środa, 15 czerwca 2022

mr. roboto

Andy ponownie ma dla Was Styx. I znowu z siódemki. Tym razem singiel schyłkowego okresu pierwszej fazy działania grupy. Potem nastąpiła siedmioletnia przerwa, choć jeszcze po drodze doszedł świetny live "Caught In The Act".
"Mr. Roboto" - w USA w lutym 1983 (3 miejsce na Billboardzie), w Europie miesiąc później (nienotowany w Top 40). Otwieracz dla albumu "Kilroy Was Here". Niesamowita piosenka. Kompletnie inna od wszystkiego dotąd zaprezentowanego przez Styx. Mamy odejście od rockowego schematu, jest nowocześnie, syntezatorowo, dopasowanie do światowej ekspansji klawiszowego rocka. Dochodzą vocodery i różne inne przetworniki plus cała bateria najnowocześniejszych dobrodziejstw ówczesnej techniki. Wreszcie, jest porywająca melodia, swobodnie radząca sobie na gruncie futurystycznego świata. Kto wie, czy takiego właśnie nie doczekamy. "Kilroy" to robot, którego osadzono w więzieniu za rock'n'rolla, a wpakowali go tam wrogowie takiej muzyki.
Wielu starszych fanów kręciło nosem, ponieważ Styx stali się pupilkami poranno-popołudniowych pasm radiowych, no i prysł czar dawnych prog/rockowych ambicji. Co istotne, przede wszystkim spodobało się młodziakom, a więc dobił do grupy nowy elektorat odbiorców.
Jak wiemy, w Styx przemiennie śpiewali Dennis DeYoung oraz Tommy Shaw. We wczoraj zaprezentowanym "Boat On The River" pierwsze wokalne skrzypce nadawał Tommy Shaw, natomiast w dzisiejszym "Mr. Roboto" Dennis DeYoung. Ten drugi był zresztą w Styx'ach traktowany jako wokalny przewodnik. Shawowi przydzielano nieco skromniejszy zasób repertuaru.
Zaskakiwała strona B singla, utwór "Snowblind". Znakomity, lecz był to jednak temat dotyczący poprzedniego i innego w nastroju albumu "Paradise Theater".
Dobrego odbioru!

a.m.


wtorek, 14 czerwca 2022

boat on the river


Dzisiaj coś z siódemki. Dobrze wspomnieć stare dzieje. Pierwszą w życiu poznaną piosenkę Styx - "Boat On The River". Pod koniec 1979 roku zacumowała na albumie "Cornerstone" (jako ostatnia na stronie A), z kolei w marcu 1980 na singlu. Lecz tylko w Europie. W Stanach nie wydano. Dziwne. Najlepsza rzecz, a Jankesi się nie zorientowali. Za to utrafili z "Babe" - 1 miejsce na liście singli. I trochę ważne z tym, co podkreśliłem wcześniej, że "Boat On The River" zamykało pierwszą albumową stronę. Najsłabsze jakością nagranie na płycie. A tu, aż się prosiło o moc. Niestety, nie było jak poszerzyć rowków, a igła kręciła się po ściśniętym tuż przy labelu obwodzie, i co wiemy, im on szerszy, tym lepszy. Im ciaśniej, tym słychać więcej szumów z rowków niż muzyki. Dlatego średnio na pięć numerów, winyl zazwyczaj gwarantuje najlepszą jakość pierwszym dwóm-trzem. Potem już coraz słabiej. Ciszej i trzaskliwiej. Aby zachować równowagę, trzeba by drugą część winylu wytłoczyć metodą przewidzianą dla maksi singli, czyli szerokorowkową i przy zmianie obrotów z 33 1/3 na 45 RPM, a niestety już miejsca brak.
"Boat O The River" - zasłuchiwałem się. Przecudowną, o ogniskowym rytmie trzyminutową pieśnią, której całość doprawiały mandolina, cytra autoharfowa, akordeon oraz rozmarzony, a nawet posmutniały głos Tommy'ego Shawa. Zawsze faceta lubiłem. I nic się pod tym względem nie zmieniło. Nawet, kiedy Tommy uciekał od Styx i flirtował z country. Bo i tam bywało naturalnie, i to też było takie jego. Tommy władał, i włada nadal, przeróżną amerykańskością, a co istotne, nigdy na tych frontach nie poległ. Jego ciepły, nigdy niewrzeszczący, acz zarazem silny głos, idealnie nadawał się do ballad, miękkiego hard rocka, jak również tradycyjnego folku. Bo i tego folku było równie sporo w wyróżnionym na dziś "Boat On The River". Wspaniała piosenka. Taka niedająca się znudzić. I wciąż, gdy jej słucham, przypominam sobie, jakie potężne wrażenie wywoływała na mnie, kiedy miałem tych czternaście-/piętnaście lat. I już wtedy słyszałem tę tytułową łódkę płynącą po rzece, a przecież nie znałem nawet kapki angielskiego. Bo to jednak tak sugestywne coś.

a.m.


poniedziałek, 13 czerwca 2022

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 12/13 czerwca 2022 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek - 12/13 czerwca 2022 (godz. 22.00 - 2.00)
 
98,6 FM Poznań lub afera.com.pl 
realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski


Dobra wiadomość, jestem po rozmowie z Naczelnym, będzie nowy odtwarzacz. Nie wiem, czy już na tę niedzielę, czy na kolejną, albo na jeszcze kolejną, ale będzie. Zebrał się sztab kryzysowy, ma wybrać odpowiedni model, nowy, na gwarancji, stosowny do potrzeb radia. Na samą myśl merdam ogonem. Trzymam kciuki. Przy okazji dziękuję grupie zaangażowanych Słuchaczy - jesteście wspaniali. Jak to w takich sytuacjach bywa, i co życie niepierwszy raz uczy, w sprawę zaangażowali się (włącznie z chęcią materialnej 'wspomogi') ludzie empatyczni, o otwartym sercu, moi fani, i niekoniecznie z na co dzień bizantyjsko przeładowanymi portfelami.
Genialna muzyka do "Top Gun Maverick". Nie po raz pierwszy wielki Hans Zimmer. Niczego nie ujmując wszystkim pozostałym - m.in. Harold Faltermeyer czy Lorne Balfe. Świetnie mi się tego wczoraj z Wami, Drodzy Państwo, słuchało. Kupcie sobie tę płytę i koniecznie wbijajcie do kin. Nie czytajcie odstręczających recenzji. Krytycy smędzą, bo mają za dobrze w dupskach. Poza tym, płacą im za kąśliwe teksty, ponieważ te najlepiej się sprzedają. Lubimy poczytać, że komuś nie wyszło. Taka ludzka natura. Ale niech nikt i nic nie odbiera nam kina. Możliwości na pełen ekran oraz konkretnego volt'pierdolnięcia. Odstawcie te cholerne, mikrobusowe komputerki, bez dźwięku i mocy. Te wszystkie netflixy, apple i inne za psie grosze pochłaniacze czasu. Filmy trzeba w kinie. Jest różnica w smaku pomiędzy kurczakiem z mikrofalówki a tym z KFC. I tym samym, średnio dwie godziny na dużym ekranie, przemawia na korzyść biletu za prawie trzy dychy. Bodaj w środy kina tańsze. Zapychajmy je chociaż tego jednego dnia w tygodniu, albowiem mogą nadejść czasy, kiedy bardzo pożałujemy, że tam, tuż za rogiem, kiedyś było fajne kino, a teraz stoi kolejna Biedronka. I pozostaną już tylko stare widokówki, łezka wspomnień oraz świadomość, że dobre nigdy nie wróci. To tak, jak z płytowymi sklepami. Pomału odchodzą, ale odchodzą bezpowrotnie. I to wszystko tylko nasza wina. Nie próbujmy się niczym wybielać. Zło tego świata budujemy tylko my.
A co do powyższego soundtracku, porada cenowa. Najtaniej na swiatksiazki.pl -- I nie dawajcie się kiwać żadnym Empikom. To są Wasze bejmy, ciężko na nie pracujecie. A tu takie naciągactwo w biały dzień. Kultura polegająca na ograbianiu Waszych portfeli. Legalnie, bez przystawiania lufy do skroni.
Oto, jak to działa. Proszę bardzo, podaję ceny dla wybranego przykładu - dla soundtracku "Top Gun Maverick":
1) Empik - cena w salonie 64.99 zł
2) Empik Premium (taki łajdacki i wcale niedarmowy system, a wciskany masom, jako super okazyjny) - cena poprzez empik.com lub z aplikacją w salonie: 56,99 zł
3) sieć Świat Książki - bez żadnych aplikacji czy innych cwaniackich podchodów: 47,99 zł
Po prostu, zamawiamy, następnego dnia odbieramy, i to jest normalna cena. Bez żadnych manipulacji. I tak bywa niemal w każdym przypadku na linii obu tych sklepów. Niestety, znam paru osobników, nie wiem czym oślepionych, do których nie przemawiają żadne argumenty. Bronią tego paskudnego Empiku, nie chcąc oddać racji i objawić własnej porażki. Władowali się w pakt, za który zapłacili haracz, gwarantujący im niby zniżki. I nieprzerwanie Empikowi dają dupy. A niech Wam w ich salonie zabraknie dziesięciu groszy, nie liczcie na łaskę. Sieć bezwzględna i z perfidią manipulująca ludzką ufnością, podobnie, jak te wszystkie spożywcze Żabki - z cyklu: kup dwa, a niby taniej. Reklama czyni swoje, a my leniwym narodem jesteśmy. Pomimo, iż ciągle na dorobku.
O najnowszych Beach House oraz Janim Liimatainenie chyba sporo było, więc zwalniam się z dodatkowego opisu. Reszta wierzę też Szanownych Nawiedzonych nie rozczarowała i być może zasiądą do odbiorników kolejnej niedzieli. Będzie mi przemiło. Czekam, tęsknię, do usłyszenia ...

MICHAEL SCHENKER GROUP "Universal" (2022) - szkoda, że nie poszło, od początku się zacinające "Under Attack".
- Emergency - {śpiew Ronnie Romero, natomiast bębny Simon Phillips}

DEF LEPPARD "Diamond Star Halos" (2022)
- Gimme A Kiss That Rocks

FORTUNE "Level Ground" (2022)
- Riot In The Heartland

JANI LIIMATAINEN "My Father's Son" (2022)
- Into The Fray - {śpiew Timo Kotipelto}
- I Could Stop Now - {śpiew Anette Olzon}
- Side By Side - {śpiew Pekka Heino}

OST "Top Gun" (1986)
KENNY LOGGINS - Danger Zone

OST "Top Gun Maverick" (2022) - muzyka Hans Zimmer + Harold Faltermeyer i Lorne Balfe
- Main Titles (You've Been Called Back To Top Gun)
- Dagger One Is Hit / Time To Let Go
- Tally Two / What's The Plan / F-14

JULEE CRUISE "Floating Into The Night" (1989) - Julee Cruise in memoriam
- Mysteries Of Love
- I Float Alone

BEACH HOUSE "Once Twice Melody" (2022)
- Sunset
- Finale
- Hurts To Love
- Many Nights

BON JOVI "Slippery When Wet" (1986) - Alec John Such in memoriam
- Livin' On A Prayer

BON JOVI "7800° Fahrenheit" (1985) - Alec John Such in memoriam
- Price Of Love
- The Hardest Part Is The Night

BON JOVI "Keep The Faith" (1992) - Alec John Such in memoriam
- Fear
- Save A Prayer

MANOWAR "Kings Of Metal" (1988) - Ken Kelly in memoriam
- Kings Of Metal - (nie w całości, haczyło)
- Heart Of Steel
- The Crown And The Ring (Lament Of The Kings)
- The Warriors Prayer
- Blood Of The Kings

WISHBONE ASH "There's The Rub" (1974)
- Persephone
- Lady Jay

UK "Night After Night" (1979)
- Night After Night
- Rendezvous 6:02
- Nothing To Lose

TRAFFIC "John Barleycorn Must Die" (1970)
- Freedom Rider


Andrzej Masłowski 
"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 ===========================

 

 Trochę schyłkowej wiosny oraz odpornej na wszystkie pory roku architektury ...








niedziela, 12 czerwca 2022

zapraszam wieczorem na moje FM

Odeszli Julee Cruise, Ken Kelly i Alec John Such. O wszystkich słówkiem wspomnę w dzisiejszym Nawiedzonym. Będzie przemiennie - nastrojowo i hałaśliwie. Przymuszają do tego okoliczności oraz mój temperament.
Szkoda, że poznański występ Beach House odwołany. Ale od czego ich nowy album. Podwójny. Mnóstwo muzyki, w tym kilka fenomenalnych piosenek. Trochę opóźniona premiera. Nie znam powodu. Na świecie w lutym, u nas dopiero pod koniec maja. Szkoda, że coraz częściej nie trzymamy rytmu normalnego świata. Odstawiane premiery płyt, do tego większość katalogu wydawniczego w polskim obiegu niedostępna, niewyprzedane koncerty, puste kina, jednymi słowy: dużo do poprawy. Szwankuje edukacja. Myślimy o planecie (i dobrze), o zdrowym odżywianiu, o eko-odzieży, eko-fryzjerach, o sferach bio i recykling, ale przede wszystkim dajemy się zaszczuwać wszelakim behawiorystom, żyjąc pod ich dyktanda, a tuż obok bywamy ślepi na ludzi wolnych, na artystów. To im, pod płaszczykiem skromnego budżetu, najbardziej żałujemy - za muzykę, film czy malarstwo. To droga donikąd. Z taką postawą nigdy nie wyjdziemy z narosłej bylejakości.
Koncert Jethro Tull był dwukrotnie przekładany. Dopiero trzeci, niekwidowy termin, trafiony. A mimo wszystko, przez tak długi czas nie udało się do szczętu zapełnić półtoratysięcznej Sali Ziemi. Bolało więc, w sumie, w skali ogólnej może nawet i nie tak wiele, ale jednak zawsze tych kilkadziesiąt niezapełnionych krzesełek.
Wiecie Kochani, co się w live'ach sprzedaje? Trzymajcie się mocno - rap i hip hop. Tam nie ma pustek. Ta muzyka, na której dźwięk aż chce się skoczyć z mostu, ma wierną publikę. We frekwencji godną pozazdroszczenia. Oni nigdy nie zawodzą. Nie istnieje pojęcie 'niedoprzedanego' koncertu rapowego. Daje do myślenia. Rockowa gwardia chroni jajca pod własnym polem karnym, zestrachana naporem idoli naszych synów. Wymiana pokoleń bolesna. Szczególnie dla mnie. Dla obrońcy rocka. Bo przecież w muzyce niczego lepszego nie wymyślono. Ale nic nie jest wieczne. Kiedyś trzeba zdjąć żółtą koszulkę.
Przyjemny remis w Rotterdamie z Holandią. Mocno fuksiarski, ale to szczęście jednak trzeba mieć. Po blamażu z Belgią lekkie odbudowanie i znowu można spojrzeć orłowi prosto w dziób. Obejrzeliśmy z Tomkiem, popijając czarnym Jaśkiem. Cudowny płyn. Oby przy żadnej innej okazji nas nie opuszczał. Dopóki siła i zdrowie.
Dzisiaj o 22-giej na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl - jak komu wygodnie. Będzie mi bardzo przyjemnie, jeśli wygram z telewizją, przedwczesnym zanurkowaniem w wyrku lub innym brakiem chęci.
Do usłyszenia ...

a.m.


środa, 8 czerwca 2022

Top Gun Maverick

Przeczytałem, że "Top Gun Maverick" do tej pory zarobiło na siebie ponad pół miliarda dolarów, a na wczorajszym na piętnastą trzydzieści seansie w Cinema City pustki. Tylko my z Tomkiem i nasze dziewczyny. Cztery osoby, jeśli nie policzymy kinooperatora i pani otwierającej wrota po zakończeniu seansu. 
Umierające kina. Co za czasy. Pandemia otworzyła drogę lenistwu. Wszystkie netflixy z klubrami w laptopach. Naprawdę te kurduplowate komputerki, bez dźwięki i emocji dużego ekranu, lepsze? Czy tak nisko upadliśmy, że z prawdziwym rozmachem konkurują jakieś wypierdki? Niech ktoś wytłumaczy, nie pojmuję.

Nie można odpuścić "Top Gun Maverick", jeśli kochacie pierwsze "Top Gun". Film z najlepszym soundtrackiem wszech czasów. Żaden inny nie doczekał lepszych piosenek. Inna sprawa, że w Mavericku piosenek prawie nie ma. W scenie barowej, jeden z przywołujących dawne wspomnienia Mavericka bohater, śpiewa i gra na pianinie "Great Balls Of Fire" Jerry'ego Lee Lewisa, a w scenie plażowej, skoczni OneDirection i piosenuleczka "I Ain't Worried". Chyba jedyny klatki klaps, gdzie dało się ten numer wsadzić. No i Lady Gaga, w zaszczytnej roli, na deser, w finałowym songu "Hold My Hand". Świetna. Czekam na CD, zamówiłem w Świecie Książki, bo empik.zawszedrogo.com znowu o dwie zawyżone dychy przestrzelił.
I jeszcze ci najważniejsi - panowie Hans Zimmer i Harold Faltermeyer. Tego drugiego pamiętacie? Tak tak, to konstruktor przecudownego tematu "Anthem". Absolutnego muzycznego 'króla balu' pierwszej części misji Mavericka. I ta gitara Steve'a Stevensa, uciszająca zapędy wszystkich, którym wtedy wydawało się, że to oni po plecach poklepują innych. Jak dobrze, że filmowcy nie zapomnieli i dali temu kawałkowi drugie życie. Wciąż wzrusza, i chyba nie tylko mnie. Cóż za motyw! Jedno z najobłędniejszych ślizgów po strunach ever!
Jest jeszcze jedna powtórka - Kenny Loggins "Danger Zone". Kolejny killer'song. Nigdy się nie znudzi. I jeszcze dużo, dużo muzyki ilustracyjnej, zorkiestrowanej, pieczołowicie dopasowanej do różnych etapów całej tej opowieści.
Tom Cruise (czyli Maverick) ma swoje lata, ale to cały czas cholernie przystojny i uroczy, a jednocześnie niziuteńki facecik. Z tym nieodstającym czarującym uśmiechem, na który, gdybym był kobietą, poleciałbym w zapomnieniu.
Wątek sercowy jest, acz nieszczególnie rozbudowany. Tutaj interesująca Jennifer Connelly. Nie ma więc dawnej Kelly McGillis. Zestarzała się zbyt szybko, więc ponoć twórcy filmu nawet jej nie zaproponowali. Brutalne, ale u boku fajnego facia nikt nie szuka podstarzałej mamuśki.
Jest jeszcze Val Kilmer. Świetny, jak to on, choć już tylko w roli schorowanego i wkrótce umierającego admirała. A więc to jedynie rólka, subtelny epizod, a jednocześnie wspaniałe nawiązanie do pierwszego "Top Gun". Takowych jest więcej i fajnie je wyłapywać już na własną rękę. Nie podpowiem, nie wolno spoilerować.
Zapewniam, w dzisiejszym kinie nie ma gremialnego chrupania popcornu i siorbania w słomkę. W zamian bywa nastrojowo, przy dobrych głośnikach oraz ekranie oddającym masyw chmur, gór, wąwozów, kanionów, rzek i lasów, a więc miejsc, gdzie odbywa się znaczna część akcji Maverick'owego Top Gun. Przyjemnie popatrzeć na rozgrzane do czerwoności myśliwce, igrające z prawami fizyki i ludzką wytrzymałością. Wzruszająco też jest, a jakże. Nie ma obawy. Takich filmów nie robi się tylko dla twardzieli. Co jeszcze? Ano uśmiechniecie się i łezkę też uroicie. Macie to u mnie.
Na mój, masowego odbiorcy gust, film świetny. Idźcie. Sami, albo najlepiej z paczką przyjaciół. Posłuchajcie starego druha Masłowskiego. I oszczędźcie sobie zadzierania nosa krytyków, nie czytajcie ich recenzji. Oni zawsze mają jakiś problem. Powszechnie wiadomo, miażdżące recenzje dobrze nakręcają spiralę biznesu. Tych piszących, rzecz jasna. Nie pojmuję tylko, dlaczego ich niezadowolenia wzbudzają szczególne zaufanie. Niech nikt nam nie próbuje burzyć dobrej zabawy. A tej "Top Gun Maverick" dostarcza na cały ekran. Misja, pasja, miłość, przyjaźń, zażyłość, rywalizacja, niebezpieczeństwo, dobre zakończenie. Niech młodziaki popatrzą, na czym to polega. W szkołach tego nie uczą. Niewiarygodne, że tak szybkie kino ich nie rusza. Wolą te głupiutkie na niby strzelanki w objęciach dżojstików. Tak nastało. Każdy ma swój świat. Ja wolę ten mój. Jak dobrze, że urodziłem się w sześćdziesiątym piątym ubiegłego stulecia. Nawet przez chwilę nie żałuję.

a.m.



poniedziałek, 6 czerwca 2022

3 x Boss

Na samą myśl o nadchodzącym hamburskim koncercie Springsteena, chwyciłem za parę dawno nietykanych kompaktów. A, że w poprzednim wpisie Steve Earle wpuścił mnie w ponury nastrój, tu też nie będzie inaczej.
Trzy albumy: "Nebraska", "The Ghost Of Tom Joad" plus "Devils & Dust". Mają sporo cech wspólnych, choć żaden niczego nie powiela.

W 1982 roku "Nebraska" była sporym zaskoczeniem. Rockowy dotąd Springsteen, tym razem stonowany, akustyczny, z mrocznymi historiami, nierzadko kryminalnymi - aresztowania, procesy, wyroki dożywocia... Maestro odważnie zadeklarował, że na tym świecie nie ma nic poza podłością. Wyrwane cytaty wymowne: "niech ogolą mi głowę i postawią pod murem", albo: "po drugiej stronie autostrady widać blask naszych nieodpokutowanych grzechów". Płyta mroczna, pełna beznadziei. Tytułowa "Nebraska" oparta na historii dziewiętnastoletniego mordercy, który wraz z czternastoletnią dziewczyną dokonali szeregu morderstw. Ale przede wszystkim najbardziej osławione "Highway Patrolman". Rzecz o tym, że nawet będąc gliną, pozwolisz uciec bratu, gdy ten popełni zbrodnię. Z kolei numer "State Trooper" opowiada o biednym pracowniku fabryki, którego nędza doprowadza do szaleństwa. Facet wraca po robocie do domu, po czym morduje dziecko i żonę, po chwili sam popełnia samobójstwo. I taka jest "Nebraska". Jedna z wielu płyt rocka pozbawiona słońca. Springsteen tu wszystko sam - śpiewa, obsługuje gitarę, Hammondy i jeszcze parę innych instrumentów, ponadto spełnia się w roli albumowego producenta. 

Podobnie minimalistyczne w użyciu środków jawi się sporo późniejsze "The Ghost Of Tom Joad". Tu blisko, jak na Nebrasce, Springsteen nie podnosi głosu, nie skanduje, nie krzyczy. Rzadko jest powyżej mruczenia, niekiedy szeptu czy zawodzenia. Najlepiej czuje się z gitarą akustyczną, ale przemyca też harmonijkę, klawisze, skrzypce i akordeon. Na tym ostatnim, Danny Federici.
Chyba nie takiej płyty oczekiwali fani, których po serii rockowych dzieł zauważalnie zaskoczył taki przystanek. Sprzedaż płyty nie powalała, i to było recenzją tłumu.
Tym razem Boss mocno pro-społeczny, zainspirowany literaturą epoki Wielkiego Kryzysu, ale też odpowiednimi filmami, co też publikacjami prasowymi.
"The Ghost Of Tom Joad" i "Youngstown" rysują bezlitosny obraz niesprawiedliwości w sferze gospodarczej. Z kolei "Galveston Bay" i "The Line", dotykają kwestii rasizmu, a "Sinaloa Cowboys", "The New Times" czy "Balboa Park" to miniaturowe opisy życia i śmierci. 

Zostaje nam jeszcze "Devils & Dust". Tutaj teksty podnoszą kwestie związków międzyludzkich. O tym, co nas dzieli, a co zbliża. Natomiast tytułowe "Devils & Dust" to wyszeptany monolog żołnierza dzierżącego karabin na froncie.
Kolejna oszczędna w instrumentarium płyta, acz na koncertach tamtego okresu aż roiło się od potrzebnej maszynerii. Obok akustycznej gitary, były też fortepian, bandżo, syntezatory, nawet magnetofon - w celu nadawania zapętlonych podkładów.
Do teraz przejmuje finałowy song "Matamoros Banks" - opisujący utonięcie meksykańskiego imigranta. Tutaj Boss najpierw ilustruje jego martwe ciało, a dopiero potem wraca do czasów rozstania z ukochaną.
Polecam też "Leah" - z trąbką Marka Pendera. Faceta znanego ze współpracy z innym "Springsteenem" - Southside Johnnym.

Te płyty to mocno inny Boss. Odstawiający nogę od radio przychylnych płyt, typu: "Born In The U.S.A.", "The Rising" czy niedawne "Western Stars". I choć każda płyta Mistrza bywa wymagająca, zarówno do posłuchania i przeczytania, tak jednak powyższe trzy od razu uprzedzę, nie wpadną w ucho przy pierwszym podejściu. 

Po takim repertuarze rozpoczynam 'wert' po półkach mniej posępnych.
Do następnego ...

a.m.


the low highway

Dzisiaj coś z wiosny 2013. Andy tym razem serwuje ponury country/blues rock -- album Steve Earle & The Dukes (& Duchesses) "The Low Highway".
Teksańczyk Earle wie, o czym śpiewa i nikt nie musi go pouczać. Jego bujny życiorys nadawałby się na niejeden trzymający w napięciu film; muzyk siedmiokrotnie żonaty, ze trzydzieści lat temu aresztowany za posiadanie heroiny, nawet skazany na rok paki, choć ku jego szczęściu zwolniony po kilku tygodniach i poddany leczeniu. To tylko jeden z wielu epizodów, nie zawsze przykładnego życia. A zatem, kolejny muzyk chadzający krętymi drogami, którego już na starcie doceniał Johnny Cash, a później jeszcze akademia muzyczna, trzykrotnie przyznając Grammy.

"The Low Highway" to jedna z wielu płyt Earle'a, a jednak na swój sposób szczególna. Rozprawka nad wszystkim, co naszego bohatera irytuje i z czym trudno się ot tak zwyczajnie pogodzić. Zamiast skulić się w tchórzostwie, jak ta skichana strachem mysz, woli w mocnych tekstach i bliską teksańskiej przynależności muzyką.
Dobry początek - naznaczone skrzypcami i stalowymi strunami akustycznego gitarowego pudła "The Low Highway". Wynika z niego, iż wszystkie jutrzejsze nieszczęścia pochodzić będą z dzisiejszych zaniedbań. Rock'zadziorne "Calico County" to rzecz o chłopaku z małego miasteczka bez perspektyw, którego ojciec codziennie do pracy wyrusza więziennym autobusem, a i jego młodszy brat ima się złodziejstwa.
Z opatrzonego w tytule atmosferą ostatniego dnia karnawału "After Mardi Gras", w pierwszych słowach usłyszymy: "widzisz ten cień na ścianie? Nie wyglądam na nim, jak ja. To najsmutniejszy kształt, jaki kiedykolwiek widziałem". A w a'la Springsteen'owskim "21st Century Blues", Earle gorzko: "oto znalazłem się w dwudziestym pierwszym wieku i muszę powiedzieć, że wcale nie jest tak fajnie, jak miałem nadzieję, że będzie. Żaden człowiek nie mieszka na Księżycu, podobnie na Marsie, i gdzie do cholery jest mój latający samochód?" Cóż, nie ma niczego, co obiecywano. Serce Ameryki płonie. Brakuje miłości, każdy żyje sam sobie, nikim się nie przejmując. Temu wszystkiemu towarzyszy zabrudzony, szorstki i gorzki głos, w którym nie słychać słońca. Inna strona wymarzonego świata.

a.m.