Skoro premiera nowego Joe Bonamassy - z albumem w hołdzie B.B.Kingowi - przesunęła się, ogarnęło mnie znięchęcenie, więc po krótkim namyśle zrezygnowałem z wystosowanego wcześniej zamówienia. Dla jasności, lubię Bonamassę, ale lubię umiarkowanie. Nie pod status gwiazdy. Przerastają mnie więc coraz liczniejsze płyty firmowane jego nazwiskiem, zawęża się krąg wobec tej muzyki, a ciekawych wykonawców bez liku. Ostatnio najlepiej podziałały na mnie nowe twórczości Lucindy Williams oraz Ally Venable. Słucham ich dużo chętniej. Ufam, że Szanownym Państwu również muzyka obu babeczek podchodzi, bądź już dawno podeszła, choć o Waszych odczuciach dowiem się zapewne, gdy od dawna będę sześć stóp pod.
Ally Venable "Money & Power" (2025 Ruf Records)
Teksanka Ally ma niespełna dwadzieścia siedem lat, za to sporo talentu oraz zapału. Na jej nowej płycie - "Money & Power" - wypływa ów fakt z każdej szczeliny. Ta wokalistka i gitarzystka to trochę w blues rocku objawienie pod Quinna Sullivana, pomimo iż oboje nie grają z jednego kotła.
Ally nagrywa od dekady, ma już sześć albumów, a że w matematyce nie ma improwizacji, od razu wiemy, że debiut zrealizowała mając siedemnaście lat.
"Money & Power", czyli "pieniądze i władza". I tutaj przyda nam się okładka. Co tam przyda, bez niej bylibyśmy strumieniowymi głąbami. A zatem - gabinet władzy. Ally w roli monarchini, z nogami na lśniącym, piekielnie okazałym biurku, gdzieś w promieniach gabinetowej lampki, paląca kubańskie cygaro, które w epoce Columbo było w Stanach wręcz prohibicją. I spójrzmy jeszcze, jak na tym stoliku/biurku, pomiędzy karafką, lamką a kałamarzem, walają się pliki banknotów, o nieokreślonym pochodzeniu. Symbol dominacji. Do Ally świat należy, to ona tutaj dyktuje muzyczne warunki. Z kilkunastu kawałków, już po pierwszym kontakcie wyczułem woń rock bluesa, o jakim ostatnio niejednokrotnie zamarzyłem. Ziściło się.
Posłuchajcie, koniecznie całości, od deski do deski. Wszystko klawe, jak cholera - jak mawiał klasyk. Może na początek bierzcie tytułowe "Money & Power", bądź zagrane ostatnio na moim paśmie "Unbreakable" - z gościnnym udziałem czarnoskórej Shemekii Copeland. Kobiety, której rekomendacją niech stanie nagrywanie płyt dla Alligator Records. Mnie potężnie widzi się ballada "Do You Cry". O tak, złamane serce, utracona miłość, emocjonalna tego złożoność. A potem, radź sobie w gorzkich realiach.
Uszanujmy Ally, jej wytrwałość, wiarę i miłość do bluesa. Pragnęła być artystką tak bardzo, że pokonała prześladowania w szkole, wypływające z racji jej pasji. Zawsze, obok ludzi wartościowych i jakby w talencie i umiejętnościach lepszych, znajdą się zazdrośnicy, nienawistnicy, takie ofermy, które z racji bycia nikim po udław zazdroszczą.
Lucinda Williams "World's Gone Wrong" (2026 Highway 20 Records)
Teraz Lucinda. Nagrywa płyty od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego i ma ich dobre półtora tuzina. Najnowsza nie jest najlepszą, ponieważ niepotrzebnie w drugiej części tyciu siada. Nieważne, albowiem wszystko ze strony A to tnący pazur.
Babeczka jest pełna uczuć, co i wściekłości, zresztą i tutaj spójrzcie na okładkę - od razu widać, że nie da sobie w kaszę dmuchać. W ogóle, w tej skórze Lucinda wygląda fantastycznie. I tak też śpiewa. A śpiewa mądre, zabarwione country/folk/bluesem piosenki, nierzadko także w duetach - towarzyszą jej, czarnoskóra countrymanka Britney Spencer, niemal pod dziewięćdziesiątkę, soulowo-rhythm'n'bluesowa Mavis Staples, oraz w finałowej tracklisty skarpie Norah Jones. W balladzie. Jednej z wielu, bo dużo tu wolnizn. Ale takich z papierochem i bourbona w gębę lej. Żadne tam winko. Sikacza zostawmy dla cieniasów w garniturkach.
Ostatnio nie tylko słucham, ale też czytam płyty. Lubię wiedzieć, by jeszcze lepiej poczuć, zasmakować, pojąć, a warto, albowiem nowy album Lucindy właśnie powinno się przeorać w każdym akrze. Spójrzmy więc, w "Black Tears" usłyszymy: "... czarne łzy przepełnione smutkiem. Wiesz, że to ponury dźwięk, kiedy te biją o Ziemię". Albo, w "Punchline": "... kłamcy szepcą do ucha, a fałszywi bogowie grają na naszych lękach". Najbardziej widzi mi się literatura piosenki z udziałem Norah'y Jones - "We've Come Too Far To Turn Around" - odnosząca się do naiwnych, których w Polsce znowu przerażająco przybywa: "... wpatrywaliśmy się w oczy zła i z tym diabłem tańcowaliśmy. Usiedliśmy przy jednym stole, dzieląc z nim ucztę. Połknęliśmy płyn jego kłamstw, tolerowaliśmy kogoś, kim gardzimy, daliśmy się zwieść jego przebraniu". Pointą niech będzie wers z "Freedom Speaks": "... moje imię to wolność".
Dziękuję za uwagę. Bądźcie Państwo zdrowi, usłyszymy się jeszcze...
andy
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00
na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub afera.com.pl
"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań) lub radiopoznan.fm


