MR. BIG - "What If ..." - (MR.BIG / FRONTIERS) -
Triumfalny powrót (w 2009 r.) grupy MR.BIG został dostrzeżony niemal wszędzie, z wyjątkiem niestety naszego kraju. Powrót i to w oryginalnym, najmocniejszym składzie: Martin, Sheehan, Gilbert, Torpey. Szkoda, że ten sprawny warsztatowo i bardzo finezyjno-hard-rockowy kwartet, u nas kojarzony jest tylko za sprawą hitowej i uroczej zarazem balladki "To Be With You", no i jeszcze ewentualnie za sprawą przeróbki kompozycji "Wild World", Cata Stevensa.
Kiedy ,mniej więcej, przed dwoma czy trzema laty, wokalista MR.BIG, Eric Martin, występował w naszym kraju solo, to na koncercie w Poznaniu nie było nawet chyba 20 osób, podczas, gdy reaktywowany MR.BIG, występując w słynnym tokijskim Budokanie, zgromadził komplet 14 tysięcy sympatyków. Którzy to sympatycy nie tylko przyszli gapić się na czterech szarpidrutów biegających po scenie, ale znali większość refrenów i żywo reagowali na galopadę solówek i zagrywek, płynących ze sceny.
Dlatego nie sądzę, by nowe studyjne dzieło wywołało szczególne podniecenie wśród rodzimych fanów rocka, do znudzenia przeżywających każde wypociny Metalliki, kolejne mega-spektakle Depeche Mode czy U2, albo "głębokie" przemyślenia Kazika.
MR.BIG grają z ikrą, czadem, melodią i dużą dawką wirtuozerii basu Sheehana czy gitary Gilberta. Uważam, że młode zespoły powinny uczyć się kompozycji i wykonawstwa od tego zespołu, a nie tylko przeżywać progresywne wymiatanie u Dream Theater. Śmiem twierdzić, że oba zespoły mogłyby stanąć na jednej scenie i trudno byłoby wyłowić zwycięzcę.
Nie chcę być przy okazji obłudnym, bowiem nigdy do zagorzałych fanów MR.BIG także nie należałem, ale lubię czasem posłuchać płyt "Lean Into It" (1991) czy ostatniej podwójnej koncertówki "Back To Budokan" (2009), gdzie fajne melodie mieszają się z galopadą artystycznych zagrywek. Sądzę, że nowa płyta posiada wszystkie najlepsze cechy kompozycji znanych już z poprzednich płyt, jak chwytliwa melodyka w otwierającym całość "Undertow", czy takich podrasowanych, nieco mocniejszych ballad, jak: "Stranger In My Life" lub "All The Way Up". Jednak na całej płycie dominują fajne chwytliwe motywy, w których grupa uwielbia uciekać od melodii po szaleńcze improwizacje, jak dajmy na to w "As Far As I Can See" czy "Around The World".
Produkcją albumu zajął się niezmordowany Kevin Shirley, któremu realizacja takiej muzyki czy ostatniego Joe Bonamassy nie sprawiła większego problemu, jak widać i słychać, co zaciera nieco złe wrażenie po fatalnej produkcji ostatniego dzieła Iron Maiden. A tak swoją drogą, czy ten Shirley w ogóle kiedyś śpi?
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
RADIO AFERA "Nawiedzone Studio", niedziela, godz. 22.00 - 2.00 (98,6 FM Poznań)
POLSKIE RADIO POZNAŃ "Sobotni wieczór andy'ego", sobota, godz. 23.00 - 1.00 (100,9 FM Poznań)
wtorek, 8 marca 2011
JON ANDERSON - "Survival & Other Stories" - (2010) -
JON ANDERSON - "Survival & Other Stories" - (OPIO MEDIA) -
Pisałem niedawno o nowej wspólnej płycie Jona Andersona i Ricka Wakemana, muzyków znanych nam z zespołu YES. Jon Anderson po dłuższej niedyspozycji związanej z leczeniem krtani, serwuje nam kolejną płytę, przerywając przy okazji spekulacje na temat złego stanu zdrowia. Tym razem jest to wydawnictwo wyjątkowe, niskonakładowe (zaledwie 1500 sztuk na świat), a do tego powstałe dzięki fanom Andersona na całym świecie. Cała idea została ogłoszona ponad cztery lata temu poprzez internet. Chodziło o to, by ludzie przysyłali swoje kompozycje, szkice, propozycje, z których to Jon Anderson miałby stworzyć płytę, oczywiście wybierając te najciekawsze utwory, a do tego aranżując je po swojemu.
Powstały album nie powinien być wielkim zaskoczeniem dla sympatyków Andersona. 11 piosenek zawartych na "Survival..." odnosi się do wszystkiego, co artysta już stworzył w przeszłości.
Obok kompozycji bardzo pięknych ,są tutaj także i te mniej udane. Nie ma się zresztą czemu dziwić, trudno zachować spójność nastroju, skoro tak wielu ludzi na raz współtworzyło to dzieło.
Bardzo ładnie rozpoczyna się ta płyta. Pierwsze trzy utwory ,przy nieco innym instrumentarium, śmiało mogłyby zostać włączone nawet do repertuaru YES, myślę tu o otwierającym całość "New New World", następnie krótkiej akustycznej balladzie "Understanding Truth" i tuż po niej ,wyjątkowej urody balladzie "Unbroken Spirit". Później jest już trochę gorzej, artysta albo zapędza się w klimaty egzotyczne, znane nam choćby z nudnych płyt, w rodzaju "Deseo" lub "Toltec". Przykładem niech tutaj będą utwory "Love Of The Life" czy "Love And Understanding". Największym jednak gniotem jest bez wątpienia "Big Buddha Song", wlokąca się pochwalna pieśń, z gatunku hare kryszne - koszmar! O takim Andersonie można na szczęście szybko zapomnieć, a to dzięki kilku pięknym fragmentom , jak choćby "Just One Man" - kompozycji już nam znanej z ub.rocznego albumu "The Living Tree" duetu Anderson/Wakeman. Z tym, że ta wersja posiada nieco inne brzmienie, w sumie mniej oszczędne, ale to akurat nie musi być zaletą. Szczególną perłą jest przepiękna finałowa, usymfoniczniona ballada "Cloudz" (właśnie z taką pisownią przez "z"). Już tylko dla tego utworu warto wyłożyć z portfela nie małe pieniądze na tę płytę. Oczywiście mogą się także podobać akustyczne ballady, jak: krótka "Effortlessly" czy blisko 8-minutowa "Incoming". Robią może i one wrażenie nieco monotonnych, ale na pewno nie pozbawionych swoistego uroku.
W sumie interesująca płyta, która chyba z założenia miała i ma pozostać ciekawostką w dorobku Andersona. Dla fanów jego (wciąż z lekka zbolałego) głosu stanie się i tak cennym klejnotem, który za lat kilka będzie poszukiwanym skarbem. Chyba, że jakaś wytwórnia postanowi rzucić ten tytuł na rynek w jakimś większym nakładzie.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
Pisałem niedawno o nowej wspólnej płycie Jona Andersona i Ricka Wakemana, muzyków znanych nam z zespołu YES. Jon Anderson po dłuższej niedyspozycji związanej z leczeniem krtani, serwuje nam kolejną płytę, przerywając przy okazji spekulacje na temat złego stanu zdrowia. Tym razem jest to wydawnictwo wyjątkowe, niskonakładowe (zaledwie 1500 sztuk na świat), a do tego powstałe dzięki fanom Andersona na całym świecie. Cała idea została ogłoszona ponad cztery lata temu poprzez internet. Chodziło o to, by ludzie przysyłali swoje kompozycje, szkice, propozycje, z których to Jon Anderson miałby stworzyć płytę, oczywiście wybierając te najciekawsze utwory, a do tego aranżując je po swojemu.
Powstały album nie powinien być wielkim zaskoczeniem dla sympatyków Andersona. 11 piosenek zawartych na "Survival..." odnosi się do wszystkiego, co artysta już stworzył w przeszłości.
Obok kompozycji bardzo pięknych ,są tutaj także i te mniej udane. Nie ma się zresztą czemu dziwić, trudno zachować spójność nastroju, skoro tak wielu ludzi na raz współtworzyło to dzieło.
Bardzo ładnie rozpoczyna się ta płyta. Pierwsze trzy utwory ,przy nieco innym instrumentarium, śmiało mogłyby zostać włączone nawet do repertuaru YES, myślę tu o otwierającym całość "New New World", następnie krótkiej akustycznej balladzie "Understanding Truth" i tuż po niej ,wyjątkowej urody balladzie "Unbroken Spirit". Później jest już trochę gorzej, artysta albo zapędza się w klimaty egzotyczne, znane nam choćby z nudnych płyt, w rodzaju "Deseo" lub "Toltec". Przykładem niech tutaj będą utwory "Love Of The Life" czy "Love And Understanding". Największym jednak gniotem jest bez wątpienia "Big Buddha Song", wlokąca się pochwalna pieśń, z gatunku hare kryszne - koszmar! O takim Andersonie można na szczęście szybko zapomnieć, a to dzięki kilku pięknym fragmentom , jak choćby "Just One Man" - kompozycji już nam znanej z ub.rocznego albumu "The Living Tree" duetu Anderson/Wakeman. Z tym, że ta wersja posiada nieco inne brzmienie, w sumie mniej oszczędne, ale to akurat nie musi być zaletą. Szczególną perłą jest przepiękna finałowa, usymfoniczniona ballada "Cloudz" (właśnie z taką pisownią przez "z"). Już tylko dla tego utworu warto wyłożyć z portfela nie małe pieniądze na tę płytę. Oczywiście mogą się także podobać akustyczne ballady, jak: krótka "Effortlessly" czy blisko 8-minutowa "Incoming". Robią może i one wrażenie nieco monotonnych, ale na pewno nie pozbawionych swoistego uroku.
W sumie interesująca płyta, która chyba z założenia miała i ma pozostać ciekawostką w dorobku Andersona. Dla fanów jego (wciąż z lekka zbolałego) głosu stanie się i tak cennym klejnotem, który za lat kilka będzie poszukiwanym skarbem. Chyba, że jakaś wytwórnia postanowi rzucić ten tytuł na rynek w jakimś większym nakładzie.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
poniedziałek, 7 marca 2011
PHIL COLLINS - Maestro schodzi ze sceny, którą porasta coraz więcej chwastów
Wczorajszy wpis w księdze gości, dokonany przez: "negative", niestety znajduje potwierdzenie w faktach. I tak jak dopisał "marek", informacja o wycofaniu się z show businessu przez Phila Collinsa wygląda na prawdziwą.Nie tak dawno temu przeczytałem gdzieś, że Phil Collins chciał popełnić samobójstwo. Pomyślałem, że to plotka, ale widzę, że dziennik "The Mail" to potwierdza. Są to zresztą oficjalne słowa Artysty, który po trzecim już rozwodzie zwątpił w sens życia, a do tego wredni i otaczający go ludzie nie pomagają w dojściu do siebie. Skąd ja to znam. To, że wśród ludzi jest dużo wredności i chamstwa, wiem także i ja. Nie od dziś. Jako, że jestem fanem Phila Collinsa, niejednokrotnie muszę wysłuchiwać złośliwych bełkotów od tzw. "znawców", próbujących mi udowodnić, jakim to On kiepskim artystą jest. Szczerze mówiąc, rzygam już tym brakiem argumentów na to ,jak to Peter Gabriel więcej zrobił, jaki to on genialny jest w stosunku do Phila, itd... Nie chce mi się gadać z tym pierdzielstwem, które, gdy rzuca hasło Genesis, od razu złośliwie zaznacza, ze tylko ten zespół liczy się z Peterem Gabrielem, a jaki to kiepski Genesis był po jego odejściu, itp...itd... To samo muszę wysłuchiwać co do Marillion, Deep Purple, Pink Floyd i tuzina innych zespołów, które lubię w całości. A tak naprawdę, nie chce mi się gadać z takimi ludźmi. Niedobrze mi się robi, gdy swoją wyższość próbuje mi udowodnić jeden czy drugi, który nie przesłuchał nawet jednej setnej tych płyt w życiu co ja. Że już o posiadaniu ich w kolekcji nawet nie wspomnę, bo to już zakrawa o żałość. Nie dziwię się Philowi Collinsowi, że w wydanym komunikacie o wycofaniu się z kariery, przemówił gorzkim tonem. Facet zrobił tyle dla muzyki, że nie da się nawet tego ogarnąć. Już nie wspomnę o jego talencie, tj. wyjątkowej grze na perkusji (jedynej w swoim rodzaju), głosie, kompozycjach, czy byciu po prostu niezwykle sympatyczną postacią jako człowiek. Dla mnie Phil Collins to postać Wybitna, przez duże "W", i zupełnie mam w nosie czy jakiś wredny typ się ze mną zgadza czy nie. Jeśli nie lubi Phila, to niech go nie słucha i już! Czy to takie trudne do pojęcia? Najnowsza płyta Mistrza była spełnieniem jego najskrytszych marzeń, o nagraniu piosenek ze swojej młodości, czyli najpiękniejszego okresu jaki człowiek w życiu posiada. Czy po tym wszystkim czego Phil dokonał przez te kilkadziesiąt lat, nie miał do tego prawa? No pomyślmy...Przecież w tym jednym życiu każdy człowiek ma prawo do szczęścia. Tylko jakiś bydlak tego może nie zrozumieć. Płyta "Going Back" już wiemy, sprzedała się słabo, a do tego przysporzyła Artyście stado zwyczajnych wrednych skurwieli, zastanawiających się dniami i nocami, jak mu jeszcze dokopać?, jak go zniszczyć? Znamy to, przecież nawet na naszym podwórku, niestety nie muzycznym, wystarczy się rozejrzeć, jak wódz Jarosław i jego elektorat chciało odebrać wszelkie zasługi w dojściu do Pokoju Lechowi Wałęsie, tyle, że się ścierwu nie udało. Teraz w podobny sposób postępują inni z Philem. Fajnie, nie ma co. Gdy patrzę na takie sytuacje, myślę sobie, gdzie jest Bóg? I niech mi nikt nie tłumaczy, poprzez jakąkolwiek religię, ze tak musi być, tak widać było pisane, czy tym podobnie. Bzdura. Jesteśmy pozostawieni sami sobie. Nie wierzę, by jakikolwiek Bóg rozsiał tyle wszalstwa na w przez siebie stworzonym świecie. Gdybym był Bogiem, nie wystawiałbym nikogo na próbę, tylko stworzyłbym piękną krainę. Po co ta zabawa? Po co robić sobie nadzieję i tworzyć fikcję? Tym bardziej, że w tej farsie pojawiają się zaraz faceci w czerni, żerujący na naszych uczuciach i wierze w coś, czego nie ma. To my tworzymy ten świat, to my go niszczymy, to my zabijamy w ludziach często i piękne cechy, na które wielu jeszcze stać. Nie dziwi mnie także, że Phil nie może odnaleźć się ze swoją muzyką wśród tych bełkotliwych małp hip-hopowo- funky-soulowo-groove'owo gównianych. Ten bełkot afro-amerykańskich pseudoartystycznych szumowin może przypaść tylko do gustu wyżartym mózgom przez rdzę powstałą z głupoty i wyzbycia się dobrego smaku. Dość tego, na tym kończę, bo jeszcze za dużo napiszę i przysporzę sobie kolejnych wrogów, a to przy artykułowaniu swej szczerości, przychodzi mi nad wyraz łatwo.
piątek, 4 marca 2011
JOE BONAMASSA - "Dust Bowl" - (2011) -
JOE BONAMASSA - "Dust Bowl" - (MASCOT / PROVOGUE) - PRD PROMO 333
Joe Bonamassa nagrywa i wydaje płyty w tempie typowym dla przełomu lat 60/70-tych. To właśnie wówczas,najczęściej w niecały rok po wydaniu albumu, artyści rzucali swoim fanom kolejne nowe doznania. No tak, ale skoro Bonamassa czerpie wzorce od Erica Claptona, Johna Mayalla czy Rory'ego Gallaghera, to nie ma się czemu dziwić. Przyznam, że bluesa słucham raczej wyłącznie w wykonaniu "białym". Ceniąc, rzecz jasna, zarazem "czarnych" mistrzów , muszę dodać, iż często nużył mnie schemat czarnego bluesa, trzymający się sztywno rytmu i linii melodycznej. Biali muzycy potrafili poszybować w nieznane, pozwalając sobie na niecodzienne improwizacje, a do tego przyozdobić kompozycje rockowym uderzeniem i wirtuozerską finezją. Dlatego uwielbiałem zawsze Rory'ego Gallaghera, Stevie'ego Ray Vaughana, Gary'ego Moore'a czy Jeffa Healeya, że tylko tych czterech mistrzów wspomnę choćby. Joe Bonamassa wielkim śpiewakiem nie jest, o czym wie każdy, kto widział go na żywo, ale jednak swoją gitarą potrafi dokonywać rzeczy niezwykłych, w tej teoretycznie już sprawdzonej od dawna, a dla niektórych i być może wyeksploatowanej formule. Najciekawsze jest to, że im bardziej Bonamassa rozwija swoje umiejętności, to zamiast popadać w rutyniarstwo, powtarzanie się czy nudę, gra jak natchniony. Nie wiem jak to możliwe, ale najnowsze dzieło "Dust Bowl" jest nie dość, że absolutnie czarujące i mocne zarazem, to jawi się niemal jak arcydzieło bluesa. I to nie tylko lat ostatnich. Może to i chwilowe oczarowanie, ale ta płyta już w momencie wydania brzmi jak klasyczna pozycja rock- bluesa. Tak, tak, w tej kolejności, rock-bluesa, a nie blues-rocka. Ku memu zaskoczeniu ,nawet kolejna produkcja przereklamowanego producenta, jakim jest Kevin Shirley, wypadła na tej płycie zaskakująco dobrze. No ale, jeśli się spieprzy dzieła takim grupom jak Iron Maiden czy pokrewnej Bonamassie grupie Black Country Communion, to kiedyś trzeba wyciągnąć wnioski. Powróćmy do "Dust Bowl". Płyta liczy sobie dwanaście kompozycji, a w trzech z nich zagrały gościnnie gwiazdy światowego formatu, jak: JOHN HIATT (legenda country-bluesa), VINCE GILL (gwiazda country i bluegrass) oraz GLENN HUGHES (kolega obecny z Black Country Communion, a także były muzyk Deep Purple czy Black Sabbath). Nie to jest jednak najważniejsze, bowiem ci muzycy mają raczej uatrakcyjnić całe to wydawnictwo. Gdyby nawet sam Bonamassa wziął na siebie cały ciężar wykonawczy, powstałaby zapewne płyta równie atrakcyjna i ciekawa.
Otwierający "Slow Train" jawi się jak skrzyżowanie Deep Purple z Cream, a następny i zarazem tytułowy "Dust Bowl" ,to taki blues z bondowskim posmakiem. Po nim następuje żywy countrowy-blues, nieco w stylu S.R.Vaughana, z gościnnym udziałem Johna Hiatta. I ,mniej więcej, w taki oto sposób, żongluje nastrojami Bonamassa. Gra raz szybciej, raz wolniej, raz ostrzej, a po chwili łagodniej. Często rozpoczyna leniwie, by im bliżej końca kompozycji, dosłownie przyładować ogromnym ładunkiem emocji i decybeli zarazem, jak np. w "The Last Matador Of Bayonne", albo w kończącej balladzie "Prisoner". Fanom Led Zeppelin powinien przypaść do gustu "Black Lung Heartache", gdzie akustyczne smaczki gitarowe przypominać mogą kilka klasyków tego Wielkiego Kwartetu. Dobrze, że jest ktoś taki jak Bonamassa. Dobrze, bo ożywia wirtuozersko-czadową stronę białego bluesa, której niegdyś nadzieją byli Kenny Wayne Shepherd czy Jonny Lang, ale w ostatnich latach usunęli się niebezpiecznie w cień. Panie Bonamassa, tak trzymać!
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
Joe Bonamassa nagrywa i wydaje płyty w tempie typowym dla przełomu lat 60/70-tych. To właśnie wówczas,najczęściej w niecały rok po wydaniu albumu, artyści rzucali swoim fanom kolejne nowe doznania. No tak, ale skoro Bonamassa czerpie wzorce od Erica Claptona, Johna Mayalla czy Rory'ego Gallaghera, to nie ma się czemu dziwić. Przyznam, że bluesa słucham raczej wyłącznie w wykonaniu "białym". Ceniąc, rzecz jasna, zarazem "czarnych" mistrzów , muszę dodać, iż często nużył mnie schemat czarnego bluesa, trzymający się sztywno rytmu i linii melodycznej. Biali muzycy potrafili poszybować w nieznane, pozwalając sobie na niecodzienne improwizacje, a do tego przyozdobić kompozycje rockowym uderzeniem i wirtuozerską finezją. Dlatego uwielbiałem zawsze Rory'ego Gallaghera, Stevie'ego Ray Vaughana, Gary'ego Moore'a czy Jeffa Healeya, że tylko tych czterech mistrzów wspomnę choćby. Joe Bonamassa wielkim śpiewakiem nie jest, o czym wie każdy, kto widział go na żywo, ale jednak swoją gitarą potrafi dokonywać rzeczy niezwykłych, w tej teoretycznie już sprawdzonej od dawna, a dla niektórych i być może wyeksploatowanej formule. Najciekawsze jest to, że im bardziej Bonamassa rozwija swoje umiejętności, to zamiast popadać w rutyniarstwo, powtarzanie się czy nudę, gra jak natchniony. Nie wiem jak to możliwe, ale najnowsze dzieło "Dust Bowl" jest nie dość, że absolutnie czarujące i mocne zarazem, to jawi się niemal jak arcydzieło bluesa. I to nie tylko lat ostatnich. Może to i chwilowe oczarowanie, ale ta płyta już w momencie wydania brzmi jak klasyczna pozycja rock- bluesa. Tak, tak, w tej kolejności, rock-bluesa, a nie blues-rocka. Ku memu zaskoczeniu ,nawet kolejna produkcja przereklamowanego producenta, jakim jest Kevin Shirley, wypadła na tej płycie zaskakująco dobrze. No ale, jeśli się spieprzy dzieła takim grupom jak Iron Maiden czy pokrewnej Bonamassie grupie Black Country Communion, to kiedyś trzeba wyciągnąć wnioski. Powróćmy do "Dust Bowl". Płyta liczy sobie dwanaście kompozycji, a w trzech z nich zagrały gościnnie gwiazdy światowego formatu, jak: JOHN HIATT (legenda country-bluesa), VINCE GILL (gwiazda country i bluegrass) oraz GLENN HUGHES (kolega obecny z Black Country Communion, a także były muzyk Deep Purple czy Black Sabbath). Nie to jest jednak najważniejsze, bowiem ci muzycy mają raczej uatrakcyjnić całe to wydawnictwo. Gdyby nawet sam Bonamassa wziął na siebie cały ciężar wykonawczy, powstałaby zapewne płyta równie atrakcyjna i ciekawa.
Otwierający "Slow Train" jawi się jak skrzyżowanie Deep Purple z Cream, a następny i zarazem tytułowy "Dust Bowl" ,to taki blues z bondowskim posmakiem. Po nim następuje żywy countrowy-blues, nieco w stylu S.R.Vaughana, z gościnnym udziałem Johna Hiatta. I ,mniej więcej, w taki oto sposób, żongluje nastrojami Bonamassa. Gra raz szybciej, raz wolniej, raz ostrzej, a po chwili łagodniej. Często rozpoczyna leniwie, by im bliżej końca kompozycji, dosłownie przyładować ogromnym ładunkiem emocji i decybeli zarazem, jak np. w "The Last Matador Of Bayonne", albo w kończącej balladzie "Prisoner". Fanom Led Zeppelin powinien przypaść do gustu "Black Lung Heartache", gdzie akustyczne smaczki gitarowe przypominać mogą kilka klasyków tego Wielkiego Kwartetu. Dobrze, że jest ktoś taki jak Bonamassa. Dobrze, bo ożywia wirtuozersko-czadową stronę białego bluesa, której niegdyś nadzieją byli Kenny Wayne Shepherd czy Jonny Lang, ale w ostatnich latach usunęli się niebezpiecznie w cień. Panie Bonamassa, tak trzymać!
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
czwartek, 3 marca 2011
CETI - nowy świetny utwór "ANYWHERE" już do posłuchania
Dzięki Sławkowi M. (wielkie dzięki!) dowiedziałem się dzisiaj, że na you tube jest już dostępny najnowszy teledysk grupy CETI do utworu "Anywhere". Wykorzystując czas, kiedy to mój komputer wciąż spisuje się rewelacyjnie i zasuwa jak Porsche Carrera, obejrzałem przed chwilą ten clip i za chwilę uczynię to ponownie. Polecam wszystkim, świetna kompozycja! Sam obrazek jest dość skromny, ale widać zespół, ogląda się przyjemnie. Jeśli taka będzie płyta jak "Anywhere", to już doczekać się nie mogę! POLECAM !!!!
IRENA KWIATKOWSKA odeszła w wieku 98 lat
Poranne mycie zębów, herbata, chowanie łóżka, włączony telewizor na kanale informacyjnym, gdzie przelatują paski z najnowszymi doniesieniami z kraju i ze świata. A u mnie gra łagodnie jeszcze jakaś muzyka w tle i pakuję co trzeba do torby, na tuż przed wyjściem do pracy. Raptem pojawia się na żółtym tle czarny napis, kłujący po oczach: Irena Kwiatkowska nie żyje! W tym momencie przelatują przed moimi oczami kadry z jej rolami w teatrach telewizji, kabaretach, a przede wszystkim w filmach.
Bardzo lubiłem tę kobietę. Od dzieciaka. Zawsze była taka pozytywnie zakręcona i zawsze pamiętam ją z zabawnych ról. Nigdy nie kojarzyła mi się z czymś smutnym, a to niewielu ludziom się udaje (udało). Sądzę, że największą popularność przyniosła jej rola kobiety pracującej w "Czterdziestolatku". Ale i słynne "nogi, nogi, nogi..." - ("Halo Szpicbródka"), jeśli pamiętacie?, czy epizody w "Dudku". Moją ukochaną rolą Ireny Kwiatkowskiej była postać mamy Kasi Pióreckiej w serialu "Zmiennicy". Nawet za życia nigdy za tę rolę jej nie chwalono, nie podziwiano, a dla mnie Pani Irenka była tam po prostu genialna !!! Kiedy wracam do tego serialu, a oglądam go kilka razy w roku !!!, to gdy dochodzi do Pani Pióreckiej, potrafię cofać płytę po kilka razy pod rząd. Nie mogę się tym nasycić.Albo jakaż fenomenalna rola w "Rozmowach Kontrolowanych" , jako ciotka Ryszarda Ochódzkiego. Pamiętacie, zna pan hasło?: "żyrafy wchodzą do szafy", odzew: "pawiany wchodzą na ściany". Boki zrywać. To było wraz z Aliną Janowską i Krzysztofem Kowalewskim
Poza tym, widząc Panią Irenkę w dziesiątkach ról, śmiem stwierdzić, że była aktorką WYBITNĄ !!! A przy tym przeogromnie fajną. Była taką kobietą, z którą chciałoby się pójść na kawę i godzinami z nią rozmawiać. Tak sobie to wyobrażam. Jeśli istnieje raj, to niech Pani Irenka będzie w nim na najpiękniejszym oddziale czy piętrze. Niech Najwyższy się nie pomyli i nie osadzi jej z jakąś bandą polityków, biznesmenów i innymi gnojkami. A także za lat wiele niech Najwyższy nie pomyli słowa "aktor" z jakimiś Mroczkami, Cichopkami i innymi strasznymi produktami aktorsko-podobnymi.
Bardzo lubiłem tę kobietę. Od dzieciaka. Zawsze była taka pozytywnie zakręcona i zawsze pamiętam ją z zabawnych ról. Nigdy nie kojarzyła mi się z czymś smutnym, a to niewielu ludziom się udaje (udało). Sądzę, że największą popularność przyniosła jej rola kobiety pracującej w "Czterdziestolatku". Ale i słynne "nogi, nogi, nogi..." - ("Halo Szpicbródka"), jeśli pamiętacie?, czy epizody w "Dudku". Moją ukochaną rolą Ireny Kwiatkowskiej była postać mamy Kasi Pióreckiej w serialu "Zmiennicy". Nawet za życia nigdy za tę rolę jej nie chwalono, nie podziwiano, a dla mnie Pani Irenka była tam po prostu genialna !!! Kiedy wracam do tego serialu, a oglądam go kilka razy w roku !!!, to gdy dochodzi do Pani Pióreckiej, potrafię cofać płytę po kilka razy pod rząd. Nie mogę się tym nasycić.Albo jakaż fenomenalna rola w "Rozmowach Kontrolowanych" , jako ciotka Ryszarda Ochódzkiego. Pamiętacie, zna pan hasło?: "żyrafy wchodzą do szafy", odzew: "pawiany wchodzą na ściany". Boki zrywać. To było wraz z Aliną Janowską i Krzysztofem Kowalewskim
Poza tym, widząc Panią Irenkę w dziesiątkach ról, śmiem stwierdzić, że była aktorką WYBITNĄ !!! A przy tym przeogromnie fajną. Była taką kobietą, z którą chciałoby się pójść na kawę i godzinami z nią rozmawiać. Tak sobie to wyobrażam. Jeśli istnieje raj, to niech Pani Irenka będzie w nim na najpiękniejszym oddziale czy piętrze. Niech Najwyższy się nie pomyli i nie osadzi jej z jakąś bandą polityków, biznesmenów i innymi gnojkami. A także za lat wiele niech Najwyższy nie pomyli słowa "aktor" z jakimiś Mroczkami, Cichopkami i innymi strasznymi produktami aktorsko-podobnymi.
środa, 2 marca 2011
SLADE, SWEET, SMOKIE - i po koncercie / POZNAŃ "Arena" 1.III.2011
1.marca.2011 - Poznań "Arena"
Bałem się tego wieczoru, ale i doczekać zarazem nie mogłem. Jako, że śledzę muzykę na bieżąco, wiedziałem na co idę. Nie było mowy o zaskoczeniach na plus, bądź minus. A jednak zaskoczenia były.
SLADE, SWEET, SMOKIE, każdy z tych trzech zespołów odegrał jakąś rolę w moim życiu, otoczonym pasją i miłością do muzyki. Jako młodziak, połykałem niemal każdą piosenkę bez popijania, w/w trójcy. Ze szczególnym naciskiem na kwartet SMOKIE. No właśnie kwartet. Dzisiaj ten rozrośnięty do kwintetu zespół nie ma już niczego wspólnego z tamtym zespołem. Poza nazwą i osobą Terry'ego Uttleya - basistą zespołu z oryginalnego składu, którą tak niestety bezcześci ten sympatyczny muzyk.
Ale po kolei.
Przede wszystkim zaskoczyła mnie frekwencja w poznańskiej Arenie. Prawie komplet publiczności. Prawie, bo nieco boczki na koronce prześwitały. Ale to drobiazg, prawie niezauważalny. Oprócz tzw. starszej młodzieży, było także i troszkę prawdziwie młodej młodzieży. A to oznacza, że potrafią ci młodzi także podnieść dupska od komputera i zobaczyć jak się sprawy mają w realnym świecie.
SLADE - zagrali jako pierwsi, i nie dość, że rozgrzali publiczność, to jeszcze ,jak się zresztą później okazało, zagrali koncert godny gwiazdy głównej. Choć byli od nich jeszcze lepsi. DAVE HILL, gitarzysta , i obok D.POWELLA( perkusisty) , muzyk z oryginalnego składu, dwoił się i troił, by dać czadu jak trzydzieści parę lat temu. Biegał, skakał, wchodził na głośniki i co nie tylko, by dać ludziom to, na co przyszli. Przy okazji sam świetnie się bawił. A co najważniejsze, dobrze grał. Pozostali dwaj muzycy robili swoje, dobrze, a nawet lepiej niż dobrze. Wokalista naśladujący brakującego Noddy'ego Holdera, poprawnie wykonywał swoją robotę. Także, suma sumarum, SLADE dali przyzwoity koncert, z przebojami: "Everyday", "Mama Weer Al Crazy Now", "Cum On Feel The Noize", My Oh My (na bis), Gudbuy T'Jane, Run Runaway, i innymi. Choć także bym przesadził, pisząc na przykład, że był to kapitalny show. Jedynym mankamentem było nagłośnienie. Nie wiedzieć czemu, Slejdzi byli najgorzej nagłośnieni. Potraktowano ich jak support, a przecież supportem nie byli. Tego wieczoru wszystkie trzy zespoły były gwiazdami.
SWEET - jako drugi zespół wieczoru. Myślałem, że nie udźwigną ciężaru. Choć wiem, że zawsze mieli fanów w Polsce, to jednak byłem przekonany, że mniej od Slade, a do tego przeboje Sweet, poza 4-5 kawałkami, nie były aż tak grane , jak ich konkurentów ze Slade w tamtych czasach. A jednak myliłem się. Ludzie w Arenie bawili się na Sweet nie gorzej, niż na Slade, a ja uważam, że właśnie Sweeci zagrali najlepiej tego wieczoru. A do tego najbardziej rockowo. Tutaj wielka zasługa znakomitego gitarzysty Andy'ego Scotta, jedynego notabene oryginalnego muzyka w dzisiejszym Sweet. Nie ujmując nic jego dzisiejszym kolegom, którzy naprawdę wiedzieli do czego służą instrumenty, no i że nazwa Sweet do czegoś zobowiązuje. Scott wymiatał na wiośle jak trza, zupełnie jakby w nosie miał brutalnie upływający czas, który włosów mu na szczęście nie odebrał (solidna blond szopa - jak 35 lat temu !!!! - słowo !!!!), ale tłuszczyku nieco dorzucił. To jednak drobiazg. Zaczęli od "Hell Raiser",a później to już się posypało... ,m.in: "Teenage Rampage", "Love is like Oxygen", "Blockbuster", "Fox On The Run", "Action" czy "Ballroom Blitz". Czegoż więcej chcieć. Szkoda, że oryginalny wokalista Brian Connolly nie żyje od wielu lat. Jestem pewien, że dzisiaj śpiewałby nadal w Sweet i byłoby cudownie. Moim skromnym zdaniem był to koncert wieczoru. A jeszcze kilka godzin wcześniej myślałem, że zagrają jako pierwsi na pożarcie. Jak to człowiek nieświadom po tym świecie chodzi.
SMOKIE - najbardziej na nich czekałem. I nie będę owijać w bawełnę, że aż żal było na to patrzeć , i. słuchać rzecz jasna. Miło było ujrzeć Terry'ego Uttleya na scenie. Dobrze się facet trzyma. Dobrze gra, dobrze wygląda, elegancko pomyka sobie po scenie ze swoimi czterema strunami. Czasem coś powie, skromnie, sympatycznie i do rzeczy. I tyle. Nie mam nic do drugiego gitarzysty, naśladującego brzmieniem Alana Silsona. Stał sobie skromnie w prawym rogu, grał swoje i praktycznie nie rzucał się w oczy. Tak samo klawiszowiec, stał w głębi, prawie nie było go słychać (i dobrze), a także widać, choć chłopisko wysokie. Perkusista skakał, wznosił się, latał, klaskał i co nie tylko. Widząc co robi jego żałosny kolega wokalisto-gitarzysta, próbował ratować sytuację, samemu przypominając wesołego okaza człekopodobnego wypuszczonego z kraciastego kwadratu na wybieg. Ale zostawmy biednego perkusistę z wąsem snutym dookoła głowy. To wszystko jest niczym w stosunku do wokalisto-gitarzysty, teoretycznie główno-zabawiającego. Facet nazywa się Mike Craft i powiedzmy, że śpiewa w Smokie już kilkanaście lat. Zastąpił zmarłego Alana Burtona, wokalistę, który to z kolei pod koniec lat 80-tych zastąpił oryginalnego i przepięknie śpiewającego Chrisa Normana. Niezastąpionego !!!! Aby było jasne. Craft nie śpiewa. On ryczy. A raczej jego denerwująca barwa głosu przypomina skrzyżowania prujących się gaci, ze skowytem konającego z boleści osobnika podczas zatwardzenia. Jak Terry Uttley mógł to swoim dawnym fanom zrobić. Albo na stare lata stracił słuch, albo podczas ówczesnej łapanki na wokalistę grupy, byli jeszcze tylko gorsi, w co trudno uwierzyć. Przepraszam, ale jeśli komuś podoba się głos tego nieudałoty Mike'a Crafta, to niech mi o tym nawet nie mówi, bo przebaczenia nie otrzyma po kres swych lub mych dni. Podczas koncertu SMOKIE czułem zażenowanie w stopniu najwyższym . Dłońmi zakrywałem swą twarz, by nie widziano mego cierpienia, a przy okazji, bym nie dostrzegł czasem radości rozentuzjomowanego tłumu. To byłoby dla mnie jeszcze bardziej bolesne, bowiem uświadomiłoby mi, że mieszkam w kraju, gdzie występuje potężny procent ludzi z uszkodzonym słuchem. Gdybym był szeryfem i w moim miasteczku zagraliby koncert Smokie, to zaraz po jego zakończeniu Craft trafiłby (na mój wniosek!) do kryminału. Mógłby go dopiero opuścić po przymusowej kastracji.
To miał być najpiękniejszy koncert wieczoru, a okazał się żałosnym występem człowieka, który splamił honor niegdyś tak pięknego zespołu , jak Smokie. Ten biały pan (przyodziany w szaty o anielskich barwach), którego struny głosowe przypominały pierdzącą Syrenkę 104 , zabił wszystko to, co mogliby jeszcze uratować jego koledzy z fajansiarsko brzmiącego wcielenia Smokie. Już nawet nie chce mi się pisać o chórkach, a raczej ich braku. Łza się w oku kręci, gdy pomyślę sobie jak ładnie niegdyś panowie Spencer, Silson i Uttley ten element wokalistyki mieli opanowany w małym paluszku.
A piosenki, jakie? Ojej, same hity. Gdyby tylko ktoś potrafił je zaśpiewać, to ale byłby koncert. Zobaczcie, co zagrali, choćby: "Something's Been Making Me Blue", "Lay Back In The Arms Someone", "It's Your Life", "Take Good Care Of My Baby", "Mexican Girl", "For A Few Dollars More", 'Wild Wild Angels", "If You Think You Know How To Love Me", "Don't Play Your Rock'n'Roll To Me", "I'll Meet You At Midnight", "Oh Carol", "Needles And Pins", "Have You Ever Seen The Rain" (z rep.CCR), "Living Next Door To Alice" (na bis).
Jak ja teraz mam spojrzeć ludziom w oczy i wciskać kit, że Smokie to był niegdyś świetny zespół? Jak ja mam im powiedzieć, że tamta ekipa otworzyła mi oczy na muzykę, i że to dzięki nim, jako młody 12-letni chłopak, w 1977 r., przeżywałem radość słuchania najpiękniejszych piosenek mojego życia. Bowiem wówczas takie właśnie znaczenie miały one dla mnie. Dzisiaj te same melodie, w tym wulgarnym i rynsztokowym wydaniu, nie dadzą wiary nikomu z młodego pokolenia, że ich pierwowzory to była zupełnie inna bajka.
Mimo to, był to ciekawy wieczór, miły wspominkowo, a przy okazji zobaczyłem jak się sprawy mają. Reasumując, w skali od 1 do 5, pozwolę sobie ocenić poszczególne występy zespołów. Da Wam (Państwu) obraz tego jaki poziom zaprezentowały te trzy ekipy
I tak:
SLADE - 3,5
SWEET - 3,8 ,a nawet 3,9
SMOKIE - 1,5 , z czego pół gwiazdki tylko za dobrze bawiącą się publiczność
Normalnie Smokom należałaby się sama goła "jedynka" (bez dodatkowego pół punktu), ale na to by mi sumienie nie pozwoliło, bowiem największym gównem, jakie widziałem "na żywo" w życiu, był występ Afromental w 2009 roku w Łodzi. Ale na nich spuśćmy już zasłonę miłosierdzia. Nie chcę okaleczać okaleczonych.
P.S. Wielkie podziękowania dla nieocenionego Sebastiana Kończaka z MC RADIO, dzięki któremu byłem na tym koncercie. Zresztą nie tylko ja, bo i także były realizator Nawiedzonego, Tomek Ziółkowski się sympatycznie załapał :-) A i do występu Smokie wyglądał na rozbawionego. Mocna ekipa !!!
P.S.2 Szkoda tylko wielka, bowiem na 5 minut przed koncertem okazało się, że mamy jeden wolny bilet !!! Całkowicie wolny i za darmo. I nikomu nie szło go już wcisnąć, ponieważ wszyscy już mieli. Przed Areną nie było nawet jednej głodnej duszy biletu. I tak bywa.
P.S.3 Buteleczka Coca Coli 0,25 l. kosztowała 5 zł.
Andrzej Masłowski
Bałem się tego wieczoru, ale i doczekać zarazem nie mogłem. Jako, że śledzę muzykę na bieżąco, wiedziałem na co idę. Nie było mowy o zaskoczeniach na plus, bądź minus. A jednak zaskoczenia były.
SLADE, SWEET, SMOKIE, każdy z tych trzech zespołów odegrał jakąś rolę w moim życiu, otoczonym pasją i miłością do muzyki. Jako młodziak, połykałem niemal każdą piosenkę bez popijania, w/w trójcy. Ze szczególnym naciskiem na kwartet SMOKIE. No właśnie kwartet. Dzisiaj ten rozrośnięty do kwintetu zespół nie ma już niczego wspólnego z tamtym zespołem. Poza nazwą i osobą Terry'ego Uttleya - basistą zespołu z oryginalnego składu, którą tak niestety bezcześci ten sympatyczny muzyk.
Ale po kolei.
Przede wszystkim zaskoczyła mnie frekwencja w poznańskiej Arenie. Prawie komplet publiczności. Prawie, bo nieco boczki na koronce prześwitały. Ale to drobiazg, prawie niezauważalny. Oprócz tzw. starszej młodzieży, było także i troszkę prawdziwie młodej młodzieży. A to oznacza, że potrafią ci młodzi także podnieść dupska od komputera i zobaczyć jak się sprawy mają w realnym świecie.
SLADE - zagrali jako pierwsi, i nie dość, że rozgrzali publiczność, to jeszcze ,jak się zresztą później okazało, zagrali koncert godny gwiazdy głównej. Choć byli od nich jeszcze lepsi. DAVE HILL, gitarzysta , i obok D.POWELLA( perkusisty) , muzyk z oryginalnego składu, dwoił się i troił, by dać czadu jak trzydzieści parę lat temu. Biegał, skakał, wchodził na głośniki i co nie tylko, by dać ludziom to, na co przyszli. Przy okazji sam świetnie się bawił. A co najważniejsze, dobrze grał. Pozostali dwaj muzycy robili swoje, dobrze, a nawet lepiej niż dobrze. Wokalista naśladujący brakującego Noddy'ego Holdera, poprawnie wykonywał swoją robotę. Także, suma sumarum, SLADE dali przyzwoity koncert, z przebojami: "Everyday", "Mama Weer Al Crazy Now", "Cum On Feel The Noize", My Oh My (na bis), Gudbuy T'Jane, Run Runaway, i innymi. Choć także bym przesadził, pisząc na przykład, że był to kapitalny show. Jedynym mankamentem było nagłośnienie. Nie wiedzieć czemu, Slejdzi byli najgorzej nagłośnieni. Potraktowano ich jak support, a przecież supportem nie byli. Tego wieczoru wszystkie trzy zespoły były gwiazdami.
SWEET - jako drugi zespół wieczoru. Myślałem, że nie udźwigną ciężaru. Choć wiem, że zawsze mieli fanów w Polsce, to jednak byłem przekonany, że mniej od Slade, a do tego przeboje Sweet, poza 4-5 kawałkami, nie były aż tak grane , jak ich konkurentów ze Slade w tamtych czasach. A jednak myliłem się. Ludzie w Arenie bawili się na Sweet nie gorzej, niż na Slade, a ja uważam, że właśnie Sweeci zagrali najlepiej tego wieczoru. A do tego najbardziej rockowo. Tutaj wielka zasługa znakomitego gitarzysty Andy'ego Scotta, jedynego notabene oryginalnego muzyka w dzisiejszym Sweet. Nie ujmując nic jego dzisiejszym kolegom, którzy naprawdę wiedzieli do czego służą instrumenty, no i że nazwa Sweet do czegoś zobowiązuje. Scott wymiatał na wiośle jak trza, zupełnie jakby w nosie miał brutalnie upływający czas, który włosów mu na szczęście nie odebrał (solidna blond szopa - jak 35 lat temu !!!! - słowo !!!!), ale tłuszczyku nieco dorzucił. To jednak drobiazg. Zaczęli od "Hell Raiser",a później to już się posypało... ,m.in: "Teenage Rampage", "Love is like Oxygen", "Blockbuster", "Fox On The Run", "Action" czy "Ballroom Blitz". Czegoż więcej chcieć. Szkoda, że oryginalny wokalista Brian Connolly nie żyje od wielu lat. Jestem pewien, że dzisiaj śpiewałby nadal w Sweet i byłoby cudownie. Moim skromnym zdaniem był to koncert wieczoru. A jeszcze kilka godzin wcześniej myślałem, że zagrają jako pierwsi na pożarcie. Jak to człowiek nieświadom po tym świecie chodzi.
SMOKIE - najbardziej na nich czekałem. I nie będę owijać w bawełnę, że aż żal było na to patrzeć , i. słuchać rzecz jasna. Miło było ujrzeć Terry'ego Uttleya na scenie. Dobrze się facet trzyma. Dobrze gra, dobrze wygląda, elegancko pomyka sobie po scenie ze swoimi czterema strunami. Czasem coś powie, skromnie, sympatycznie i do rzeczy. I tyle. Nie mam nic do drugiego gitarzysty, naśladującego brzmieniem Alana Silsona. Stał sobie skromnie w prawym rogu, grał swoje i praktycznie nie rzucał się w oczy. Tak samo klawiszowiec, stał w głębi, prawie nie było go słychać (i dobrze), a także widać, choć chłopisko wysokie. Perkusista skakał, wznosił się, latał, klaskał i co nie tylko. Widząc co robi jego żałosny kolega wokalisto-gitarzysta, próbował ratować sytuację, samemu przypominając wesołego okaza człekopodobnego wypuszczonego z kraciastego kwadratu na wybieg. Ale zostawmy biednego perkusistę z wąsem snutym dookoła głowy. To wszystko jest niczym w stosunku do wokalisto-gitarzysty, teoretycznie główno-zabawiającego. Facet nazywa się Mike Craft i powiedzmy, że śpiewa w Smokie już kilkanaście lat. Zastąpił zmarłego Alana Burtona, wokalistę, który to z kolei pod koniec lat 80-tych zastąpił oryginalnego i przepięknie śpiewającego Chrisa Normana. Niezastąpionego !!!! Aby było jasne. Craft nie śpiewa. On ryczy. A raczej jego denerwująca barwa głosu przypomina skrzyżowania prujących się gaci, ze skowytem konającego z boleści osobnika podczas zatwardzenia. Jak Terry Uttley mógł to swoim dawnym fanom zrobić. Albo na stare lata stracił słuch, albo podczas ówczesnej łapanki na wokalistę grupy, byli jeszcze tylko gorsi, w co trudno uwierzyć. Przepraszam, ale jeśli komuś podoba się głos tego nieudałoty Mike'a Crafta, to niech mi o tym nawet nie mówi, bo przebaczenia nie otrzyma po kres swych lub mych dni. Podczas koncertu SMOKIE czułem zażenowanie w stopniu najwyższym . Dłońmi zakrywałem swą twarz, by nie widziano mego cierpienia, a przy okazji, bym nie dostrzegł czasem radości rozentuzjomowanego tłumu. To byłoby dla mnie jeszcze bardziej bolesne, bowiem uświadomiłoby mi, że mieszkam w kraju, gdzie występuje potężny procent ludzi z uszkodzonym słuchem. Gdybym był szeryfem i w moim miasteczku zagraliby koncert Smokie, to zaraz po jego zakończeniu Craft trafiłby (na mój wniosek!) do kryminału. Mógłby go dopiero opuścić po przymusowej kastracji.
To miał być najpiękniejszy koncert wieczoru, a okazał się żałosnym występem człowieka, który splamił honor niegdyś tak pięknego zespołu , jak Smokie. Ten biały pan (przyodziany w szaty o anielskich barwach), którego struny głosowe przypominały pierdzącą Syrenkę 104 , zabił wszystko to, co mogliby jeszcze uratować jego koledzy z fajansiarsko brzmiącego wcielenia Smokie. Już nawet nie chce mi się pisać o chórkach, a raczej ich braku. Łza się w oku kręci, gdy pomyślę sobie jak ładnie niegdyś panowie Spencer, Silson i Uttley ten element wokalistyki mieli opanowany w małym paluszku.
A piosenki, jakie? Ojej, same hity. Gdyby tylko ktoś potrafił je zaśpiewać, to ale byłby koncert. Zobaczcie, co zagrali, choćby: "Something's Been Making Me Blue", "Lay Back In The Arms Someone", "It's Your Life", "Take Good Care Of My Baby", "Mexican Girl", "For A Few Dollars More", 'Wild Wild Angels", "If You Think You Know How To Love Me", "Don't Play Your Rock'n'Roll To Me", "I'll Meet You At Midnight", "Oh Carol", "Needles And Pins", "Have You Ever Seen The Rain" (z rep.CCR), "Living Next Door To Alice" (na bis).
Jak ja teraz mam spojrzeć ludziom w oczy i wciskać kit, że Smokie to był niegdyś świetny zespół? Jak ja mam im powiedzieć, że tamta ekipa otworzyła mi oczy na muzykę, i że to dzięki nim, jako młody 12-letni chłopak, w 1977 r., przeżywałem radość słuchania najpiękniejszych piosenek mojego życia. Bowiem wówczas takie właśnie znaczenie miały one dla mnie. Dzisiaj te same melodie, w tym wulgarnym i rynsztokowym wydaniu, nie dadzą wiary nikomu z młodego pokolenia, że ich pierwowzory to była zupełnie inna bajka.
Mimo to, był to ciekawy wieczór, miły wspominkowo, a przy okazji zobaczyłem jak się sprawy mają. Reasumując, w skali od 1 do 5, pozwolę sobie ocenić poszczególne występy zespołów. Da Wam (Państwu) obraz tego jaki poziom zaprezentowały te trzy ekipy
I tak:
SLADE - 3,5
SWEET - 3,8 ,a nawet 3,9
SMOKIE - 1,5 , z czego pół gwiazdki tylko za dobrze bawiącą się publiczność
Normalnie Smokom należałaby się sama goła "jedynka" (bez dodatkowego pół punktu), ale na to by mi sumienie nie pozwoliło, bowiem największym gównem, jakie widziałem "na żywo" w życiu, był występ Afromental w 2009 roku w Łodzi. Ale na nich spuśćmy już zasłonę miłosierdzia. Nie chcę okaleczać okaleczonych.
P.S. Wielkie podziękowania dla nieocenionego Sebastiana Kończaka z MC RADIO, dzięki któremu byłem na tym koncercie. Zresztą nie tylko ja, bo i także były realizator Nawiedzonego, Tomek Ziółkowski się sympatycznie załapał :-) A i do występu Smokie wyglądał na rozbawionego. Mocna ekipa !!!
P.S.2 Szkoda tylko wielka, bowiem na 5 minut przed koncertem okazało się, że mamy jeden wolny bilet !!! Całkowicie wolny i za darmo. I nikomu nie szło go już wcisnąć, ponieważ wszyscy już mieli. Przed Areną nie było nawet jednej głodnej duszy biletu. I tak bywa.
P.S.3 Buteleczka Coca Coli 0,25 l. kosztowała 5 zł.
Andrzej Masłowski
Subskrybuj:
Posty (Atom)