RADIO AFERA "Nawiedzone Studio", niedziela, godz. 22.00 - 2.00 (98,6 FM Poznań)
POLSKIE RADIO POZNAŃ "Sobotni wieczór Andy'ego", sobota, godz. 23.00 - 1.00 (100,9 FM Poznań)
poniedziałek, 6 marca 2017
"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 5 marca 2017 - Radio "Afera", Poznań 98,6 FM
"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 5 marca 2017 - godz.22.00 - 2.00
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl
realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski
MAIRE BRENNAN - "Whisper To The Wild Water" - (1999) -
- Follow The Word
- Peacemaker
GARY MOORE - "Wild Frontier" - (1987) -
- The Loner
GARY MOORE - "Run For Cover" - (1985) -
- Empty Rooms
CLANNAD - "Legend" - (1984) -
- Robin (The Hooded Man)
- Now Is Here
MOYA BRENNAN - "Canvas" - (2017) -
- Children Of War
- Do'n Phaiste Og
CHRISTOPHER CROSS - "Christopher Cross" - (1979) -
- Sailing
FRANKIE MILLER - "Falling In Love" - (1979) -
- Darlin'
- Good To See You
EXILE - "Mixed Emotions" - (1978) -
- Never Gonna Stop
- Kiss You All Over
10 CC - "Bloody Tourists" - (1978) -
- Dreadlock Holiday
CLIMAX BLUES BAND - "Gold Plated" - (1976) -
- Couldn't Get It Right
ERIC CLAPTON - "Backless" - (1978) -
- Promises
THE KNACK - "Get The Knack" - (1979) -
- My Sharona
- Heartbeat
THE POLICE - "Reggatta De Blanc" - (1979) -
- Walking On The Moon
BLONDIE - "Parallel Lines" - (1978) -
- Heart Of Glass
- One Way Or Another
- Picture This
SUE SAAD AND THE NEXT - "Sue Saad And The Next" - (1980) -
- Prisoner
- Young Girl
CHEAP TRICK - "The Essential" - (2004) - kompilacja
- I Want You To Want Me - {oryginalnie na LP "Cheap Trick At Budokan", 1979}
RACING CARS - "Bring On The Night" - (1978) -
- Bring On The Night
ROD STEWART - "Blondes Have More Fun" - (1978) -
- Last Summer
BEE GEES - "Spirits Having Flown" - (1979) -
- Reaching Out
- Spirits (Having Flown)
CHICAGO - "Hot Streets" - (1978) -
- Alive Again
- The Greatest Love On Earth
- Take A Chance
- Gone Long Gone
PABLO CRUISE - "Part Of The Game" - (1979) -
- I Want You Tonight
- Givin' It Away
MAIRE BRENNAN - "Follow The Word" - (2000) - singiel
- Follow The Word - {celtic remix - jig intro}
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
niedziela, 5 marca 2017
KANSAS - "Live Confessions (From New York To Omaha) - (2016) -
KANSAS
"Live Confessions (From New York To Omaha)"
(CANNONBALL)
****
W lipcu br. Kansas wystąpią w Poznaniu na jedynym polskim koncercie. Pretekstem stoi ogólnoświatowa trasa promująca wydany w 2016 roku album "The Prelude Implicit", na którym w zespołowych szeregach zadebiutował wokalista i instrumentalista klawiszowy Ronnie Platt. Na pewno dobrze spełniający powierzone obowiązki, choć pozbawiony charyzmy Steve'a Walsha. Nowa płyta też nie błyszczy specjalnie, lecz to nie powinno stanowić przeszkody w ujrzeniu tej wspaniałej legendy na żywo. Grupa o tak wielkim dorobku mogłaby dać kilka koncertów z rzędu, nie powielając materiału. Inna sprawa, iż Kansas w czołowych dla nurtu rocka progresywnego latach siedemdziesiątych, była jedną z dziesięciu najlepszych na świecie, a w Stanach Zjednoczonych Ameryki wręcz niekwestionowanym liderem.
Wydany jeszcze w 2016 roku 3-płytowy "Live Confessions" stanowi za cenny dokument dwóch pełnych amerykańskich występów w swoim czasie transmitowanych przez stacje radiowe USA. Pierwsze półtorej płyty zajmuje show z Nowego Jorku, a zarejestrowany w połowie grudnia 1977 roku, gdy grupa promowała multiplatynową "Point Of Know Return". Drugie półtorej płyty wypełnia również pełen koncert, tym razem z lipca 1982 roku, kiedy to nowym wokalistą na moment (tylko na dwa albumy) został John Elefante, a grupa promowała melodyjny "Vinyl Confessions". I wbrew powszechnym nie najlepszym notowaniom udany i zdecydowanie w Kansas'owym stylu.
Jakość wszystkich trzech dysków "Live Confessions" bardzo dobra. To nic, że tego nie wydała działająca pod skrzydełkami Epic macierzysta wytwórnia Kirshner (zmarłego kilka lat temu Dona Kirshnera). Żaden to nędzny bootleg, a soczyście zrealizowany materiał. Nie pozbawiony też drobnych wpadek: czasem nierówno przycięty, co daje się wyłapywać pomiędzy niektórymi utworami, jak też zakończeniem podstawowego programu, a przed bisami. Nie umknie też nikomu potężny kiks w postaci urwanej końcówki ballady "Hold On" - tuż pod koniec drugiego dysku. To jednak nieznaczne uszczerbki w stosunku do świetnej zawartości muzycznej.
Być może zostanę uznany za bluźniercę, ale koncert z 1982 roku zagrany w Omaha na Nebrasce wydaje mi się nieco lepszy od suma sumarum udanego przecież nowojorskiego z lata 1977 roku. Także z teoretycznie osłabionego składu (w sensie Elefante zamiast Walsha), który promował nie do końca przez fanów lubiany album, udało się muzykom zagrać z werwą i polotem, zgrabnie mieszając kompozycje świeże ("Chasing Shadows", "Crossfire", "Face It" czy przebojowe "Play The Game Tonight") z wręcz wymaganą listą obowiązkową ("Carry On Wayward Son", "Dust In The Wind", "Miracles Out Of Nowhere" czy "Paradox"). Jeśli jednak ktoś wyjątkowo czuje przywiązanie tylko do najstarszych klasyków ( choćby: "Cheyenne Anthem", "Magnum Opus", "Hopelessly Human", "Portrait /He Knew/", "Icarus" czy również "Dust In The Wind"...), to rzecz jasna obowiązkowo skłoni się do starszego występu z 1977 roku, pomimo wahadłowo dysponowanego tego dnia Steve'a Walsha.
Oba powyższe występy w przeszłości krążyły na rynku pirackim, a koncert z Johnem Elefante jeszcze do niedawna był uchwytny w postaci DVD. Teraz wszystko zostało zremasterowane, nie brzmi kiepsko jak większość bootlegów, ponadto wydawnictwo nareszcie zalegalizowano. Gratka dla miłośników Kansas, których grupa nie rozpieszcza nagraniami koncertowymi.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
piątek, 3 marca 2017
inny świat
Słońce wyjrzało zza chmur, puściło ku nam uśmiechnięte oczko, lecz w powietrzu nadal ostry przenikliwy chłód. W sobotę 3 marca 1990 roku było podobnie. Mniej więcej o podobnej porze właśnie buszowałem na Kudamie w nieistniejącym już dziś WOM-ie. Przywiozłem m.in. najnowszych Marillion "Seasons End" oraz debiutującego Fisha "Vigil In A Wilderness Of Mirrors". Pierwsze płyty muzyków Marillion po rozstaniu na linii frontman-wokalista a reszta zespołu. Obie płyty kapitalne, choć me serce przeważyło szalę zespołu.
Wiosna 1990 roku rozkręcała się powoli, ale słońca nie brakowało, i oby w tym roku było podobnie.
Właśnie Słuchacz wyraził entuzjazm z racji nadchodzącego "romantycznego" Nawiedzonego Studia. Odpisałem, że romantyczne ono raczej nie będzie, ale na pewno wspominkowe. Z dużym naciskiem na nieskomplikowaną muzykę końca lat siedemdziesiątych. Wzięło mnie bardzo na granie wczesnej młodości. Ponoć na starość robimy się coraz bardziej nostalgiczni. Hmmm... a u mnie tego typu objawy daje się obserwować przez całe życie. Zawsze lubiłem wspominać. Lubię przeszłość. Interesuje mnie ona bardziej od przyszłości. Dlatego nie lubię filmów science fiction. Choć niektóre tak, jak lekkie kino z pewnymi zaczerpniętymi z tego gatunku elementami. Weźmy taką trylogię "Powrót do przyszłości", albo starą wersję "Wehikuł czasu". Ale tylko starą - podkreślam. Ta nowa jest do luftu. Stara jest pięknie zrealizowana. Niemal romantycznie. Przynajmniej w pierwszej części filmu. Z kolei te wszystkie "Gwiezdne Wojny", "Obcy - ósmy pasażer Nostromo", itp. kompletnie mnie nie ruszają. Wiem, narażam się teraz miłośnikom gatunku, bo dla nich to smaczki i poezja sama w sobie, lecz dla mnie jedynie nic nie warte pierdy. Na jedynce "Obcy"-ego byłem nawet w epoce w kinie. Wynudziłem się jak mops, podczas gdy koledzy przeżywali temat, niczym pomocnicy murarzy stłuczkę taczkami.
W Nawiedzonym nie będzie zatem muzyki z Gwiezdnych Wojen, ani temu podobnych, natomiast nie obędzie się bez sporej dawki świetnych piosenek. Uspokajam, nie będzie I Santo California, Manhattan Transfer czy Umberto Tozziego. To nie ten rodzaj wspominek. Poza tym, jeszcze nie dojrzałem do aż takich czułości. Prezentując piosenki "Ti Amo", "Tu", Chanson D'Amour" czy "Tornero" musiałbym z Szanownymi Słuchaczami się nieźle urżnąć. Doszłyby na tyle bezcenne zwierzenia, iż polałyby się łzy nie tylko radości, ale i nostalgii. Lepiej nie ryzykować. Serce pięćdziesięciolatka-plus, to już nie krwisty mięsień czternasto-/piętnastolatka. Trzeba uważać. Jeszcze nie zdążyłem Żonce wycenić płyt, a wściekłbym się, gdyby ta po moim zejściu odsprzedała je jakiemuś pazernemu właścicielowi lombardu po pięć złotych za sztukę.
Dzisiaj na przemian Maire Brennan i Pendragon. Tych drugich nie planuję w audycji, więc się tylko zasłuchuję w celu samozaspokojenia, natomiast od głosu Maire Brennan nie uwolnimy się - obiecuję. Wszak koncert niezwykły, a i najnowszą płytę czas napocząć.
Wydobyłem z szafy singla Maire Brennan "Follow The Word". Promocyjnego. Z dwoma wersjami tejże piosenki. Piosenki tak a propos wczoraj zaśpiewanej w Auli. To piosnka dotycząca albumu "Whisper To The Wild Water", który rzecz jasna posiadam, ale takiego rarytasika singielka, to już nie każdy, więc musiałem się pochwalić. Bo chwalić się płytami bardzo lubię. Nawet nie wiem, jak go zdobyłem. Być może w swoim czasie wręczył mi go jakiś przedstawiciel handlowy Universal Music Poland, ale też nie wykluczam kupna. Jako szaleniec kupuję także promosy, pomimo iż te niby powinno się otrzymywać w wiadomym celu.
W poprzednim wpisie opis wczorajszego koncertowego zetknięcia z Maire Brennan. Polecam przeczytać. Zawsze zaglądajcie Państwo Szanowni o wpis, lub dwa, wstecz. Zdarza mi się napisać dwa/trzy teksty w bardzo krótkich odstępach czasowych, a później niejednokrotnie słyszę, że nie przeczytałem, przegapiłem, bo zauważyłem tylko ten najświeższy.
Właśnie w tle ładnie sączą się królewscy Pendragon. Dzisiaj z płytą "Pure". Pamiętam początkowe lekkie rozczarowanie, gdy się ukazała w 2008 roku. Nie wszystko, tak od razu.... ale już po piątym posłuchaniu, w całości była moja. Polecam powrócić do "Indigo", "The Freak Show" i finałowego "It's Only Me" ("...zawsze w moim dziecięcym umyśle istnieje ten inny świat..."). Zastanawiam się tylko, jakim prawem Nick Barrett ośmiela się wywierać we mnie takie emocje. Przyznam, że przy końcówce "It's Only Me", trudno powstrzymać się od chusteczki.
Wiosna 1990 roku rozkręcała się powoli, ale słońca nie brakowało, i oby w tym roku było podobnie.
Właśnie Słuchacz wyraził entuzjazm z racji nadchodzącego "romantycznego" Nawiedzonego Studia. Odpisałem, że romantyczne ono raczej nie będzie, ale na pewno wspominkowe. Z dużym naciskiem na nieskomplikowaną muzykę końca lat siedemdziesiątych. Wzięło mnie bardzo na granie wczesnej młodości. Ponoć na starość robimy się coraz bardziej nostalgiczni. Hmmm... a u mnie tego typu objawy daje się obserwować przez całe życie. Zawsze lubiłem wspominać. Lubię przeszłość. Interesuje mnie ona bardziej od przyszłości. Dlatego nie lubię filmów science fiction. Choć niektóre tak, jak lekkie kino z pewnymi zaczerpniętymi z tego gatunku elementami. Weźmy taką trylogię "Powrót do przyszłości", albo starą wersję "Wehikuł czasu". Ale tylko starą - podkreślam. Ta nowa jest do luftu. Stara jest pięknie zrealizowana. Niemal romantycznie. Przynajmniej w pierwszej części filmu. Z kolei te wszystkie "Gwiezdne Wojny", "Obcy - ósmy pasażer Nostromo", itp. kompletnie mnie nie ruszają. Wiem, narażam się teraz miłośnikom gatunku, bo dla nich to smaczki i poezja sama w sobie, lecz dla mnie jedynie nic nie warte pierdy. Na jedynce "Obcy"-ego byłem nawet w epoce w kinie. Wynudziłem się jak mops, podczas gdy koledzy przeżywali temat, niczym pomocnicy murarzy stłuczkę taczkami.
W Nawiedzonym nie będzie zatem muzyki z Gwiezdnych Wojen, ani temu podobnych, natomiast nie obędzie się bez sporej dawki świetnych piosenek. Uspokajam, nie będzie I Santo California, Manhattan Transfer czy Umberto Tozziego. To nie ten rodzaj wspominek. Poza tym, jeszcze nie dojrzałem do aż takich czułości. Prezentując piosenki "Ti Amo", "Tu", Chanson D'Amour" czy "Tornero" musiałbym z Szanownymi Słuchaczami się nieźle urżnąć. Doszłyby na tyle bezcenne zwierzenia, iż polałyby się łzy nie tylko radości, ale i nostalgii. Lepiej nie ryzykować. Serce pięćdziesięciolatka-plus, to już nie krwisty mięsień czternasto-/piętnastolatka. Trzeba uważać. Jeszcze nie zdążyłem Żonce wycenić płyt, a wściekłbym się, gdyby ta po moim zejściu odsprzedała je jakiemuś pazernemu właścicielowi lombardu po pięć złotych za sztukę.
Dzisiaj na przemian Maire Brennan i Pendragon. Tych drugich nie planuję w audycji, więc się tylko zasłuchuję w celu samozaspokojenia, natomiast od głosu Maire Brennan nie uwolnimy się - obiecuję. Wszak koncert niezwykły, a i najnowszą płytę czas napocząć.
Wydobyłem z szafy singla Maire Brennan "Follow The Word". Promocyjnego. Z dwoma wersjami tejże piosenki. Piosenki tak a propos wczoraj zaśpiewanej w Auli. To piosnka dotycząca albumu "Whisper To The Wild Water", który rzecz jasna posiadam, ale takiego rarytasika singielka, to już nie każdy, więc musiałem się pochwalić. Bo chwalić się płytami bardzo lubię. Nawet nie wiem, jak go zdobyłem. Być może w swoim czasie wręczył mi go jakiś przedstawiciel handlowy Universal Music Poland, ale też nie wykluczam kupna. Jako szaleniec kupuję także promosy, pomimo iż te niby powinno się otrzymywać w wiadomym celu.
W poprzednim wpisie opis wczorajszego koncertowego zetknięcia z Maire Brennan. Polecam przeczytać. Zawsze zaglądajcie Państwo Szanowni o wpis, lub dwa, wstecz. Zdarza mi się napisać dwa/trzy teksty w bardzo krótkich odstępach czasowych, a później niejednokrotnie słyszę, że nie przeczytałem, przegapiłem, bo zauważyłem tylko ten najświeższy.
Właśnie w tle ładnie sączą się królewscy Pendragon. Dzisiaj z płytą "Pure". Pamiętam początkowe lekkie rozczarowanie, gdy się ukazała w 2008 roku. Nie wszystko, tak od razu.... ale już po piątym posłuchaniu, w całości była moja. Polecam powrócić do "Indigo", "The Freak Show" i finałowego "It's Only Me" ("...zawsze w moim dziecięcym umyśle istnieje ten inny świat..."). Zastanawiam się tylko, jakim prawem Nick Barrett ośmiela się wywierać we mnie takie emocje. Przyznam, że przy końcówce "It's Only Me", trudno powstrzymać się od chusteczki.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
MOYA BRENNAN - Poznań 2.III.2017 - Aula Uniwersytecka, godz.20.00
Maire Brennan dwa razy podkreśliła podziw dla Auli Uniwersyteckiej. Widać wybrane miejsce dla poznańskiego koncertu szczególnie jej przypadło do gustu. Co racja, to racja. Nie dość, że pięknie, to jeszcze wspaniale słychać. A niełatwo nagłośnić koncert tak kameralny. Bez zgrzytów, fuzów, przesterów. Tylko na szlachetnie brzmiące instrumenty - na dwie harfy, gitarę akustyczną, skrzypce, słownie: jeden bęben, czasem flet oraz Ten głos - jedyny, mistyczny, niepowtarzalny. Do szczęścia zabrakło tylko kompletu publiczności. Cóż, takie czasy. Jedynie bilety na U2 i Depeszów schodzą na pniu - w godzinę internetowej sprzedaży skompletowany pełen stadion. Czasem sobie myślę, że większość ludzi wcale nie kocha muzyki, a tylko ją zalicza, bo znane kapele, więc wiadomo... By się później przechwalać, że było się na takim, bądź innym gigancie. A pozostali niech tylko zazdroszczą. Dopytuję nieraz takowych o to, o tamto, lecz większość niczego nie potrafi opowiedzieć. Jedyne co zapamiętują, to kupę efektów, fajerwerków, itp... O samej wartości muzyki, to już tylko na językach przeszkadzają pypcie.
Gdy ponad trzy dekady temu nasza telewizja emitowała "Robina z Sherwood", to pół Polski się chłostało z wrażenia i podziwu dla skomponowanej muzyki Clannad. Wówczas pięć takich koncertów w samym tylko Poznaniu zapewne wyprzedano by w trymiga. Dziś na taki show ma chrapkę już tylko garstka największych zapaleńców. Zastanawiam się tylko, czy ci "fani" U2 (nazwijmy ich tak umownie) wiedzą, że Maire Brennan zaśpiewała kiedyś z Bono w "In A Lifetime" - na przepięknej płycie "Macalla"? Dla nich Moya Brennan, to zapewne tylko jakaś tam podstarzała piosenkareczka, a nie wiedzą przecież cieniasy, że gdy Moya (wówczas jako Maire) poprosiła Bono o zaśpiewanie u jej boku, to wokaliście U2 opadła szczęka z wrażenia, że ktoś taki, jak Maire, chce z nim zaśpiewać. Dobrze, by sobie przyswoili tę wiedzę. Przepraszam, poniosło mnie, ale gdybym tego tu i teraz nie napisał, nie napisałbym nigdy, i by się słabiakom znowu upiekło.
Aula Uniwersytecka jak zawsze schludna, dostojna, pięknie oświetlona i zapełniona kulturalną publicznością. Nie wiercą się żadne moczymordy z piwskiem, nie łażą śmierdziuchy z popcornem, nie świnią w toaletach, bo stać ich ledwie na pubowe kible. Dzięki temu obcowanie z wielką sztuką stało się namacalne.
Koncert dwuczęściowy, z przerwą circa kwadransową. Przez pierwszych kilka minut zastanawiałem się, skąd znam tego głównego harfistę. Elokwentnego, wygadanego i dowcipnego dżentelmena, nie tylko smukło wijącego po instrumentu strunach, ale i świetnie, niemal Clannadowo śpiewającego. Aż nagle: eureka! No tak, przecież to ten sam muzyk, którego już miałem okazję posłuchać w 2010 roku w poznańskiej Farze. A propos Fary... Na dzisiejszym koncercie pojawił się także Łukasz Wierzbicki - organizator tamtego koncertu. Łukasz nie tylko wziął się za organizację pierwszego poznańskiego koncertu Pani Marysi, ale w latach dziewięćdziesiątych działaliśmy razem w Radio Fan, gdyby czasem kogoś to zainteresowało. Obecnie Łukasz jest uznanym pisarzem i dostarczycielem w tej profesji przygód dla najmłodszych. To tylko tak na marginesie. Wróćmy na scenę... na niej piątka muzyków: Moya Brennan, jej Córka, która jest gitarzystką i flecistką, następnie Syn - grający na instrumentach klawiszowych oraz okazjonalnie na instrumentach perkusyjnych, plus czarnowłosa skrzypaczka, no i ten genialny harfista - Cormac De Barra. Nie można oderwać wzroku, gdy gra. Ręce mu płyną po strunach zgrabnie, niczym rzeźbione falami kręgi na morskim brzegu. Choć nawet mistrzowi może przydarzyć się kiks, jak pewien przesympatycznie przyjęty zresztą przez publiczność na początku drugiej części przedstawienia. Zabawna sytuacja, Cormac zorientował się błyskawicznie w swej pomyłce, a mimo to próbował ją szybko naprawić, więc przez kilka sekund brnął do przodu, aż przystopował. Okazało się, że startujemy od początku, bo z tamtej mąki już chleba nie będzie. Kupa śmiechu, a także nieplanowanego i niewymuszonego relaksu. Po chwili powtórzony wstęp, a sama kompozycja szybko nabrała mistycznych barw.
W repertuarze pieśni/piosenki bardzo nowe, jak m.in. "Children Of War", ale też dobrze znane przeboje, z m.in: "Two Horizons", Sailing (cover Christophera Crossa), "Follow The Word", "I Will Find You" czy obowiązkowym i gorąco przyjętym "Robin (The Hooded Man)". Cudo. I czego chcieć więcej.
Po koncercie ustawiła się pokaźna kolejka po autografy do całego kwintetu. Ale nie tylko, bo i po uściski dłoni czy szepnięcia słówka do ucha. Jako, że podpis z dedykacją Maire już mam od ponad sześciu lat, odpuściłem kolejny, ale kupiłem obowiązkowo jej najnowszą płytę oraz jedną zaległą, a nagraną przez Moyę do spółki z Cormac'kiem De Barrą.
Cudowny wieczór i nikt mi go nie odbierze, a zarazem miłe zwieńczenie smutnego dnia po porannym pogrzebie kolegi Mamy.
P.S. Ukłony dla organizatora koncertu - Tomka Andree. Ten młody, ambitny i sympatyczny człowiek, stanął na wysokości zadania. Jestem pełen podziwu dla jego energii, zapału i dopięcia wszystkiego na ostatni guzik. Tak trzymać Panie Tomku. Udanego ciągu dalszego jutro w Warszawie...
\
Gdy ponad trzy dekady temu nasza telewizja emitowała "Robina z Sherwood", to pół Polski się chłostało z wrażenia i podziwu dla skomponowanej muzyki Clannad. Wówczas pięć takich koncertów w samym tylko Poznaniu zapewne wyprzedano by w trymiga. Dziś na taki show ma chrapkę już tylko garstka największych zapaleńców. Zastanawiam się tylko, czy ci "fani" U2 (nazwijmy ich tak umownie) wiedzą, że Maire Brennan zaśpiewała kiedyś z Bono w "In A Lifetime" - na przepięknej płycie "Macalla"? Dla nich Moya Brennan, to zapewne tylko jakaś tam podstarzała piosenkareczka, a nie wiedzą przecież cieniasy, że gdy Moya (wówczas jako Maire) poprosiła Bono o zaśpiewanie u jej boku, to wokaliście U2 opadła szczęka z wrażenia, że ktoś taki, jak Maire, chce z nim zaśpiewać. Dobrze, by sobie przyswoili tę wiedzę. Przepraszam, poniosło mnie, ale gdybym tego tu i teraz nie napisał, nie napisałbym nigdy, i by się słabiakom znowu upiekło.
Aula Uniwersytecka jak zawsze schludna, dostojna, pięknie oświetlona i zapełniona kulturalną publicznością. Nie wiercą się żadne moczymordy z piwskiem, nie łażą śmierdziuchy z popcornem, nie świnią w toaletach, bo stać ich ledwie na pubowe kible. Dzięki temu obcowanie z wielką sztuką stało się namacalne.
Koncert dwuczęściowy, z przerwą circa kwadransową. Przez pierwszych kilka minut zastanawiałem się, skąd znam tego głównego harfistę. Elokwentnego, wygadanego i dowcipnego dżentelmena, nie tylko smukło wijącego po instrumentu strunach, ale i świetnie, niemal Clannadowo śpiewającego. Aż nagle: eureka! No tak, przecież to ten sam muzyk, którego już miałem okazję posłuchać w 2010 roku w poznańskiej Farze. A propos Fary... Na dzisiejszym koncercie pojawił się także Łukasz Wierzbicki - organizator tamtego koncertu. Łukasz nie tylko wziął się za organizację pierwszego poznańskiego koncertu Pani Marysi, ale w latach dziewięćdziesiątych działaliśmy razem w Radio Fan, gdyby czasem kogoś to zainteresowało. Obecnie Łukasz jest uznanym pisarzem i dostarczycielem w tej profesji przygód dla najmłodszych. To tylko tak na marginesie. Wróćmy na scenę... na niej piątka muzyków: Moya Brennan, jej Córka, która jest gitarzystką i flecistką, następnie Syn - grający na instrumentach klawiszowych oraz okazjonalnie na instrumentach perkusyjnych, plus czarnowłosa skrzypaczka, no i ten genialny harfista - Cormac De Barra. Nie można oderwać wzroku, gdy gra. Ręce mu płyną po strunach zgrabnie, niczym rzeźbione falami kręgi na morskim brzegu. Choć nawet mistrzowi może przydarzyć się kiks, jak pewien przesympatycznie przyjęty zresztą przez publiczność na początku drugiej części przedstawienia. Zabawna sytuacja, Cormac zorientował się błyskawicznie w swej pomyłce, a mimo to próbował ją szybko naprawić, więc przez kilka sekund brnął do przodu, aż przystopował. Okazało się, że startujemy od początku, bo z tamtej mąki już chleba nie będzie. Kupa śmiechu, a także nieplanowanego i niewymuszonego relaksu. Po chwili powtórzony wstęp, a sama kompozycja szybko nabrała mistycznych barw.
W repertuarze pieśni/piosenki bardzo nowe, jak m.in. "Children Of War", ale też dobrze znane przeboje, z m.in: "Two Horizons", Sailing (cover Christophera Crossa), "Follow The Word", "I Will Find You" czy obowiązkowym i gorąco przyjętym "Robin (The Hooded Man)". Cudo. I czego chcieć więcej.
Po koncercie ustawiła się pokaźna kolejka po autografy do całego kwintetu. Ale nie tylko, bo i po uściski dłoni czy szepnięcia słówka do ucha. Jako, że podpis z dedykacją Maire już mam od ponad sześciu lat, odpuściłem kolejny, ale kupiłem obowiązkowo jej najnowszą płytę oraz jedną zaległą, a nagraną przez Moyę do spółki z Cormac'kiem De Barrą.
Cudowny wieczór i nikt mi go nie odbierze, a zarazem miłe zwieńczenie smutnego dnia po porannym pogrzebie kolegi Mamy.
P.S. Ukłony dla organizatora koncertu - Tomka Andree. Ten młody, ambitny i sympatyczny człowiek, stanął na wysokości zadania. Jestem pełen podziwu dla jego energii, zapału i dopięcia wszystkiego na ostatni guzik. Tak trzymać Panie Tomku. Udanego ciągu dalszego jutro w Warszawie...
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
\
czwartek, 2 marca 2017
gałązka w strumyku
Rano udałem się do kościoła. Na mszę za Mamę mego odwiecznego Kompana. Nie potrafię się tam modlić. Nigdy nie potrafiłem, dlatego niemal zawsze kościół omijam. Oprócz dzisiejszego ranka. Z Bogiem rozprawiam po swojemu. Chwalę i karcę w zależności, na co zasłuży, bądź mnie też się należy. Ale dzisiaj poszedłem. Nie musiałem, przecież nikt nie zmuszał, i nikt żalem by nie okrył. Posiedziałem, podumałem, trochę się wyciszyłem, regułki zza ołtarza przyjmowałem chłodem nie mniejszym, niż wyraz twarzy Bartosza Kownackiego. I to już się raczej nie powinno zmienić.
Posłuchałem księdza, podobno proboszcza. Ładnie przemawiał, przyznaję. Zastanawiałem się, czy tak ładnie napisał specjalnie na dzisiaj, czy to standard przypadający na każdego. Gdzieś pod koniec padło: "...śmierć nie jest kropką, a przecinkiem...". Oby, wówczas wszystko naprawdę miałoby sens. Ktoś niedawno powiedział: "Boga nie ma, ale należy tak żyć, jak by był". Te słowa szczególnie dotykają mnie, więc staram się... Zawsze z nutką optymizmu, że może jednak...
Podczas pogrzebowej ceremonii zimno, wietrznie, ale na szczęście deszcz nieco przed ustał. Chwilę po złożeniu w grobie pojawiło się słońce. To dobry znak. Mawiam: nie jestem przesądny, ale chyba trochę jestem. Przywiązuję wagę do takich drobnostek.
Wieczorem wybieram się do Auli Uniwersyteckiej na koncert Maire Brennan. W takim dniu, taka muzyka. Ostatnia szansa na podjęcie decyzji dla wszystkich ociągających się - polecam!
W niedzielę w kilku słowach opowiem o występie wokalistki Clannad. O nadchodzącym poznańskim koncercie Kansas, także. I koniecznie zagram coś pięknego dla zmarłej Pani Reginy. W ogóle zagram dużo świetnych kompozycji. Mniej hałaśliwych tym razem - taki nastrój.
Muzyka na dziś: Pendragon z niedocenianej płyty "Believe". Niedocenianej głównie przeze mnie. Może dlatego, że z pozoru okazała się nieco trudniejszą?. Z mniej wyeksponowanymi solówkami Nicka Barretta?. Chyba tak. W 2005 roku ostrzyłem zęby na sporo melodyjniejszy materiał, a muzycy przez moment stali w innym miejscu. Szybko jednak powrócili do oczekiwanych melodii, zagrywek... Ale wtedy tak właśnie być miało, i dopiero upływ dwunastu lat pozwolił mi pokochać ten album. Być może dopomógł w tym niedawno zakupiony winyl? Już mam ich pięć, ale wciąż brakują "The Masquerade Overture" czy "The World".
Wyciągnijmy z "Believe" przedostatnie "Learning Curve": "...będę o Ciebie walczyć, dla Ciebie wypełnię dziury w niebie, dla Ciebie osiadłbym na oceanicznym dnie, dla Ciebie warto byłoby umrzeć...". Wrażliwy ten Barrett. Już nie po raz pierwszy. Tylko on potrafi poruszyć ziemią i wstrząsnąć wodami w wyrażaniu tego, co tkwi w nim równie głęboko. Mało kto w obecnych czasach potrafi tak pięknie śpiewać o wierze, nadziei, miłości, nawet o śmierci... Przy nim człowiek czuje się jakoś bezpieczniej.
"Believe" to bardzo polska płyta. W finałowym "The Edge Of The World" Barrett nawet znajomo melorecytuje: "...dzień dobry, jak sie mamy...". Z naciskiem na "sie", wszak Anglicy choćby "się" nie wiem jak spięli, to tego "się" nie udźwigną. Gdzieś pod koniec: "...czasami czuję się jak gałązka w strumieniu, która zmierza w stronę bezkresnego morza...".
Posłuchałem księdza, podobno proboszcza. Ładnie przemawiał, przyznaję. Zastanawiałem się, czy tak ładnie napisał specjalnie na dzisiaj, czy to standard przypadający na każdego. Gdzieś pod koniec padło: "...śmierć nie jest kropką, a przecinkiem...". Oby, wówczas wszystko naprawdę miałoby sens. Ktoś niedawno powiedział: "Boga nie ma, ale należy tak żyć, jak by był". Te słowa szczególnie dotykają mnie, więc staram się... Zawsze z nutką optymizmu, że może jednak...
Podczas pogrzebowej ceremonii zimno, wietrznie, ale na szczęście deszcz nieco przed ustał. Chwilę po złożeniu w grobie pojawiło się słońce. To dobry znak. Mawiam: nie jestem przesądny, ale chyba trochę jestem. Przywiązuję wagę do takich drobnostek.
Wieczorem wybieram się do Auli Uniwersyteckiej na koncert Maire Brennan. W takim dniu, taka muzyka. Ostatnia szansa na podjęcie decyzji dla wszystkich ociągających się - polecam!
W niedzielę w kilku słowach opowiem o występie wokalistki Clannad. O nadchodzącym poznańskim koncercie Kansas, także. I koniecznie zagram coś pięknego dla zmarłej Pani Reginy. W ogóle zagram dużo świetnych kompozycji. Mniej hałaśliwych tym razem - taki nastrój.
Muzyka na dziś: Pendragon z niedocenianej płyty "Believe". Niedocenianej głównie przeze mnie. Może dlatego, że z pozoru okazała się nieco trudniejszą?. Z mniej wyeksponowanymi solówkami Nicka Barretta?. Chyba tak. W 2005 roku ostrzyłem zęby na sporo melodyjniejszy materiał, a muzycy przez moment stali w innym miejscu. Szybko jednak powrócili do oczekiwanych melodii, zagrywek... Ale wtedy tak właśnie być miało, i dopiero upływ dwunastu lat pozwolił mi pokochać ten album. Być może dopomógł w tym niedawno zakupiony winyl? Już mam ich pięć, ale wciąż brakują "The Masquerade Overture" czy "The World".
Wyciągnijmy z "Believe" przedostatnie "Learning Curve": "...będę o Ciebie walczyć, dla Ciebie wypełnię dziury w niebie, dla Ciebie osiadłbym na oceanicznym dnie, dla Ciebie warto byłoby umrzeć...". Wrażliwy ten Barrett. Już nie po raz pierwszy. Tylko on potrafi poruszyć ziemią i wstrząsnąć wodami w wyrażaniu tego, co tkwi w nim równie głęboko. Mało kto w obecnych czasach potrafi tak pięknie śpiewać o wierze, nadziei, miłości, nawet o śmierci... Przy nim człowiek czuje się jakoś bezpieczniej.
"Believe" to bardzo polska płyta. W finałowym "The Edge Of The World" Barrett nawet znajomo melorecytuje: "...dzień dobry, jak sie mamy...". Z naciskiem na "sie", wszak Anglicy choćby "się" nie wiem jak spięli, to tego "się" nie udźwigną. Gdzieś pod koniec: "...czasami czuję się jak gałązka w strumieniu, która zmierza w stronę bezkresnego morza...".
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
środa, 1 marca 2017
MICHAEL BOLTON - "Songs Of Cinema" - (2017) -
MICHAEL BOLTON
"Songs Of Cinema"
(MONTAIGNE RECORDS)
***1/3
Dawno minęły czasy, kiedy to Michael Bolton nagrywał bezbłędne melodic rockowe albumy, przy okazji angażując markowych muzyków, choćby z Journey (gitarzystę Neala Schona, klawiszowca Jonathana Caina czy basistę Randy'ego Jacksona), gitarzystę Bruce'a Kulicka (ten od Meat Loafa) lub bębniarza Mike'a Bairda (muzyka m.in. Ricka Springfielda). Łezka w oku wspomnień na myśl po albumach "The Hunger" czy "Everybody's Crazy". Zwrot w karierze Artysty nastąpił za sprawą longplaya "Soul Provider" - niemiłosiernie ckliwego, choć wciąż przecież bardzo udanego, na którym honor rocka broniła już tylko kapitalna piosenka "You Wouldn't Know Love". Niestety ten nietuzinkowy śpiewak, o oktawowych możliwościach przenoszenia gór, zaczął mocno przynudzać wraz z nadejściem lat dziewięćdziesiątych. Zamienił dżinsy na białą koszulę, plus dobrze skrojoną marynareczkę, a w konsekwencji wyciął długie włosy, pozostawiając na głowie do teraz skoszony trawnik. Jego twórczość uległa totalnemu wygładzeniu, zrobiła się słodka, by nie rzec: rzewna. I choć facet nadal śpiewał kapitalnie, to jego płyty mogły już tylko stanowić za tło do hotelowych wind. To samo tyczy również najświeższej "Songs Of Cinema". Tym razem otrzymujemy dziesięć piosenek, o ledwie nieco ponad półgodzinnym czasie trwania, gdzie Pan Michał mierzy się z klasykami kina. Między innymi z repertuarem niedawno zmarłego Ben E.Kinga - piosenka "Stand By Me" (film "Stań przy mnie"), fajne jazz/rhythm'n'bluesowe "I've Got A Woman" - Raya Charlesa (z biograficznego filmu "Ray"), przebój Judy Garland "Somewhere Over The Rainbow" (temat z filmu "Czarnoksiężnik z Oz") i jeszcze kilka innych równie sławetnych tematów, typu: "As Time Goes By" czy "Jack Sparrow".
Za ciekawostkę, i to nawet całkiem gustowną, należy uznać interpretację tematu z filmu "The Bodyguard", piosenkę "I Will Always Love You" - zaśpiewaną przez Boltona w duecie z country divą Dolly Parton. Nieco mniej poraża nowa wersja wiekowego hitu Percy'ego Sledge'a "When A Man Loves A Woman".
Bolton pierwotnie nagrał ją już w 1991 roku na ociekającym słodyczą albumie "Time, Love & Tenderness". Również z gospelowym chórem, a nawet z fajniejszą - czytaj: bardziej rockową sekcją. Piosenka w swoim czasie mocno podbudowała mu reputację, więc w zasadzie przypomnienie jej nie powinno sprawie zaszkodzić.
Na szczęście "Songs Of Cinema" nie tylko składa się z poskramiaczy serc, ale też rock'n'rollowego numeru "Old Time Rock And Roll" (film "Risky Business") - z repertuaru Boba Segera, czy też soul-rockowego klasyka "I Heard It Through The Grapevine" (film "Wielki chłód"). I choć to rzecz należąca do gardła Marvina Gaye'a, to jednak nieco późniejsza wersja Creedence Clearwater Revival nie pozostawia złudzeń w przechyle szali na korzyść Kalifornijczyków. A może mój brak obiektywizmu wynika z większego przywiązania do rocka, niż gigantów soulu?
Elegancki pan pod krawatem, i z taką samą muzyką. W sumie troszkę żałuję, wolałbym go jednak w bardziej postrzępionym repertuarze.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
14 lipca 2017 KANSAS zagrają w Poznaniu
Informacja sprzed dosłownie pół godziny.... Sensacyjna !!! W piątek 14 lipca w poznańskiej "Sali Ziemi" wystąpi grupa KANSAS.
Organizatorem Rock Serwis.
Bilety w cenach od 159 zł do 289 zł - w sprzedaży od 6 marca
Organizatorem Rock Serwis.
Bilety w cenach od 159 zł do 289 zł - w sprzedaży od 6 marca
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Subskrybuj:
Posty (Atom)









































