poniedziałek, 6 czerwca 2022

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 5/6 czerwca 2022 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań








"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek - 5/6 czerwca 2022 (godz. 22.00 - 2.00)
 
98,6 FM Poznań lub afera.com.pl 
realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski


DEF LEPPARD "Diamond Star Halos" (2022)
- Kick
- Goodbye For Good This Time

THUNDER "Dopamine" (2022)
- Across The Nation

JETHRO TULL "Catfish Rising" (1991) - wciąż myślami przy kapitalnym poznańskim koncercie
- Doctor Of My Disease

JETHRO TULL "Rock Island" (1989)
- Heavy Water

HEATHER FINDLAY "Wild White Horses" (2019)
- Winner - {gościnnie na flecie Ian Anderson}


MICHAEL SCHENKER GROUP "Universal" (2022)

- Calling Baal - {instrumentalny / instrumenty klawiszowe obsługuje Tony Carey}
- A King Has Gone - {śpiew Michael Kiske}
- Wrecking Ball - {śpiew Ralf Scheepers}
- London Calling - {śpiew Ronnie Romero}

VINNIE VINCENT INVASION "All Systems Go" (1988) - znowu nie byłem na Kiss, ale ex-Kiss'owy Vinnie powymiatał w Nawiedzonym
- Love Kills
- That Time Of Year


PETER GOALBY "I Will Come Runnin' " (2022)

- I Will Come Runnin'
- A Brand New Love
- A Little Piece Of Heaven

JOHN PARR "Man With A Vision" (1992)
- It's Startin' All Over Again - {na gitarze Peter Goalby / na instrumentach klawiszowych Paul Hodson}

BRUCE SPRINGSTEEN "Letter To You" (2020) - 15 lipca 2023 Boss zagra w Hamburgu. Wybieramy się z Tomkiem Ziółkowskim. Tomek szaleniec kupił już bilety.
- House Of A Thousand Guitars

BRUCE SPRINGSTEEN "Western Stars" (2019) - w Hamburgu szykuje się stadionowe szaleństwo. Okres przygotowań do niego uważam za otwarty.
- Tucson Train
- There Goes My Miracle
- Moonlight Motel

OST "Road House" (1989)
THE JEFF HEALEY BAND - When The Night Comes Falling From The Sky - {Bob Dylan cover}
PATRICK SWAYZE - Raising Heaven (In Hell Tonight)


THE JEFF HEALEY BAND "See The Light" (1988)

- River Of No Return
- Someday, Someway
- I Need To Be Loved

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA "Discovery" (1979) - we wtorek 31 maja br. album obchodził 43-lecie.
- Confusion
- Last Train To London

JETHRO TULL "Aqualung" (1971)
- Aqualung

SWEET "Sweet Fanny Adams" (1974)
- Set Me Free
- Sweet F. A.
- AC-DC

STARSHIP "No Protection" (1987) - Jula!
- Nothing's Gonna Stop Us Now

STEELHOUSE LANE "... Slaves Of The New World ..." (1999)
- All I Believe In
- The Nightmare Begins - {Streets cover}

BRIAN MAY "Another World" (1998 / reedycja 2022)
- All The Way From Memphis - {Mott The Hoople cover}


Andrzej Masłowski 
"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



niedziela, 5 czerwca 2022

21 guns

W krótkim czasie kolejna okładka Hugh Syme'a. Projektanta tworzącego m.in. dla Rush, Dream Theater czy Fates Warning. Tym razem jednak nie foto, a bliższy koszuli Syme'a - graficzny surrealizm. Pamiętajmy, że nie tylko muzyka należy do świata imaginacji. Często jej pomagają stosowne okładki.
Przed nami debiut 21 Guns. Świetna rzecz, choć w Polsce kojarzona jedynie przez fanatyków gatunku. Grupa będąca mieszanką różnych nacji, oficjalnie jednak przynależna Kalifornii, a utworzona przez Scotta Gorhama (ex-gitarzystę Thin Lizzy, w ostatnich latach Black Star Riders), który po epizodzie z projektem Phenomena zgarnął stamtąd kilku interesujących muzyków, montując kadrę do grania klasycznego-, jak i niekiedy wyciągającego dłoń ku metalowi hard rocka. I oto oni wszyscy:
Thomas La Verdi - śpiew (ex-A440, w ostatnich latach L.R.S. - czyli panowie La Verdi, Ramos i Shotton)
Scott Gorham - gitara (ex-Thin Lizzy / Black Star Riders)
Leif Johansen - bas, instrumenty klawiszowe (mamy go w kilku nagraniach albumu A-ha "Scoundrel Days")
Mike Sturgis - perkusja (później w Wishbone Ash / Asia)

Już sama obecność Gorhama stoi gwarantem gitarowej jakości. I tak też jest. Producent Chris Lord Alge wydobył tu każdy musk, zgrzyt, przester, oraz szarpanie jego metalowego pazura. Rozkosz dla podniebień mych uszu.
Bardzo ciekawe melodie w szponach porywającego hard rocka.
Najlepsze chwile: mocne "Knee Deep" i zaopatrzone w ładną melodię "These Eyes". Tak się składa, że to absolutny początek albumu. Ale później też się dzieje. Miła ballada "Marching In Time" + numery: "Just A Wish", "Tell Me" czy "No Way Out", one również nie odstawiają nogi. I nie pozostawiają złudzeń, iż tej płyty nie da się ot tak odstawić na półkę zapomnienia.

Kolejny album, "Nothing's Real", tyciu debiutowi ustępujący i z innym wokalistą. W miejscu La Verdiego, Hans-Olav Solli. Czyli, po prostu Solli. Tak zresztą Norweg prosił się tytułować. Polecam posłuchanie, a na dokładkę koniecznie jedyna płyta grupy Greenhouze "Greenhouze" (2005) - notabene, z jego udziałem.
Na "Nothing's Real" powinien uwagę przykuć cover Thin Lizzy "King's Vengeance", natomiast z repertuaru zespołowego, od narodzin tej płyty najlepiej mi wchodzą: "Movin' On" oraz "The Otherside". 

a.m.


sobota, 4 czerwca 2022

brawo Iga!



Mazurek Dąbrowskiego w Paryżu. Łzy wzruszenia po każdej ze stron. Roland Garros na biało-czerwono. Brawo Iga. Drobniutka, a jednak wielka. Powinszowanie od Nawiedzonego Studia!

a.m.



czwartek, 2 czerwca 2022

no protection

Chyba każdy widział reklamę sieci Jula, z wykorzystaniem hitu Starship "Nothing's Gonna Stop Us Now". Jak Wam się podoba? Dla mnie bomba. Nie dość, że z jajcem, to jeszcze dobrą muzyką. Ale wiem wiem, wszystkie dzieci kwiaty, które przy "Białym Króliczku" - hipisowskich Jefferson Airplane poznawały wypukłe terytoria ciał swych dawnych koleżanek, taki pop roczek to zdrada ideałów i kilofem obsobaczeń w niego. Dlatego, jeśli macie w swym gronie jakiegokolwiek Ranusa, nie chwalcie mu się sympatią do późniejszych losów Grace Slick i jej kompanów. Z ludźmi lepiej dobrze żyć.
Drugi album Starship "No Protection" nie przebił sukcesu debiutanckiego "Knee Deep In The Hoopla" (to ten od "We Built This City"), ale ogólnie też dawał radę. Co prawda, już tylko Złoto, wobec Platyny dla tamtego, ale repertuarowo, obsadą, jak i produkcją (Peter Wolf, Keith Olsen i Narada Michael Walden), równie atrakcyjnie.
Dużo chwytliwych, niegroźnych, ogólnie wysmakowanych pop-rockowych piosenek. Większość o radiowych znamionach. Począwszy od wstępniaka - "Beat Patrol" - zaśpiewanego w koedukacyjnym duecie Mickey Thomas & Grace Slick. Fajnie tu na basie poprzebierał Pete Sears - członek jeszcze niedawnych Jefferson Starship, ale też wczesnego Roda Stewarta.
I w tym momencie wyskandujmy: 'Jula'!, i oto wnet wyłania się: "... we can build this dream together, standing strong forever, nothing's gonna stop us now...". Przed nami "Nothing's Gonna Stop Us Now". Kapitalny, syntezatorowo-gitarowy kawałek, kompozytorskiej spółki Diane Warren + Albert Hammond. W epoce był przewodnim motywem romantycznej komedyjki "Manekin", a teraz zachęca klientów Jula do zakupu ciężkiego sprzętu hałasującego - w domu i ogrodzie. Zamiast cichych wiertareczek i ślamazarnie przycinających krzewy sekatorów, w ruch kolos maszyneria. Normalnie w tyłek bym kopnął. Nie cierpię wszystkich tych ryja drących majsterkowiczów, jednak rewelacyjna piosenka Starship łagodzi obyczaje. Nawet mnie utemperowała w negatywnych zapędach. Wydane na singlu "Nothing's Gonna Stop Us Now" na pierwszym miejscu po obu stronach Wielkiej Wody. Zakładam w ciemno, każdy ma i lubi.
No to jeszcze następne w albumowej kolejności - "It's Not Over ('Til It's Over)" - czyli, to nie koniec, dopóki koniec nie nastąpi. Tym razem brak głosu Grace Slick. Na wokalnym posterunku widnieje odosobniony Mickey Thomas. Dobrze mu idzie, bez obawy. Rzecz produkcyjnie wypieszczona, oszlifowana pod okiem zmarłego niedawno Keitha Olsena - tego od Whitesnake, Magnum, Kingdom Come, Ozzy'ego Osbourne'a czy Scorpions.
To było lato 1987. Jak widać, moje wiosenne reminiscencje obfitują nie tylko w aprilowo-poprzez maj-czerwcowe płyty, lecz czerpią pełną chochlą również z wszystkich innych ciepłych pór roku.

==============================

Przebieg wydawnictw względem "No Protection":

 

styczeń 1987 - amerykański singiel "Nothing's Gonna Stop Us Now" / "Laying It On The Line" - #1 US
marzec 1987 - europejski singiel "Nothing's Gonna Stop Us Now" / "Laying It On The Line" - #1 UK
(w wersji maxi singlowej dodatkowo: "We Built This City" oraz "Tomorrow Doesn't Matter Tonight")

lipiec 1987 - album "No Protection" - #26 UK / # 12 US

sierpień 1987 - singiel "It's Not Over ('Til It's Over)" / "Babylon" - w UK nienotowany / #9 US
(na maxi singlu jeszcze: "Jane" i "Sara")

listopad 1987 - singiel "Beat Patrol" / "Girls Like You" - w UK nienotowany / #46 US

luty 1988 - singiel "Set The Night To Music" / "I Don't Know Why" - w UK niewydane / nienotowane na listach US

==============================

a.m.


the big prize

"The Big Prize" to w sumie 1986 rok, pomimo iż płyta wydana na gwiazdkę 1985. Kręciła się w najlepsze w optymalnym dla siebie czasie.
I choć Honeymoon Suite zalicza się do glam metalu, to ten konkretny album stoi najczystszej krwi AOR'em i arena rockiem. Wspaniałe melodie, bogate aranże, eleganccy muzycy, zarówno w odzieniu, co posługiwaniu klawiszowo-gitarowo-perkusyjnym rzemiosłem. Niedziwne, że bez problemu namówili JethroTull'owego Iana Andersona, by ten 'posyczał' fletem w "All Along You Knew". Absolutnie olśniewający kawał najbardziej miękkiego heavy metalu. I byłby wcale nie gorszy nawet, gdyby zabrakło w nim trzonowego instrumentu flamingowego Szkota.
Dużo bogactwa; weźmy fanfarowe klawisze i zadziorną gitarę w "Bad Attitude", a przede wszystkim radiowe melodie: "Feel It Again", "What Does It Take", "One By One", "Once The Feeling" oraz "Wounded". A i też, uczuciowy i dopieszczony przytulnością finał "Take My Hand". Powinni tej płyty posłuchać fanatycy dawnych Magnum, Aldo Novy, Loverboy czy Glass Tiger. Koniecznie. Bez odkładania na później. Zaś, z uwagi na występowanie przyjemnie lekko ochrypłego wokalu (winyl też zgrzyta, więc żadna z tego maślanka) - Johnnie'ego Dee - współrzędnym pewnikiem byłby nad nim zachwyt u ewentualnych ostałych wielbicieli Johna Parra lub Johna Farnhama. Okay, Dee może tyciu mniej strzępi, jednak przy tej dwójce panów mało kto z szansami na czempionat.
Okładkę sporządził Rush'owy Hugh Syme. I co od razu rzuca się oczom, zupełnie tu odlegle do jego intrygujących grafik, często dorównujących fantazją Stormowi Thorgersonowi. Bo oto znajdujemy się przy Wodospadzie Niagara, w otoczeniu przypadkowej młodej pary oraz równie anonimowych turystów, wśród których obowiązkowy Azjata z aparatem foto. Ot, zwykłe zdjęcie w niecodziennych okolicznościach.
Jeszcze producent - Bruce Fairbairn. Gigant. Liga Mistrzów. Potężny inwentarz możliwości, kreacji, chęci oraz miłości do muzyki. Nigdy nie dawał sobą szarpać, to on zawsze prowadził w tańcu. Facio z najwyższej półki. Magik konsolety, tej samej wartości, co Bob Rock, Desmond Child czy Keith Olsen. Było ich nieco. Przy odrobinie wysiłku dopisałbym tu jeszcze z tuzin nie mniej mocnych nazwisk. Niestety połowy z powyższej czwórki nie ma już wśród nas. Świećcie moce nad ich duszami.
Z rozrzewnieniem wspominam czasy narodzin tej muzyki. W ogóle nieskrywanie rysuję tęsknotę do tamtych lat, choć wiem, że odeszły bezpowrotnie.

a.m.

środa, 1 czerwca 2022

diamond star halos

Odwołuję wszystkie niedorzeczności i pospieszne emocje, jakie na temat bieżących Def Leppard wygłosiłem w minioną niedzielę. Tak to jest, gdy mnóstwo piosenek, a czasu na ich posłuchanie ledwie na menzurkę. Przerosła mnie podaż, ale już wiem, że "Diamond Star Halos" jest przynajmniej dobre, a nawet jeszcze bardziej dobre. I coś czuję, że z czasem tylko będzie zyskiwać.
Zastanawiałem się, co oznacza albumowy tytuł? Nie dawało mi spokoju. Na szczęście Joe Elliott wyjaśnił. Chodzi o nawiązanie do hitu T. Rex "Bang A Gong (Get It On)", powszechnie identyfikowanego jako "Get It On". Pada w nim fraza: "... you've got a hubcap diamond star halo, you're built like a car, oh yeah!...". Elliott dopowiedział, że oczywiście jak najbardziej to hołd dla T. Rex, ale ukłony należą się również Davidowi Bowiemu oraz Mott The Hoople. No pewnie, że tak.
Mistrzunio w ogóle nieźle się otworzył komunikując, że dla niego "Diamond Star Halos" jest równie ekscytujące, co czasy wczesnych lat siedemdziesiątych, kiedy w jego domu pojawił się pierwszy telewizor kolorowy. Młodziutki Joe poświęcał mu sporo czasu, szczególnie na oglądaniu barwnych koncertowych występów oraz klipów lubianych artystów, jak Elton John, Fleetwood Mac bądź Eagles, którymi jeszcze do niedawna zachwycał się na czarno-biało. Doskonale go rozumiem. Dopóki nie nastała technika kolorowania starych filmów bądź dokumentów okresu wojennego, ja też myślałem, że dawny świat był tylko na szaro-buro, w dodatku jakiś taki zamazany, bez fonii, z całą masą paprochów czy innych brudów. I jakiś taki w nienaturalnym przyspieszonym tempie.
Mamy zatem udaną i całkiem długą płytę dawnych przodowników NWOBHM - aż piętnaście numerów, a w limicie nawet siedemnaście. Wypada się szybko nasłuchać, wyedukować w nowych refrenach, albowiem już 16 czerwca Leppardzi rozpoczynają wspólną trasę z Mötley Crüe po Stanach. Na początek Atlanta. Nawet, jeśli na podstawie zapowiedzi członków Lepps, nowych piosenek nie stanie za wiele na świeżo zarysowanej koncertowej setliście. Przede wszystkim ma być przebojowo, a więc wbija repertuar głównie okresu 80/90's. Sprawdzony i dający gwarancję sold out'owych występów.
Do trzech z ostatniej niedzieli numerów: "Take What You Want", "Unbreakable" oraz "Lifeless", chętnie na dziś dorzucę: "Kick" - ależ byłem głuchy, toż to fantastyczne coś!, "Goodbye For Good This Time" - śliczna ballada, też jej od razu nie dosłyszałem, plus rockery "All We Need" oraz "Gimme A Kiss That Rocks". Świetne. Będą hitami, prędzej czy później. Mówię Wam. Fani Lepps przekonają się do nich szybciej niż dawni Ruscy naszych dziadów do władzy ludowej.
Przychylam się również z coraz większym zawstydzeniem do wersji "Lifeless" z Alison Krauss. Nawet, jeśli - sorki Alison! - wciąż 'Joe only version' wydaje mi się znacznie fajniejsze.
Ciekawe, jak Alison, jako zaprzysiężona bluegrassówka, czuje się ostatnio w okowach rocka? U boku Def Leppard poszło jej całkiem całkiem, natomiast ubiegłoroczna unia z Robertem Plantem, doprawdy świetna.
Na minus albumu, tylko "Liquid Dust". Bezbarwne.
Brawa dla producenta Ronana McHugh. Przy wsparciu Def Leppard nie zgubił brzmienia grupy, a jeszcze dał radę z bogatym konglomeratem i selektywnością instrumentów, masą potrzebnych efektów, nie tracąc przy tym r'n'rollowego luzu oraz przestrzeni. Bo ta konkretna muzyka musi mieć duże płuca. No i jak wspaniale, że na każdym kroku towarzyszą Elliottowi 'te chórki'. Całość brzmi jak współczesne zionięcie ogniem dawnych stylowo Def Leppard. Jak dobrze, że wciąż z nami są, że nagrywają i koncertują, i że pomimo dostarczanych zdjęć, na których okulary i pokryte siwiznami skronie, budzące raczej skojarzenia z zatrzymanymi w kadrze pokoleniami Amerykanów czasów prohibicji, to jednak temperament jak z bieżni na setkę. 
Zastanawia mnie jeszcze, ile w tym dwa tysiące dwudziestym drugim da się wyciągnąć fizycznego nakładu z "Diamond Star Halos"? Niekiedy przeglądam współczesne efekty dawnych mocarzy i za niemal każdym razem skrywam twarz w dłoniach. Coraz częściej postrzegam przypadki wciąż jeszcze stadionowych wykonawców, których obecne nakłady płyt zjechały do lochów. Boli, gdy widzę, jak w latach z żalem minionych, jeden czy drugi album certyfikowano na pięć milionów sprzedaży, kolejny na siedem, a gdy lekko bywało gorzej, to rzadko poniżej miliona lub dwóch. No to w tym momencie sami sprawdźcie, Drodzy Państwo, jak to obecnie wygląda. Szczęka opada, gdy aktualne rankingi nie notują sprzedaży w milionach lub setkach tysięcy egzemplarzy, a coraz częściej wyrażają się do wręcz pierwszego miejsca po przecinku. No dobra, trochę żartuję, niemniej nie brakuje obok dawnych milionowych wykresów takich, z cyklu: album wydany w 2018 roku, ze sprzedażą 65,978 egzemplarzy. Taka dokładność aż boli. Bo narasta świadomość, że cały świat obkupił się w dzieło godne platynowego tronu nakładem sięgającym liczebności Gniezna. I to jest prawdziwe ziemskie nieszczęście, a my chcemy podbijać kosmos. 

a.m.


mr. jones

Widziałem Counting Crows przed parunastoma laty w Chorzowie, przed występem The Police. Podobali mi się, pomimo iż przyszło grupie na pół mocy, za białego dnia, z dala od sceny i przy totalnym olewie publiczności. Dobrze bawiła się jedynie garstka zgromadzonych tuż przy scenie. Amerykańska muza, wiadomo. U nas zimno, a twórcy "Mr. Jones" z gorącej Kalifornii. Poza tym, żeby do rocka wtryniać bandżo lub mandolinę, a już w ogóle akordeon! Ten ostatni, w naszym pojęciu mogą jedynie gdańskie lub warszawskie kapele podwórkowe, albo ci od tego lidera z przymrużonymi oczkami, no jak im tam... Enej. Oj, ale mi teraz głupio, że sobie przypomniałem.

"Mr. Jones" wydaje się ich najbardziej znanym u nas numerem. Nie wiem, czy słusznie, czy nie, ale wiem, że go lubię. I skoro nie mogę go pod nic podpiąć do radia, to chociaż niech zagra tu, na blogowym papierze.
Najlepiej mieć to fajne coś na całym albumie ("August And Everything After"), ale my radiowcy lubimy również single. To zawsze dodatkowa atrakcja, bowiem obok kolejnej okładki, z reguły jeszcze coś pozaalbumowego - tutaj za wabik posłużyła extra akustyczna wersja "Mr. Jones". Od razu słychać inspiracje Neilem Youngiem czy Jayhawks. Ameryka panie, Ameryka.
Smutny kawał muzyki, spłodzony pod wpływem tragicznego finiszu Kurta Cobaina, stosownie uczuciowo zaśpiewany przez Adama Duritza. Bo nie zawsze można poradzić sobie ze sławą. Kiedy wszyscy cię uwielbiają, staje się to twoim przekleństwem.
Aż dziw, że album z tak niesamowitym songiem wzbił się na wysokie 4 miejsce Billboardu, a singiel nie był nawet w pierwszej setce.

a.m.