Postanowiłem zakupić boksik Kajagoogoo & Limahl, ponieważ do tej pory miałem ten temat nie w pełni dopięty. To znaczy, jedynkę Kajagoogoo na CD - jeszcze w starej wersji USA, dwójkę zaś w edycji europejskiej - i już nawet zremasterowaną, z kolei dwa pierwsze solowe dokonania Limahla jedynie na wysłużonych winylach. A tu taka okazja, by wreszcie mieć wszystko razem w jednym małym, zgrabnym, choć skromnym pudełku. W dodatku z zaległą "środkową" płytą grupy Kaja, której jakoś nigdy do tej pory sobie nie zafundowałem.
Nie bardzo kocham te "gustowne" boxiki. Niby mają one przywracać klimat płyty winylowej, rzecz jasna w formie zminiaturyzowanej, a jednak sprawa kończy się na niedokładnych okładkowych replikach awersów, jak i ich rewersów. Poza tym, nie wiedzieć dlaczego wytwórnia Warner zawsze musi wszystkie okładki przyozdabiać kolorowymi ramkami. Burzącymi nastrój całości. Oczywiście wiadomo, przede wszystkim liczy się muzyka i dźwięk, ale jednak my kolekcjonerzy płyt lubimy także jeszcze nacieszyć oko. Na osłodę przyznam, że fajnie się słucha Limahla i jego kolegów po tylu latach.
Zabawna sytuacja. Otóż zamówiłem ów boksik poprzez internet w lokalnym Media Markt. Z opcją odbioru osobistego. Dotarłszy na miejsce, podszedłem grzecznie do odpowiedniego punktu i poprosiłem urzędującą tam panią, by ta mi go wydała. "Dzień dobry, chciałbym odebrać boksik Kajagoogoo, na nazwisko......" - rozpocząłem konwersację. Pani zaskoczona zapytała: "jak to się nazywa?", powtórzyłem "kadżagugu". Kobietka najpierw się uśmiechnęła, po czym udała się na zaplecze i rozpoczęła poszukiwania. Po upływie pewnego czasu wyszła, chcąc mi zasugerować, iż pewnie mówię mało wyraźnie, sama więc nastawiła odpowiednio w swojej szczęce zęby na baczność i po żołniersku dopytała raz jeszcze: "czy może pan podać jeszcze raz nazwę tego?". Nie tracąc poczucia humoru całej tej sytuacyjności, równie po żołniersku wyartykułowałem: "ka-dża-gu-gu". Młoda dama czym prędzej podążyła ponownie na łowy, skąd dobił do mnie jeszcze głośniejszy rechot z zaplecza. Uciekło ponownie nieco sekund, aż w końcu - jest !!! Oświeciło - eureka! - zguba się znalazła. Co za ulga. Bynajmniej nie dla mnie, ja o swoje byłem spokojny. Kto bowiem w 2016 roku zechciałby kupić na raz pięć tytułów z Nickiem Beggsem, Limahlem (nie każdy z nich na każdej płycie - tak dla jasności).... Tylko Masłowski kupuje takie "klejnoty".
Aby rozładować sytuację, przy okazji kwitowania odbioru, dorzuciłem od siebie: "Pani się śmieje z tej egzotycznej nazwy, ale proszę uwierzyć, że trzy dekady temu wszystkie dziewczyny wieszały sobie ich plakaty na słomiankach przy łóżku". Pani chcąc jakoś z tego wszystkiego wyjść bez szwanku, na odchodne wydała jeszcze z siebie na obronę: "ach, bo gdyby pan powiedział, że chodzi o płytę...".
Być może zatem wcale nie owe "kadżagugu" rozśmieszyło tak bardzo Panią z obsługi, a zupełnie niepodejrzane słowo "boksik". Hmmmm......
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
RADIO AFERA "Nawiedzone Studio", niedziela, godz. 22.00 - 2.00 (98,6 FM Poznań)
POLSKIE RADIO POZNAŃ "Sobotni wieczór Andy'ego", sobota, godz. 23.00 - 1.00 (100,9 FM Poznań)
piątek, 8 stycznia 2016
środa, 6 stycznia 2016
TOP 2015
![]() |
| co ważniejsze ub.roczne |
Podsumować go jednym zdaniem nie sposób, dlatego najlepiej zawsze komentować wydarzenia na bieżąco. Myślę, że Słuchacze Nawiedzone Studia, jak i Czytelnicy tego Bloga, i tak wiedzą na kogo mogłem postawić.
Jako, że nieczęsto bywam na koncertach, ponieważ wszystkie pieniądze wydaję na płyty, podsumuję tylko same albumy. W tej dziedzinie przynajmniej czuję się w miarę kompetentny.
Proszę serio potraktować pierwszych 5-6 miejsc, które są wiążące i stabilne. Co do pozostałych, tutaj klasyfikacja nie jest aż tak ważna, albowiem ich lokaty równie dobrze mógłbym przestawiać w zależności od nastroju.
Troszkę posiedziałem, tu coś dopisałem, tam wykreśliłem, jeszcze gdzie indziej dokonałem jednej czy drugiej korekto-roszady, i oto co z tego wyszło:
1) ex-equo dwa tytuły:
SEVEN "7" (album wydany w 2014 roku, odkryty wiosną 2015) - czarujące piosenki na rockową nutę. Wzorcowe dzieło, godne najlepszej ręki kompozytorskiej.
REVOLUTION SAINTS "Revolution Saints" - były już perkusista Journey, Deen Castronovo (wyrzucony niedawno z grupy, m.in. za molestowanie żony, w konsekwencji czego areszt, później wpłacona kaucja, sprawa sądowa, widmo więzienia...., ach....) pokazał, że także świetnie śpiewa. A gitarzysta Doug Aldrich i basista Jack Blades dopięli reszty. To melodic rock, hard rock, balladowy rock i licho wie, co jeszcze innego...., a wszystko w złotych ramach.
2) DAVID GILMOUR "Rattle That Lock" - nie tylko dla fanów Pink Floyd, ale wiadomo od razu, iż to właśnie oni głównie będą wniebowzięci.
3) STEVEN WILSON "Hand. Cannot. Erase." - chyba najdoskonalsze solowe dzieło szefa Porcupine Tree. Przejmująca i zmysłowa opowieść, pokryta równie poruszającą i efektowną muzyką.
4) FIND ME "Dark Angel" - cóż za niespodzianka! W przypadku tej płyty nie liczyłem na wiele, wszak poprzednia i zarazem debiutancka "Wings Of Love" zawierała jedynie kolekcję fajnych piosenek. Tutaj dominują już tylko czarujące, potężne, świetne..
5) TOTO "XIV" - powrót marzenie. W dodatku z moim ulubionym Josephem Williamsem. Gdy on śpiewa, plus czasami także i gitarzysta Steve Lukather, to musiało zatrybić. To jest takie Toto, jakiego od dawna pragnąłem. Z melodiami i zręcznymi solówko-zagrywkami, z tą swoją lekkością, powabnością i sobie tylko znaną jazzującą elegancją.
6) MARK KNOPFLER "Tracker" - nie od razu polubiłem tę płytę. Dorastałem do niej tygodniami, aż w końcu usłyszałem czar zawartych tam strof i nut. Maestro Knopfler z dużym wyczuciem i poczuciem smaku, a także nabytego życiowego doświadczenia, ponownie zaczarował odbiorcę ślicznymi opowieściami z dzieciństwa, młodości, z wielu podróży, a i spotkań z różnymi ciekawymi ludźmi - w tym własnymi autorytetami.
7) JOHN LODGE "10,000 Light Years Ago" - solowy album muzyka The Moody Blues. Długo nie nagrywał. Ostatnie solowe dzieło wydał jeszcze w latach 70-tych, kiedy to wielu jego odbiorców nie było jeszcze na świecie. Najnowsza propozycja jest króciutka, niczym dłuższy maxi singiel, lecz jest tam wszystko, co dla wrażliwości muzyka typowe. A przede wszystkim - pełne lirycznej tęsknoty piosenki.
8) BRYAN ADAMS "Get Up" - płyta wyprodukowana przez Jeffa Lynne'a - szefa słynnych Electric Light Orchestra, których to nowy album trafił do sklepów ledwie kilka tygodni później. Niestety niczym nie porażając, albowiem wszystkie siły Lynne chyba zużył dla Bryana Adamsa. Ta rock'n'rollowa płyta jest tak radosna, jak jedynka Traveling Wilburys, choć nie chciałbym tych dwóch pozycji na siłę ze sobą zestawiać. Płyta do słuchania, do zabawy, do pozytywnego myślenia.
9) BETH HART "Better Than Home" - ta Pani zyskała u nas sławę dzięki wspólnym wyczynom z Joe Bonamassą. I dobrze. Z tym, że solowo jest chyba jeszcze atrakcyjniejsza. Po bardzo fajnej płycie "Bang Bang Boom Boom" - z gigantycznym przebojem tytułowym, teraz nagrała płytę jeszcze lepszą. Dojrzalszą, bardziej osobistą, pełną "kobiecego blues/balladowego rocka". I także autentyczną - pod każdym względem.
10) THUNDER "Wonder Days" - też ich długo nie było. Zrobili sobie odpoczynek, by powrócić pełni energii z najlepszą płytą od lat. Co za forma! Absolutna gratka dla miłośników konkretnego rocka, wyrosłego z Rolling Stonesów, Free, Bad Company, Led Zeppelin, i tym podobnych... Jednak nie jest to żadna tania podróba. Od razu wiemy, że to Thunder!
Na uznanie zasłużyły również:
KHYMERA "The Grand Design" - bałem się tej nowej Kajmiry bez Daniele'a Liveraniego, a okazało się, że jest autentycznie dobrze. Nawet - bardzo dobrze. Płyta na swój sposób bardzo przewidywalna i w niczym nie zaskakująca, a jednak trudno się od niej oderwać.
HANDFUL OF SNOWDROPS "III" - wciąż jeszcze mało u nas znani mroczni kanadyjscy elektro-popowcy. Mają panowie smykałkę do nastroju, brzmienia i melodii. Nie każdy tak potrafi.
ARENA "The Unquiet Sky" - ambitny (staro-angielski) concept album, z wieloma pięknymi fragmentami. Jeśli posłuchamy tej płyty nie przez pryzmat bladej kopii Marillion, to wiele da się w tej muzyce odkryć.
MARC ALMOND "The Velvet Trail" - najlepszy album od lat. Almond wspiął się na szczyt możliwości kompozytorskich, zupełnie jakby sam sobie pozazdrościł dawnych klarownych lat.
DEF LEPPARD "Def Leppard" - 14 piosenek. Dużo. Tak jakby Leppardzi chcieli koniecznie, aby każdy słuchacz znalazł tutaj choćby kilka nutek dla siebie. A tu nieoczekiwanie powstał atrakcyjny całościowy materiał, spokojnie dający się mierzyć z dawnymi ich najlepszymi płytami.
MOTÖRHEAD "Bad Magic" - po niedawnej śmierci Lemmy'ego ostatnie dzieło tej zacnej grupy nabiera zupełnie nowego znaczenia i innej wymowy. Wielu artystów zwie się r'n'rollowcami nieco na wyrost, a Lemmy był w tej dziedzinie autentykiem. Dlatego świat metalu i rock'n'rolla stracił Boga.
IRON MAIDEN "The Book Of Souls" - w swojej historii nagrali tak wiele genialnych albumów, że ten najnowszy jest przy nich kopciuszkiem. A jednak bardzo się z niego ucieszyłem, ponieważ muzycy wreszcie po kilku latach mydlenia uszu zaczęli grać tak jak lubię.
PRAYING MANTIS "Legacy" - nigdy nie zyskali sławy, co wywodzący się z tego samego nurtu (i czasu) Iron Maiden, Saxon czy Def Leppard, a pomimo tego czasem zmieniają składy i nagrywają. Ich płyty wychwytują tylko najzagorzalsi fani gatunku, reszta świata "kulturalnie" przymyka uszu. To obciach dla nich, że nigdy nie dorwą się do tej świetnej płyty.
ANDERSON PONTY BAND "Better Late Than Never" - koncertowo, w dodatku nareszcie się spotkali, a jednak z płyty wyeliminowano większość oklasków, co przy fantastycznej realizacji całego występu wypadło jak z perfekcyjnie skrojonego "studyjnego" albumu. Ponty gra obłędnie, a Anderson chyba został obdarowany "tym" głosem na zawsze.
LANA DEL REY "Honeymoon" - melancholia i ukojenie w jednym. Do tego niczym senna mara śpiewanie Lany. No i śliczne nuty. Wiem, że to poruta, przecież dzisiaj to duża gwiazda, a jej płyty leżą w każdym Empiku. No i co z tego. Nie dbam o to, czy jestem modny, czy też nie.
THIS OCEANIC FEELING "Universal Mind" - odkrycie, które jest zasługą naszego Słuchacza. Piosenki podszyte art-rockową nutą. Smakowicie!
AMORPHIS "Under The Red Cloud" - mieli lepsze płyty, niemniej i na tej znajdziemy kilka obłędnych utworów, jak choćby: "Dark Path", "Come The Spring", "Winter's Sleep" czy tytułowy.
W.A.S.P. "Golgotha" - ten niegdyś uwielbiany przeze mnie band w ostatnich latach coś nie porywał. Do teraz.
ROYAL HUNT "Devil's Dozen" - nie tak dobra jak dwie poprzedniczki, ale i tak smakuje wybornie.
RIVERSIDE "Love, Fear And The Time Machine" - najdelikatniejsza płyta w karierze Mariusza Dudy i jego kompanów. I kto wie, czy nawet nie najpiękniejsza.
LUCA TURILLI'S RHAPSODY "Prometheus - Symphonia Ignis Divinus" - mityczny świat, w którym rock i metal stykają się z operą. Nie tylko dla wytwornych sal z fotelami podbitymi wiśniowym atłasem.
HOLLYWOOD VAMPIRES "Hollywood Vampires" - Alice Cooper z Johnnym Deppem i Joe Perrym, oraz z całą masą gości (m.in. Robby Krieger, Slash, Brian Johnson, Paul McCartney i wielu innych) w trzech własnych kompozycjach oraz sporej dawce przeróbek Led Zeppelin, Pink Floyd, The Doors, The Who,.... Godne uczczenie dawnego kalifornijskiego klubu dla artystów pijaków, do którego w swoim czasie zaglądały nawet takie sławy rocka, jak: Keith Emerson, John Lennon czy Keith Moon.
Ciut lepsze mogły być najnowsze albumy SCORPIONS "Return To Forever" - słychać, że to odrzuty, choć uczyniono wszystko, by zapachniało nowizną, DON HENLEY "Cass County" - wszystko dobrze - brzmienie, produkcja, głos mistrza, tylko same piosenki jakoś mało chwytliwe. Ponadto JEFF LYNNE'S ELO "Alone In The Universe" - całość nieco "szpeci" ubogość formy, jak na mistrza Jeffa Lynne'a przystało. Słychać, że płyta nie jest żadnym ELO, a solowym tworem jej lidera, w zacisznym domowym studio.
Za największe rozczarowania uznaję najnowsze dokonanie NEW ORDER na "Music Complete" - muzyka dla najczęściej pozbawionych dobrego smaku brytyjskich dziennikarzy, oraz BLACKMORE'S NIGHT "All Our Yesterdays" - czas drogi Ryszardzie rozruszać już bądź co bądź reaktywowanych Rainbow.
Mam nadzieję , że niczego nie przeoczyłem, o niczym nie zapomniałem.... Wszak dwanaście miesięcy, to jednak kawał czasu.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
ERIC CLAPTON - "Slowhand At 70 - Live At The Royal Albert Hall" - (2015) -
ERIC CLAPTON
"Slowhand At 70 - Live At The Royal Albert Hall"
(EAGLE VISION / UNIVERSAL)
*****
Londyńska i zarazem królewska sala Royal Albert Hall w swej blisko 150-letniej historii gościła niejedną zacną postać. Także wielokroć Erica Claptona. Dlatego nie było chyba lepszego miejsca dla uczczenia jego 70-urodzin.
W maju 2015 roku Clapton wystąpił w niej siedmiokrotnie. Na wydane niedawno DVD/blu-ray/ 3 LP i podwójne CD, trafił zapis spektaklu z 21 maja. Najprawdopodobniej wyselekcjonowany jako najlepszy spośród wszystkich.
O wielkości Claptona jako artysty niech zaświadczy fakt, iż podczas jego występów na scenie widnieją jedynie aktorzy widowiska i sama muzyka. Nie ma tam żadnego dodatkowego teatru, efektów specjalnych, kreacji pełnych przepychu, itp.... Z Claptonem występuje jego nadworna i stała ekipa (Steve Gadd, Chris Stainton, Nathan East, Paul Carrack Andy Fairweather Low oraz dwie ciemnoskóre doskonałe wokalistki: Michelle John i Sharon White), plus broniący się od zawsze dobry repertuar całości.
Koncert w Londynie nabiera tempa i dramaturgii z każdą chwilą, a im bliżej końca, tym lepiej. Utwory pełne swobody, luzu (choćby "Key To The Highway" czy "Hoochie Coochie Man"), wkradające się improwizacje, przez co w wielu przypadkach tworzą się zaskakujące wersje. Dla przykładu, Bob Marley'owski "I Shot The Sheriff"; ten niegdyś ledwie ponad 4-minutowy mocno reggae kawałek, tutaj nabrał bardziej soulowej aury i jakiegoś niepowtarzalnego wigoru. Zapewne, gdyby nie pewne ograniczenia czasowe, to muzycy kto wie, czy nie daliby się porwać dłuższemu transowi.
Bardzo ładnie wypadło "You Are So Beautiful". Tę kompozycja Billy'ego Prestona zaśpiewał tutaj grający także na fortepianie Paul Carrack. Tej piosenki chyba już nikt nigdy piękniej nie zaśpiewa od Joe Cockera, niemniej Carrack też zostawił całą duszę na talerzu. Po chwili następuje zmiana, Clapton dziękuje Carrackowi, zapowiadając do roli głównej basistę i wokalistę Nathana Easta. I tu następuje niemal uduchowiona wersja "Can't Find My Way Home" - cudownego klasyka grupy Blind Faith - skomponowanego przez Steve'a Winwooda, z którym to Clapton również miał niejednokrotnie okazję wykonywania go na żywo. Nawet w całkiem nieodległej przeszłości.
Gdyby czasem komukolwiek zamarzył się krótki akcent akustyczny, którym to w 1992 roku artysta oczarował niemal cały świat, to proszę bardzo: "Driftin' Blues", "Nobody Knows You When You're Down And Out" oraz utrzymany w "radośniejszym" tempie reggae "Tears In Heaven". Wyjściem z akustycznego setu jest "Layla", gdzie z początku wszystko intonuje na "pudle" Clapton, po czym Steve Gadd uderza szczoteczkami po bębnach, dziewczyny asystują mistrzowi partiami chóralnymi, dzięki czemu wytwarza się iście biesiadno-ogniskowa atmosfera. Z czasem coraz mocniej do głosu dochodzą organy Chrisa Staintona, fortepian Paula Carracka, choć gitary elektryczne nadal stoją podparte o statywy. I tak oto piosenka brnie sobie rytmicznie i swobodnie aż do końca. Po czym maestro Clapton chwyta za sprzęt elektryczny i porusza całą machinę do kolejnej rockowej zabawy. I tak już do końca. Fajne "Let It Rain", krótkie, lecz jak zawsze natchnione "Wonderful Tonight", drapieżne "Crossroads", po czym następuje 16,5-minutowe "Little Queen Of Spades" (na DVD tylko jako dodatek, wycięty spoza głównego programu koncertu). To jedna z 29 piosenek Roberta Johnsona, którą tutaj Clapton zagrał ku czci zmarłego tydzień wcześniej B.B.Kinga. Z początku delikatnie śpiewając i z namaszczeniem grając oddaje pole wirtuozerskiemu klawiszowemu popisowi Chrisa Staintona oraz smakowitym organowym wstawkom jego konkurenta Paula Carracka, po czym w samej końcówce i on daje wyraz swych nieprzeciętnych umiejętności.
Koncert pomału dobiega końca za sprawą blisko 9-minutowej wersji J.J.Cale'owskiego "Cocaine". Bardzo fajnej. Ponownie Clapton ze Staintonem nieco sobie tutaj improwizują, ale co bardziej istotne - nareszcie cała sala wstaje z miejsc i bawi się jak należy. I oto chodzi.
Koncert w szczelnie nabitej Royal Albert Hall kończy "High Time We Went" - piosenka z repertuaru Joe Cockera (oryginalnie z 1972 r.), gdzie pierwotnie przecież także na organach zasuwał jeden z bohaterów tego wieczoru - Chris Stainton.
Znakomite przedstawienie. Bez zbędnych petard i fajerwerków, a po prostu z kapitalną muzyką. Tak właśnie jawią się koncerty marzeń.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
wtorek, 5 stycznia 2016
WIEKO - "Błękitny Dym" - (2015) -
WIEKO
"Błękitny Dym"
(WIEKO / ROCKERSPRO)
**1/2
Oto wzorcowy przykład na to, że same nazwiska nie grają. A proszę się im tylko przyjrzeć. Oto sextet, o którym w ostatnim czasie zrobiło się dość głośno: Grzegorz Kupczyk (Ceti, ex-Non Iron, ex-Turbo), Robert Chojnacki (De Mono), Tomasz Zeliszewski (ex-Budka Suflera), Mietek Jurecki (ex-Budka Suflera), Jacek Królik (m.in. Brathanki) oraz Ryszard Sygitowicz (m.in. Perfect). Obietnicom i nadziejom wraz z jego poczęciem nie było końca. Miała powstać rasowa rockowa płyta, z nawiązaniami do wielu muzycznych fascynacji wszystkich muzyków, a skończyło się na bardzo średniej jakości 19-tu kompozycjach autorstwa Roberta Chojnackiego, do splecionych tekstów przez m.in. Andrzeja Sikorowskiego, Zbigniewa Książka, Bogdana Olewicza, i jeszcze kilku innych....
Wokół całego tego przedsięwzięcia powstało więcej szumu medialnego, podziękowań w albumowej książeczce, zamieszczonych w niej uśmiechniętych fotek i dobrze nafaszerowanego ogólnego samozachwytu, niż to wszystko razem warte. Nie ma na "Błękitnym Dymie" ani jednego potencjalnego klasyka. Owszem, trzy-cztery ponad przeciętne piosenki, które bawią do pięciu posłuchań, po czym można zamknąć całą tę księgę i odstawiać na półkę zapomnienia.
Brak w tej całej "zabawie" choćby odrobiny szaleństwa. I słabym argumentem będzie ewentualny długi staż całej tej plejady gwiazd, która teoretycznie nie musi już niczego udowadniać. Otóż musi. Bo jeśli słucham sobie niemłodych muzycznych konkurentów z Revolution Saints, Seven, Find Me czy Khymera, którym się nie tylko chce, ale którzy przy tym baaardzo potrafią, to bladziutkie to nasze Wieko. Tak naprawdę najwięcej daje tutaj z siebie Grzegorz Kupczyk. Tego faceta zawsze roznosi energia - i to się słyszy. Maestro Kupczyk mógłby zaśpiewać równocześnie w Deep Purple, w krajowym Perfekcie lub Budce Suflera, a i też w lirycznym repertuarze spod znaku Marka Knopflera. Dałby radę, bez najmniejszego problemu. I wielka szkoda, że za jego temperamentem nie poszli pozostali panowie, którzy czasem udają Bad Company lub Led Zeppelin (jak w nawiązującej do "Immigrant Song" kompozycji "Ostrzę Zęby, Ostrzę Szpony").
Wieko chcą grać bluesa ("Biały Blues"), ballady ("Śpiewam Swoje", bądź "Pierwsza Miłość Jest Jak Przestraszony Ptak"), a nawet przebojowo ("Rockowa Miłość" czy naprawdę fajne: "Jeden Dziwny Rok" oraz "Rogata Dusza"). Są też i piosenki zakrawające niestety o grafomaństwo, jak choćby "Dziewczyna z Olsztyna", bądź "Siedem Chmur". Przepraszam ich zacnych autorów, ale tego pokroju literackość uprawiałem z moimi rockowymi kompanami w najwcześniejszym etapie szkoły średniej - kiedy wszyscy bardzo chcieliśmy, a wychodziło podobnie, jak tu.
Robert Chojnacki, którego umiejętności kompozycyjne nadawały się do pop-rockowego oblicza De Mono, a także doprowadziły w swoim czasie do platynowego sukcesu z Piaskiem na multiprzebojowym "Sax & Sex", nie bardzo dają radę w rubryce z napisem "rock". Nie odbieram autorowi prawa do uprawienia tej dziedziny sztuki, niemniej szkoda, że na całym tym albumie nie pomyślano o większej różnorodności personalnej w tym względzie. Widać wypełnienie tej misji mocno przerosło Roberta Chojnackiego. Niemniej, sam muzyk przy tej okazji wypróbował swoje wszystkie saksofony - tenor, alt, sopran i baryton, co w zaproponowanym tutaj repertuarze, też ma się niczym pies do jeża.
Powstało około 80-ciu minut bardzo przeciętnej jakościowo muzyki, o której wszyscy zapomnimy szybciej, niż nam się teraz wydaje. W rocku potrzeba niepościelonego łóżka, a tutaj wszystko jest podane w białych rękawiczkach. Szkoda, albowiem ostrzyłem sobie na tę płytę zęby.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
poniedziałek, 4 stycznia 2016
"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 3 stycznia 2016 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM
"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 3 stycznia 2016 r.
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl
realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski
==============================
==============================
IAN "LEMMY" KILMISTER
(24.XII.1945 - 28.XII.2015)
kącik poświęcony Artyście
MOTÖRHEAD - "No Sleep 'Til Hammersmith" - (1981) -
- Ace Of Spades
MOTÖRHEAD - "Ace Of Spades" - (1980) -
- Love Me Like A Reptile
- (We Are) The Road Crew
- The Chase Is Better Than The Catch
MOTÖRHEAD - "Bad Magic" - (2015) -
- Victory Or Die
OZZY OSBOURNE - "No More Tears" - (1991) -
- I Don't Want To Change The World
- Mama, I'm Coming Home
DORO - "Calling The Wild" - (2000) -
- Love Me Forever - {gościnnie LEMMY}
DORO - "Raise Your Fist" - (2012) -
- It Still Hurts - {gościnnie LEMMY}
===============================
===============================
AXEL RUDI PELL - "Game Of Sins" - (2016) -
- The King Of Fools
BEGGARS OPERA - "Pathfinder" - (1972) -
- MacArthur Park
BUON VECCHIO CHARLIE - "Buon Vecchio Charlie" - (1990) - materiał z 1972 roku
- Evviva La Contea Di Lane
SPRIGUNS - "Revel Weird And Wild" - (1976) -
- Trysting Tree
- Sir Colvin
RENAISSANCE - "Prologue" - (1971) -
- Prologue
- Kiev
JETHRO TULL - "Songs From The Wood" - (1977) -
- Fire At Midnight
RODRIGUEZ - OST "Searching For Sugar Man" - (2012) -
- Sugar Man
NICK DRAKE - "Bryter Layter" - (1971) -
- Poor Boy
- Northern Sky
- Sunday
CAT STEVENS - "Foreigner" - (1973) -
- Foreigner Suite
PLASTIC PENNY - "Currency" - (1969) -
- McArthur Park
- Turn To Me
CZERWONE GITARY - "Port Piratów" - (1977) -
- Staromodne Samochody
HAWKWIND - "Warrior On The Edge Of Time" - (1975) -
- Assault And Battery (Part 1)
- The Golden Void (Part 2)
- Motörhead
ASTRA - "The Black Chord" - (2012) -
- Barefoot In The Head
BLONDE ON BLONDE - "Contrasts" - (1969) -
- Ride With Captain Max
RORY GALLAGHER - "Rory Gallagher" - (1971) -
- Can't Believe It's True
GRACE SLICK - "Dreams" - (1980) -
- El Diablo
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
niedziela, 3 stycznia 2016
zimno
Ależ zimno. Minus dziesięć, a odczuwalność minus dwadzieścia pięć. Półgodzinny spacerek, to niczym całodniowa wyprawa po krainie lodowcowej. Nigdy dotąd nie zatęskniłem za zimą, a w ostatnich dniach nawet wiem dlaczego. Nie muszę szukać w lodówce miejsca dla Pepsi, wystarczy jej piętnaście minut w bagażniku auta w drodze do radia.
Dzisiaj bardzo duża dawka starego rocka. Powybierałem same perły. Bardzo wielu z nich, nigdy dotąd nie prezentowałem. Ale w pierwszej godzinie troszkę Lemmy'ego. Z chęci i z obowiązku. Bardzo odczuwam jego brak. Codziennie słucham Motorhead, i z każdą kolejną nutą myślę o Nim jeszcze bardziej. Obejrzałem z moim Synem dokument "Lemmy". Mój młodzieniec był pod wielkim wrażeniem, ja pomimo, iż uczyniłem to po raz szósty, lub siódmy, także. Film zrealizowany rzetelnie i z uczuciem. A to niełatwe.
Dużo muzycznych dokumentów nadają ostatnio TVP Kultura oraz Planete+. Warto zatem sprawdzać rozpiski programowe, tym bardziej, że dla przeoczalskich (takich jak ja) bywają powtórki.
W sobotę nastąpiło miłe spotkanie w Radio Merkury. Mariusz Kwaśniewski (gospodarz audycji "Radio Yesterday"), Grzegorz Kupczyk (CETI, ex-Turbo) oraz ja, wspólne pogadaliśmy na antenie, prezentując po jednej wyjątkowej piosence z 2015 roku. Mariusz zaprezentował Jamesa Taylora (nie wiedziałem, że ten facet nadal nagrywa!), Grzegorz zaserwował Whitesnake w kompozycji "Sail Away" (z albumu "The Purple Album"), a ja grupę Revolution Saints za sprawą ballady "In The Name Of The Father". Było milutko. Poprosiłem Pana realizującego, by ustrzelił nam wspólną pamiątkową fotkę. Na Facebooku dostała całkiem sporo polubień. Chyba w ogóle najwięcej w całej historii mego fejsbukowania.
Zapraszam na nasze dzisiejsze spotkanie, punkt 22.00, na 98,6 FM Poznań, lub na www.afera.com.pl
Do usłyszenia!
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Dzisiaj bardzo duża dawka starego rocka. Powybierałem same perły. Bardzo wielu z nich, nigdy dotąd nie prezentowałem. Ale w pierwszej godzinie troszkę Lemmy'ego. Z chęci i z obowiązku. Bardzo odczuwam jego brak. Codziennie słucham Motorhead, i z każdą kolejną nutą myślę o Nim jeszcze bardziej. Obejrzałem z moim Synem dokument "Lemmy". Mój młodzieniec był pod wielkim wrażeniem, ja pomimo, iż uczyniłem to po raz szósty, lub siódmy, także. Film zrealizowany rzetelnie i z uczuciem. A to niełatwe.
Dużo muzycznych dokumentów nadają ostatnio TVP Kultura oraz Planete+. Warto zatem sprawdzać rozpiski programowe, tym bardziej, że dla przeoczalskich (takich jak ja) bywają powtórki.
W sobotę nastąpiło miłe spotkanie w Radio Merkury. Mariusz Kwaśniewski (gospodarz audycji "Radio Yesterday"), Grzegorz Kupczyk (CETI, ex-Turbo) oraz ja, wspólne pogadaliśmy na antenie, prezentując po jednej wyjątkowej piosence z 2015 roku. Mariusz zaprezentował Jamesa Taylora (nie wiedziałem, że ten facet nadal nagrywa!), Grzegorz zaserwował Whitesnake w kompozycji "Sail Away" (z albumu "The Purple Album"), a ja grupę Revolution Saints za sprawą ballady "In The Name Of The Father". Było milutko. Poprosiłem Pana realizującego, by ustrzelił nam wspólną pamiątkową fotkę. Na Facebooku dostała całkiem sporo polubień. Chyba w ogóle najwięcej w całej historii mego fejsbukowania.
Zapraszam na nasze dzisiejsze spotkanie, punkt 22.00, na 98,6 FM Poznań, lub na www.afera.com.pl
Do usłyszenia!
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
piątek, 1 stycznia 2016
pierwszy stycznia, dwa tysiące szesnastego....
Rozpoczął się nowy rok. Czy coś od poprzedniego się zmieniło? Niewiele, choć od popołudnia (bo tak dopiero wstałem) zastanowił mnie biały krajobraz za oknem. I nie był to sen. Żadna to niespodzianka, wszak mamy zimę. Co innego, gdy niegdyś ostro popadało na pierwszego maja. W Poznaniu, Warszawie, Sofii, Pradze, Moskwie.... Miło było w telewizji pooglądać zmarznięte tłumy gloryfikujące socjalistyczne systemy ludowe. Troszkę lat jednak od tamtych wydarzeń minęło, a lud jak widać, wciąż swą potęgę ma. W Polsce właśnie powstała Telewizja Narodowa. Publiczna się burdelowo kojarzyła, to przechrzcili. Nie z zemsty - bynajmniej, a dla naszego dobra. W październiku Prezes obiecał, że wszystko będzie fair i szling szlang, no to ja mu wierzę.
Jakieś noworoczne postanowienia? Nie, nigdy niczego nie zakładam i nie planuję. Żyję dniem dzisiejszym, ewentualnie zastanawiam się, co na jutro. Dalej już nie. Trzymam się starego powiedzenia; człowiek planuje, Pan Bóg krzyżuje. Dlatego optymistyczniej jest nie wybiegać za bardzo w przyszłość. To najlepsza metoda unikania rozczarowań. Choć lubię sobie zaplanować audycyjne szkielety. A później doczepiać gałęzie i liście. A propos, jutro w okolicach kilku minut po 11-tej, pojawię się u Mariusza Kwaśniewskiego w Radio Merkurym. To media publiczne (a może już też narodowe?), więc nie do końca wiem, czy aby czasem nie będę mieć z Państwem przyjemność po raz ostatni. Zatem zapraszam jakoś tak szczególniej! Powinien jeszcze pojawić się Grzegorz Kupczyk. Każdy z nas przyniesie po jednym kawałku ubiegłorocznym. Jakimś wyjątkowo ładnym. Już wiem co zagram, ale nie powiem.
A co do radia.... Dzisiaj moich znajomych na Facebooku ogarnął jakiś demon. Wszyscy podnieceni komentowali radiową Trójkę, gdyż w niej Top Wszech Czasów. Ludzie cały dzień zasiadywali przy radioodbiornikach, by posłuchać stu, czy iluś tam piosenek, które i tak od zawsze znają na pamięć. A więc: "Stairway To Heaven", "Riders On The Storm", "November Rain", "Another Brick In The Wall", "Money For Nothing" i jeszcze kilkudziesięciu innych. O tych wiem, bo się bractwo rozpisywało na swych FB tablicach. Mają cierpliwość, jak Bogu sicko, tak przebój za przebojem... Lukier za lukrem. Deser czekoladowy za deserem.... No, ja też lubię czekoladę, ale gdybym miał tak jedną za drugą, to w końcu by zemdliło.
Chyba faktycznie inaczej pojmuję muzykę, niż ci wszyscy "trójkowicze". Bo dla mnie takie "Money For Nothing" jest cudne, lecz przed nim musi być "So Far Away", a po nim "Walk Of Life". Tak tego ja słucham, bo tak chyba w ogóle by należało. Nie potrafiłbym posłuchać stu przebojów pod rząd, bo to tak, jak zafundować sobie kilkadziesiąt razy karuzelę. Nic, tylko zawrót głowy. "Stairway To Heaven" uwielbiam, ale nie w towarzystwie innych znanych hitów Pink Floyd, Dżemu, Metalliki, U2, itd.... "Stairway To Heaven" smakuje najlepiej, gdy nastawimy longplayową "czwórkę" Zepps i polecą po kolei: "Black Dog", "Rock And Roll", "The Battle Of Evermore", by w konsekwencji stronę A ukoronowała perła "Stairway To Heaven". Po czym przekładamy płytę na stronę B, i słuchamy "Misty Mountain Hop", i aż do finałowej "Kiedy tama pęka".
Najlepsze, że to samo towarzystwo za kolejnych dwanaście miesięcy znowu przebrnie przez te sto kawałków, tyle że dla zmyły panowie redaktorzy nieco je przetasują. By było "ciekawiej". Co za nuda. Musiałbym mieć puste płytowe półki, by w coś takiego dać się wkręcić.
Wybieram inne świętowanie. U mnie kręcą się przez cały dzień winyle; Clarence Clemons, Gary Wright, Sutherland Brothers & Quiver i kilka innych. Piękna muzyka, lecz nie dająca się zamęczyć listami przebojów. Choć zapewne w swoim czasie wszyscy ci artyści o nie zabiegali.
Nie potrafiłbym prowadzić żadnych list przebojów, choć doceniam taką robotę, jaką dla przykładu wykonuje każdego tygodnia Marek Niedźwiecki. Nie tylko doceniam, co nawet bardzo lubię tego dziennikarza. Jednak ziewnąłbym wielkim śpiochem, gdyby przyszło mi podobną robotę klajstrować.
Dobrym zwyczajem pragnąłbym Państwu życzyć na Nowy Rok coś fajnego, albo nawet oryginalnego, by nie przynudzać wytartymi sloganami, ale nie potrafię, tak więc po prostu - Wszystkiego Najlepszego! Zdrowia, miłości, u każdego z nas rozsądku i mądrości życiowych - bo to się przyda każdemu. Nawet temu, który myśli, że akurat jemu już nie. Tego co dobre, nigdy nie za dużo. Muzycznie życzmy sobie roku jeszcze lepszego od minionego, choć tamten przecież nie był zły.
Niech się zatem dobrze kręci! Jak mało trzeszcząca płyta.
Szkoda, że tak wielu artystów straciliśmy w ostatnich dwunastu miesiącach. Rok wydawać się mogło, że smutnym akcentem zakończy odejście Lemmy'ego, aż tu dzisiaj media poinformowały o wczorajszej śmierci Natalie Cole - córki słynnego Nat King Cole'a. Oby 2016 zlitował się w tej materii.
Mam już bilet na Luca Turilli's Rhapsody do Wrocławia. Jadę!
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Jakieś noworoczne postanowienia? Nie, nigdy niczego nie zakładam i nie planuję. Żyję dniem dzisiejszym, ewentualnie zastanawiam się, co na jutro. Dalej już nie. Trzymam się starego powiedzenia; człowiek planuje, Pan Bóg krzyżuje. Dlatego optymistyczniej jest nie wybiegać za bardzo w przyszłość. To najlepsza metoda unikania rozczarowań. Choć lubię sobie zaplanować audycyjne szkielety. A później doczepiać gałęzie i liście. A propos, jutro w okolicach kilku minut po 11-tej, pojawię się u Mariusza Kwaśniewskiego w Radio Merkurym. To media publiczne (a może już też narodowe?), więc nie do końca wiem, czy aby czasem nie będę mieć z Państwem przyjemność po raz ostatni. Zatem zapraszam jakoś tak szczególniej! Powinien jeszcze pojawić się Grzegorz Kupczyk. Każdy z nas przyniesie po jednym kawałku ubiegłorocznym. Jakimś wyjątkowo ładnym. Już wiem co zagram, ale nie powiem.
A co do radia.... Dzisiaj moich znajomych na Facebooku ogarnął jakiś demon. Wszyscy podnieceni komentowali radiową Trójkę, gdyż w niej Top Wszech Czasów. Ludzie cały dzień zasiadywali przy radioodbiornikach, by posłuchać stu, czy iluś tam piosenek, które i tak od zawsze znają na pamięć. A więc: "Stairway To Heaven", "Riders On The Storm", "November Rain", "Another Brick In The Wall", "Money For Nothing" i jeszcze kilkudziesięciu innych. O tych wiem, bo się bractwo rozpisywało na swych FB tablicach. Mają cierpliwość, jak Bogu sicko, tak przebój za przebojem... Lukier za lukrem. Deser czekoladowy za deserem.... No, ja też lubię czekoladę, ale gdybym miał tak jedną za drugą, to w końcu by zemdliło.
Chyba faktycznie inaczej pojmuję muzykę, niż ci wszyscy "trójkowicze". Bo dla mnie takie "Money For Nothing" jest cudne, lecz przed nim musi być "So Far Away", a po nim "Walk Of Life". Tak tego ja słucham, bo tak chyba w ogóle by należało. Nie potrafiłbym posłuchać stu przebojów pod rząd, bo to tak, jak zafundować sobie kilkadziesiąt razy karuzelę. Nic, tylko zawrót głowy. "Stairway To Heaven" uwielbiam, ale nie w towarzystwie innych znanych hitów Pink Floyd, Dżemu, Metalliki, U2, itd.... "Stairway To Heaven" smakuje najlepiej, gdy nastawimy longplayową "czwórkę" Zepps i polecą po kolei: "Black Dog", "Rock And Roll", "The Battle Of Evermore", by w konsekwencji stronę A ukoronowała perła "Stairway To Heaven". Po czym przekładamy płytę na stronę B, i słuchamy "Misty Mountain Hop", i aż do finałowej "Kiedy tama pęka".
Najlepsze, że to samo towarzystwo za kolejnych dwanaście miesięcy znowu przebrnie przez te sto kawałków, tyle że dla zmyły panowie redaktorzy nieco je przetasują. By było "ciekawiej". Co za nuda. Musiałbym mieć puste płytowe półki, by w coś takiego dać się wkręcić.
Wybieram inne świętowanie. U mnie kręcą się przez cały dzień winyle; Clarence Clemons, Gary Wright, Sutherland Brothers & Quiver i kilka innych. Piękna muzyka, lecz nie dająca się zamęczyć listami przebojów. Choć zapewne w swoim czasie wszyscy ci artyści o nie zabiegali.
Nie potrafiłbym prowadzić żadnych list przebojów, choć doceniam taką robotę, jaką dla przykładu wykonuje każdego tygodnia Marek Niedźwiecki. Nie tylko doceniam, co nawet bardzo lubię tego dziennikarza. Jednak ziewnąłbym wielkim śpiochem, gdyby przyszło mi podobną robotę klajstrować.
Dobrym zwyczajem pragnąłbym Państwu życzyć na Nowy Rok coś fajnego, albo nawet oryginalnego, by nie przynudzać wytartymi sloganami, ale nie potrafię, tak więc po prostu - Wszystkiego Najlepszego! Zdrowia, miłości, u każdego z nas rozsądku i mądrości życiowych - bo to się przyda każdemu. Nawet temu, który myśli, że akurat jemu już nie. Tego co dobre, nigdy nie za dużo. Muzycznie życzmy sobie roku jeszcze lepszego od minionego, choć tamten przecież nie był zły.
Niech się zatem dobrze kręci! Jak mało trzeszcząca płyta.
Szkoda, że tak wielu artystów straciliśmy w ostatnich dwunastu miesiącach. Rok wydawać się mogło, że smutnym akcentem zakończy odejście Lemmy'ego, aż tu dzisiaj media poinformowały o wczorajszej śmierci Natalie Cole - córki słynnego Nat King Cole'a. Oby 2016 zlitował się w tej materii.
Mam już bilet na Luca Turilli's Rhapsody do Wrocławia. Jadę!
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















