niedziela, 3 lipca 2022

dziś nawiedzone

Dziś niedziela, a w niedzielę Nawiedzone Studio. Nie posłuchać w niedzielę Nawiedzonego Studia to jak być w San Francisco i nie przemierzyć Golden Gate Bridge. Polecam się zatem, zapraszam, do usłyszenia o 22-giej na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl 

a.m.

piasek

Miły sobotni wieczór z familią Ziółkowskich w podpoznańskim Dopiewie na koncercie Andrzeja Piasecznego.
Kawał porządnie i zawodowo skrojonej pop'muzyki, o niekiedy odcieniach funk/soul/jazzujących, do czego ambitnie predysponuje cała 'piaskowa' sekcja.
Miękki głos byłego lidera Mafii ma całkiem szeroką skalę i da się nim sprawnie wachlować po zarówno wolnych, jak i szybkich terytoriach piosenkowych temp. Większość repertuaru dla mnie enigmatyczna, jednak, jak każdy nie miałem problemu z rozpoznaniem melodii do Złotopolskich czy równie odległego hitu "Niecierpliwi", który w latach 90's popełniony w unii z Robertem Chojnackim okupował całą Polskę. W tamtym czasie zawodowo prowadziłem odpowiedni sklep, w którym sprzedałem dziesiątki, a nawet setki egzemplarzy "Sax & Sex". Tym samym przyczyniłem się do rozmnażania całego tamtego sukcesu.
Na bis przefajna wersja "Byłaś Serca Biciem" - z repertuaru Andrzeja Zauchy.
Jeszcze Basia Parzeczewska. Gdzieś w środku show. Mówi coś Szanownym Państwu? Fajnie, jeśli tak, bo mnie akurat nie. Przy czym naprędce zostałem doinformowany, iż to triumfatorka którejś z edycji 'The Voice Senior'. Przybyła i zaśpiewała jeden wspólny z Piaskiem numer. Gromkie owacje, a i w ogóle niemałe pozytywne poruszenie. W Dopiewie Pani Basia to całkiem ktoś, jak się okazało. Z Panem Andrzejem przytulili się przed i po. A bo i też, co ważne, do przytulania, jak i olania TVP, Pan Andrzej kilka razy pozachęcał. Mnie akurat nie trzeba - przytulam się, nie oglądam.
Gmina Dopiewo rozpieszcza 'tambylców'. Na ubiegłoroczne zakończenie lata w tym samym miejscu wystąpił Krzysztof Cugowski, teraz zaś - na niemal jego otwarcie - Piasek. Nieźle, tylko przyklasnąć. Włodarze gustownie lokują w rozrywkę. Żadnych discopolowych głupawek, tylko artyści z głosem, dobrze nastrojonymi instrumentami oraz wyszlifowaną po pachy profesją.
Morze ludzi to też wyraźna aprobata. Rozrywkowi kusiciele z tej przyjemnej mieścinki i jej okolic potrafią z ludźmi za pan brat, a ja już wypatruję kolejnych w podobnym tonie atrakcji. 

a.m.








czwartek, 30 czerwca 2022

Elvis

"Gdy mówienie o czymś jest niebezpieczne, śpiewaj" - to jedno z mocnych zapewnień wyniesionych z wczorajszej projekcji, wyreżyserowanego przez Baza Luhrmanna 'Elvisa'.
Ten film trzeba zobaczyć m.in. po to, by pojąć złożoną koneksję Elvisa (w niego wcielony Austin Butler) ze swoim menedżerem Tomem Parkerem - zagranym przez Toma Hanksa. Czy można nie lubić Toma Hanksa? Tak, w filmie "Elvis" nawet trzeba.
Przez dwie- i pół  godziny śledzimy losy kariery Króla Rock 'n' Rolla przez pryzmat jego impresario. Niezłego sukinsyna, ale jednocześnie sprawcy wszystkich sukcesów. Okazuje się, że pułkownik Parker (tak się tytułował) trzymał świat Elvisa w garści, inteligentnie i krwiożerczo zarządzając jego karierą. Dopóki więc Presley deklarował chęć, w pewnym sensie przymusowej współpracy, mógł czuć finansowe bezpieczeństwo, jednak w razie wyboru innej ścieżki, zawoalowane konszachty Parkera uczyniłyby go bankrutem. Na domiar sprawy, Parker zdzierał z niego jedną/czwartą wpływów, a pod koniec życia niemal połowę, zamiast zwyczajowych dziesięciu czy piętnastu procent. Nieźle Hanks sprawdza się w tej krwiopijczej roli, do której charakteryzatorzy stosownie go upaśli, co i pod jego charakter wyimpostowali równie paskudny głos.

Muzyki tyle, ile trzeba, choć zawsze mogło być więcej. Ale ucieszyły mnie kulisy telewizyjnych programów plus koncertów, jak choćby występ w 1968 dla NBC lub kapitalny show w luksusowym hotelu w Las Vegas w roku następnym. Nie zabrakło też początków kariery, z parukrotnym przywołaniem "That's All Right", czyli pierwszego singla, nagranego jeszcze dla Sun Records. Ale oczywiście przebiegniemy się również przez inne momenty kariery, w których na czele stawki punktowały "Heartbreak Hotel", "Hound Dog", "In The Ghetto" czy "Suspicious Minds". Ponadto sięgniemy ostatniego piętra hotelu w Vegas, gdzie Elvis w zaciszu wykonuje obłędną i niespodziewaną wersją "Can't Help Falling In Love".
Wreszcie, wzruszająca końcówka filmu. Całość w ogóle jej nie zapowiada. Ale jest - i jest niesamowita. Przyznam, momentami trudno się było powstrzymać.
I wynikająca z wszystkiego konkluzja, iż tak naprawdę Elvis nie był szczęśliwym facetem. To szczęście towarzyszyło mu jedynie na scenie. To na niej czuł wolność i bywał sobą. 

P.S. Podziękowania dla Tomka Ziółkowskiego za inicjatywę, chęci i towarzystwo. 
P.S.2 Jest pewna poprawa; środek tygodnia, seans na trzynastą piętnaście, w jednej z sal Cinema City około trzydziestu osób. Wciąż jednak z utęsknieniem wspominam czasy wielkości kina i towarzyszącą mu wymarłą już profesję konika.

a.m.


wtorek, 28 czerwca 2022

another brick in the wall

"Another Brick In The Wall (Part II)" - premiera singla w Zjednoczonym Królestwie punkt w moje imieniny 30 listopada 1979 roku. W Polsce z poślizgiem, ale jakoś podobnie, choć trudno to obecnie sprawdzić. Nie mieliśmy rynku, nie działała u nas na światowo fonografia, nikt niczego nie zapisywał, a premiery płyt odbywały się w systemie: jak się uda. Tłoczenie nośnika często trudno było zgrać z wydrukowaniem okładki. Przykładowo, płyta tłoczona w Polsce czekała na okładkę ze Związku Radzieckiego, a koperty wewnętrzne zamawiano w Czechosłowacji. Niekiedy odwrotnie, albo przy udziale innych krajów. Skomplikowane koprodukcje, których nikt dzisiaj nie zrozumie i nie warto tym sobie głowy zaprzątać.
Mieliśmy w Poznaniu sklep firmowy Tonpressu. Wbity w ścianę Starego Rynku pomiędzy Wodną a Woźną. I na jego szumne otwarcie rzucono tych właśnie Pink Floyd. Był ciepły dzień, na bodaj krótki rękawek, więc na pewno byliśmy światowo z tym singlem spóźnieni, jednak nikt do tego nie przykładał większej wagi. Kolejka wiła się wężykiem po rynkowym bruku i zawijała pod Woźną. Kawał drogi. Ludzi przynajmniej setka, a nikt nie wiedział, ile do dyspozycji płyt. Potem okazało się, że całkiem dużo, skoro sprzedawano jeszcze następnego dnia. Ale w dniu otwarcia nikt nie wiedział, ile jest tych płyt, więc i też nikt nie czuł się spokojnie. Bo oto na przykład, z takimi Queen "The Best Of", nie było już tak różowo. Nie załapałem się, musiałem później szukać z drugiej ręki i nadpłacać - u funfla mojego kolegi. Ale warto było. Do dzisiaj nie zapomnę chwili, kiedy z kolegą grzecznie czekaliśmy na owego spekulanta w jego pokoju, bo ten brał właśnie kąpiel, a w oczekiwaniu na jego łaskawe przybycie grało radio, i w pewnym momencie usłyszałem taki song, że zamarłem. Melodia długo nie dawała wytchnienia. Byłem pod jej mocnym wrażeniem. Dzisiaj to tak, jakbym mógł stanąć na Wenus. Nie śmiejcie się, to byli Bucks Fizz "The Land Of Make Believe". Wtedy pomyślałem: o Jezu, toż to najpiękniejsza piosenka świata. Tak było. Ale to już scena dużo późniejsza, na długo po "Another Brick In The Wall".
Sklep Tonpressu prowadziło pewne młode małżeństwo, a mój Tata nawet znał tę kobietę. Nie miało to jednak wpływu na nic. Nie byłem uprzywilejowany, żadnych rarytasów spod lady, wszystko musiałem normalnie zdobywać, czasem wyszarpywać. Wyszło więc na to, że nie była to żadna Taty super kumpela. I może nawet lepiej. Czułem się z tym uczciwiej. To trochę jak scena w Czterdziestolatku po robaki. Maliniak znał wszystkich, ale honorowo nie dawał się wciskać w ogonek. Jak wszyscy wędkarze, tak i on poczuwał się ambicją swoje odstać. Mnie też później lepiej smakowały wszystkie zdobycze. A pewnie, gdyby jako czternastolatkowi raz dano mi rękę, zapewne po chwili wyszarpnąłbym dłoń, a później wskoczył na głowę.
"Another Brick In The Wall (Part II)" było tak wziętym hitem, że korzystali wszyscy. Bez względu na stylistyczne preferencje. Lubili oddani rocku, ponadto serwowali dyskotekowi didżeje, numer też dzielnie służył jako tło do spotkań przy herbatce. Był wszędobylski. I nie przeszkadzała mi w pewnym sensie jego patologiczna sława. Kochałem całe "The Wall", a "jeszcze jedną cegłę w ścianie" mogłem słuchać do utratku. Młodziaki nie uwierzą, "The Wall" było także swego rodzaju prywatkową płytą. Ludzie się nią zasłuchiwali niemal masowo. Serio. To było niczym czytanie na głos powszechnie wielbionej powieści. Tyle działo się w tej muzyce. Nie można było i nie chciano niczego przegapić. Podczas słuchania w gronie, co rusz ludzie prześcigali się w oznajmianiu znajomości tematu. Jeden przez drugiego próbował zaimponować, iż to on właśnie wie, gdzie i w którym momencie, co się po kolei wydarzy. A że tu helikopter, tam płacz dziecka, tu to, tam tamto...
Kompletnie inni Pink Floyd od wszystkiego dotychczasowego. Fascynujący i jednocześnie produkcyjnie gigantyczni. Jak na możliwości 1979 roku był to wręcz wieloświat.
Co w Wawrzynku pojawił się jeden czy drugi egzemplarz, od razu znajdował nabywcę. Cena nie grała roli. Biedusy odpadały, a zawsze znalazł się ktoś z forsą. 'Pieczątki' nawet nie pojawiały się na stołach, ponieważ wymiatano je od sprzedawców jeszcze zanim ci pomyśleli, by je na nich porozkładać. Chłonność artykułu niewyobrażalna. Gdyby Polska zakupiła licencję na cały album, dopisałaby grupie do certyfikatu sprzedaży przynajmniej kolejny milion. A stawiam, że więcej. Przy ewentualnym nakładowym niedostatku, ludzie w ogonkach by się potaranowali.
Trudno opisać tamtą atmosferę. Obecnie żyjemy w kompletnie innych czasach, a te dawne każdemu dzisiejszemu młodemu człowiekowi, choćby w tak właśnie snutych historiach, wydają się całkowicie odrealnione, że aż niemożliwe.
Na "The Wall" w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym dziewiątym trzeba było wyłożyć majątek. Całe miesięczne pobory. Czyli, w ogóle trzeba było te pieniądze zarabiać. Szkolny smarkacz już na samym starcie był bez szans. No chyba, że miał nadzianych staruszków, rozkochanych w sobie dziadków, albo majętną ciotkę w Ameryce. Moja Ciocia Mania z Bostonu niestety straciła dorobek życia w wyniku pożaru, niestety niewłaściwie ubezpieczonego majątku, przez co skończyła w domu starców, a ja do końca jej życia otrzymywałem na różne okoliczności kartki z życzeniami lub listy z obowiązkowo załączanym jednym dolarem. Klimat trochę jak z "Nieoczekiwanej Zmiany Miejsc". Symboliczny dolc, którego wartość później rozmieniałem na gumy w Pewexie.
Okładka polskiego singla wydaje się bardziej pracochłonna od brytyjskiego oryginału, co wcale nie oznacza lepsza. Po latach dowiedziałem się, że jest ceniona wśród zagranicznych kolekcjonerów. Wiadomo, każdy Flojdziarz lubi te wszystkie ruskie czy de'de'erowskie licencje. Brzydkie, niekiedy szpetne, a jednak dzięki historyczności wartościowe. Ja też nie pozbywam się płyt z dawnych demoludów. Potężnie cenię wszystkie te nasze polskie smaczki, typu Joy Division, New Order, Cocteau Twins, Bon Jovi, Bruce Springsteen, Michael Jackson i wiele innych. Bo trochę jednak tego było.
"Another Brick In The Wall" - dużo dobrych emocji, wartych zapamiętania chwil. W 1979 roku nie potrafiłbym po angielsku zadać zapytania: how are you?, ale jakoś świetnie rozumiałem: "we don't need no education, we don't need no thought control...". Rozumiałem albumowy przekaz, bo zawsze znalazło się paru ludzi, którzy uświadomili, co i jak. Działało na zmysły. Muzyka nie do pokonania. Nic we mnie nie pękło. Wciąż kocham.

a.m.


poniedziałek, 27 czerwca 2022

air supply

Australijska słodycz. Z której strony by nie spojrzeć, trudno to nazwać rockiem, choć od zawsze wtyka się twórczość dwojga tych pop'songowych dżentelmenów do pop'rockowej lub soft'rockowej szuflady, czy jakkolwiek innej, ale koniecznie jakiejś zmiękczonej odmiany rocka. Czyli dziedziny muzyki, o której szorstkość walczyli Jimi Hendrix oraz Janis Joplin, natomiast Air Supply stanowią jedynie za ułożony, dobrze wychowany duet od ekskluzywnych piosenek - skazanych na gustowne aranże, wokalne harmonie oraz nieprzesadnie śliczne, wręcz cukierkowate melodie. I w wielu miejscach świata do dzisiaj dają się sobą podziwiać, podczas, gdy w moim kraju, co już swego rodzaju tradycją, o taki rodzaj śpiewania upraszają się już tylko nieliczni.
Panowie Graham Russell (śpiew/gitara) oraz Russell Hitchcock (śpiew), plus obowiązkowo towarzyszący sekcyjny sztab z gitarami, basem i perkusją. Nawiedzony Andy nigdy nie ukrywał słabości do tego rodzaju muzealnego popu i zupełnie nie robi mu ewentualne niepodzielanie jego gustu.
Zachęcam entuzjastów musicali, choćby spod kompozytorskiej myśli niedawno zmarłego Jima Steinmana lub wielopłaszczyznowego, harmonijnego śpiewania, bliskiego np. estetyce Bee Gees. Inwentarz możliwości panów Russella oraz Hitchcocka przeogromny. Wysoka wartość energetyczna, a przy tym artystyczna, bez najmniejszej iluzji. Znaleźliśmy się w dziale muzyki dobrze rezonującej moim uczuciom, dlatego z żadnej strony nie wietrzę obciachu, a także pod ewentualny obstrzał nie ściskam potrzeby kolekcjonowania argumentów na swoją obronę.
Album "Now And Forever" jest jednym z trzech (obok "Lost In Love" oraz "The One That You Love"), który zyskał oszałamiające uznanie w Stanach, z ponad milionowym wynikiem sprzedaży i niemal połową jego zawartości porozrzucanej po towarzyszących singlach. Prestiżowych, co wypada dorzucić.
Początek lat osiemdziesiątych. Chyba nie mieliśmy prawa liznąć tych rytmów bliżej. Epoka stanu wojennego, śniegu i błota. Brakowało nam wszystkim uśmiechu, a przecież songbook Air Supply potrzebował sporo mniej smutnej oprawy niż ta nasza jedyna reprezentacyjna Sala Kongresowa. W tamtych czasach nie byłoby gdzie u nas pomieścić takiej muzyki. Z szykiem przedstawić, nadać kolorów, by nie straciła niczego ze swego promyku. Może dlatego omijały nas te piosenki. Ale myślę, że nie lubili ich także ci wszyscy napuszeni znawstwem rocka dwójkowo-trójkowi radiowcy. Wychowywali więc naród głównie na Zeppelinach, Genesisach i Claptonie, w przekonaniu jedynej ich słusznej wartości. Wszystko wystające poza szablon to już miałkie, bezwartościowe i odpuść sobie bracie.
"Now And Forever" namiętne, ciepłe, letnie. Wszystkie piosenki w objęcia ukochanej osoby, ale najbardziej znanymi pierwsze cztery od brzegu: tytułowe "Now And Forever" oraz "Even The Nights Are Better", "Young Love" i "Two Less Lonely People In The World". Każda singlowa i każda bijąca o sławę, głównie na amerykańskich, australijskich, kanadyjskich oraz nowozelandzkich listach. Przy czym, nie sugerujmy się nazbyt serio wytypowanymi do sławy przedstawicielkami. Promotorzy zawsze na te single coś muszą wybrać, a my po posłuchaniu całego albumu jesteśmy ustanowieni okazać zaskoczenie, dlaczego w nominacjach do siedmiocalówek poległy "Taking The Chance" bądź "Come What May". Wszak z nich identyczne ładniuśkie cośki, równie klasowo zaśpiewane oraz zinstrumentalizowane.
Cały album elegancki, wytworny, niemal przylegający do pachnącej odzieży, ciepłego pod stopami piasku i okolicznych szosowych palm. Dobrze tym piosenkom w wytwornym towarzystwie oraz przyjaznej atmosferze. Nie ma tu żadnych sprzęgów, rozwalania o woodstockowe deski gitar, nawet manifestowania love and peace, albowiem z tych piosenek już samo w sobie bucha dobrym światem, w którym poczujemy się bezpiecznie.
W Nawiedzonym Studio za emisję czegoś podobnego Słuchacze szybko by się ze mną rozprawili, jednak za tych kilka poniesionych tu słów odstrzału raczej nie przewiduję.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 26/27 czerwca 2022 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek - 26/27 czerwca 2022 (godz. 22.00 - 2.00)
 
98,6 FM Poznań lub afera.com.pl 
realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski


Cztery wspaniale spędzone godziny. Studio Afery, gdy wszystko działa, jak należy (a działało!), wpływa na mnie uzdrawiająco. To nic, że lato i zapewne jest nas mniej, ale prowadzi się program optymistyczniej. W szortach, koszulce, zimną Pepsi pod ręką i najwspanialszą muzyką.
Przeleciały mi te cztery godziny, niczym Express przez Antoninek, ale najważniejsze, byście Wy Szanowni Państwo byli podobnego odczucia.
Jestem dużej wiary na nasze kolejne spotkanie. Jeszcze tylko sześć dni. A ja już zabieram się za zestawianie tracklisty.
Do usłyszenia ...

JANI LIIMATAINEN "My Father's Son" (2022)
- Who Are We - {śpiew Timo Kotipelto}
- My Father's Son - {śpiew Antti Railio}

KREATOR "Hate Über Alles" (2022)
- Become Immortal
- Conquer And Destroy

ALICE COOPER "Brutal Planet" (2000)
- Cold Machines

SAGA "So Good So Far - Live At Rocks Of Ages" (2018) - w październiku zagrają w Berlinie
recorded live at Rock Of Ages Festival, 29 VII 2017, Seebronn, Germany
- What's It Gonna Be?
- Don't Be Late

ICONIC "Second Skin" (2022) - nowość
- Ready For Your Love
- All I Need

DAN REED NETWORK "Let's Hear It For The King" (2022) - nowość
- Let's Hear It For The King
- I See Angels
- Last Day On Saturn

JESSE COOK "Libre" (2021)
- Libre
- Onward Till Dawn - {wokaliza Tamar Ilana}

BEACH HOUSE "Once Twice Melody" (2022)
- The Bells

LIVERPOOL EXPRESS "LEX" (1979)
- When My Boat Comes In
- Last Train Home
- Is Your Love In Vain - {Bob Dylan cover}

STEVE JONES "Mercy" (1987)
- Mercy
- With You Or Without You
- Pleasure And Pain
- Pretty Baby

ROKO "Open Invitation" (1992)
- Heaven
- All Your Love
- Watch Me
- Wine Or Water

JOHN PARR "Running The Endless Mile" (1986) - winyl
- Don't Worry 'Bout Me
- The Story Still Remains The Same (Vices)

STAN BUSH & BARRAGE "Stan Bush & Barrage" (1987) - winyl
- Temptation
- Love Don't Lie
- The Touch

HOUSE OF LORDS "House Of Lords" (1988)
- Love Don't Lie - {Stan Bush & Barrage cover}

STEELHEART "Steelheart" (1990)
- She's Gone

DEF LEPPARD "Diamond Star Halos" (2022)
- Lifeless - {feat. Alison Krauss}






Andrzej Masłowski 
"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 


niedziela, 26 czerwca 2022

stalowe serce

Nastały wakacje. Pełną gębą. I te uczniowskie, i kalendarzowe, co też i te w pogodowej aurze. Wszystko się zgadza. Zapanowała dobra i oby długa chwila, która niech trwa i trwa. Słońce, uśmiech, woda, plaża i fajne dupeczki. No chyba, że ktoś woli się wpatrywać w portret Piłsudskiego.
Na dzisiaj znakomity numer Steelheart "Rock 'N Roll (I Just Wanna)" -- "... nie chcę łazić do budy, czytać i uczyć się. Nie chcę cały dzień pracować za śmieszną stawkę, nie chcę robić tego, co mi każą, chcę po prostu rock'n'rolla...". I o to właśnie chodzi. Nie po to dostaliśmy życie, by je spatałaszyć na coś, czego nie chcemy.
Oczywiście w obecnych realiach namawianie Szanownych Państwa do takiej postawy jest dalece demoralizujące, ale Nawiedzone Studio właśnie od tego, by mieć w kufrze konwenanse. Naciskam więc na rock'n'rolla! Naciskajcie i Wy.

Kapitalny albumowy start Steelheart, longplay "Steelheart" z 1990 roku. Pomału glam metal przechodził do zamrażarki, a tu na horyzoncie taki oto mocno spóźniony debiut. Z kapitalnymi muzyki w zespołowych szeregach. Niesamowity wydzierus Miljenko Matijevic - urodzony w Zagrzebiu Jugosłowianin, po zmianach systemowych oraz granic Chorwat, a tak naprawdę szybko znaturalizowany Amerykanin. Wszak ze swoimi staruszkami przeniósł się do krainy marzeń w wieku sześciu czy siedmiu lat. Posłuchajcie, jak śpiewa, a raczej ekscytująco wydziera, choćby w "Love Ain't Easy", "Can't Stop Me Lovin' You" czy piekielnie cudnej balladzie "She's Gone" ("...odeszła z mojego życia, a ja nie potrafię żyć bez jej miłości..."). I o takich sprawach wije się tu po całej płycie. Liryczne bzdurki na linii on-ona, ale jakże ważne. Szczególnie, gdy się poszukuje lub jest się po stracie. 
Rozkręciłem Steelheart pod wytrzymałość stropów. Tynki zachrupały, gówniarstwo od rapu przeniosło się kilka klatek obok, nawet wzburzyła się woda w wazonie na parapecie. Oznacza to, iż Chris Risola dobrze solówkuje pod dyktando rytmu drugiego gitarzysty, Franka DiCostanzo, a John Fowler sprawnie naciera po garach.
Nie obiecuję tej muzyki w dzisiejszym Nawiedzonym. W ogóle nie obiecuję niczego, ponieważ w razie zmiany planów głupio byłoby przyrzeczonego słowa nie dotrzymać. Niemniej liczę na nasze dzisiejsze wspólne przy odbiornikach spotkanie.
Start 22.00 na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
Do usłyszenia ...

a.m.