trochę niedogrzanej zimą Auli Artis, lecz organizacyjnie na setkę, skoro plakaty wychwalają agencję za niedawne przedstawienia z Krystyną Jandą czy zmarłym ostatnio Jerzym Trelą.
Za podsunięcie pomysłu, Tomek w podzięce poznańskich organizatorów otrzymał pierwokup najlepszych wg siebie miejsc, więc całą piątką zajęliśmy środek tarczy pierwszego rzędu, z nogami niemal wkraczającymi na jeden z dywanów przynależnych scenerii tej circa dwugodzinnej sztuki.
Ubawiłem się po pachy. Cezary Żak, jako William Clark oraz Artur Barciś, jako Al Lewis. Oboje są zapomnianymi artystami. Kiedyś bywali ozdobą sztuk teatralnych, a nawet telewizyjnych reklam, jednak upływający czas pozwolił ludziom o nich zapomnieć, a i oni sami zwyczajnie zgnuśnieli. William bardzo się zaniedbał, Al schorowany, jednak dla niepoznaki w eleganckim odzieniu, co i tak nie zatuszowało ich zgorzknienia i wobec siebie złośliwości, a co gorsza, oboje nie dawali już rady zapamiętywać potrzebnych wobec powierzonych ról kwestii, pomimo iż wciąż tkwili w przekonaniu własnych wielkości. Panowie się z jednej strony nie znoszą, a z drugiej potrzebują jak tlenu. Są na siebie skazani miłością Pawlaka do Kargula, i na wspak.
Miałem obu jak na dłoni. Było też parę przypadkowych kontaktów wzrokowych, zaś podczas końcowego aplauzu Tomka Kasia otrzymała od Pana Artura dużą czerwoną różę, którą ten z kolei chwilę wcześniej odebrał w podzięce od organizatorów poznańskiego teamu.
Nie mogło też zabraknąć nawiązania do Miodowych Lat. W outro spektaklu, czyli muzycznym finiszu, przez moment fragment znajomej melodii z czołówki przygód Tadzia Norka i Karola Krawczyka. Do tego chwilę wcześniej wmontowany w dialogi inteligentny wtręt, o potrzebnej zapłacie za sztukę - kiedy to William zwraca się do Ala, że gdyby chciał się pośmiać w teatrze, to po prostu kupiłby bilet. Świetne.
Podobało mi się baaardzo i proszę o jeszcze. 

P.S. Tomku Ziółkowski, jesteś Pan debeściak. Wiedziałeś?

a.m.



"NAWIEDZONE STUDIO" - Radio na 98,6 FM Poznań / program z 18/19 grudnia 2022








"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek - wydanie z 18/19 grudnia 2022 (godz. 22.00 - 2.00)
 
98,6 FM Poznań lub afera.com.pl 
realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

THE STRANGLERS "Giants" (2012) -- 6 grudnia roku panującego odszedł Jet Black. Bębniarz Dusicieli, związany z grupą od zawsze, a jedynie z racji chorobowych odłączony od ukochanej maszynerii w 2018 roku. Na ostatnim, jak dotąd albumie "Dark Matters", w jego miejscu pojawił się Jim MacAulay, lecz i tak Jet Black na zawsze pozostanie synonimem 'shake, rattle and roll' wobec tej fantastycznej formacji.
- Freedom Is Insane
- 15 Steps

IAN GILLAN "One Eye To Morocco" (2009) -- post'mundialowe jedno oko na Maroko. Po najlepszym z możliwych finałów Argentyna-Francja, powinienem zaserwować tango argentyńskie, ewentualnie jakieś zgrabne wobec przegranych chanson, tymczasem Nawiedzone Studio zawitało do Maroka, którego futboliści na właśnie zakończonej imprezie przetarli Afryce szlaki, i kto wie, być może medal dla Czarnego Lądu to już tylko kwestia kolejnych mistrzostw. Poza tym, wokalista Deep Purple właśnie od nas Polaków podłapał powiedzenie: "jedno oko na Maroko, drugie na Kaukaz". Zachwycony, bez chwili namysłu postanowił pierwszym jego trzonem ochrzcić ówczesny nowiuśki solo album. Piosenka tytułowa trzyma nastrój marakeszowego serca pustyni, zaś Gillan wbił do mikrofonu: "nie wiem, dokąd zmierzam, nie wiem, co robię, ale czuję się wspaniale. Mam jedno oko na Maroko, muszę tylko podążać przez upajającą noc". Szkoda, że po angielsku tytuł się nie rymuje. Może powinno być: "one eyeocco to Morocco"? A co do Mundialu, pomijając kwestię naruszania praw człowieka, o co niech oręż naciągnie Amnesty International, to nareszcie po raz pierwszy w historii tej imprezy ktoś pomyślał o Nawiedzonym Studio i zaplanował niedzielny finał o ludzkiej godzinie, niekolidującej z nadawaniem w eter najlepszej muzyki. Będę sprzyjać organizacjom mundiali w obszarach innych stref czasowych, a zdaje się 2026 rok też mi to zagwarantuje. Oby już nigdy ważne mecze o niedzielnej dwudziestej pierwszej.
- One Eye To Morocco

BLACK SABBATH "Heaven And Hell" (1980 / reedycja 2022) -- wysokiej jakości najnowsza reedycja najlepszego albumu Sabbs z Ronnie'em Jamesem Dio. W młodości szalałem za tą muzyką, ale co ważne, wciąż ją lubię. Mój pierwszy egzemplarz z byłej Jugosławii znalazł też i tu odzwierciedlenie. Wewnątrz możemy 'popodziwiać' reprodukcję tamtej okropnej okładki, wyzbytej aniołków ze szlugami.
- Lonely Is The Word

LANDFALL "Elevate" (2022) -- Brazylia na Mundialu bez popisu, ale w muzyce trzymają sznyt. Drugi album tamtejszych lekkich hardrockowców przynajmniej z paroma kapitalnymi numerami. Trzy z nich poszły u mnie ostatniej niedzieli, ale na tym nie koniec. Młoda grupa, perspektywiczna, choć tak po prawdzie, stażowo żadni tu nowicjusze. Wokalista Gui Oliver śpiewał przed laty w Journey'o-podobnej formacji Auras (prezentowałem), do tego jest wziętym tekściarzem, z którego usług korzystali Jimi Jamison (Cobra, Survivor), Bobby Kimball (Toto) czy Fergie Frederiksen (Toto). -- Momentami olśniewająca gitara Marcelo Gelbcke'ego. Słuchanie jego riffów oraz solówek dużą rozkoszą.
- Waterfall
- Heroes Are Forever - {dedicated to Pat Torpey}
- Elevate

TOMMY DeCARLO "Dancing In The Moonlight" (2022) -- znowu trafił Serafino Perugino. Zamarzyło mu się, by Tommy DeCarlo nagrał w jego stajni płytę w duchu Boston, jeszcze dosadniejszą niż "Life, Love & Hope", w której Tommy uczestniczył, no i udało się. Gdyby tylko jeszcze gitary podłożył Tom Scholz (a przecież i tak panowie Julian i Andersen dają radę), mielibyśmy Boston z marzeń i snów.
- This Road Will Lead To You

SABU "Banshee" (2022) -- uważam, że będący w kwiecie wieku Paul Sabu, wciąż najlepsze ma przed sobą. Ta płyta również na to wskazuje. Oto kolejny dowód muzycznego rozwoju i drzemiąca chęć postawienia kilku akcentów wskazującym palcem: 'to jeszcze nie wszystko, na co mnie stać'. W zasadzie Sabu zrobił tę płytę do spółki z Barry'ym Sparksem, podobnie jak Paul Sabu także wieloinstrumentalistą, choć na sztandarze wszystkie zasługi wziął na siebie ten pierwszy. Czyżby chęć rewanżu po niedawnej płycie Jesse'ego Damona, upichconej do spółki właśnie z Paulem Sabu, a też przyodzianej prestiżem tego pierwszego. Nie nie, to oczywiście żart. Wszyscy panowie bardzo się lubią i na pewno nie rozbierają tego na czynniki pierwsze, jak czynię to teraz ja.
- Rock
- Turn The Radio On

ANTHRAX "Sound Of White Noise" (2003) -- ktoś powie: hybryda. No bo jak, metal i Badalamenti, to nie licuje. A czemu nie? Który leksykon zabrania podobnych konglomeratów? Jeśli macie w chałupie takowy, od razu na śmietnik. Wszystko nastrojem współgra, podobnie jak dorzucone w poniższym, mrocznym numerze syntezatory, orkiestracje, a nawet ekstra gitary nieodżałowanego Księcia czarnych symfonii.
- Black Lodge

MARIANNE FAITHFULL "A Secret Life" (1995) -- cudowny album! Jeden z artystycznych triumfatorów '95 roku, a nawet zaryzykuję, iż był to widok z góry najwyższej. Oto muzyka z antycznej już teraz krainy wysublimowanego, elektronicznego rocka, wyzbytego jednak gitarowych sprzężeń, a nawet gitar w ogóle, gdyż syntezą owej muzyki wytrawne orkiestracje, a niekiedy elektroniczne narracje wszech panującego Badalamentiego, otulające woalem zniszczały głos Marianne wobec jej miłosnych uniesień i drzemiących niepokojów.
- Sleep
- Love In The Afternoon
- Flaming September
- Bored By Dreams

PET SHOP BOYS "Actually" (1987) -- Angelo Badalamenti to nie tylko "Twin Peaks" czy "Blue Velvet", ale i też np. Pet Shop Boys. Mistrzowie nastrojowego disco zbili poniższy utwór z samych indywidualności, otóż współkompozytorem Ennio Morricone, zaś orkiestracji dołożył Angelo Badalamenti. Najbardziej nastrojowa piosenka na tej momentami nieźle roztańczonej płycie, gdzie m.in. "One More Chance", "Heart" lub "It's A Sin". Nasz Wifon w stosownym czasie wylicencjonował ten album, i zrobił to na aktualnie, w dodatku nie omieszkał wyzbyć się wysokiej jakości dźwięku. Była to jedna z najlepiej wykonanych licencji w dziejach polskiej fonografii.
- It Couldn't Happen Here

PET SHOP BOYS "Behaviour" (1990) -- ten album również wydano u nas. Uczyniono to w stosownej dla niego epoce, tym razem już nie przez Wifon, a licencję nabyło 'spokrewnione' na polskim rynku z Sony, MJM. Też jest świetny, podobnie jak "Actually", choć sprzedaż oraz ogólne notowania tyciu niższe. Co nie oznacza, że i tu piosenkowych kolosów nie brakowało, weźmy m.in. "So Hard", "Jealousy" czy przecudowne "Being Boring". No i aż dwa numery z orkiestracjami Badalamentiego. Wszystkie w ramach 'in memoriam' wobec Mistrza zaserwowałem w ostatnim nocnym paśmie mojego N.S.
- This Must Be The Place I Waited Years To Leave
- Only The Wind

DUSTY SPRINGFIELD "Reputation" (1990) -- nieodżałowana Dusty świętowała triumfy w latach sześćdziesiątych, jednak potem przecież także od czasu do czasu nagrywała fajne rzeczy. Jedną z nich bez wątpienia album "Reputation", z niemal połową repertuaru stworzoną przez Pet Shop Boys. Ale tutaj dobrych nazwisk więcej, bo i Brian Spence, Rupert Hine czy tandem Gerry Goffin z Carole King. Jak nietrudno się domyślić, mamy tu również Badalamentiego, który w "Nothing Has Been Proved" dołożył orkiestracji, natomiast PetShopBoys'owy Neil Tennant wokaliz. Wspaniała piosenka, w końcówce opatrzona klimatycznym saksofonem (na nim Courtney Pine) oraz nawiązaniem w tekście do Afery Profumo, politycznym w latach 60' skandalu na Wyspach.
- Nothing Has Been Proved

BOB WELCH "French Kiss" (1977) -- uwielbiam "French Kiss". Solowy debiut ówczesnego już FleetwoodMac'kowca pokrył się Platyną, i nie sądzę, by wpływ na ten stan rzeczy miało wydane w tym samym roku "Rumours". Chociaż akurat dobór gości zapewne tak. Wśród nich trzy/piąte Fleetwood Mac: Lindsey Buckingham, Mick Fleetwood i zmarła ostatnio Christine McVie. To właśnie dla niej specjalnie z półki wyciągnąłem tę płytę. We wszystkich trzech poniższych numerach Christine pojawia się w sekcji 'background vocals' i jak zawsze jest niesamowita. -- I jeszcze ode mnie nutka mocnej szczerości: nie można deklarować się fanem Fleetwood Mac udawając, że nie ma tej płyty. Od inicjującego ją "Sentimental Lady" (... sentymentalny, delikatny wiatr, znowu przelatuje przez moje życie ...) aż po "Lose Your Heart" (...sprawiłaś, że straciłem dla Ciebie serce, a czy Ty straciłaś je dla mnie?), poezja smaku. Trzeba mieć!
- Sentimental Lady
- Easy To Fall
- Lose Your Heart

FLEETWOOD MAC "Tusk" (1979) -- spośród dwudziestu kompozycji, aż w sześciu głosem przewodzi Christine McVie. No, może z jednym wyjątkiem, albowiem "Think About Me" zaśpiewała w duecie z Lindseyem. Po mega sukcesie "Rumours", "Tusk" okazało się komercyjną porażką. W dodatku dwupłytową. Pamiętam, jak na album narzekano, że jakiś taki rozmydlony, generalnie za długi, w dodatku bez klarownych przebojów. Narzekań starczało na całą polską mentalność, a mnie się podobało. Kto wie, mogła mi w tym lekko dopomóc efektowna okładka, która zarazem ciężka, jak cegła. No, ale wewnątrz jej także przefajne wkładki, na samych winylach okazałe labele, itd... Napatrzeć się nie mogłem. Jakże łatwiej się też dzięki temu słuchało. Do dzisiaj bronię "Tusk", choć raczej w jej temacie polemik nie wywołuję. Szkoda zdrowia, tym bardziej, że za dużo go nie mam.
- Brown Eyes - {śpiew CHRISTINE McVIE, gościnnie PETER GREEN}

PLEASURE THIEVES "Simple Escape" (1992) -- od tego momentu na trzech dyskach zestaw kompaktów wykonawców mniej oczywistych. Jedyna płyta Pleasure Thieves repertuarowo atrakcyjna, lecz ogólnie bez sukcesu. Niestety powstała w złym czasie, kiedy na świecie dominował flanelowy rock, poza tym wytwórnia Hollywood Records też nie zrobiła nic, by tej ejtisowo brzmiącej formacji nie dogaszono rozżarzonego promyka nadziei.
- Beautiful Disguise
- Pictures Of Madness

THE MIGHTY LEMON DROPS "Laughter" (1989) -- nie istnieją od mniej więcej trzech dekad, ale ich nazwę przeróżni alternatywni wciąż przywołują. Dropsi nie byli ani postpunkowcami, ani gotami, choć krytycy koniecznie widzieli ich w jednej z tych szuflad; oni po prostu grali lekko mroczny pop rock, z radiowymi melodiami, acz odpowiednim indie przyłożeniem, niekiedy new'wave'ową surowością, mocnym bębnieniem, zadziorną gitarą i silnym wokalem Paula Marsha. Ogólnie bardzo dobra ekipa, która za szybko spakowała się w futerały i na kołek.
- Into The Heart Of Love
- Where Do We Go From Heaven

RAIN ON BAMBOO "Sleep & Poetry" (1994) -- nieznani, nie tylko u nas. Mieli na koncie dwa albumy plus niezłego lidera Ingo Ito. Znamy go choćby z 'półdekadowej' współpracy z momentami Depeszo-pokrewnymi Camouflage, ale nie tylko, albowiem Ingo inżynierował też dźwiękiem w studio Hansa By The Wall, a to już nie przelewki, skoro U2 nagrywali tam swoje wiekopomne "Achtung Baby". Na tym mocnego CV Ingo nie koniec, otóż przez lata będąc muzykiem sesyjnym próbował udowodnić, że nie tylko zasługuje na portret zwykłego odtwórcy, co także utalentowanego kompozytora, więc porozstawiał parę nut na zwoju muzyki do Igrzysk Olimpijskich w Seulu. A potem wymarzył sobie niezależność i założył własny, perspektywiczny zespół Rain On Bamboo, który nie wiedzieć czemu, po kilku latach posypał się w wióry. Czy w "No Burning Soul" też słyszycie echa głosu Lloyda Cole'a?
- No Burning Soul
- Boat On The Backwater

EDITORS "EBM" (2022) -- w duszy tych indierockowych Anglików od zawsze panuje noc. Nawet, jeśli na najnowszy "EBM" dotarło parę w obozie grupy zmian. Editors powiększyli brzmienie (poeksperymentował tu nieco elektronik Blanck Mass), tym samym rozszerzyli się gatunkowo, przez co zakłopotali wszystkie konserwy, typu ja, niechcące najlepiej niczego zmieniać. Trochę trudno mi się w paru fragmentach tej płyty odnaleźć, choć staram się, wciąż tęsknotą łkając do czasów "The Weight Of Your Love". Jakaż to była cudowna muzyka! Ale nie narzekajmy, Tom Smith to przecież artysta przez duże "A" i ostatecznie, pomimo iż "EBM" nie jest za drapieżne, co też mroczne, tym bardziej apokaliptyczne, wierzę mu, gdy w otwierającym "Heart Attack" deklaruje: "... nikt nie będzie kochać cię bardziej, niż ja. Mogę ci to obiecać".
- Heart Attack
- Karma Climb

COLLAGE "Over And Out" (2022) -- najnowsi Collage intrygują, nie pozwalając odstawić się na półkę. I chyba zauważyliście Drodzy Państwo, że od grosza do grosza, aż w swoich wieczoro-nockach wygrałem album po kres. Nie zapominając o żadnej z pięciu kompozycji. Orderu nie dostanę, Collage zapewne też tego faktu nie zauważą, ale najważniejsze, że płyta z czasem zyskuje i dobrze wiedzieć, że 'Kolażówki' wciąż są z nami, z niepozbawioną ustalonych na "Baśniach" reguł muzyką.
- What About The Pain (a family album)

MAD MAX "Wings Of Time" (2022) -- krótka ballada na koniec tej płyty, a jednocześnie na nasze 'dobranoc' plus cotygodniową obietnicę: 'do usłyszenia'.
- Freedom


Andrzej Masłowski 
"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze



piątek, 16 grudnia 2022

odeszła Monika Dejk-Ćwikła

Tragiczne wieści dotarły wczoraj z obozu grupy OBRASQi. Z jeziora wyłowiono ciało wokalistki Moniki Dejk-Ćwikły oraz jej psa. Poszukiwania trwały od 13 grudnia, kiedy oboje wyszli na 'zwyczajny' spacer. Wszystko wskazuje, że pies Artystki wbiegł lub wpadł do jeziora, a Monika wskoczyła na ratunek.
Przypomina mi się podobny dramat z Janem Lityńskim, zasłużonym politykiem, m.in. internowanym w Stanie Wojennym, jednocześnie wielkim pasjonatem rocka. Szczególnie uwielbiał Beatlesów. Zbierał ich płyty, ale nie tylko, bo i RollingStonesów, jak i paru innych. On też pewnego dnia, roku ubiegłego, wyszedł ze swoim psiakiem na spacer, kiedy to czworonóg wpadł do rzeki, a Pan Jan pospieszył z pomocą. Skończyło się podobnie. Jakże piękna w obu przypadkach miłość do psiaków, godna najwyższego szacunku. Niestety bez szczęśliwych finałów.
Wielka strata, smutek, żal. Monika z Obrasqi'ów przeżyła zaledwie 33 lata. Była na początku poważnej kariery. W ubiegłym roku zadebiutowała z Obrasqi'ami fonograficznie albumem "Dopowiedzenia", a w planach sporo występów na aktualnej trasie koncertowej i zapewne wiele innych planów. 

a.m.

 

środa, 14 grudnia 2022

odeszli Jet Black oraz Angelo Badalamenti

Odeszli: książę czarnej symfonii Angelo Badalamenti oraz były perkusista The Stranglers, Jet Black. Trochę głupio o Jet'cie Blacku napisać: 'ex', wszak mamy go na wszystkich płytach Dusicieli, jedynie oprócz ostatniej "Dark Matters" z roku ubiegłego. Właśnie honoruję jego maestrię słuchając albumu "Giants". Bardzo go lubię. Jest tu parę niezłych, przyodzianych na retro, acz ku przewrotności nowocześnie brzmiących post-punkowych numerów, od których nie sposób się uwolnić - m.in. "Freedom Is Insane" bądź mój faworyt "15 Steps". Poza tym, od zawsze trochę o ciut wyżej stawiam na dobre i zarazem niedoceniane płyty, dlatego posłuchanie dziś, skądinąd wybornych "Feline" czy "Black And White", byłoby trochę pójściem na łatwiznę.
Black w ostatnich wielu latach cierpiał na dolegliwości kardiologiczne, i choć musiał się mocno ograniczać, mimo wszystko do czterech lat wstecz sporo koncertował, z rzadka prosząc o zastępstwo. Ostatecznie w 2018 roku zadał kres dalszym muzycznym aktywnościom, co nieodwołalnie doprowadziło do zmiany na stołku perkusyjnym - zastąpił go Jim Macaulay.
Jet Black ma większy wkład w The Stranglers niż wciąż ckliwie przywoływany Hugh Cornwell. Niemnej ciężko to będzie wytłumaczyć wielu ktosiom, którzy od trzech dekad nie zauważyli braku jego nazwiska w zespołowym składzie.

We wtorek 13 grudnia podano, iż dwa dni wcześniej odszedł Angelo Badalamenti. Amerykański, acz o sycylijskich korzeniach kompozytor, ikona muzyki filmowej, choć warto dostrzec, że nie tylko. U nas Badalamentiego najczęściej kojarzymy za "Twin Peaks", "Blue Velvet", "Dzikość Serca" bądź "Zagubioną Autostradę", natomiast w moim niefilmowym sercu Maestro pozostaje głównie za trzy spoza dziesiątej muzy płyty: Booth And The Bad Angel "Booth And The Bad Angel" - album nagrany do spółki z wokalistą James, Timem Boothem. Tajemniczy i romantyczny zarazem. To był rok 1996. Natomiast rok wcześniej Badalementi wszedł w komitywę z Marianne Faithfull, współtworząc intrygujące, choć trochę za krótkie "A Secret Life" - jedną z najpiękniejszych płyt lat 90'. Wyśmienite, niepokojąco-nastrojowe podkłady do gorzko wyśpiewanych miłosnych pragnień naznaczonej życia mądrości zębem Marianne. Przez lata jej głos nabrał patyny, zaś serce wezbrało wstrzemięźliwości wobec przelotnych uczuć, choć młodzieńcza przejażdżka przez łóżko Micka Jaggera okazała się równie potrzebna, co smak pierwszego papierosa. Płyta kobiety doświadczonej, którą w tamtym czasie mogła zrozumieć jedynie czarna batuta Badalamentiego.
No i jeszcze 'TwinPeaks'owa' Julee Cruise z wybornego albumu "Floating Into The Night". To schyłek lat 80', a jednocześnie Julee wtedy jeszcze jako jedna wielka niewiadoma. Gdzie ci Lynch z Badalamentim ją wynaleźli? Co za głos, co za tajemniczość, co za miks słodyczy i grozy. Cała płyta palce lizać, ale gdyby nie Beksiu i przez niego odczarowane "Mysteries Of Love", nadal lepilibyśmy babki z piasku.
Badalamenti to taki odpowiednik Ennio Morricone po ciemnej stronie Księżyca. Też wielki i podobnie niezastąpiony.

a.m.