RADIO AFERA "Nawiedzone Studio", niedziela, godz. 22.00 - 2.00 (98,6 FM Poznań)
POLSKIE RADIO POZNAŃ "Sobotni wieczór Andy'ego", sobota, godz. 23.00 - 1.00 (100,9 FM Poznań)
piątek, 10 marca 2017
dwadzieścia siedem do jednego
Odnośnie wczorajszego....
Brawo Donald Tusk!, Brawo Polska!, Brawo Europa!
Teraz tylko nadzieja w grupie Sabbaton w skomponowaniu utworu "27:1".
Wstyd panie Waszczykowski, wstyd pani Szydło, wstyd panie Saryusz-Wolski (pierwszy trzon brzmi jak "judasz") - wstydźcie się wszyscy, świat na was patrzy. Zrobiliście Polsce ogromną krzywdę. Jesteście żałośni, ale Polska triumfuje! Marionetki frustrata Kaczyńskiego po raz kolejny dostały po nosie. To po części dla mnie ogromna satysfakcja.
Niedawno obiecałem sobie zero polityki na blogu, ale tym razem się nie udało. I zapewne jeszcze nie raz się nie uda.
Dziękuję za uwagę.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
czwartek, 9 marca 2017
SOPHIE ELLIS-BEXTOR, środa 8.03.2017 r. Warszawa, "Progresja"
Wczorajszy wieczór w warszawskiej Progresji był ziszczeniem wielotygodniowych oczekiwań. Wszak na afiszu stał koncert Artystki, z którą od mniej więcej dwóch-trzech lat niezwykle sympatyzuję. A która kiedyś była w moich oczach jedynie urokliwą kobietką, śpiewającą błahe pop-dance'owe piosenki - dla mniej wymagających. Przepraszam, nie próbuję tutaj nikogo urazić, po prostu tak odbierałem twórczość właścicielki przeboju "Murder On The Dancefloor". Wszystko się jednak zmieniło wraz z przyjściem na świat przecudownej płyty "Wanderlust". I tylko przypadek zrządził, że w ogóle jej posłuchałem. Otóż, pewnego razu otrzymałem promocyjny egzemplarz tego albumu, wydany zresztą w skromnej cienkiej tekturce, i od razu pomyślałem o sprezentowaniu go komuś. Na szczęście najpierw postanowiłem sprawdzić zawartość. Już po pierwszym posłuchaniu płyta zwaliła z nóg. Żadnych łomotów, jakichkolwiek syntetyczno-plastikowych podkładów, a zamiast tego natchniony głos głównej sprawczyni, plus subtelnie i gustownie zaaranżowane piosenki.
Sophie na piątej płycie przeszła metamorfozę. Z siusiumajtki wbiła się w kobietę. Nadal młodą i żądną życia, lecz już bardziej wymagającą. Rezygnując z tanecznych parkietów na rzecz ciepłego ogniskowego gniazdka. Zapewne na ten stan rzeczy musiało mieć wpływ jej macierzyństwo, jak też szczęśliwy związek z ojcem jej czworga dzieci. Dołóżmy do tego ciekawe podróże, poznawanie nowych ludzi, ich kultur,... Nie bez kozery ostatnie dwie płyty Sophie bywają polane meksykańskimi, hiszpańskimi, czy nawet bułgarsko-rosyjskimi sosami. Artystka w tekstach, pomimo wciąż młodego wieku (37 lat), obwieszcza spełnienie, szczęście oraz ogólne pozytywne nastawienie. I taką Sophie właśnie wczoraj ujrzałem. Niezwykłej urody kobietę, o głosie, którego chce się słuchać i słuchać. Nie tylko, gdy śpiewa, albowiem gdy mówi równie zachwyca. Ach, ta sexy chrypeczka! Nie mogłem oderwać oczu. Gdybyście Szanowni Państwo zechcieli uwierzyć: Sophie autentycznie wszystko zaśpiewała na żywo, a jej muzycy (dwie skrzypaczki, gitarzysta, basista, perkusista, klawiszowiec, plus jeden okazjonalnie wspomagający zakulisowo gitarzysta akustyczny) zagrali bez żadnych wspomagaczy. Jej głos bywa tak obłędny, jak na pieczołowicie dopracowanych płytach. Naprawdę. I to nie tylko moja opinia, a także drugiej połowy "Nawiedzonego Studia" - Tomka Ziółkowskiego, jak i kilku szczęśliwie spotkanych w Progresji znajomych - przy okazji pozdrowienia dla panów: Kuby, Pawła i Maćka.
Proszę na chwilę odpuścić dance'ową Sophie i przyjrzeć się jej obecnemu obliczu. Cóż za zjawiskowa dziewczyna. Choć uczciwie przyznam, że wplecionych w drugiej części show kilku starszych piosenek, w tym coverów (m.in. Moloko i Cher), też nie ośmieliłbym się zdyskredytować. Być może pomógł tamtym nutom bardziej "rockowy" aranż? Chyba tak.
W pierwszej części koncertu Sophie przyodziała mini ogrodniczki, z wyszytym na pupie logo albumowego tytułu "Familia". Wykonując głównie piosenki z ostatnich dwóch płyt. Rozpoczęła "Wild Forever", po czym dorzuciła "Death Of Love", no i poszło. Publiczność od razu uległa wznoszącej magii. Artystka po scenie poruszała się z płynnością ławicy ryb, śpiewając nienagannie, a pomiędzy piosenkami flirtując z rozentuzjazmowanymi fanami. Dziewczyna jest gadułą do kwadratu. Przemawia z prędkością światła, przez co nie wszystko potrafiłem czytelnie wyłapać.
Zaśpiewała niemal wszystko, czego oczekiwałem. Zabrakło jedynie "Hush Little Voices", ale to chyba z racji braku trąbki, jak i odpowiedniego dla niej grajka. Były natomiast "Young Blood", "Crystallise", "Unrequited", "Don't Shy Away" czy taneczne "Come With Us" (pierwszy singiel). To tak a propos ostatniego albumu "Familia". Tu muszę dodać, iż "Come With Us" rozpoczęło umowną drugą część koncertu, do której Sophie przygotowała inną, bardziej zwiewną kreację - żółtą mini sukienkę. Na przebranie potrzebowała dosłownie kilkudziesięciu sekund - ach te kobiety.
Z "Familia" ta śliczna dziewczyna zaprezentowała jeszcze "Here Comes The Rapture", ale to już zupełnie na samiuśki koniec. W zasadzie na jedyny bis. Akustyczny i bardzo nietypowy. Bo gdy Sophie za sprawą "Murder On The Dancefloor" oficjalnie zakończyła koncert, wkurzyłem się nieźle. Ale nie na nią, a na masowo wycofującą się spod sceny publiczność. Mówię do Tomka: "co za ludzie, no popatrz, już wychodzą, nawet nie prosząc o bis". Ale sprawa przybrała nieoczekiwany finał, który od razu ich wszystkich w mych oczach "odczernił". Otóż Sophie po cichutku zakradła się drugą częścią sali do ustawionego w sercu sali realizatorskiego ogródka. Weszła do środka z gitarzystą i jedną ze skrzypaczek, po czym zaśpiewała "Here Comes The Rapture". Trzymając w dłoni mikrofon, lecz nie przykładając do niego ust. To była akustyczno-symfonicznia wersja kochanej przeze mnie piosenki, którą całkowicie zakończyła ten niezwykły, około półtoragodzinny występ.
Nie znałem wszystkich piosenek, bo i znać nie mogłem, ale tych była zdecydowana mniejszość. Obok wypisanego powyżej pakietu z "Familia", Pani Zosia równie niesamowicie wykonała kilka tematów z poprzedniej "Wanderlust", jak: "The Deer & The Wolf", "Young Blood", "13 Little Dolls" (czadowa, wręcz rockowa wersja!) oraz "Love Is A Camera".
W drodze do Warszawy w aucie Tomka niepodzielnie panowała najnowsza muzyka Moyi Brennan. Zaś w drodze powrotnej kręciła się w samochodowej zmieniarce już tylko "Familia". Obgadaliśmy Sophię od stóp do głów. Po powrocie spało się dużo lepiej.
Nie wiedzieliśmy, że "Progresja" jest tak blisko, a w zasadzie, że niemal na podstawowym pasie wlotowo-wylotowym autostrady z/do Poznania. Dzięki temu zrodziły się bite trzy godziny do zagospodarowania czymś pożytecznym. Postanowiliśmy zwiedzić coś ważnego, a jednak dalekiego od oklepanego Centrum. Pomysły rodziły się na poczekaniu, wygrał jednak tylko jedyny możliwy i wydający się ponad wszelkie inne atrakcje - kultowe Alternatywy 4. Wielbione, jak się okazało nie tylko przeze mnie. Tomkowi tak pomysł przypadł do gustu, że bez chwili namysłu zapuścił silnik i podążyliśmy w ponad półgodzinne poszukiwanie słynnego bloku przy Grzegorzewskiej 3 - czyli serialowych Alternatywy 4. Dzięki nawigacji dotarliśmy do celu bez najmniejszych potknięć. Jednak nie od razu poznaliśmy zapamiętane z serialu miejsce. GPS wepchnął nas we wnętrza osiedla, gdzie naszym oczom ukazały się tabliczki "Grzegorzewskiej 1" oraz "Grzegorzewskiej 2". Dookoła blokowisko, i niekoniecznie czterokondygnacyjne, co sugerował dawny film. Zagracone
budownictwem, sklepami, parkingami, itp przyziemnościami. Wobec powyższych okoliczności musiałem z zapytaniem zaczepić pewnego tubylca, który palcem wskazał na blok, na który niemal wjechałem nosem. Jegomość jeszcze tylko dorzucił: "tylko proszę z drugiej strony". Wrażenie pierwszego namacalnego kontaktu, dla kogoś podobnie wielbiącego komedie Barei, trudne do opisania. Pomimo już zarysowanej ciemności, to jednak naprawdę było to !!! Przy wejściu po lewej jedyny w swoim charakterze mur, no i nadal widnieje usypany słynny kopiec, na którym Stanisław Anioł nakazał panu Kołkowi ułożyć z kamieni orła z rozpostartymi skrzydłami. Wejść do środka nie sposób - domofony. Ale ustrzelić fotki - jak najbardziej. Mieszkańcy mijają odwiedzających fanów w milczeniu i zrozumieniu, choć jednej pani nawet zarysował się lekki uśmieszek z racji naszego skretyniałego całym wydarzeniem podniecenia. Pewnie pomyślała: kolejna grupa idiotów. Ustrzelone selfie z tabliczką "Alternatywy 4" zachowam na pamiątkę - próby najwyższej, jak też cały genialny występ Sophii.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
=================================
=================================
Sophie na piątej płycie przeszła metamorfozę. Z siusiumajtki wbiła się w kobietę. Nadal młodą i żądną życia, lecz już bardziej wymagającą. Rezygnując z tanecznych parkietów na rzecz ciepłego ogniskowego gniazdka. Zapewne na ten stan rzeczy musiało mieć wpływ jej macierzyństwo, jak też szczęśliwy związek z ojcem jej czworga dzieci. Dołóżmy do tego ciekawe podróże, poznawanie nowych ludzi, ich kultur,... Nie bez kozery ostatnie dwie płyty Sophie bywają polane meksykańskimi, hiszpańskimi, czy nawet bułgarsko-rosyjskimi sosami. Artystka w tekstach, pomimo wciąż młodego wieku (37 lat), obwieszcza spełnienie, szczęście oraz ogólne pozytywne nastawienie. I taką Sophie właśnie wczoraj ujrzałem. Niezwykłej urody kobietę, o głosie, którego chce się słuchać i słuchać. Nie tylko, gdy śpiewa, albowiem gdy mówi równie zachwyca. Ach, ta sexy chrypeczka! Nie mogłem oderwać oczu. Gdybyście Szanowni Państwo zechcieli uwierzyć: Sophie autentycznie wszystko zaśpiewała na żywo, a jej muzycy (dwie skrzypaczki, gitarzysta, basista, perkusista, klawiszowiec, plus jeden okazjonalnie wspomagający zakulisowo gitarzysta akustyczny) zagrali bez żadnych wspomagaczy. Jej głos bywa tak obłędny, jak na pieczołowicie dopracowanych płytach. Naprawdę. I to nie tylko moja opinia, a także drugiej połowy "Nawiedzonego Studia" - Tomka Ziółkowskiego, jak i kilku szczęśliwie spotkanych w Progresji znajomych - przy okazji pozdrowienia dla panów: Kuby, Pawła i Maćka.
Proszę na chwilę odpuścić dance'ową Sophie i przyjrzeć się jej obecnemu obliczu. Cóż za zjawiskowa dziewczyna. Choć uczciwie przyznam, że wplecionych w drugiej części show kilku starszych piosenek, w tym coverów (m.in. Moloko i Cher), też nie ośmieliłbym się zdyskredytować. Być może pomógł tamtym nutom bardziej "rockowy" aranż? Chyba tak.
W pierwszej części koncertu Sophie przyodziała mini ogrodniczki, z wyszytym na pupie logo albumowego tytułu "Familia". Wykonując głównie piosenki z ostatnich dwóch płyt. Rozpoczęła "Wild Forever", po czym dorzuciła "Death Of Love", no i poszło. Publiczność od razu uległa wznoszącej magii. Artystka po scenie poruszała się z płynnością ławicy ryb, śpiewając nienagannie, a pomiędzy piosenkami flirtując z rozentuzjazmowanymi fanami. Dziewczyna jest gadułą do kwadratu. Przemawia z prędkością światła, przez co nie wszystko potrafiłem czytelnie wyłapać.
Zaśpiewała niemal wszystko, czego oczekiwałem. Zabrakło jedynie "Hush Little Voices", ale to chyba z racji braku trąbki, jak i odpowiedniego dla niej grajka. Były natomiast "Young Blood", "Crystallise", "Unrequited", "Don't Shy Away" czy taneczne "Come With Us" (pierwszy singiel). To tak a propos ostatniego albumu "Familia". Tu muszę dodać, iż "Come With Us" rozpoczęło umowną drugą część koncertu, do której Sophie przygotowała inną, bardziej zwiewną kreację - żółtą mini sukienkę. Na przebranie potrzebowała dosłownie kilkudziesięciu sekund - ach te kobiety.
Z "Familia" ta śliczna dziewczyna zaprezentowała jeszcze "Here Comes The Rapture", ale to już zupełnie na samiuśki koniec. W zasadzie na jedyny bis. Akustyczny i bardzo nietypowy. Bo gdy Sophie za sprawą "Murder On The Dancefloor" oficjalnie zakończyła koncert, wkurzyłem się nieźle. Ale nie na nią, a na masowo wycofującą się spod sceny publiczność. Mówię do Tomka: "co za ludzie, no popatrz, już wychodzą, nawet nie prosząc o bis". Ale sprawa przybrała nieoczekiwany finał, który od razu ich wszystkich w mych oczach "odczernił". Otóż Sophie po cichutku zakradła się drugą częścią sali do ustawionego w sercu sali realizatorskiego ogródka. Weszła do środka z gitarzystą i jedną ze skrzypaczek, po czym zaśpiewała "Here Comes The Rapture". Trzymając w dłoni mikrofon, lecz nie przykładając do niego ust. To była akustyczno-symfonicznia wersja kochanej przeze mnie piosenki, którą całkowicie zakończyła ten niezwykły, około półtoragodzinny występ.
Nie znałem wszystkich piosenek, bo i znać nie mogłem, ale tych była zdecydowana mniejszość. Obok wypisanego powyżej pakietu z "Familia", Pani Zosia równie niesamowicie wykonała kilka tematów z poprzedniej "Wanderlust", jak: "The Deer & The Wolf", "Young Blood", "13 Little Dolls" (czadowa, wręcz rockowa wersja!) oraz "Love Is A Camera".
W drodze do Warszawy w aucie Tomka niepodzielnie panowała najnowsza muzyka Moyi Brennan. Zaś w drodze powrotnej kręciła się w samochodowej zmieniarce już tylko "Familia". Obgadaliśmy Sophię od stóp do głów. Po powrocie spało się dużo lepiej.
Nie wiedzieliśmy, że "Progresja" jest tak blisko, a w zasadzie, że niemal na podstawowym pasie wlotowo-wylotowym autostrady z/do Poznania. Dzięki temu zrodziły się bite trzy godziny do zagospodarowania czymś pożytecznym. Postanowiliśmy zwiedzić coś ważnego, a jednak dalekiego od oklepanego Centrum. Pomysły rodziły się na poczekaniu, wygrał jednak tylko jedyny możliwy i wydający się ponad wszelkie inne atrakcje - kultowe Alternatywy 4. Wielbione, jak się okazało nie tylko przeze mnie. Tomkowi tak pomysł przypadł do gustu, że bez chwili namysłu zapuścił silnik i podążyliśmy w ponad półgodzinne poszukiwanie słynnego bloku przy Grzegorzewskiej 3 - czyli serialowych Alternatywy 4. Dzięki nawigacji dotarliśmy do celu bez najmniejszych potknięć. Jednak nie od razu poznaliśmy zapamiętane z serialu miejsce. GPS wepchnął nas we wnętrza osiedla, gdzie naszym oczom ukazały się tabliczki "Grzegorzewskiej 1" oraz "Grzegorzewskiej 2". Dookoła blokowisko, i niekoniecznie czterokondygnacyjne, co sugerował dawny film. Zagracone
budownictwem, sklepami, parkingami, itp przyziemnościami. Wobec powyższych okoliczności musiałem z zapytaniem zaczepić pewnego tubylca, który palcem wskazał na blok, na który niemal wjechałem nosem. Jegomość jeszcze tylko dorzucił: "tylko proszę z drugiej strony". Wrażenie pierwszego namacalnego kontaktu, dla kogoś podobnie wielbiącego komedie Barei, trudne do opisania. Pomimo już zarysowanej ciemności, to jednak naprawdę było to !!! Przy wejściu po lewej jedyny w swoim charakterze mur, no i nadal widnieje usypany słynny kopiec, na którym Stanisław Anioł nakazał panu Kołkowi ułożyć z kamieni orła z rozpostartymi skrzydłami. Wejść do środka nie sposób - domofony. Ale ustrzelić fotki - jak najbardziej. Mieszkańcy mijają odwiedzających fanów w milczeniu i zrozumieniu, choć jednej pani nawet zarysował się lekki uśmieszek z racji naszego skretyniałego całym wydarzeniem podniecenia. Pewnie pomyślała: kolejna grupa idiotów. Ustrzelone selfie z tabliczką "Alternatywy 4" zachowam na pamiątkę - próby najwyższej, jak też cały genialny występ Sophii.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
![]() |
| Sophie na bis |
![]() |
| tu też |
![]() |
| Na godzinę przed koncertem jeszcze niepokojąco świeciło pustkami. Na szczęście tylko na początku. |
![]() |
| zdjęcie z Facebookowego profilu Sophie Ellis-Bextor - podebrane i dołączone do mojej relacji w dniu 10 marca 2017 |
=================================
=================================
![]() |
| ach!!! |
![]() |
| To TEN BLOK !!! |
![]() |
| szkoda, że już po zmierzchu |
środa, 8 marca 2017
THUNDER - "Rip It Up"- (2017) -
THUNDER
"Rip It Up"
(EAR MUSIC)
****
Kto by się spodziewał, że w dzisiejszych czasach, z taką muzyką, da się dotrzeć do 3 miejsca na "UK Top 40". A jednak. Thunder za sprawą "Rip It Up" powtórzyli sukces z początków kariery, kiedy to albumami "Laughing On Judgement Day" (1992) oraz "Behind Closed Doors" (1995) wdrapywali się na Wyspach odpowiednio do 2 oraz 5 lokaty wśród najlepiej sprzedających się albumów. Być może nawet w wielu przypadkach wszelakiego rodzaju wykresy nie są odzwierciedleniem prawdziwej artystycznej wartości, mnie jednak radują wysokie notowania od lat lubianego zespołu. Ponadto odczuwam satysfakcję z wciąż dużego zapotrzebowania na solidnego rocka. Nie jakiegoś modnego, przemijającego, a jak najbardziej opartego na rasowych hard rockowych podstawach.
Już poprzednie "Wonder Days" wydane po siedmiu latach rozłąki pokazało Thunder w mocnej formie, przynosząc na świat jedno z najlepszych dzieł w zespołowej karierze. Też przecież docenione - 9 miejsce w Zjednoczonym Królestwie. "Rip It Up" wydaje się jego konsekwencją i udaną kontynuacją.
Dobrze grupie zrobiła jeszcze przecież nie tak odległa dłuższa przerwa, a w konsekwencji podpisanie kontraktu z nową wytwórnią. Pojawiły się świeże pomysły, dobre chwytliwe melodie, przy zachowaniu wypracowanego stylu. Thunder zawsze w hard rocku lubili nieco poflirtować z klimatami funkowymi, mając jeszcze lekką rękę do pięknych ballad. Na "Rip It Up" z typowych poskramiaczy serc jest co prawda tylko jedna - "Right From The Start" ("...właśnie piszę tę piosenkę, by pełnią serca wyjawić ci mą miłość...") - za to próby najwyższej. Do tego grona można jeszcze dołączyć obłędnie zaśpiewaną przez zawsze niesamowitego Danny'ego Bowesa "Heartbreak Hurricane" ("... wokół zawisły nade mną czarne chmury, gdzieś z boku runął zimny deszcz, a huragan złamał mi serce..."), choć to raczej rodzaj mocnej ekspresyjnej, wręcz hard rockowej ballady. Z tnącymi gitarami i chwilami bombastycznymi uderzeniami perkusji. Miód na moje uszy - absolutnie albumowa perła. W tej kategorii - ma się rozumieć, bowiem Thunder należy rozpatrywać przynajmniej w kilku.
Proszę nie przegapić napędzanego fortepianem na pół rock'n'rollowego "The Chosen One". Jedna gitara tnie, druga maluje - z rozkoszą się słucha tej rytmicznej kompozycji. Na podobne wyróżnienie zasługuje finałowe bluesujące "There's Always A Loser". Ponownie istotną rolę odgrywa tu fortepian oraz duch dawnych kompozycji Free, Bad Company czy The Rolling Stones. Równie dobre wrażenie pozostawia podszyty rhythm'n'bluesem niespieszny numer "In Another Life". Z kolei kąśliwy tytułowy "Rip It Up" widziałbym w roli koncertowego otwieracza. Muszę przyznać, że nieźle rozgrzewa ten z lekka funkująco hard rockowy kawałek. Grupie udało się także połączyć przebojowość z antynarkotykowym przesłaniem, co nastąpiło w "She Likes The Cocaine" ("...w jej głowie już nie ma mózgu młodej dziewczyny..."). Troszkę za sprawą gitarowej sekcji zapachniało Led Zeppelin w "Tumbling Down". No i jeszcze te gitarowe solo w jego drugiej części. Już w dniu narodzin jawi się klasykiem.
Kolejna klasowa płyta Thunder. Bez żadnych wpadek, a przynajmniej z kilkoma mocnymi i wyrazistymi punktami. Po raz kolejny szczególne brawa i wyrazy szacunku dla gitarzysty i głównego kompozytora Luke'a Morleya.
P.S. Niewiele droższa wersja limitowana zawiera dodatkowe dwie płyty z zapisem koncertu z 27 stycznia 2016 roku w londyńskim "100 Club". Wówczas grupa promowała poprzednie "Wonder Days". Obok więc ówczesnych nowych kompozycji, można także położyć uszu na klasycznych "River Of Pain", "Backstreet Symphony" czy "Love Walked In".
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
wtorek, 7 marca 2017
rekord WOŚP-u
SUKCES !!!
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
JUDAS PRIEST - "Turbo 30" - (2017) -
JUDAS PRIEST
"Turbo 30"
(SONY MUSIC)
*****
Reedycja "Turbo 30" została przygotowana z racji 30-lecia albumu "Turbo". Pomimo, iż jej premiera zbiegła się de facto z niemal 31-rocznicą (kwiecień 1986). Czy komuś gdzieś się spieszy? Dżudasi na przestrzeni dziejów już swego dokonali, więc teraz mogą rozpoczynać świętowanie, gdy już dym opadnie (vide Scorpions "When The Smoke Is Going Down").
Ciekawe, który metalowiec po latach się przyzna, jak bardzo psioczył w epoce na "Turbo". Bo chyba tylko ja, jako jeden z nielicznych, stałem murem w jego obronie. Zewsząd tylko skandowano: "zdrada", "hańba", "profanacja metalu" i co nie tylko - za rzekome sprzeniewierzenie metalu dyskotece. Wprowadzenie syntezatorów nie przechodziło gładko przez gardła sympatyków dyskretnego szczęku blach. A przecież wówczas stosowali je niemal wszyscy długowłosi. Taka moda, taki czas. Nawet Iron Maiden wprowadzili instrumenty klawiszowe na płycie "Somewhere In Time", która okazała się preludium dla wydanej dwa lata później fenomenalnej "Seventh Son Of A Seventh Son". I nikt ich za to nie karcił. Jednak Judas Priest oberwało się nieźle. "Turbo" wrzucono za koszulę sympatykom dyskotek, zupełnie jakby ta muzyka przypominała twórczość Fancy'ego, Modern Talking czy F.R.Davida. A przecież "Turbo" to żywiołowa, supermelodyjna i świetnie wyprodukowana płyta. Pełna soczystych riffów, solówek, ale też artystycznej konsekwencji. Śmiem twierdzić, że album w niczym nie ustępuje powszechnie wielbionym "British Steel" czy "Screaming For Vengeance". Chyba, że kogoś rażą stadionowe refreny, w chociażby: "Parental Guidance", "Rock You All Around The World" czy inicjującym całość "Turbo Lover".
Rob Halford po latach zapytany o "Turbo" oznajmił: "każda nasza płyta zawsze brnie własnym życiem, a i smakiem czasów, w których powstała, przez co idealnie się z nimi utożsamia". Sporo w tym racji. Spójrzmy tylko, jak wielu metalowców o wiele bardziej zatraciło się w latach 90-tych, dla modnego wówczas grunge'u (Def Leppard "Slang", Dokken "Dysfunctional" czy Lita Ford "Black"), realizując absolutnie ohydne albumy, których dzisiaj sami się wstydzą. Na tym tle chyba dobrze powspominać niewinne popowe flirty przedstawicieli rocka. Te przynajmniej nie zatraciły werwy, melodii, wirtuozerii i wszelakich innych podstaw.
Wydana niedawno "Turbo 30" zawiera jeszcze obok podstawowej i zremasterowanej wersji regularnej płyty, także dwie dodatkowe z zapisem pełnego show z Kemper Arena w Kansas. Koncert zarejestrowano 22 maja 1986 roku, a więc w miesiąc po ukazaniu się "Turbo". Przy okazji jest on miłym dopełnieniem ubogiej w koncerty zespołowej dyskografii. Choć akurat z tej trasy ukazał się już w 1987 roku dwupłytowy (na winylu) "Priest... Live!" - z zapisem fragmentów występów w Atlancie i Dallas z czerwca 1986 roku.
"Turbo 30" dostarcza nieukrywanej radości. Niech nikt nie próbuje polemizować lub na siłę doszukiwać uchybień. Judas Priest w 1986 roku, pomimo zgrzytów i wewnętrznych nieporozumień, na scenie wycinali równo. Mało tego, zupełnie nie przeszkadzają gdzieniegdzie powplatane syntezatory. Ich nienachalna obecność nawet dodaje pewnego smaku.
Koncert w Kansas ukazał mocne oblicze zespołu, przy okazji też utwierdził w przekonaniu, iż Rob Halford to najlepszy metalowy głos wszech czasów. Publiczność tamtego wieczoru zdaje się też odniosła podobne wrażenie, mając przy tym frajdę przeżyć na żywo ponad połowę materiału ze świeżutkiej "Turbo", plus wielbione "Love Bites", "Breaking The Law", "Hell Bent For Leather", "Victim Of Changes", i jeszcze jeszcze jeszcze... Łącznie dwadzieścia kompozycji.
Reasumując, repertuar i wykonawstwo ponad recenzenckie złośliwości nieprzychylnych gryzipiórów.
Rzadko ostatnimi czasy zachwycam się płytami koncertowymi, bo i jeszcze rzadziej większość z nich na to zasługuje, a jednak te dwie bonusowe, przy pełnym oddaniu dla podstawowego "Turbo", to coś z gatunku: marzenie.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
ASIA "Symfonia - Live in Bulgaria 2013 with The Plovdiv Opera Orchestra" - (2017) -
ASIA
"Symfonia - Live in Bulgaria 2013 with The Plovdiv Opera Orchestra"
(ASIA MUSIC / FRONTIERS)
****
"Symfonia" pojawiła się trzy tygodnie po śmierci Johna Wettona, jednak gdy wyznaczano dla tego wydawnictwa światową premierę wszyscy byliśmy dobrej myśli. Nawet sam Artysta na kilka tygodni przed śmiercią deklarował regenerację sił, by już wiosną powrócić do pełni aktywności. Są jednak obietnice, których spełnić nie sposób. Dlatego najnowszy koncertowy album Asii należy potraktować jako swoiste postscriptum.
Na dwóch płytach oraz pojedynczym DVD otrzymujemy całkowity zapis koncertu ze starożytnego Rzymskiego Teatru, znajdującego się w centrum bułgarskiego Płowdiw. Show odbyło się 21 września 2013 r., a przyglądało mu się kilka tysięcy fanów. To było miłe pożegnanie lata. Wówczas szeregi grupy zasilił młody i nikomu dotąd nieznany gitarzysta Sam Coulson. Przyszło mu zastąpić maestro Steve'a Howe'a, który zrezygnował, by w pełni oddać się twórczości grupy Yes, a mniej więcej pół roku później Asia wypuściła już z jego udziałem ostatnią jak dotąd studyjną płytę "Gravitas". Można przyklasnąć Coulsonowi. Nie jest to być może wirtuoz tej klasy, co Howe, niemniej na pewno zasługuje na słowa uznania.
Atrakcją wspomnianego wieczoru okazał się dodatkowy występ orkiestry z miejscowej Opery w Płowdiw. Jednak pierwszą część przedstawienia (od "Sole Survivor" po "Open Your Eyes") muzycy Asii zagrali jeszcze bez jej pomocy. Dopiero ostatnich sześć kompozycji (czyli: "Only Time Will Tell", "Don't Cry", "Heroine", "The Smile Has Left Your Eyes", "Wildest Dreams" oraz pierwszy w dziejach grupy wielki przebój "Heat Of The Moment") uległy fuzji rocka z symfonią.
To kolejny ich bardzo udany występ. Niekoniecznie nawet lepszy, czy też gorszy, od wielu już historycznych. I choć orkiestra dodała znanym od zawsze piosenkom pewnego kolorytu, to jednak nie wpłynęła znacząco na ich ogólny obraz. Każdy posiadacz niemałego przecież koncertowego dorobku, tej było nie było pop-rockowo-progresywnej formacji, raczej nie zostanie niczym zaskoczony. Muzycy grają swoje, tyle że czasem w bardziej podniosłej filharmonicznej oprawie.
Standardowo wyborna forma głównych aktorów przedstawienia, a także repertuar jakby od lat żelazny - nie ulegający rotacjom jakoś zauważalnie. Gdy prześledzimy kilka ostatnich albumów koncertowych, to dostrzeżemy w setlistach sporo podobieństwa. Z reguły dochodzą po dwa/trzy nowe lub w miarę nowe nagrania (w tym przypadku "Face On The Bridge", "Holy War" czy zapowiedziany przez samego Carla Palmera "An Extraordinary Life"), plus cała plejada klasyków. Obok już wymienionych, tych z drugiej części symfonicznej, dopiszmy jeszcze takie: "Sole Survivor", "Time Again" czy "Days Like These". A więc, w zasadzie swoiste "greatest hits live".
Warto posłuchać, obejrzeć. Taki występ nie powtórzy się już nigdy. A czy muzycy będą tworzyć nadal z ewentualnym nowym wokalistą, bądź powróci odrzucony dekadę temu John Payne, to już pozostawmy szefującemu Geoffowi Downesowi oraz nie mniej istotnemu Carlowi Parlmerowi.
I na koniec... Trudno pogodzić się z rychłą stratą Johna Wettona, szczególnie widząc go w tak przecież nieodległej wręcz doskonałej dyspozycji.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
poniedziałek, 6 marca 2017
full grandos wypas arenos
"Children Of War" to jak na razie najbardziej przejmująca pieśń 2017 r. Rozwija się powoli, delikatnie, by z czasem w jej tło wdarł się wstrząsający ponury pejzaż. Wyobrażam sobie teledysk, choć takowego chyba jeszcze nie ma. Byłby smutny, w gromach mroku, świetle gruzów i ogarniającego popiołu. Maire Brennan wciąż stać na poziom niedostępny innym. "...na niebie krew (...) dzieci wojny nie mają dokąd pójść (...) dzieci miłości pragną być wolnymi...". Chyba dziesięć razy z rzędu posłuchałem tego dosłownie przed chwilą. Na koncercie w Auli też można było docenić wymiar tej kompozycji, ale w zaciszu domowym dotarła do mnie całkowicie. Po przepięknym koncercie teraz słucham najnowszych nagrań Królowej Celtów. Bono kiedyś o Maire powiedział, że ma ona najpiękniejszy głos, jaki może odebrać ludzkie ucho. Nie kłamał.
Zakupiony starszy wspólny album Moyi z Cormac'kiem De Barrą, też wydaje się wspaniały. Piszę chyba, ponieważ dopiero rozpoczynam z nim przygodę. Skromna delikatna płyta. Na dwie harfy, dwa wymienne wokale oraz kilka wspomagających instrumentów, typu buzuki, skrzypce czy flet. W zasadzie żaden z tego odległy klimat od tego dobrze utartego z albumów podpisanych nazwiskiem Moya Brennan.
Wściekam się, gdy dopadają mnie wieści o tak nikłej warszawskiej frekwencji (podobno ok. 200 osób). Za dobrze w dupskach. No tak, ale jeśli w Stolicy każdego tygodnia występuje po kilka gwiazd światowego formatu, to... Ale żeby w Poznaniu (ponoć ok. 500 osób) też takie prześwity, w dodatku w tak pięknej Auli, do której bilety na Maire przecież nie kosztowały majątku (od 80 zł !). Wstyd. Czuję zażenowanie. Czułem już je w trakcie koncertu. Szczególnie, gdy mocne światła padały na puste krzesełka - około 40 procent obiektu. Wściekam się jeszcze bardziej, gdy mój Syn okazjonalnie współpracujący z pewną koncertową agencją informuje o sukcesach takiego badziestwa, jak: Coma, Hunter, Kult, itp..., na których koncertach zawsze stoi komplet. A bywa, że i nadkomplet. Wiem wiem, pretensje do Pana Boga, że głupie dzieci zesłał. Kazik co pół roku straszy występami w Poznaniu. A to, jako Kazik, a to jako Kult, i zawsze full grandos wypas arenos. Czyżbyśmy mieli tak mierne zapotrzebowanie na sztukę? Ciągle jedną i taką samą. Oczywiście po raz kolejny narażę się entuzjastom licealnego rocka, którzy bez tej popłuczyniarskiej komerchy, zwanej inteligentną alternatywą, żyć nie potrafią. Niemal każdego dnia widuję plecaczki z naszywkami Red Hotów, Comy, Kultu, Pidżamy, Kornów, Slipknota i Metalliki. Wszyscy mają poprzyszywanych tych samych idoli. I teraz nie wiem, czy to wynika ze stanu faktycznego, czy tylko takowych się naszywkuje. Powiem coś Państwu, że najgorzej się czuję, gdy czasem spotykam Goehsika (perkusistę Kultu) - fajnego gościa, którego znam od blisko czterech dekad, i z którym nawet w epoce wypaliłem kilka trawek. Lubię go, naprawdę, ale jak mam się z nim wdawać w muzyczne konfrontacje? Nie chcę doprowadzić do wzajemnego schodzenia sobie z drogi, więc nie rzucam mu w twarz, że zmarnował się artystycznie, grając w takim gównie, za jaki uważam ekipę Kazimierza Staszewskiego. Dość wrogów, lecz za szczerość masz ich bracie na wyciągnięcie dłoni. Łatwo kumpla stracić, więc nie mów mu, że to, co tworzy, jest beznadziejne. Więc nie mówię, choć wiem, ze od "więc" zdania się nie rozpoczyna.
Obiecałem sobie, że już nie będę najeżdżać na rodzime podwórkowo-śmieszne roczki Luxtorped, Esidów, Łąki łanów, Łąki Łajnów i innych tam Strachów, bo kładę na nich wszystkich lachę. Niestety powyższe koncertowe wydarzenia wywołuję stertę gorzkości i eksplozji, tylko z pozoru nieczynnej na co dzień agresji. Podobno ta drzemie w każdym z nas, by ją uruchomić wystarczy tylko niedźwiedziowi podsunąć miodu pod nos.
Zaczynam się bać o środę. Żywię nadzieję, że na koncert Sophie Ellis Bextor przybędzie nas nieco. I że nie będzie frekwencyjnej powtórki z Heather Novy. Tomek Ziółkowski zapewniał wczoraj, że w listopadzie 2011 roku było nas w Stodole ponad trzydzieści osób, ja obstawiam góra trzydzieści. Przy czym pada zapytanie, ilu z nich zakupiło bilety? Bo jeśli uczyniła to tylko moja ekipa, a cała reszta na zaproszeniach...
Nie znam się na organizacji koncertów, na ich promowaniu, itd... , lecz gdyby mi ktoś zaproponował występ Maire Brennan w poznańskiej Auli, mieszczącej niecałe tysiąc osób, odrzekłbym: "biorę!". I gdybym na sukces tego przedsięwzięcia postawił głowę pod topór, to dzisiaj już byśmy nie rozmawiali. Na szczęście sobotni John Mayall ponoć całkowicie wyprzedany. I to na grubo przed. Brawo! Przynajmniej w tym przypadku poznańskie Pyry nie dały ciała.
Dobrze, przyznaję, ja też często wbijam na koncerty na tak zwany "krzywy ryj" (przepraszam za określenie, ale nie wynaleziono dotąd stosowniejszego), ale gwoli usprawiedliwienia przynajmniej masowo wykupuję płyty. Mnóstwo płyt. Tak więc każdego ulubionego wykonawcę posiadam skompletowany dorobek. Nie ściągam muzyki z sieci, nie przesłuchuję jej tam, pomimo mnogości namów, od których nie mogę się wręcz opędzić. Wieczne ci sami piraci podsuwają linki do korzystania z tych cholernych złodziejskich (niby legalnych) serwisów. I tylko mój upór daje im pstryczka w nos. Nie dam się złamać.
Muzyka na dziś: Moya Brennan. Bez znaczenia z jakiej płyty. Wszystkie wspaniałe. Mniej, bardziej, ale wspaniałe. Teraz jednak ze szczególnym naciskiem na "Children Of War" - cudo !!!.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Zakupiony starszy wspólny album Moyi z Cormac'kiem De Barrą, też wydaje się wspaniały. Piszę chyba, ponieważ dopiero rozpoczynam z nim przygodę. Skromna delikatna płyta. Na dwie harfy, dwa wymienne wokale oraz kilka wspomagających instrumentów, typu buzuki, skrzypce czy flet. W zasadzie żaden z tego odległy klimat od tego dobrze utartego z albumów podpisanych nazwiskiem Moya Brennan.
Wściekam się, gdy dopadają mnie wieści o tak nikłej warszawskiej frekwencji (podobno ok. 200 osób). Za dobrze w dupskach. No tak, ale jeśli w Stolicy każdego tygodnia występuje po kilka gwiazd światowego formatu, to... Ale żeby w Poznaniu (ponoć ok. 500 osób) też takie prześwity, w dodatku w tak pięknej Auli, do której bilety na Maire przecież nie kosztowały majątku (od 80 zł !). Wstyd. Czuję zażenowanie. Czułem już je w trakcie koncertu. Szczególnie, gdy mocne światła padały na puste krzesełka - około 40 procent obiektu. Wściekam się jeszcze bardziej, gdy mój Syn okazjonalnie współpracujący z pewną koncertową agencją informuje o sukcesach takiego badziestwa, jak: Coma, Hunter, Kult, itp..., na których koncertach zawsze stoi komplet. A bywa, że i nadkomplet. Wiem wiem, pretensje do Pana Boga, że głupie dzieci zesłał. Kazik co pół roku straszy występami w Poznaniu. A to, jako Kazik, a to jako Kult, i zawsze full grandos wypas arenos. Czyżbyśmy mieli tak mierne zapotrzebowanie na sztukę? Ciągle jedną i taką samą. Oczywiście po raz kolejny narażę się entuzjastom licealnego rocka, którzy bez tej popłuczyniarskiej komerchy, zwanej inteligentną alternatywą, żyć nie potrafią. Niemal każdego dnia widuję plecaczki z naszywkami Red Hotów, Comy, Kultu, Pidżamy, Kornów, Slipknota i Metalliki. Wszyscy mają poprzyszywanych tych samych idoli. I teraz nie wiem, czy to wynika ze stanu faktycznego, czy tylko takowych się naszywkuje. Powiem coś Państwu, że najgorzej się czuję, gdy czasem spotykam Goehsika (perkusistę Kultu) - fajnego gościa, którego znam od blisko czterech dekad, i z którym nawet w epoce wypaliłem kilka trawek. Lubię go, naprawdę, ale jak mam się z nim wdawać w muzyczne konfrontacje? Nie chcę doprowadzić do wzajemnego schodzenia sobie z drogi, więc nie rzucam mu w twarz, że zmarnował się artystycznie, grając w takim gównie, za jaki uważam ekipę Kazimierza Staszewskiego. Dość wrogów, lecz za szczerość masz ich bracie na wyciągnięcie dłoni. Łatwo kumpla stracić, więc nie mów mu, że to, co tworzy, jest beznadziejne. Więc nie mówię, choć wiem, ze od "więc" zdania się nie rozpoczyna.
Obiecałem sobie, że już nie będę najeżdżać na rodzime podwórkowo-śmieszne roczki Luxtorped, Esidów, Łąki łanów, Łąki Łajnów i innych tam Strachów, bo kładę na nich wszystkich lachę. Niestety powyższe koncertowe wydarzenia wywołuję stertę gorzkości i eksplozji, tylko z pozoru nieczynnej na co dzień agresji. Podobno ta drzemie w każdym z nas, by ją uruchomić wystarczy tylko niedźwiedziowi podsunąć miodu pod nos.
Zaczynam się bać o środę. Żywię nadzieję, że na koncert Sophie Ellis Bextor przybędzie nas nieco. I że nie będzie frekwencyjnej powtórki z Heather Novy. Tomek Ziółkowski zapewniał wczoraj, że w listopadzie 2011 roku było nas w Stodole ponad trzydzieści osób, ja obstawiam góra trzydzieści. Przy czym pada zapytanie, ilu z nich zakupiło bilety? Bo jeśli uczyniła to tylko moja ekipa, a cała reszta na zaproszeniach...
Nie znam się na organizacji koncertów, na ich promowaniu, itd... , lecz gdyby mi ktoś zaproponował występ Maire Brennan w poznańskiej Auli, mieszczącej niecałe tysiąc osób, odrzekłbym: "biorę!". I gdybym na sukces tego przedsięwzięcia postawił głowę pod topór, to dzisiaj już byśmy nie rozmawiali. Na szczęście sobotni John Mayall ponoć całkowicie wyprzedany. I to na grubo przed. Brawo! Przynajmniej w tym przypadku poznańskie Pyry nie dały ciała.
Dobrze, przyznaję, ja też często wbijam na koncerty na tak zwany "krzywy ryj" (przepraszam za określenie, ale nie wynaleziono dotąd stosowniejszego), ale gwoli usprawiedliwienia przynajmniej masowo wykupuję płyty. Mnóstwo płyt. Tak więc każdego ulubionego wykonawcę posiadam skompletowany dorobek. Nie ściągam muzyki z sieci, nie przesłuchuję jej tam, pomimo mnogości namów, od których nie mogę się wręcz opędzić. Wieczne ci sami piraci podsuwają linki do korzystania z tych cholernych złodziejskich (niby legalnych) serwisów. I tylko mój upór daje im pstryczka w nos. Nie dam się złamać.
Muzyka na dziś: Moya Brennan. Bez znaczenia z jakiej płyty. Wszystkie wspaniałe. Mniej, bardziej, ale wspaniałe. Teraz jednak ze szczególnym naciskiem na "Children Of War" - cudo !!!.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































