wtorek, 29 listopada 2016

z Metalliką pat

Czym jest upływający czas, niech uświadomią nas dzisiejsze rocznice: dziesiąta od pożegnania Leona Niemczyka oraz już piętnasta George'a Harrisona. Były Beatles jeszcze nie tak dawno na scenie, a tu proszę... przeleciało... Na swój sposób zazdroszczę, oni już wiedzą.... Chyba każdego interesuje, jak tam jest. Nawet jeśli wszystko przecież wskazuje, że nie ma niczego.
Wczoraj kolega do ucha szepnął, że jestem w muzycznych poglądach nacjonalistą. I pewnie miał rację - chyba jestem. Zawsze broniłem bliskich mi wartości, nie pozwalając na ich podważanie. A wraz z upływem lat, wiadomo... Wszystko na gorsze. Gorzej, gdy się popada w narcyzm. U kilku osobników zaobserwowałem cechę, o której głośno nie wypada. Widzisz, zachowaj dla siebie, milcz. Na tym świecie można tylko ranić moje uczucia. W drugą stronę to nie działa. Od razu obraza majestatu. Przyjmuję tę wersję. Przyzwyczaiłem się.
Pytają niektórzy, dlaczego nic o nowej Metallice? Ni na blogu, ni w Nawiedzonym... Sam nie wiem Drodzy Państwo. Ochoty coś nie mam. Nie potrafię po tych wszystkich latach zaufać tej grupie. Nawet jeśli tradycyjnie wszyscy zapewnią, że już tym razem jest świetnie. Być może, nie przeczę, ale mi przeszło. I nie wiem, dlaczego. Po prostu odkochałem się. W życiu tak bywa, czasem popadamy w fascynację, po czym wszystko przemija. Choć z reguły bywam stabilny. A, że bilans ujemny, cóż.... Raz mnie skarcono, ja razy pięć. Ale to było bardzo dawno temu, gdy jeszcze nie wiedziałem na czym to wszystko polega. Dzisiaj nadal nie wiem, ale przynajmniej sięgam wyżej. Ktoś kiedyś powiedział: "nie da się przez życie przejść, nie raniąc nikogo".
Co do Metalliki... Lubiłem ich kiedyś bardzo. Pierwsze cztery płyty namolnie odpalałem najpierw na gramofonie, później na odtwarzaczu CD. Szczególnie kocham "Master Of Puppets", i jak na dawnego metala przystało, znam ją na pamięć. Niewiele mniejszym uczuciem darzę też pierwsze dwie: "Kill 'Em All" oraz "Ride The Lightning". Mam jednak spore serce do czwartej 2-płytowej (na winylu) "...And Justice For All". Może dlatego, że tuż po albumowej premierze w 1988 roku pojechałem po nią blisko dwieście kilosów do Wrocławia - do kultowego Pałacyku. To był dopiero wypad. Na jednej giełdzie wspomniane "...And Justice For All", ale też Judas Priest "Ram It Down", Scorpions "Savage Amusement", i coś tam jeszcze, czego już nie pamiętam. Na winylach rzecz jasna, bowiem odtwarzacz CD posiadłem dopiero w roku następnym. Zajechałem wszystkie te longi. I choć zdałem sobie sprawę z nieco mniejszej siły rażenia "...And Justice For All" względem wcześniejszej olśniewającej "Master Of Puppets", to słuchałem raz za razem, biegając po pokoju z rakietą tenisową w dłoniach, gdyż ta nieźle imitowała gitarę. Poza tym, tenisowe adidaski już miałem od pewnego czasu na kołkach, choć pochwalę się przy okazji tytułem osiedlowego mistrza w sezonie 1985.
Chris Norman pierwszy od lewej. 
Takie spodnie założyłbym nawet dzisiaj.
Były to jednak czasy odległe. Wówczas nawet dysponowałem lekką niedowagą, w co trudno będzie dzisiaj uwierzyć.
Szachowym zwycięzcą turnieju na Dębcu też kiedyś byłem. Mniej więcej w tyciu późniejszym okresie. Posiadam nawet dyplom i eleganckie szachy - główną nagrodę. A co! Żeby nie było, że tylko muzyka i muzyka. Choć o wiele lepszą szachownicę zafundowałem swemu podniebieniu w jednym z dawnych sklepów Cepelii. Kosztowały fortunę, ale mam do dzisiaj - w stanie nienagannym. Obawiam się tylko, czy nadal potrafiłbym należycie rozmieścić na planszy króla z królówką, hmmm....
Ale ale ale, przecież miało być o nowej Metallice. A raczej o....no właśnie. Nadal nie kupiłem. Czekam na impuls.
Label polskiego singla "Living Next Door To Alice"
Piosenka na dziś: Smokie "Living Next Door To Alice". Koniecznie z Tonpressowskiego singla. Niech potrzeszczy, jak na polski produkt tamtej epoki przystało. A poza tym, jakie Chris Norman nosił dżinsy! No i do tego ta biała niedopięta koszula, brązowa cienka kamizelka, plus długie (marzenie!) włosy i ten nieco indiański wyraz twarzy. Kochałem się w nim, jak jakaś małolata. Zresztą miałem dwanaście lat. Teraz liczę pięćdziesiąt plus (bo teraz wszystko jest "plus") i wciąż mnie trzyma.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







poniedziałek, 28 listopada 2016

CHRIS DE BURGH - "A Better World" - (2016) -





  
CHRIS DE BURGH
"A Better World"

(ROCKWARE)
***1/2





Spójrzmy na okładkę, czyż to nie ewidentnie nawiązanie do bestsellerowego "Into The Light"?. Notabene, właśnie w tym roku obchodzącego 30-lecie. Dla przypomnienia dorzucę, że mowa o dziele, na którym znalazł się bodaj największy przebój Chrisa DeBurgha - "The Lady In Red".
Nowa płyta, to chęć powrotu do tamtych czasów? Być może. Na pewno wkradła się w Pana Krzysztofa jakaś nostalgiczna nuta, nawet jeśli z samej zawartości "A Better World" niekoniecznie to musi wynikać. Nie znajdziemy tu bowiem drugiej "The Lady In Red", jak też kontynuacji tryptyku "The Leader" / "The Vision" / "What About Me?", a i czegoś w rodzaju rozbudowanego "Last Night", bądź wyskandowanego "Say Goodbye To It All".
"A Better World" podąża własnym tropem, będąc przy tym kolejną zróżnicowaną, barwną płytą, z której jak zawsze bije dobroduszna natura jej twórcy.
Chris DeBurgh mniej więcej regularnie co 2-3 lata publikuje premierowe piosenki. Jednak pomimo upływu lat jego twórczość zawsze wydaje się aktualna. Artysta nie wdaje się w tematy niebezpieczne, i choć zapewne je śledzi, woli jednak zauważać cieplejsze strony życia. Bliższe jego natury, jak miłość, pokój pomiędzy ludźmi, pasja do podróżowania, zachwyt nad urokami natury, jak też dziełami powstałymi dzięki pracy ludzkich rąk. Na podstawie uważnych obserwacji komponuje i tak jest od zawsze. I za to ogromnie go cenię. Jednocześnie nadal lubiąc posłuchać wszystkiego, co proponuje. Nawet, jeśli nasz bohater nie nagrywa już topowych albumów, w rodzaju "The Getaway", "Eastern Wind", "Flying Colours", bądź "Man On The Line". A pomimo tego, z każdej kolejnej płyty bez problemu potrafię wyłowić przynajmniej po kilka piosenek próby najwyższej. I to także dotyczy niedawno wydanej "A Better World". Płyty, która jak najbardziej wydaje się być adresowaną do najzagorzalszych jego sympatyków.
Być może, nie znajdziemy tu zbyt wielu kandydatów do miana wieczystych przebojów, ale na pewno się nie zawiedziemy.
"A Better World" zawiera także klejnot ponad wszystkie. Mowa o podniosłej i nienachalnie zorkiestrowanej balladzie "All For Love" ("... ta cała miłość, którą noszę w sobie jest dla Ciebie..."). Już tylko dla tych czterech minut nie wolno odpuścić całej tej płyty. Później wypadałoby jeszcze poszukać pozostałych smakowitych dań, bez względu na to, iż rozpoczęliśmy penetrację od dania głównego.
Chris DeBurgh najlepiej czuje się w repertuarze lirycznym, balladowym, i taki też w dużym stopniu tkwi na "A Better World". Oczywiście, bywają też piosenki żywsze. Optymistyczne, promienne... lecz w pieśniach pełnych liryzmu i uduchowienia maestro wypada najkorzystniej. Dlatego, oprócz wyróżnionej "All For Love", polecam szczególnie początkowy 2-utworowy set, zainicjowany blisko minutowym intro "Hope In The Human Heart", po którym do głosu dochodzi akurat wręcz rockowa, organowo-gitarowa pieśń "Bethlehem" ("...widziałem dwa ptaki - jeden był jastrzębiem, drugi gołębiem - pierwszy rzekł: jestem wojną, drugi: jestem miłością....po czym oba wzniosły się ku niebu...im były bliżej słońca, w pewnej chwili coś błysnęło, grzmotnęło, zrzucając ludzkości gołębia..."). Bardzo fajny początek. Entuzjastyczny i pełen wiary w dominację dobra na pełnym niepokoju świecie. Skoro jednak szepnąłem o wyższości ballad... polecam bliższe przyjrzenie się finałowej "The Soldier" (dola zapomnianego kombatanta, którego już nikt nie potrzebuje), krótkiej akustycznej "Heart And Soul" ("...nie posiadam diamentów, a jedynym sposobem wyrażenia miłości jest serce i dusza..."), folkowej "The Land Of The Free", bądź
szantowej "Shipboard Romance". Te podobają mi się szczególnie. Potrafię przy tym docenić również urok innych piosenek, jak zabarwionej na meksykańską nutę "Once In A Lifetime" - ze stosowną do okoliczności trąbką, a także pełnej orkiestrowego rozmachu "The Open Door" - z jakże udaną gitarową solówką.
Miłośników talentu DeBurgha nie muszę chyba zachęcać. Ci zapewne płytę posiedli w dniu jej premiery, a piosenek już się wyuczyli na pamięć. Myślę jednak o tych, którzy zapomnieli o jego istnieniu. Polecam sprawdzić, w jak dobrej formie jest ten wciąż młody duchem i przepięknie śpiewający dżentelmen, który kilkanaście lat temu pękał przecież z dumy, jako ojciec najpiękniejszej kobiety świata.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 27 listopada 2016 - Radio "Afera", Poznań 98,6 FM + zastępstwo w "BLUES RANUS"







"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 27 listopada 2016 r. - godz.22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski







HANSEN & FRIENDS - "XXX - Three Decades In Metal" - (2016) -
- Born Free
- Left Behind - {feat. ALEXANDER DIETZ, MARCUS BISCHOFF & CLEMENTINE DELANNEY}

HAMMERFALL - "Built To Last" - (2016) -
- New Breed
- Second To None

FREEDOM CALL - "Master Of Light" - (2016) -
- Metal Is For Everyone

STRATOVARIUS - "Destiny" - (1998 / reedycja 2016) -
- Rebel
- Years Go By

MAGNUM - "Into The Valley Of The Moonking" - (2009) -
- A Face In The Crowd

MAGNUM - "Princess Alice And The Broken Arrow" - (2007) -
- When We Were Younger
- You'll Never Sleep

QUEEN - "Rock Montreal" - (2007) -
"Montreal Forum", Montreal, Canada, 24 & 25 XI 1981 
- We Will Rock You
- We Are The Champions
- God Save The Queen

FREDDIE MERCURY / MONTSERRAT CABALLE - "Barcelona" - (1988) -
- How Can I Go On

SMOKIE - "The Montreux Album" - (1978 / reedycja 2016) -
- Power Of Love
- No More Letters
- Love's A Riot (bonus track)

SMOKIE - "Bright Lights & The Back Alleys" - (1977 / reedycja 2016) -
- Sunshine Avenue

LANA LANE - "Covers Collection" - (2003) -
- Don't Try So Hard - {Queen cover}

LANA LANE - "Queen Of The Ocean" - (1999) -
- Souls Of The Mermaids

JEFF LYNNE'S ELO - "Alone In The Universe" - (2015) -
- When I Was A Boy

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA - "Eldorado" - (1974) -
- Eldorado Overture
- Can't Get It Out Of My Head
- Boy Blue
- Mister Kingdom

THE BEATLES - "Let It Be" - (1970) -
- Across The Universe

SNOWY WHITE - "Released" - (2016) -
- It's Always Love (That Breaks Your Heart)
- How Was It For You

STING - "57th & 9th" - (2016) -
- Inshallah

LANA LANE - "Ballad Collection" - (2000) -
- Across The Universe - {The Beatles cover}

CHRIS ISAAK - "Chris Isaak" - (1986) - 30-lecie albumu
- Heart Full Of Soul - {The Yardbirds cover}
- Blue Hotel
- Lie To Me

CHRIS ISAAK - "First Comes The Night" - (2015) - de facto premiera na początku 2016 r.
- Reverie

SIMPLE MINDS - "Acoustic" - (2016) -
- Don't You (Forget About Me)
- Long Black Train - {RICHARD HAWLEY cover}

KARIBOW - "Holophinium" - (2016) -
- E.G.O.

FM - "Indiscreet 30" - (2016) -
- That Girl (acoustic version)

===============================
===============================

"NOCNIK"....
.... pierwsze trzy nagrania z kompaktów Tomka Ziółkowskiego....po czym komputer do białego rana....


Na początku zagrali U2 w tytułowym kawałku do albumu "The Unforgettable Fire" (1984)....
....następnie HOTHOUSE FLOWERS ze wspaniałej płyty "Songs From The Rain" (1993) w obłędnie pięknej balladzie "Good For You"....
....na trzeci ogień BUDKA SUFLERA (ulubiony polski zespół Tomka!) z unikatowego kompaktowego singla w piosence "Świat Od Zaraz" z 2000 roku....
....no i dalszego część nocnego grania, już z automatu....do białego rana....dużo ładnych piosenek wybranych przez Tomka....

To nasza dawna radiowa tablica, z czasów prehistorycznych, gdy jeszcze numery telefonów nie poprzedzała cyfra "8". Tablica pojawiła się w spikerce z racji radiowych wspominek, wszak 26-lecie w eterze zobowiązuje. Tym samym rozpoczęło się dla Afery drugie ćwierćwiecze....i oby do przodu!




===============================
===============================



"BLUES RANUS" - zastępstwo niedziela 27 listopada 2016 r.  godz. 21.00 - 22.00

realizacja: A.Krzyżaniak
prowadzenie: Andrzej Masłowski






THE ROLLING STONES - "Love You Live" - (1977) -
- You Can't Always Get What You Want

LED ZEPPELIN - "Coda" - (1982 / reedycja 2015) -
- Traveling Riverside Blues - {BBC Session, czerwiec 1969}

BLACKBERRY SMOKE - "Like An Arrow" - (2016) -
- Waiting For The Thunder
- Sunrise In Texas
- Workin' For A Workin' Man

LYNYRD SKYNYRD - "Second Helping" - (1974) -
- Call Me The Breeze

THE ALLMAN BROTHERS BAND - "Brothers And Sisters" - (1973) -
- Southbound

VAN MORRISON - "Keep Me Singing" - (2016) -
- Keep Me Singing
- Look Behind The Hill

BETH HART - "Fire On The Floor" - (2016) -
- Picture In A Frame

==============================
==============================



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






niedziela, 27 listopada 2016

STING - "57th & 9th" - (2016) -






STING
"57th & 9th"

(A&M RECORDS)
**




Podobno owe skrzyżowanie ulic na Manhattanie Sting przemierzał każdego dnia, udając się tym samym do nagraniowego studia. Stąd całkiem trafne "57th & 9th" na rzecz albumowego tytułu.
Miała to być taka płyta, na jaką czekaliśmy od dawna. Bez żadnych eksperymentów, ucieczek w stronę klasyki, świątecznych refleksji, musicali czy ubierania klasycznych piosenek w nowe i niekoniecznie atrakcyjniejsze szaty. Dość tego. "Nacieszyliśmy" tym uszy przez ostatnich kilkanaście lat, czas więc na premierowe propozycje z kategorii dobrych piosenek.
Na co dziś stać Stinga?. Nie było się jak przekonać od czasów suma sumarum przeciętnego "Sacred Love". A więc, od lat trzynastu.
Nie spodziewałem się drugiego "...Nothing Like The Sun" czy nawet ustępującego mu znacznie, lecz ogromnie popularnego "Ten Summoner's Tales". Liczyłem jednak na smaczki. Na ciekawe kompozycje, poparte elegancją gry i mnogą ofertą samych instrumentów. Niestety, nic z tego. Z dawnego Stinga nie pozostało już nic. Oczywiście można Artystę chwalić za wrażliwość, mądre teksty, za bycie mesjaszem, ale w tym wszystkim zupełnie zatarła się najważniejsza - sama muzyka. Muzyka, która niegdyś stała Stingowi otworem.
Nuda, nuda, jeszcze raz nuda. Nie znalazłem na "57th & 9th" choćby jednej piosenki dającej się pokochać, bądź przynajmniej jakoś szczególniej polubić.  I wcale nie to, że Sting jest całkowicie bez formy. Dobrze przecież śpiewa, płyta też jakby profesjonalnie i przestrzennie zrealizowana - lecz nie ma na niej TEGO czegoś. Samo utytułowane nazwisko już dziś nie wystarczy, muzyczny rynek każdego dnia podsuwa równie ciekawych i wrażliwych twórców. Trzeba zaproponować coś więcej, a przynajmniej nie zaniżać wzniesionego niegdyś wysokiego pułapu.
Na wyróżnienie z tej słabej całości może zasługiwać jedynie zbitek dwóch piosenek, które zamykają album. Mowa o "Inshallah" oraz "The Empty Chair". Pierwsza jest jakby modlitwą za uchodźców, a jej tytuł tłumaczyć należy "jeśli Bóg zechce". Druga stanowi za hołd dla Jamesa Foleya - amerykańskiego dziennikarza, porwanego i zamordowanego przez ISIS. Obie charakteryzuje delikatność, wrażliwość i subtelność, na jakie to cechy Stinga ciągle stać. Szczególnie ładną melodię nosi "Inshallah". Kto wie, być może nawet najładniejszą na całym albumie. Niestety nie da się tego powiedzieć o przebojowo-singlowym "I Can't Stop Thinking About You", którego moc równa się pierdnięciu muchy w pustej beczce, jak też niczym szczególnym nie razi następujący po nim, nawet gitarowy "50.000". Choć to przecież piosenka ku pamięci zmarłych w 2016 roku artystów (dla Dawida Bowiego, Prince'a, Glenna Freya, a także Lemmyego z Motorhead).
Z całości wypływa ewidentny brak twórczej weny. Rozumiem, że Sting zapragnął bardziej gitarowej płyty, niż zahaczającej o rejony jazzowe. Nawet lepiej, wszak ja sam zdecydowanie optuję za rockiem. Jednak troszkę można żałować, ponieważ nasz bohater akurat w tych jazz-smaczkach zawsze wypadał korzystnie. Być może ich obecność przydałaby nieco uroku bezbarwnym "Down, Down, Down", "One Fine Day", "Petrol Head", "Heading South To The Great North Road" czy "If You Can't Love Me".
Przykro pisać te słowa o Artyście, którego szanuję i lubię. I w którego nadal wierzę. Tej wiary dodaje szczególnie fajna wersja klasycznego "Next To You" - z końcówki limitowanego albumowego wydania. Tenże Police'owy klasyk Sting wykonał z prawdziwym pazurem, a stało się to w manhattańskim klubie Rockwood Music Hall. A więc, gdy w wolnej chwili naszła Stinga ochota na to, co tygrysy lubią najbardziej.

P.S. O komercyjny sukces albumu nie martwiłbym się. Sting mocną pozycję ma nie tylko u nas. "57th & 9th" znajdzie nabywców już choćby tylko z tej racji.







Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






HAMMERFALL - "Built To Last" - (2016) -







HAMMERFALL
"Built To Last"

(NAPALM RECORDS)
*****




Wiosną 1997 roku do jednego z numerów niemieckiego miesięcznika "Rock Hard", tradycyjnie jak co miesiąc, dołączono płytę kompaktową z najnowszymi metalowymi propozycjami. Zazwyczaj w tych magazynowych dodatkach znajdowały się nagrania z dopiero nadchodzących albumów. Słowem, próbki. Wykonawcy mniej lub bardziej znani, i akurat nie byłby to jakiś miesiąc wielkich zaskoczeń, gdyby nie... HammerFall. Szwedzcy debiutanci, którzy właśnie szykowali się do podboju. W ryzykownym zresztą czasie, albowiem w tamtych latach mocno osłabło zainteresowanie tradycyjnym heavy metalem. Media rozpowszechniały głównie straszne grunge'owe lub już pomału postgrungowe łomoty, na fali wzrastali niestrawni jak na moje ucho Prodigy, z kolei na tanecznych parkietach dobrze się miewały mieszane rap-dyskotekowe duety, a niektórym wyznawcom metalu zaczęło także służyć techno. Lepiej nie wspominać okresu, w którym nawet na koncerty Iron Maiden stawiały się ledwie kilkutysięczne rzesze (już tylko autentycznych!) wyznawców dyskretnego szczęku blach. I nagle na owej płytowej gazetowej kompilacji nagranie wizytówka "HammerFall". Co za zwrotka, co za chóralno-wojowniczy refren. Wreszcie, co za tempo i melodia. Nogi od rozżarzonego parkietu nie szło oderwać. A tuż wkrótce jeszcze pełen zwrotów akcji album - genialny 9-utworowy "Glory To The Brave". Z takimi petardami, jak wspomniane "HammerFall", jak "Stone Cold", "The Metal Age", czy powalająco piękna tytułowa ballada/hymn "Glory To The Brave". Oderwać od płyty nie było sposób. Joacim Cans czarował silnym, o wyższych rejestrach głosem, a gitarzyści Oscar Dronjak, Glenn Ljungström oraz jeszcze jako sesyjny, a wkrótce podstawowy Stefan Elmgren, cięli po strunach z pasją, niczym drwale w puszczy amazońskiej.
HammerFall nie spuszczali nogi z gazu i już w roku następnym nagrali kolejną rewelacyjną płytę "Legacy Of Kings". Tym samym dzięki niej, zdobywając międzynarodowy pokłon. A później... szkoda, że grupa troszkę sprzeciętniała i wtopiła w tłum. I choć nikt, poza może jeszcze Stratovariusami, w tamtym okresie nie pobudził tego typu grania w tak wiarygodnym i ożywczym stylu, to jednak obie te grupy, nadal co prawda nagrywając porządne albumy, nie utrzymały wypracowanego wysokiego poziomu. U HammerFall niemal na każdym kolejnym dziele występowały po trzy/cztery bombowe kompozycje, jednak cała reszta pozostawiała wiele do życzenia. Czekałem zatem chwilę, jak ta dzisiejsza.
"Built To Last", która to już płyta? Dziesiąta studyjna, a i też wydana po blisko dwudziestu latach od TAMTEJ pamiętnej chwili. Po drodze HammerFall przetasowali się nieco personalnie. Formacja zdołała przebyć morza i góry, doły, lądy, sceny mniejsze i większe, by powrócić właśnie z płytą, o której marzyłem chyba nie tylko ja.
Na "Built To Last" jest dokładnie to, do czego HammerFall zostali powołani. Proste, melodyjne, riffowe, rycerskie, melodyjne granie. Z dziesięciu umiejscowionych kompozycji, osiem rzuca po ścianach, a dwie ballady przytulają romantyczne natury wszelakich mocarzy, na co dzień przyodziewających żelazne zbroje. Mowa o kończącej pierwszą część, dosłownie arcypięknej "Twilight Princess" - utrzymanej nieco w klimacie "I Believe" - z gloryfikowanego debiutu (ale jeszcze lepszej!!!) oraz o finalizującej dzieło, jakby pół-balladzie "Second To None" ("...moje serce rozdarte między niebem a piekłem, Bogowie odrzuceni, a wszyscy fałszywi prorocy upadną..."). Niesamowicie się ta kompozycja rozwija. Z każdą nutą nabierając iście stalowego szlifu. Nawet Joacim Cans pręży gardło od delikatności po eksplozję. Ballady być muszą. Szczególnie u HammerFall. Oni od zawsze ich specjalistami, nawet jeśli metalurgiczne bractwo ucieszy przede wszystkim pozostałych osiem numerów.
Całość otwiera powalające "Bring It!". Tnące gitary, niczym osy, szybkie tempo, do tego Cans w asyście zespołowego chóru, który w refrenie miażdży. W następującym po nim "Hammer High", tkwi siła podobna - fantastyczna melodia, plus całości urok. Ktoś pomyśli, że płyta wkrótce zwolni. Nic podobnego, bo oto kolejna perła, w postaci "The Sacred Vow". Tylko z pozoru od poprzedzających ją łagodniejsza - a to z uwagi na akustyczny gitarowy wstęp. W konsekwencji równie piorunujący to numer. I tak dalej, i tak dalej.... Po drodze jeszcze niesamowite "Built To Last", "Stormbreaker", "New Breed" ("...nowa rasa, stara rasa - wszyscy jesteśmy tej samej, a heavy metal płynie w naszych żyłach...), plus wszystkie z braku miejsca niewymienione. Fantastyczna płyta! - nic dodać, nic ująć.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





sobota, 26 listopada 2016

Elektrycy w trasie

Pomimo, iż "Alone In The Universe" okazało się dość przeciętnym dziełem Jeffa Lynne'a, to chętnie posłuchałbym Mistrza na żywo. Przecież tak naprawdę, to właśnie On zawsze stał na czele Elektrycznego Światła Orkiestry. Może w takim układzie, zamiast całej tej podróby Mika Kamińskiego, jako ELO z malutkim i ledwie zauważalnym przyrostkiem Part II, fajniej byłoby sprowadzić do nas prawdziwego "winowajcę" sukcesów tego zasłużonego zespołu.
Jeff Lynne niedawnym jeszcze przecież latem koncertował na Wyspach, jesienią dał kilka występów w Stanach Zjednoczonych, w planach mając ich jeszcze nieco, a jednak niestety na mapie Polski brak.
Mistrzunio chyba zdał sobie sprawę, że "Alone In The Universe", to suma sumarum średniactwo do kwadratu, więc prawie go nie tyka. Wyjątkiem rzeczywiście bardzo ładne "When I Was A Boy". Na obecnych koncertach rządzą przeboje, w rodzaju: "Telephone Line", "Turn To Stone", "Showdown", i tym podobne. Klasyki, jeszcze raz klasyki.
Trasa cały czas trwa. Z przerwami, ale jednak. Na 2017 rok właśnie ruszyła sprzedaż na kolejny jej cykl. I ponownie Wielka Brytania. Będzie m.in. londyński Stadion na Wembley, a także Sheffield Arena. Inne miejsca ujawnią się wkrótce.
Oczywiście mieszkającemu na stałe w Beverly Hills, a i też często odwiedzającemu Brytanię Lynne'owi, najłatwiej właśnie w tamtych rejonach świata zorganizować koncerty, lecz można przecież powalczyć, by też i u nas....
A, że nadal jest Artystą uwielbianym, niech zaświadczy fakt historycznego już dziś występu, który odbył się przed dwoma laty w londyńskim Hyde Parku - dla zgromadzonych pięćdziesięciu tysięcy widzów.
Piosenka na dziś: Electric Light Orchestra "When I Was A Boy" - ze wspomnianego "Alone In THe Universe". To rzecz o marzeniach. O tym, jak Jeff Lynne będąc chłopcem pragnął zostać muzykiem. Na początku zasłuchując się retro piosenkami, później rock'n'rollami, następnie Beatlesami, po czym już tworząc samemu ... W The Move, w E.L.O., w Traveling Wilburys, wreszcie wraz z wieloma także innymi artystami, z którymi tworzył ciekawe kolaboracje.
"When I Was A Boy", to wyróżniająca się piosenka. Z pozoru zwyczajna, a jednak chce się do niej powracać.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







piątek, 25 listopada 2016

po wczorajszej rocznicy...

Już 25 lat od śmierci Freddiego Mercury'ego. Niezapomnianego Głosu, Wielkiego Artysty...
Pamiętam dokładnie... Nie było jeszcze internetu, szybkiego przekazywania wieści, a życie toczyło się wolniej. I niewinnym porankiem 23 listopada zwrócił się do mnie Tata z zapytaniem: "znasz niejakiego Mercury'ego?", po czym dodał, iż nie wie, kto to, ale w radio tak powiedzieli, że chyba musi to być ktoś ważny. Tata przekazał komunikat podany przez Pierwszy Program Polskiego Radia. Freddie Mercury oficjalnie ogłosił zmaganie z AIDS. Tajemniczą chorobę, o której może ze trzy razy gdzieś wcześniej przeczytałem, jednak licho tak naprawdę wiedziało, cóż to.
Jako niemający w zwyczaju słuchania radia, o tego typu zdarzeniach dowiadywałem się wówczas właśnie od Taty, ewentualnie z szeroko rozumianej poczty pantoflowej.
Przyjąłem niewesołą nowiną o choróbsku bliskiego mi artysty, po czym powróciłem do szarej prozy dnia codziennego. Jednak następnego poranka Tata zahaczył: "pamiętasz, wczoraj ci mówiłem o tym Mercurym, to dzisiaj podają, że zmarł". Szok, osłupienie. Jak to, Freddie Mercury nie żyje? Przecież On był od zawsze i dany na zawsze. Poranek 24 listopada 1991 roku, kiedy ukuło, dźgnęło w serce. I nic już nie było jak dawniej. Nie wystarczyło z żalu i smutku posłuchać kilku piosenek, na zasadzie, że zaraz wszystko przejdzie. Bo nie przejdzie. Rozpocząłem przegląd zespołowych fotografii, albumowych okładek, widząc ich wszystkich radosnych. Całą czwórkę. A teraz zabrakło Jego. Dopiero zdałem sprawę, co to za cholerstwo - to AIDS. Jaka wyniszczająca siła, która tak przecież zabierała ciało Freddiego z dnia na dzień. Jedynie z zawiasów duszy nie wyrwała.
Od tego momentu MTV, które wówczas nadawało jedynie muzykę, prezentowało już tylko bloki poświęcone Queen i solowym piosenkom Freddiego. Z każdym dniem narastała Queenomania. Jej rozmiary potęgowały, bijąc siłą wszelakie kataklizmy.
Nie wszyscy dobrze znosili Queenomanię. Niektórzy miewali przesyt całym tamtym "szaleństwem". Ja nigdy. Do teraz nie znudziła mi się żadna piosenka Queen, jak też rzecz jasna sam głos Freddiego. Twórczość jego kolegów także. Ale pamiętam, że otwierało się lodówkę, a tam Queen i jeszcze raz Queen. I nie trwało to dni kilka. To były długie tygodnie i jeszcze trochę. W radio, w telewizji, w pubach, sklepach, na domowych gramofonach, i kto bogatszy - już z płyt kompaktowych.
Queenomania z czasem się wyciszyła, choć popularność, gloria i należna Mu chwała nigdy! I niech już tak pozostanie.
Piosenka na dziś: Nie "Radio Ga Ga", nie "I Want To Break Free" czy "Another One Bites The Dust". To świetne numery, uwielbiam je wszystkie razem i każdego z osobna, lecz od ich zarzynania są wszelakie Eski, Zetki, McRadia I RMF Maxxxxy. Osobiście Szanownym Państwu zaproponuję taki mało znany klejnocik ze wspólnego projektu Freddiego i operowej diwy Montserrat Caballe. Tandem ten zrealizował album "Barcelona", a stało się to w 1988 roku, a więc w czasie, w którym zauważalnie Freddie bladł w oczach. Kiedy wszyscy tak naprawdę dopiero zaczęli dostrzegać nadchodzący niepokój.
Na "Barcelonie" najbardziej uznaną okazała się kompozycja tytułowa, lecz w moich oczach za najśliczniejszą uchodzi przedfinałowa "How Can I Go On". Polecam ją Państwa uwadze.

P.S. Co do mojego Taty... Zawsze miał do muzyki drewniane ucho. Nie odróżnia Niemena od Czerwonych Gitar, ani Pink Floyd od Smokie. Wszystko jedne wyjce. A jednak do Freddiego ma pewien szacunek.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 24 listopada 2016

"okrągła" rocznica

Znajomy zakomunikował, że w porannej telewizji mówili o "Aferze". Z jakiej okazji? - zapytałem - "bo jakąś rocznicę macie" - odrzekł. Faktycznie, mamy. Okrągłą - 26-tą w eterze. Z czego ponad 22 lata ja sam mam przyjemność. Czuję się jak prawdziwy weteran. Być może nie jakiś wielce zasłużony, choć przy tej okazji nachodzą kultowe słowa Bohdana Smolenia: "idę sobie, patrzę, a leją zasłużonych".
Na koncerty pod radiowym patronatem się nie wybieram. Łąki Łan i Lao Che nie dla mnie. Wolałbym wejściówki na nadchodzące Uriah Heep i Wishbone Ash, lecz tych nie obsługujemy. Przyjdzie zatem zakupić bilety. Na moich idoli sępom nie rozdają.
Przy okazji zasłużonych... tak mi się nasuwają Rolling Stonesi. Ci to dopiero.... Choć niesłusznie uważa się ich za nieprzerwanie najdłużej czynną legendę rocka. Być może na ten stan rzeczy wpływ ma pełen zwrotów akcji bujny los tej niepokornej grupy. Tak po prawdzie wyprzedzają ich przecież holenderscy Golden Earring (ci od "Radar Love"), którzy zawiązali się w 1961 roku, a Stonesi gwoli ścisłości rok później. Choć uczciwie należy przyznać, że zanim Golden Earring zadebiutowali płytowo, to grupa Jaggera, Richardsa, Wattsa i reszty kompani, miała już na koncie dwa pełne sukcesów albumy. Pomimo, iż oba zawierały głównie kompozycje obcego autorstwa. Tak tak, na debiutanckim "Rolling Stones" jest zaledwie jedna kompozycja spółki Jagger/Richards - "Tell Me". Reszta to blues/r'n'rollowe przeróbki. Na następnym "12x5" podobnie, chociaż tutaj ci świeżo upieczeni dwudziestolatkowie szarpnęli się już na trzy zespołowe kawałki (tzn. spółka Jagger/Richards). No i proszę, po pięćdziesięciu dwu latach od tamtych wydarzeń, Stonesi traktowani wówczas jako efemeryda, wydadzą za chwilę kolejny album. Który to już? A kto to liczy. Jedyne, co będzie go wiązać z zespołowymi początkami, to fakt ponownego zrealizowania się w nieswoim repertuarze. Muzycy powrócą do bluesowych korzeni, do swoich inspiratorów. Pośród kompozytorów takie nazwiska, jak: Howlin' Wolf, Willie Dixon czy Memphis Slim. Trzeciego grudnia wszyscy się przekonamy.
Przeskakując z kwiatka na kwiatek... Wczoraj na Sundance TV (do niedawna jako Sundance Channel) wyemitowano ok.1,5 godzinne show "Monty Python", które odbyło się w 2014 roku w słynnej londyńskiej O2 Arena. Jakże fajnie było zobaczyć współczesny Latający Cyrk Monty Pythona, który jak wiemy, reaktywował się całkiem niedawno, a do owego show posłużyła aktorom celebracja blisko półwiecznej działalności. Autentyczni John Cleese, Michael Palin, Terry Jones i reszta bractwa na scenie. Ogromna frajda. Z dużym rozmachem zrealizowane przedstawienie. Sundance TV lubi swoje propozycje powtarzać, warto więc sprawdzić i nie przegapić.
Przeskoczę na jeszcze kolejny kwiatek... Okazuje się, że nie tylko nam ludziom często coś dolega, lecz naszym ukochanym czworonogom także. Moja Zuleczka, która w najbliższych dniach pochwali się kartą czterolatka, właśnie musiała dostać antybiotyk, choć nie narzeka jak większość ludzi, tylko merda ogonkiem i nadal lubi głupoty/psoty. I oczywiście wszelakie przysmaki.
Piosenka na dziś: Freedom Call "Metal Is For Everyone" z ostatniego longplaya "Master Of Light". Kolejny power metalowy hymn. Rycerski, podniosły, mięsisty i wcale nie jakiś tam powolny. Istna torpeda, czasem na dwie stopy. Świetna melodia! Takiej muzyki powinni słuchać ci śmieszni disco-polo-patrioci. Może wówczas człek by uwierzył w ich moc.
W ostatnich latach zapomniałem o Freedom Call, choć ci przez cały czas się realizują. Przed laty lubiłem. Później trochę mniej, więc odpuściłem, jednak ostatnią płytą postanowiłem kupić, no i.... Wkrótce opiszę.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






środa, 23 listopada 2016

zamiast kwiatów czekoladki

Jak grom - z łagodnego przecie dzisiaj nieba - spadło na mnie zastępstwo na najbliższe niedzielne wydanie "Blues Ranus". Wziąłem. Koniec końców to zawsze ekstra godzinka.
Jeszcze się przypomnę, by nie grać tylko dla Krzyśkowych Słuchaczy, niemniej już dzisiaj ten fakt nieskromnie (jak zawsze) sygnalizuję.
Krzysiek prosił, by w audycji szepnąć (boję zapomnieć), że właśnie w chwili jej nadawania zabawia w filharmonii. O kurde balans, bluesman w garniturku, w spodniach na kant i krawacie. Trudno to sobie wyobrazić. Sparafrazuję przy tej okazji słynny cytat z jednego z wątków "Misia": "w życiu bym do filharmonii nie poszedł". Tam jednak rzecz jasna chodziło o teatr, a powodem było wyrwanie z głowy wszystkich włosów, nie z racji wystawianej sztuki, a wcześniejszego zażycia szamponu regeneracyjnego "Samson".
Musiałbym wyłysieć, by dać się namówić na wbicie w garnitur. I niech ja tylko dorwę tego skurczybyka, który to paskudztwo na przełomie XIX/XX wieku zaprojektował.
Przeskakując z kwiatka na kwiatek.... Pisujcie Szanowni Państwo do mnie na: segregatory@o2.pl  Starą zaś skrzynkę nawiedzonestudio@afera.com.pl potraktujcie na własne ryzyko - dotrze wiadomość lub nie. Zachowam ją mimo wszystko, choć ta płata figle, sporą część wiadomości automatycznie przerzucając do spamu. Dopiero niedawno to odkryłem. Na niepokasowane maile zdążyłem odpisać, niestety nie wiadomo ile? !!! poszło w kosmos. A zatem, proszę darować buractwo, jeśli ktoś tak o mnie pomyślał, ale naprawdę nie miałem o istnieniu niektórych wiadomości najmniejszego pojęcia. Omija mnie szczęście do tego adresu, w przeszłości też coś z nim się działo, by teraz do kłopotów powrócić. Segregatory bywają niezawodne, w nich do spamu tygodniowo trafia jedna/dwie reklamy - i to wszystko! Także, polecam Państwa uwadze...
Z pewnym znajomym ucięliśmy pogawędkę o kupowaniu kwiatów na wszelakie śluby. Doszliśmy do konkluzji, że to zwyczajne marnotrawstwo pieniędzy. Kwiaty oczywiście są piękne i ja też je uwielbiam, ale tylko w naturze, gdy sobie ładnie i kolorowo rosną. Jaki jednak sens i urok w ściętym zielsku, które i tak spocznie po kilku dniach na śmieciowym wysypisku. Forsa w błoto - niepotrzebnie. A nie lepiej kupić młodym po modnym winylu? Ilu gości, tyle płyt. Pomyślcie Państwo, jedna impreza, a jaki pakiet do kolekcji. Muzyki nigdy za dużo, a poza tym - pamiątka!
Można zamiast płyt (bo komuś ma prawo przecież w życiu przeszkadzać muzyka) podarować dobrą herbatę, kawę, bądź tym podobne diabelstwo. Choć z używek, to ja osobiście ucieszyłbym się z pakietu czekoladowych bombonierek. Po weselu, gdyby młoda pannica nareszcie usnęła, zabrałbym się za ich degustację. I tak bym cmoktał i cmoktał - te nadziewane czekoladki. Tyle, że mnie niedawno stuknęły dwadzieścia cztery lata. A jeśli dożyję, to w przyszłym roku, mniej więcej o tej porze, srebrne gody. Brrr! Wapniak jestem. Zupełnie nie wiem, kiedy i jak to przeleciało. Pamiętam czasy, gdy koledzy byli na pięcio- lub siedmioletnim stażu, a ja świeżo upieczonym. Stare grzybki - myślałem sobie, a teraz to już ze mnie niezły sromotnik okaz.
Piosenka na dziś: Magnum "A Face In The Crowd" z albumu "Into The Valley Of The Moonking". Tak patrzę na rok wydania - 2009. Też przeleciało. A przecież dopiero przed chwilą usłyszałem to po raz pierwszy.
Lubię tę piosenkę, lubię cały album, choć Magnumy miewają dużo lepsze. Z tym, że u nich "lepsze", wspinają się już na poziom geniuszu. Pomimo, iż rozmawiamy o muzyce, która choć najlepsza na świecie, swą postępowością gór nie przenosi.
"A Face In The Crowd" jest bardzo zgrabną balladą, która niebawem pojawi się w nowej wersji na kompilacyjnym zestawie "The Valley Of Tears" - wyłącznie balladowym. Stanie się to na początku 2017 roku. Okładkę już podejrzałem dzięki Słuchaczowi Oskarowi, który bardzo dba, bym niczego nie przeoczył. Tytuły, rozpiski, ciekawostki, okładki.... każdego tygodnia wszystko to trafia na me biurko - za co dziękuję!.
Po ostatnio zaprezentowanym pomarańczowym winylu "On The 13th Day", teraz także coś z Magnumów zabiorę. A na święta koniecznie 10-calową kolędową EPkę.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





wtorek, 22 listopada 2016

jak równy z równym

Wynik meczu Borussia - Legia (8:4) bardziej kojarzy mi się z potyczkami Naprzodu Janów z Unią Oświęcim w hokeju na lodzie. Inna sprawa, że nie pamiętam drużyny, która w ostatnim czasie wpakowała Borussi cztery razy piłkę do siatki. Choć jeszcze rzadziej spotykam w futbolu ekipę tracącą w jednym meczu aż osiem bramek. I to na szczeblu Ligi Mistrzów.
Legia wcale nie zagrała źle - dla jasności. Choć różnicę klas widać było na każdym kroku, a jednak warszawianie stawiali opór i bez respektu kontratakowali. Wynik lepszy od możliwości Legii, a to duże osiągnięcie. Już pomału zaczynałem się bać, że dojdzie do czegoś w rodzaju 4:10, a nagłówki gazet obwieszczą: "4:10 po grze jak równy z równym". Bowiem mniej więcej w takim właśnie tonie gloryfikowano niedawną porażkę 1:5 z Królewskimi na Estadio Santiago Bernabéu.
Takie wyniki to jednak nie pierwszyzna. Pamiętam jak trzydzieści lat temu ŁKS dołożył Lechowi 7:5. Co prawda, było to bodaj w ostatniej ligowej kolejce, gdy wszystko wydawało się w tabeli rozstrzygnięte, a więc dla tych drużyn był to mecz o przysłowiową pietruchę. Wodze poluzowane, które pozwoliły na bezstresową grę i festiwal strzelecki.
Jeśli zaś chodzi o rekordową porażkę polskiego klubu w pucharach, to mniej więcej ćwierć wieku temu w Pucharze UEFA (dzisiejsza Liga Europy) Widzew Łódź przerżnęli we Frankfurcie z Eintrachtem 0:9. Oglądałem tamto spotkanie na żywo, skrywając ze wstydu twarz w dłoniach. Najciekawsze, że był to generalnie bardzo dobry Widzew (w składzie z Koniarkiem, Ciskiem i Łapińskim), któremu tamtego dnia nie wychodziło kompletnie nic, a Niemcy bywali bezlitośni.
A propos... miałem w liceum kolegę, który przeniósł się z Łodzi do Poznania. Ogromny z niego kibic Widzewa. Dogryzaliśmy sobie z tego powodu, lecz łączyła nas na szczęście muzyka, przez co bardzo się polubiliśmy. Jednak, gdy dochodziło do spotkań między naszymi ekipami, to... I był taki pamiętny mecz przy Bułgarskiej na początku lat osiemdziesiątych, na który wpuszczono nadkomplet widzów. Na stadionie mieszczącym trzydzieści parę tysięcy stawiło się tysięcy czterdzieści plus. Ludzie nawet siedzieli pod trybunami. Lech przerżnął po bardzo zaciętym spotkaniu 0:1. Kolega z Łodzi poszedł na ten mecz z kompanami sympatyzującymi rzecz jasna za Kolejorzem. Gdy Widzew strzelił, kolega się zapomniał i wrzasnął "jeeeeest !!!", i gdy zobaczył kilkadziesiąt niezbyt sympatycznych oczu skupionych na sobie szybko zweryfikował, dodając: "cholera, co za pech!". Dzięki czemu uszedł z życiem.
W 1997 roku pojechaliśmy autokarem (przeze mnie zorganizowanym) do Krakowa na koncert Camel. Tego samego dnia w Hali Wisły, położonej tuż obok stadionu Wisły Kraków, odbywał się mecz Białej Gwiazdy z Kolejorzem. Mój były realizator Jacek Łuczak wykorzystał oczekiwanie na koncert i na legitymację radiową (bez wcześniejszej akredytacji) wszedł na stadion. Lech zremisował 1:1. Później Jacek opowiadał, że w ostatniej chwili zablokował radość ze strzelonego gola na wyjeździe. Zapytałem go, jak krakowscy kibice komentowali grę Lecha? Zapamiętałem z Jacka relacji, iż po strzeleniu gola przez naszych, któryś z kibiców rzekł do swego kolegi: "dobrzy są cholera, co by nie mówić". Gdy pomyślę o koncercie Camel bardzo często przypomina mi się ta Łuczakowa relacja.
Dawno nie było o futbolu. Aż cisną się na usta słowa piosenki: "...po zielonej trawie piłka goni, albo my wygramy, albo oni...".






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






w biegu wydarzeń

Oburzającym wydaje się fakt wycofania Poczty Polskiej ze znaczków dla WOŚP-u. Instytucja dostała zakaz. Takowy dostały także wszelakie inne państwowe. Czyli co, jeśli jakikolwiek przyzwoity człowiek z "państwówki" ujawni sympatyzowanie z Jerzym Owsiakiem, to bura na całego? Bierz bracie bumagę z roboty i wylot. Oj, dożyliśmy czasów państwa kontrolowanego. Już pomału mówią, co wolno, co nie. Niedługo zaczną ustalać życiowo-kulinarne menu. Genialnym wizjonerem okazał się George Orwell. Choć żałuję, że tak wielu się nim inspiruje.
Pomyślcie Państwo, ile trzeba nosić złych intencji, ile niedobrej energii, by w ogóle zainicjować taką akcję. Przeciwko ludziom bardzo potrzebującym. Tam, gdzie polityka powinna mieć wolne, tworzy się szczujnię. Nie jesteś za PiSem, to cię zniszczymy. Najbardziej przeraża, że tak wielu dotąd przyzwoitych ludzi podpisuje się pod obecną władzą i jej daleko posuniętym hejtem.
Z Lecha Wałęsy próbowano uczynić szuję i konfidenta, ale się nie udało. Zbyt duży pierwiastek inteligencji w narodzie wydaje się na szczęście nie do pokonania. Choć łotry będą jeszcze próbować.
Dlaczego ludziom powołującym się na najświętsze wartości nie po drodze z przyzwoitością papieża Franciszka, ze zmarłym Władysławem Bartoszewskim, poprzednim prezydentem Bronisławem Komorowskim, że o Andrzeju Wajdzie wątku nie rozwinę. Teraz rozumiem, dlaczego zadaniem hitlerowców było wyniszczanie inteligencji. Bo choć głupoty należy się bać, to jednak da się nią sterować. Ta nigdy się nie skonsoliduje.
Musiałem to Państwu Szanownym napisać. Z wszelkimi tego konsekwencjami. Nawet, jeśli o kolejnych kilka osób uszczupli się grono Nawiedzonego Studia. Nie mam zamiaru tamować tego, co czuję. Nie zależy mi na czytelnikach i słuchaczach za wszelką cenę. Za cenę utraty godności i przyzwoitości. Liczę na grono ludzi wrażliwych i godnych trzymania u swego boku.
Lista Czytelników Blogu Nawiedzionego i tak podwoiła się w ostatnich dwóch latach, mogę sobie zatem jeszcze bardziej pozwolić na wyplenianie hejtu. Stać mnie.
Ten blog stanowi za miejsce samodzielnego myślenia. Wypraszam sobie wszelaką nienawiść względem ludzi przyzwoitych. Jakiekolwiek akcje przeciwko, będę potępiać, a ich inicjatorów usuwać z własnego życia. A bywam konsekwentny. W bieżącym roku kilku poczuło ten smak.
Pomimo powyższego, będzie płyta na dziś. Chwilowo z muchomorka. Zresztą mowa o albumie, którego i tak zdobyć nie sposób. Ponoć jest szansa poprzez stronę samego artysty - muszę spróbować.
A ten, zwie się Ali Ferguson. Jest Szkotem i ma za sobą m.in. współpracę z dobrze nam znanym Rayem Wilsonem. Na niedawno opublikowanej drugiej płycie "A Sequence Of Moments" stworzył pełną ciepła przejmującą muzykę, opartą głównie na mocy instrumentalnych gitarowo-elektronicznych pejzaży. Pojawia się też niekiedy śpiew, jak również przeróżnego rodzaju Floyd'owskie efekty. Zresztą cała płyta wydaje się być pod Pink Floyd. Proszę się jednak nie martwić, to żadna nudna kopia najsłynniejszego progowego zespołu wszech czasów. Nawet, gdy gdzieniegdzie wkrada się powinowactwo, jak choćby w "Into Falling Stars", gdzie Ali śpiewa w stylu Davida Gilmoura - tak z okresu "On The Turning Away".
Cała płyta świetna, lecz 8,5-minutowy finał po prostu wbija w fotel. To ampułka na wszystko o czym napisałem powyżej. Kompozycja nosi tytuł "Above This Fractured Earth". Artysta wplótł w nią nawet dziecięce głosy. Czasem ich gwar, a i też słowne przemyślenia. Jest nawet akcent polski z udziałem niejakiej Nadii Czajkowskiej: "....mama powie, że mnie kocha, pocałuje i przytuli...".
Zagram w Nawiedzonym, gdy tylko zdobędę na kompakcie. Chwilowo słucham z przegrywki od Piotrka "bo nie tylko maszyny są naszą pasją" - za co tradycyjne dzięki.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",

w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






poniedziałek, 21 listopada 2016

HANSEN & FRIENDS - "XXX - Three Decades In Metal" - (2016) -


  




HANSEN & FRIENDS
"XXX - Three Decades In Metal"
(EAR MUSIC)
***3/4





Poniższy album ujawnia dobrą kondycję heavy metalu. Mamy tu do czynienia z wydawnictwem dość świeżym, które jednak mogłoby z powodzeniem powstać dobre trzy dekady temu. No właśnie, a skoro mowa o trzech dekadach.... Dzieło zatytułowane "XXX - Three Decades In Metal" firmuje szyld Hansen & Friends. Ową zaś artystyczną "trzydziestkę" obchodzi właśnie Kai Hansen - wokalista i gitarzysta Gamma Ray. W przeszłości także gitarowa podpora najlepszego wcielenia Helloween.
"Trzy dekady w metalu" nie są jednak żadną kompilacją, co zazwyczaj większość wykonawców wybiera na tego typu obchody, a propozycją premierową. Otrzymujemy dziesięć jak najbardziej stylowych kompozycji, bliskich dokonaniom Hansen'owskiego Gamma Ray czy także współczesnego oblicza, lecz konkurencyjnego już Helloween. Jak na okolicznościówkę przystało, nie zabrakło gości. Wśród nich m.in. Ralf Scheepers, którego pamiętamy jako wokalistę z najwcześniejszych płyt Gamma Ray. Jego przyjemnie postrzępione gardło usłyszymy w blisko 8-minutowym "Enemies Of Fun" - jednym z najlepszych fragmentów płyty. Scheepers ryczy niczym Rob Halford z okresu "Painkiller", co wywoła u każdego fana metalu gęsią skórkę. Oczywiście Scheepers jest tylko gościem, a pierwsze wokalne skrzypce należą do Kaia Hansena, który równie przyjemnie drze się wniebogłosy. Mamy tu jednak jeszcze jednego gościa, w osobie Pieta Sielcka - uznanego gitarzystę, także z niemieckich i pokrewnych stylistycznie Iron Savior. Przy okazji również długoletniego kumpla Kaia Hansena, z którym przecież wspólnie grywali w Iron Savior w latach dziewięćdziesiątych.
Lista gości bogata, więc wymienię raptem kilku: Tobias Sammet (Edguy, Avantasia), Dee Snider (Twisted Sister), Hansi Kürsch (Blind Guardian), Roland Grapow (Masterplan, ex-Helloween), Michael Kiske (ex-Helloween, a później jeszcze mnóstwo przeróżnych projektów), bądź Michael Weikath (także znany z Helloween).
Oprócz wspomnianego "Enemies Of Fun" najbardziej przypadły mi do gustu: otwierający album, szybki jak błyskawica "Born Free", tylko nieco łagodniejszy "Making Headlines" - z wokalną asystą Tobiasa Sammeta, a także zestawione tuż obok siebie dwa świetne numery "Left Behind" raz "All Or Nothing" - z towarzyszącą Hansenowi wokalistką austriackiej grupy Visions Of Atlantis, Clementiną Delanney. Przy czym w "Left Behind" udzielają się jeszcze wokalista i gitarzysta Heaven Shall Burn, odpowiednio panowie Marcus Bischoff oraz Alexander Dietz.
Należy jeszcze wyróżnić bogato obsadzony "Stranger In Time" - z m.in. wokalnym udziałem Tobiasa Sammeta i Michaela Kiske, którzy chwilami wpadają w unisono, i jest to bardzo fajne!
Cała płyta wydaje się propozycją udaną, nawet jeśli nie mamy do czynienia z żadnym dziełem epokowym.
Dla Kaia Hansena "XXX - Three Decades In Metal" jest sentymentalną podróżą do czasów, w których muzyk pragnął zostać gwiazdą rocka. Ta płyta stanowi za przykład tego, że marzenia się spełniają. Kiedyś podziwiał innych, teraz sam stoi w centrum najlepszych gitarowo-metalowych wymiataczy. 
Limitowana edycja "trzydziestki" zawiera dodatkowo drugą płytę, proponującą te same kompozycje, tyle że zaśpiewane jedynie przez samego Kaia Hansena. W dodatku mamy tutaj do czynienia z surowszymi wersjami wszystkiego tego, co na właściwej płycie zostało efektowniej wyprodukowane. A więc, ciekawostka.
Na koniec jedno sprostowanie, bo może już dzisiaj mało kto pamięta, włącznie z albumowym wydawcą. Otóż, nie jest to płytowy debiut firmowany nazwiskiem Kaia Hansena, więc doprecyzuję, że jednak płytą drugą. Pierwszą okazał się grupowy debiut Gamma Ray, który z początku wydano w białej okładce jako Kai Hansen, by wkrótce niesprzedaną część nakładu wycofać i ten sam materiał wypuścić pod szyldem Gamma Ray. Do dzisiaj pamiętam stosy tego premierowego winylowego debiutu na półkach nieistniejącego już berlińskiego super sklepu World Of Music (popularnego WOM).






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"