wtorek, 29 września 2015

DURAN DURAN - "Paper Gods" - (2015) -





DURAN DURAN
"Paper Gods" 
(WARNER BROS. RECORDS)
***


Jest na tej płycie kilka dobrych piosenek, pomimo iż obecny kurs obrany przez Duran Duran nie do końca trafia w moje upodobania.  Muzycy już w przeszłości flirtowali z wieloma modnymi brzmieniami i z reguły nie wychodzili na tym dobrze. Odnoszę wrażenie, że ich fani chyba niespecjalnie oczekują eksperymentów, a jednak Simon Le Bon i jego kompania mniej więcej co drugą płytę lubią zaryzykować. I tak, po bardzo udanym powrotnym "Astronaut", spreparowali katastrofalne "Red Carpet Massacre", by trzy lata później uratować honor fajną "All You Need Is Now", a teraz ponownie poszli pod prąd.
Jaka zatem jest "Paper Gods"? No cóż... dla jednych będzie to typowy miałki pop, a dla innych kawał dobrej muzyki. Obawiam się, że nosem pokręci większość pięćdziesięciolatków z mojego pokolenia - mocno przywiązanych do wczesnych dokonań Duran Duran. Takich z klasycznie brzmiącą sekcją gitarową, bez zbędnych ozdobników w postaci rytmów r&b, soul czy funk, których tutaj co niemiara. Osobiście nie znoszę wszystkich tych trzech gatunków wymieszanych ze sobą, lecz panowie z Birmingham dość zgrabnie połączyli archeo-melodie z nowoczesnością brzmień. Powstała dzięki temu płyta nawet lepsza, niż można było oczekiwać.
Nad produkcją albumu czuwało aż czterech speców, jednak tym najistotniejszym dla przebiegu wydarzeń wydaje się być legendarny gitarzysta grupy Chic (choćby ich pamiętny hit "Le Freak") - Nile Rodgers. Tak tak, ten sam, który był odpowiedzialny w 1986 roku za fantastyczną płytę "Notorious".
Jako, że grupa jest obecnie "bezgitarowym" kwartetem, to dawnego na tym polu Andy'ego Taylora zastąpiło aż czterech muzyków: głównie Dom Brown, plus okazjonalnie Steve Jones (ten z Sex Pistols), John Frusciante (ex-Red Hot Chili Peppers) oraz wspomniany już Nile Rodgers. Największe jednak wrażenie robią zagrywki i solówki Frusciantego - aż w czterech utworach! - ale do tego potrzeba limitowanej i bogatszej (o trzy kompozycje) edycji. Piosenki z jego udziałem należą tutaj do tych najlepszych. Już na samym wstępie "What Are The Chances?" Frusciante dyktuje warunki bardzo ładną partią gitary, a później cała dramaturgia piosenki niesie się wraz z nią. Jaka szkoda, że te ostatnie trzydzieści sekund Frusciantego przelatuje tak szybko. Zupełnie przyćmił doskonale przecież śpiewającego Le Bona, który na całej płycie jest fantastyczny. Jego głos jest tak samo świeży jak trzy dekady temu.
Pozostańmy jednak przy Djuranach kolaborujących z Frusciantem, ponieważ tego się słucha z nieukrywaną przyjemnością. Weźmy taki "Butterfly Girl" -  oparty na wyeksponowanym basie, z taneczną funkową gitarą i całkiem zmysłowo wplecionymi żeńskimi wokalizami. Tutaj także Frusciante barwnie wkrada swe akordy. I choć nie jest to poziom "Skin Trade", to jednak....
Kropką na "i", wydaje się być finalizująca podstawową część ballada "The Universe Alone". Simon Le Bon śpiewa z dużym przejęciem, w tle rozchodzą się smyczki, a gitara choć tnie funkowo, za nic nie gubi powagi całości. Polubią tę piosenkę chyba wszyscy. Szkoda, że takich kwiatków nie ma tu troszkę więcej.
Kończąc wątek Frusciantego, pozwolę sobie zaanonsować jeszcze "Northern Lights", który jest jednym z trzech dodatków do wersji deluxe. I spośród nich - najlepszym.
Na "Paper Gods" jest całkiem sporo gości (Mr Hudson, Kiesza, Janelle Monae, Lindsay Lohan czy nawet Jonas Bjerre z Mew), a jednak ci nie odgrywają już tak znaczących ról, nawet jeśli nie da się ich udziału nie docenić. Dla przykładu, młodziutka Kanadyjka Kiesza, bardzo fajnie pokazała swe wokalne walory w przebojowo-nośnej piosence "Last Night In The City" - całość to murowany hit!
Do wszystkich wyróżnionych powyżej piosenek, dorzuciłbym jeszcze "Face For Today". Klimatem jasno nasuwa skojarzenia z wczesnymi Djuranami. Nawet te wkomponowane w tło komputery, zupełnie gdzieś tam znikają pod nośnym gardłem Le Bona. Przede wszystkim - ładna melodia.
Niestety nie obyło się bez typowych koszmarków, będących wypadkową współczesnych rąbanek Madonny, Justina Timberlake'a czy Rihanny. Dlatego polecam omijać szerokim łukiem, choćby takie "Danceophobia" czy "Pressure Off". Niewiele lepiej wypadają również "Sunset Garage", bądź takie "Only In Dreams".
Całe to nowe dzieło zdecydowanie odradzam dawnym przeciwnikom "Notorious" czy "Big Thing", gdyż pod względem funk-soulowego grania "Paper Gods" jest jeszcze bardziej "dokuczliwe". Ale to nie wszystko, myślę, że najnowsza propozycja grupy rozczaruje wszystkich tych, którzy liczyli na jakieś wynurzenia starych zgredów z ich życiowych porażek, bądź niespełnień, albowiem w dużej mierze, ta płyta nadaje się przecież do tańca. I dobrze jej samej w takiej kreacji z jakimiś jeszcze ekstra loopami, zgrzytami, rzęchami i tym podobnymi wynalazkami - zatruwającymi skutecznie brzmienie tradycyjnych instrumentów.




Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



poniedziałek, 28 września 2015

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 27 września 2015 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM



"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 27 września 2015 r.

RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl

realizacja: Krzysztof Piechota
prowadzenie: Andrzej Masłowski





DAVID GILMOUR - "Rattle That Lock" - (2015) -
- Faces Of Stone
- Beauty
- And Then....

CHRIS REA - "Dancing With Strangers" - (1987) -
- Curse Of The Traveller

STEVEN WILSON - "Hand. Cannot. Erase." - (2015) -
- Hand Cannot Erase

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA - "Zoom" - (2001) -
- Moment In Paradise
- A Long Time Gone

KODALINE - "Coming Up For Air" - (2015) -
- The One

KHYMERA - "The Greatest Wonder" - (2008) -
- No Sacrifice
- The Other Side

LED ZEPPELIN - "Led Zeppelin" - (1969) -
- Good Times Bad Times

LED ZEPPELIN - "Led Zeppelin II" - (1969) -
- Moby Dick

IRON MAIDEN - "The Book Of Souls" - (2015) -
- Empire Of The Clouds

STRATOVARIUS - "Eternal" - (2015) -
- Fire In Your Eyes

A-HA - "Cast In Steel" - (2015) -
- Under The Makeup
- Forest Fire

LEAVES - "Breathe" - (2002) -
- Catch

THE ALAN PARSONS PROJECT - "The Turn Of A Friendly Card" - (1980) -
- May Be A Price To Pay - {śpiew ELMER GANTRY}
- Time - {śpiew ERIC WOOLFSON}

ZDZISŁAWA SOŚNICKA - "Tańcz Choćby Płonął Świat" - (2015) -
- Pamiętaj To Co Dobre

BRUCE SPRINGSTEEN - "Tunnel Of Love" - (1987) -
- Walk Like A Man
- Tunnel Of Love

ATHLETE - "Black Swan" - (2009) -
- Black Swan Song

THE APRYL FOOL - "Apryl Fool" - (1975) -
- Sunday

YONIN BAYASHI - "Golden Picnics" - (1977) -
- A Song For The Lady Violet

KATSUTOSHI MORIZONO - "Bad Anima" - (1978) -
- Last Tango In Memphis

TASTE - "What's Going On - Live At The Isle Of Wight" - (2015) -

koncert z sierpnia 1970 roku
- Same Old Story

PHIL COLLINS - "Both Sides Of The Story" - (1993) - MAXI CD
- Both Sides Of The Story





Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






czwartek, 24 września 2015

IRON MAIDEN - "The Book Of Souls" - (2015) -





IRON MAIDEN
"The Book Of Souls" - (PARLOPHONE) -
***3/4



Od dłuższego czasu martwiłem się o moich pupilków. Niegdyś wywoływali we mnie nieopisywalne emocje, a ich dzieła z lat osiemdziesiątych do teraz traktuję z namaszczeniem. Uważam, że takie albumy jak "The Number Of The Beast" czy "Seventh Son Of A Seventh Son" stanowią za wzorzec doskonałości opatrzony terminem "heavy metal".
Niestety poprzednie dwa twory Żelaznej Dziewicy "A Matter Of Life And Death" oraz "The Final Frontier", poza nielicznymi fragmentami, nie podobały mi się praktycznie wcale. A to kiepsko, szczególnie gdy człowiek uświadomi sobie, iż sprawa dotyczy przecież najlepszej metalowej orkiestry świata.
Upłynęło zatem dwanaście lat od ostatniej płyty, którą szczerze wielbię, czyli od "Dance Of Death". Tak na marginesie, zupełnie nie pojmuję dlaczego tylu fanów Iron Maiden jej tak bardzo nie znosi. Przecież tak niewiele ustępuje wcześniejszej znakomitej "Brave New World". Zostawmy to i nie rozdrapujmy ran, bo oto przed nami 92 minuty najnowszej muzyki, podpisanej tą chwalebną nazwą. Jest z czego wybierać. Nawet jeśli nie wszystko da się pokochać od razu, to jednak na "The Book Of Souls" znajdziemy wiele kapitalnych momentów. Choć słowo "moment" w przypadku tego albumu często dotyczy utworów rozbudowanych i niekrótkich zarazem. Proszę sobie wyobrazić, że zamykający całe to 2-płytowe wydawnictwo nagranie "Empire Of The Clouds", trwa jak solidna epopeja - aż 18 minut! Jest zarazem najdłuższą kompozycją w historii grupy. Powinna przypaść do gustu nawet entuzjastom rocka progresywnego. Rozpoczyna ją Bruce Dickinson, ale zanim zdąży jeszcze zaśpiewać, gra najpierw na pianinie, po czym do głosu dochodzą smyczki - i to takie w klimacie nagrań (śpiewającej wiolonczelistki) Loreeny McKennit, zaś sam Bruce zaczyna śpiewać dopiero po dwóch minutach. Nagranie powoli nabiera dramaturgii, a później.... Pokochają to zwolennicy dawnych "tasiemców" w rodzaju "Hallowed Be Thy Name", "Rime Of The Ancient Mariner" czy "Seventh Son Of A Seventh Son". Choć przy rozpiętości samego "Empire Of The Clouds" ("...podczas, gdy ja stoję w słońcu, tutaj leżą ich marzenia...") tamte wydają się być ledwie radiowymi piosenkami. Utwór traktuje o tragicznym locie sterowca R101, który rozwalił się w 1930 roku, zabierając wraz z sobą około pięćdziesięciu ofiar. Autorem kompozycji jest sam Bruce Dickinson, dla którego jako pasjonata lotnictwa, tamto wydarzenie jest fascynującą kartą historii. Fantastyczna wciągająca kompozycja. Zresztą, drugi dysk "The Book Of Souls" jest jakoś szczególniej udany i w sposób wyraźny podbija wartość całości. Jedynie otwierający go "Death Or Glory" jest mniej przekonujący. Niby pretenduje do miana 5-minutowego przeboju, a w końcowym efekcie psuje go nieszczególny refren. Jednak kolejne trzy kompozycje są wręcz fantastyczne. Siedmio- i półminutowy "Shadows Of The Valley" rozpoczyna się gitarową zagrywką wypisz wymaluj z "Wasted Years", do tego niekiedy Dickinson podśpiewuje "oo-oo-oo" - zupełnie także jak w tamtej kompozycji. Fajna melodia, dobre tempo, świetne gitary - słowem, bardzo chwytliwy numer.
Następny "Tears Of A Clown" jest dosłownie przepiękny i aż żal, że przy okazji najkrótszy w całym zestawie. Dawno Maideni nie mieli takiej melodii!!! Na tym nie koniec, bowiem zanim pojawi się wyróżniona już powyżej suita, otrzymujemy jeszcze taką a'la pół balladę "The Man Of Sorrows". Tylko samym tytułem kojarzącą się z podobnie nazwaną inną, także świetną kompozycją, notabene z najlepszego solowego albumu Bruce'a Dickinsona "Accident Of Birth". Kłaniają się lata 80-te - niemal podobne stopniowanie napięcia, a nawet samo brzmienie, które przenosi do epoki rodem z "Powerslave".
Na pierwszym dysku znajdziemy sześć kompozycji, a wśród nich m.in. ulubione przez zespół od lat nawiązania do starożytności, jak i idącego wraz z tym kultu i wiary dawnych ludów, dla których los ludzkiej duszy po śmierci bywał jeszcze bardziej fascynujący, niż dla człowieka współczesnego. Rzecz dotyczy głównie tytułowego i grubo ponad 10-minutowego "The Book Of Souls". Czasem też Iron Maiden brzmią nawet z lekka orientalnie, jak choćby w otwierającym płytę nagraniu "If Eternity Should Fail". To mocne punkty z zasobnej pierwszej części.
Troszkę mniejsze wrażenie robi mroczny "Speed Of Light", który dzięki posępnym i garażowym brzmieniom gitar chyba lepiej czułby się w zapomnianych już pomału objęciach Blaze'a Bayleya - ze szczególnym wskazaniem na jego debiut w czasach "The X Factor".
Ciekawie rozwijają się "The Great Unknown" ("...nadejdzie potępienie i koniec nas wszystkich...") oraz "When The River Runs Deep". Być może ich melodie nie należą do najwybitniejszych i zapewne przebojowego statusu grupie nie zapewnią, za to oba swe niedostatki w pełni rekompensują fantastycznymi gitarowymi solówkami.
W pierwszej części zdecydowanie najbardziej jednak czaruje 13-to i półminutowy "The Red And The Black". Zaczyna go i kończy powolna, nieco szorstka a'la flamenco gitara, za to całą resztę buduje już jak najbardziej "roztańczone" stylowe Iron Maiden - podszyte wyrazistym i lubianym chyba przez wszystkich wyznawców Maidens tempem basu Steve'a Harrisa. Dickinson śpiewa z zadziorem, w refrenie gdzieniegdzie pojawia się charakterystyczne skandowanie "oo-oo-oo-oo", czyli ponowne nawiązanie do czasów "Somewhere In Time". Dickinson po mistrzowsku wchodzi wokalnie w dialogi z wszechobecnymi gitarami, a warto jeszcze zauważyć smakowicie wplecione tu i ówdzie instrumenty klawiszowe, które w zasadzie imitują orkiestrę smyczkową. Dużą sztuką jest tak skonstruować melodię, aby ta lekko niosła się wraz z wieloma zmianami temp i stanowiła nieugiętą całość. Tutaj Harris i spółka zagrali jak za najlepszych lat. To jeden z najwspanialszych utworów Iron Maiden nie tylko czasów obecnych, ale również w przebiegu całej kariery.
"The Book Of Souls" można by nieznacznie okroić, choć podobno od przybytku głowa nie boli.
Nareszcie Maidens jakich naprawdę lubię, nawet jeśli mimo wszystko o arcydziele mowy być nie może. Up the Irons!




Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






BLACKMORE'S NIGHT - "All Our Yesterdays" - (2015) -






BLACKMORE'S NIGHT
"All Our Yesterdays" - (MINSTREL HALL MUSIC) - dystrybucja FRONTIERS
**1/2



W ostatnim czasie Ritchie Blackmore zatęsknił za rockiem. Dał temu wyraz nie tylko w słownych deklaracjach, wyrażających chęć zagrania kilku koncertów w takowym klimacie, lecz i przecież na poprzednim albumie renesansowych Blackmore's Night zgrabnie przerobił rockowe klasyki grup Uriah Heep "Lady in Black" oraz własnych Rainbow - z nieprzeciętnej urody balladą "The Temple Of The King". O ile nawet cała tamta płyta wypadła nad wyraz korzystnie, o tyle najnowszą zarysowuje kompletny brak konceptu i weny twórczej. Nawet jeśli zdamy sobie sprawę, że wszystkie elementy stylu zostały w zasadzie zachowane. Z większości kompozycji po prostu wieje nudą. Już otwierający całość, tytułowy "All Our Yesterdays" jest jakiś taki jarmarczny, bliski dokonaniom rozśpiewanych naszych eurokokospokowych Jarzębinek. Sprawę nieco ratuje tchnący radością instrumentalny temat ludowy "Allan Yn N Fan" - z fajnym, choć krótkim gitarowym akcentem w "purpurowych" barwach, po którym następuje opus magnum albumu, w postaci kolejnego instrumentala, jakim jest "Darker Shade Of Black". Dla tego nagrania warto wydać każde pieniądze. Oto przykład dzisiejszych kompozytorskich możliwości Blackmore'a. Aż żal, że tak nieczęsto zacny Ryszard bierze się za pióro i kartki z pięcioliniami. Podszyty ładną operową wokalizą, dostojnie i powoli rozkręca się folkową nutą, po czym dochodzą majestatyczne organy, a później to już trudno opisać. Poprzestańmy może na tym, że dawno Ritchie Blackmore nie zagrał tak obłędnie pięknej gitarowej solówki. No, może za wyjątkiem kończącej poprzedni album kompozycji "Carry On...Jon", ale weźmy pod uwagę, że tamten klejnot był hołdem dla zmarłego Jona Lorda - wybitnego muzyka, a i wieloletniego zespołowego kolegi/przyjaciela. A zatem, po kiepskim początku, rozwinięcie dzieła daje nawet pewne nadzieje... Niestety, później już bywa źle, bardzo źle, i tylko z rzadka akceptowalnie. Trudno nie przyciąć komara przy łzawych balladkach, z "Long Long Time" i "Earth Wind And Sky" na czele. Candice pełni w nich rolę usypiającej niańki. Nic nie pomagają nawet usilne próby wzbogacania tła folkowymi wtrętami. Na nic też żywszym tematom, typu: "Coming Home" lub "Where Are We Going From Home" - z po prostu mało chwytliwymi i niezapamiętywalnymi melodiami.
Szczytem zaś wszystkiego, są koszmarne przeróbki "Moonlight Shadow" (Mike'a Oldfielda) oraz "I Got You Babe" (duetu Sonny & Cher). Już nie mówiąc, że ten ostatni, tak pasuje do repertuaru Ryszarda i jego wenus Candice, jak Krzysztof Krawczyk do Black Sabbath.
Niech miłość pomiędzy trzonem Blackmore's Night trwa nieprzerwanie, jednak widać czas najwyższy choć na moment zamienić rajtuzy na przetarte dżinsy.




Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"








wtorek, 22 września 2015

MAGNUM - "Escape From The Shadow Garden - Live 2014" - (2015) -





MAGNUM 
"Escape From The Shadow Garden - Live 2014" - (STEAMHAMMER / SPV) -
****


W ubiegłym 2014 roku Magnum opublikowali studyjne dzieło "Escape From The Shadow Garden". Niedawno zaś wydany identycznie zatytułowany "Escape...." z dopiskiem "live 2014" stanowi za koncertowy zapis ubiegłorocznej trasy promującej właśnie powyższe dzieło. Poparte sporą kampanią promocyjną, a zarazem uwidaczniające muzyczny powrót do macierzy, wzbudziło znaczne zainteresowanie, dużo większe, niż poprzednie tournee, po moim zdaniem wyraźnie lepszej płycie "On The 13th Day". Jednak koncerty rządzą się swoimi prawami i w przypadku Magnum najnowsze albumy bywają jedynie pretekstem do pełnych dramaturgii spektakli, w których i tak w przeważającej mierze dominują stare sprawdzone klasyki. Na ostatniej trasie "Escape.... - Live 2014" Magnum także wykonywali ledwie po trzy, góra cztery utwory z ostatniego longplaya. Koncerty nie były przesadnie długie, z reguły towarzyszyło im po 14-15 piosenek (już z wliczonym w to bisem), tak więc wybranych 12 nagrań na tenże CD stanowi za całkiem niezłą wizytówkę z przebiegu całej trasy. Najprawdopodobniej całość została zmiksowana w oparciu o strzępy z różnych koncertów, albowiem wydawca albumu nie podał faktów dotyczących jakiegoś jednego konkretnego przedstawienia, jak i też nie pokusił się o podanie w ogóle jakichkolwiek szczegółów. Nie znoszę takich nieścisłości, a raczej takiego ewidentnego kronikarskiego niedbalstwa. Lubię się zawsze dowiedzieć, co w przysłowiowej trawie piszczy...
Magnum są w doskonałej formie, co zresztą nie powinno nikogo szczególnie zaskoczyć, bowiem zawsze tacy są! Na każdej koncertowej płycie fonicznej czy wizyjnej wychodzą "z opresji" bez szwanku. Dziwi mnie zarazem fakt, iż ta kapitalna grupa jeszcze nigdy do tej pory nie zagrała w naszym kraju. Być może powodem tego stanu rzeczy jest kryminalna nieznajomość twórczości tej wspaniałej formacji w kraju rozciągniętym od Odry po Nysę Łużycką. Nigdy żaden ogólnopolski radiowy spec nie płonął z zachwytu nad ich twórczością, jak bywało to w przypadku jakiś wypocin chill-outowych, smooth jazzowych, i innych strasznych nudziarstw. Proszę sobie wyobrazić; przy okazji każdego albumu nasi zachodni sąsiedzi organizują Magnum u siebie w okolicach tuzina, a czasem i dwóch tuzinów występów! Sam wielokrotnie w przeszłości namawiałem kilku znanych mi promotorów koncertowych, ale niestety - jak grochem o ścianę. I ta właśnie wydana bardzo fajna koncertówka zapewne także tego stanu rzeczy nie zmieni. No cóż....
Co my tu zatem mamy? Trzy kompozycje z ostatniego albumu, tj: "Live 'Til You Die", "Unwritten Sacrifice" i kapitalny "Falling For The Big Plan". Ten ostatni, bardzo przebojowy numer, to także jeden z moich faworytów ostatniego dzieła. Poza tym pojawia się kilka chyba dość przypadkowych wyborów z nieco wcześniejszych jeszcze płyt, aczkolwiek i tak suma sumarum przecież świetnych kawałków, jak choćby: "Dance Of The Black Tattoo" (wyróżniający się fragment płyty "On The 13th Day", choć szkoda, że grupa nie zagrała przy okazji bombowego singla "So Let It Rain"), bądź mojego ulubieńca "Freedom Day" - z przeciętnej w sumie płyty "The Visitation".
Reszta to już same szlagiery, m.in: "Vigilante", "All England's Eyes", "How Far Jerusalem", czy też piękna podniosła pieśń "Les Morts Dansant" - to wszystko złote nuty, oryginalnie zapisane w okresie 1985/86.
Całość kończy w sumie niczym nie zaskakująca, ale i tak fantastyczna wersja jednego z największych klasyków Magnum, w postaci "Kingdom Of Madness" - oryginalnie pochodzącego z ich pierwszego albumu, wydanego jeszcze w 1978 roku.
Nie można udawać fana hard rocka, przeżywającego dzieła Deep Purple, UFO, Queen czy dajmy na to Whitesnake, nie mając przy tym za grosz zapału do głosu Boba Catleya i kompozytorskiej mocy Tony'ego Clarkina. Nie mówiąc już o jego cudownej gitarze!. Bo to tak, jakby pojechać do Rzymu i nie ujrzeć papieża.





Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







RPWL - "RPWL plays Pink Floyd" - (2015) -




RPWL
"RPWL plays Pink Floyd" - (GENTLE ART OF MUSIC) - 
****


RPWL od samego początku ujawniali wielkie przywiązanie do muzyki Pink Floyd. Czynili to jeszcze przed nastaniem ery RPWL, kiedy to występowali pod szyldem Violet District. Grupa nie tylko chętnie przerabiała (głównie na koncertach) kompozycje swoich ulubieńców, ale i do własnej twórczości zgrabnie przemycała frazy imitujące samych Pink Floyd. Ostatnio Niemcy rozpoczęli koncertową trasę pod hasłem "RPWL plays Pink Floyd", pomimo iż nadal nie zakończyli promowania poprzedniego swego w pełni autorskiego dzieła "Wanted". Na ich niedawnym występie w podpoznańskim Suchym Lesie pojawiło się sporo nagrań z wczesnych dokonań Pink Floyd, często z okolic albumów "More" czy "Ummagumma", ale i nie stroniąc przy okazji od tych o wiele bardziej popularnych, rodem z płyt "Dark Side Of The Moon" czy "Wish You Were Here".
Troszkę zatem szkoda, że na wydanym niemal równolegle kompakcie "RPWL plays Pink Floyd" zabrakło wielu kompozycji zasłyszanych na niedawnym koncercie. Wytłumaczeniem niech będzie fakt, iż wydana przed chwilą płyta nie jest wyciągiem z ich ostatnich występów, ani też specjalnym tworem studyjnym, a zawiera jedynie pozbierane fragmenty z przeróżnych europejskich koncertów - z akcentami pinkfloydowskimi, które zarejestrowano w latach 2010-2015.
Niestety zaś sam album wydano nad wyraz skromnie. Nie dowiemy się z samego opisu zbyt wiele. Poza niezbędnymi personaliami, nie wysilono się na podanie konkretnych miejsc i dat. Jednak sama muzyka na szczęście wspaniała!
17-minutowa wersja "Embryo" budzi najwyższy szacunek. To, czego RPWL dokonali na bazie oryginalnego niespełna 5-minutowego utworu, wprawia w osłupienie. Trzeba tu jednak uczciwie zaznaczyć, że RPWL oparli się o wzorzec właśnie koncertowy, bowiem Pink Floyd podczas występów, także rozwijali "Embryo" do granic nieskończoności. Zupełnie jakbyśmy przenieśli się do tamtej epoki, włącznie z czarem dawnych aul koncertowych, a i powiewem tamtej przyrody czy powietrza. Klawiszowiec Markus Jehle brzmi i improwizuje niczym Rick Wright ze złotego dla siebie okresu. Nawet Yogi Lang całkiem zgrabnie sobie radzi z wokalnymi partiami Davida Gilmoura, z kolei gitarzysta Kalle Wallner gra po prostu obłędnie.
Takie brzmienie, nastrój, dostojność i kultywowanie potęgi Pink Floyd panuje na całym tym wydawnictwie. Można się jeszcze przyczepić, że nie spróbowano oszukać słuchacza i połączyć wszystkiego w jedną zgrabną całość, imitującą jedno przedstawienie, ponieważ troszkę wybija z nastroju każdorazowe wyciszanie oklasków. Ale zostawmy to. W końcu, takie reżyserskie niedostatki w pełni rekompensuje sama treść. Proszę posłuchać jak ślicznie wypadła króciutka piosenka "Green Is The Colour". Ta urocza kompozycja, wydana niegdyś na filmowym "More", zawsze była jedynie przyjemnym fragmentem tamtej, także na swój sposób uroczej płyty. Pomimo iż nie wyrastała ponad przeciętność przy kompozytorskich możliwościach Rogera Watersa - a więc jej oryginalnego sprawcy. Myślę, że we współczesnej wersji RPWL, całość zyskała bardzo wiele, choćby za sprawą przecudownej partii klawiszowej. No dobrze, być może nazbyt na swój sposób "kościelnej", aczkolwiek....!
Podobny pokłon można złożyć interpretacji "The Narrow Way, Part 3", która to w 1969 roku była jedną z trzech części suity, a zarazem fragmentem innej, zatytułowanej "The Man And The Journey". Ostatnie koncerty RPWL przywróciły ją do żywych . Bardzo fajnie, że Yogi Lang i jego koledzy przypomnieli o tej niezwykłego uroku psychodeliczno-folkowej balladzie. Troszkę niedocenianej, być może z uwagi na przyćmiewające ją późniejsze arcydzieła, jak "Atom Heart Mother" i "Meddle" - będące zarazem ukoronowaniem wczesnego okresu grupy. Jestem przekonany, że gdyby nie charakterystyczny śpiew Yogiego, można snuć przekonanie, że wykonuje tamten numer najprawdziwszy Pink Floyd.
Proszę jednak nie myśleć, iż RPWL mają tylko ambicje interpretowania utworów swoich mistrzów w skali jeden do jeden, a najchętniej w wersjach mocno wydłużonych. Dowodem niech będzie kompozycja "Atom Heart Mother", która w oryginale trwa blisko 24 minuty, natomiast Niemcy okroili tamten klejnot o blisko połowę, rezygnując przy tym z całej otoczki orkiestrowej, a i zauważalnie zmieniając motyw główny.
Na przekór tego, z kolei inną kompozycję, znaną z tego samego longplaya - "Fat Old Sun", muzycy zaproponowali nam w blisko 20-minutowej wersji. W tym przypadku, podobnie jak przy "Embryo", RPWL oparli się na dawnych koncertowych wykonaniach Pink Floyd, albowiem na studyjnym dziele jest to wszak "zaledwie" 5-minutowy kawałek.
Niewiarygodne jak klasowo można przywołać ducha dawnych Pink Floyd. Jakże przy tym nudne do bólu bywają te wszystkie otaczające nas podróby pinkfloydowskie, w których na przemian wyciąga się jedynie najbardziej przebojowe akcenty, z "The Wall", "Wish You Were Here" czy "Dark Side Of The Moon" na czele. Nie mówiąc o tym, że 99 procent tego typu wykonawców w ogóle nie powinno mieć prawa do tykania twórczości panów Barretta, Watersa, Gilmoura, Wrighta i Masona.
Nawet autoryzowani (przez samych Pink Floyd) The Australian Pink Floyd Show czy Brit Floyd, omijają szerokim łukiem najstarsze dokonania swych pupili (no, może z wyjątkiem "Astronomy Domine"), jako chyba nazbyt trudne, a i zarazem najmniej komercyjne.
Nie wspomniałem jeszcze o dwóch nagraniach, czyli "Arnold Layne" oraz "Let There Be More Light". Te podlane psychodelią z tak zwanej epoki, bronią się równie mocno, co wszystkie wyróżnione powyżej. Wersja "Let There Be More Light" nie zaskoczy jednak fanów RPWL, ponieważ dokładnie ta sama była już wcześniej dostępna na albumie "9".
Dla jasności, nie próbuję nikomu wmówić, iż moja gloryfikacja RPWL jest tak dobra jak samo Pink Floyd - o tym nie ma mowy! Oryginału nic nigdy nie przebije, jednak w kategorii "kreatywna kopia" Bawarczycy bywają bezcenni. 




Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



poniedziałek, 21 września 2015

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 20 września 2015 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM + zastępstwo



"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 20 września 2015 r.

 RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl

realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski




PINK FLOYD - "More" - (1969) -
- Green Is The Colour
- Cymbaline 

RPWL - "RPWL plays Pink Floyd" - (2015) -
- Arnold Layne

PINK FLOYD - "Ummagumma" - (1969) -
- Careful With That Axe, Eugene

RIVERSIDE - "Love, Fear And The Time Machine" - (2015) -
- Under The Pillow

BLACKMORE'S NIGHT - "All Our Yesterdays" - (2015) -
- Darker Shade Of Black

IRON MAIDEN - "The Book Of Souls" - (2015) -
- The Red And The Black

STRATOVARIUS - "Eternal" - (2015) -
- My Eternal Dream
- Shine In The Dark

PRAYING MANTIS - "Legacy" - (2015) -
- Better Man

==================================
==================================

GARY RICHRATH
gitarzysta i kompozytor z grupy REO SPEEDWAGON
(18.IX.1949 - 13.IX.2015)
kącik poświęcony Artyście - z jego kompozycjami


REO SPEEDWAGON - "Hi Infidelity" - (1980) -
- Take It On The Run

REO SPEEDWAGON - "Good Trouble" - (1982) -
- Stillness Of The Night

REO SPEEDWAGON - "Wheels Are Turnin' " - (1984) -
- Gotta Feel More

===================================
===================================


ZDZISŁAWA SOŚNICKA - "Tańcz Choćby Płonął Świat" - (2015) -
- Tańcz, Choćby Płonął Świat
- Chodźmy Stąd

DAVID GILMOUR - "Rattle That Lock" - (2015) -
- Five A.M.
- Rattle That Lock
- Faces That Lock
- In Any Tongue

WISHBONE ASH - "Wishbone Ash" - (1970) -
- Errors Of My Way

BARCLAY JAMES HARVEST - "The Harvest Years" - (1991) -
- The Poet / After The Day - {oryginalnie na LP "Barclay James Harvest And Other Short Stories - 1971}

GENESIS - "... And Then There Were Three ..." - (1978) -
- Follow You Follow Me

THIN LIZZY - "Bad Reputation" - (1977) -
- Soldier Of Fortune

JETHRO TULL - "Aqualung" - (1971) -
- Aqualung
- Locomotive Breath

STATUS QUO - "If You Can't Stand The Heat...." - (1978) -
- Stones

NAZARETH - "Malice In Wonderland" - (1980) -
- Holiday

BEACH HOUSE - "Depression Cherry" - (2015) -
- Levitation

======================================
======================================



zastępstwo w "BLUES RANUS"
20 września 2015 r.
godz. 21.00 - 22.00

realizacja: Szymon Dopierała
prowadzenie: Andrzej Masłowski 



THE ROBERT CRAY BAND - "In My Soul" - (2014) -
- You Move Me
- Hold On

JON BUTCHER - "Wishes" - (1987) -
- Goodbye Saving Grace
- Living For Tomorrow
- Prisoners Of The Silver Chain

STEVE EARLE + THE DUKES - "Terraplane" - (2015) -
- Baby Baby Baby (Baby)
- The Usual Time
- Go-Go Boots Are Back

ROD STEWART - "Storyteller - The Complete Anthology 1964 - 1990" - (1989) -
- Good Morning Little Schoolgirl - {oryginalnie na singlu w 1964 roku}
- In A Broken Dream - {oryginalnie na LP grupy PYTHON LEE JACKSON "In A Broken Dream" w 1972 roku}
- Had Me A Real Good Time - {oryginalnie na LP grupy FACES "Long Player" w 1971 roku}

 



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"












piątek, 18 września 2015

wczoraj RPWL zagrali w Suchym Lesie, i inne tam....

jeszcze zapieczętowane
Nie mogłem się doczekać, spałem coś krótko, wiadomo - dziś premiera najnowszego Davida Gilmoura. Musiałem mieć od razu. Oczywiście wersję deluxe. Innej sobie nie wyobrażam. No bo jak tu kupić Mercedesa na stomilowskich oponach. Piękne pudło, trzeba przyznać. W Saturnie w dziale nowości wystawione obie wersje. Podstawowa prawie sześćdziesiąt złotych, limitowana bez złotówki dziewięćdziesiąt. Zazwyczaj bandycko drogi Empik, tym razem ponoć ma utrzeć nochala Saturnowi i przez pierwszych kilka dni oferować wersję podstawową za tylko nieco ponad czterdzieści złotych. To się nazywa konkurencja.
Nie znalazłem na półce nowego albumu Zdzisławy Sośnickiej, ale Pani z obsługi właśnie przyjmująca pakiet kompaktów powiedziała, że zaraz, tylko właśnie go musi wycenić. Jak rzekła..... tak nawet podała do rąk własnych. Choć bez uśmiechu, jak to do niedawna jeszcze było w zwyczaju. Zdaje się już mnie nie lubić. Od pewnego czasu na mój widok robi minę, niczym koń dupę do bata. No cóż....bywa.
RPWL w pierwszej części koncertu
Wczoraj z przyjaciółmi wybrałem się do Suchego Lasu na wspaniały koncert RPWL. Który to już raz.... Tym razem na nieco inny szoł, albowiem złożony z repertuaru Pink Floyd. Jakże miło prześlizgiwał się po ścianach Biblioteki Publicznej i Centrum Kultury materiał skomponowany oryginalnie pomiędzy latami 1967-1975. Zaczęli od suity "The Man And The Journey" - złożonej z tych najstarszych kompozycji (m.in. "Cymbaline", "Green Is The Colour", "Careful With That Axe, Eugene", itd....), by w drugiej części odbyć wędrówkę po płytach "Dark Side Of The Moon" i "Wish You Were Here", kończąc dwoma własnymi utworami, tj: "Hole In The Sky" oraz "Roses". Całości towarzyszyły smakowite wizualizacje, dźwięk kwadrofoniczny (w ogóle bardzo dobry dźwięk !!!) i przyjemna atmosfera wśród publiczności.
RPWL bardzo się rozwijają, nawet jeśli w muzycznych inspiracjach coraz chętniej cofają się do dawnych lat.
Organizator koncertu Piotrek Grausch, zapowiadając całe to uroczyste wydarzenie, zwrócił uwagę na datę - 17 września 1969 roku. Wczoraj było dokładnie 46 lat od koncertu Pink Floyd, kiedy to właśnie muzycy zaprezentowali publiczności w Amsterdamie suitę "The Man And The Journey".
Warto docenić basistę RPWL Wernera Tausa, który okazał się u boku Yogiego Langa, nie tylko dobrym śpiewakiem, ale i też krzykaczem, o czym można się było przekonać w "Ostrożnie z tą siekierą, Eugeniuszu".
Po koncercie nawet jeden z kolegów/przyjaciół uciął mi wspólną fotkę z gitarzystą Kallem Wallnerem i Piotrkiem Grauschem, ale niestety zdjątko na śmietnik. Nie znoszę być uśmiechnięty, a tylko tak mnie w kadrze zapamiętano. Nie będzie zatem pamiątki. Za to przybiłem grabę Kallemu, a to radość i zaszczyt wielki.
Ogromne słowa podziękowania i uznania dla Piotrka za zorganizowanie tego koncertu.
Po powrocie do domu załapałem się jeszcze na ostatnie dwadzieścia minut meczu Kolejorza ze słabiutkimi Portugalczykami z Belenenses. To był mecz zarówno do przegrania, jak i wygrania. Wszystko mogło rozwiązać się za sprawą jednej przypadkowej bramki. Nie strzelił nikt, więc remis sprawiedliwy.
Przy okazji, "słowa uznania" dla kiboli-ksenofobów, którzy swą postawą (m.in. nie przychodząc na mecz) pokazali, ile ich miłość do Kolejorza (bo do odmiennych rasowo ludzi, tym bardziej) tak naprawdę jest warta. Wśród tych, co przyszli, też nie zabrakło jołopów, skoro potrafili skandować chamskie hasła przeciwko uchodźcom. Gdyby czasem sami nie znaleźli kiedyś miejsca na świecie, ni domu, niech o pomoc nie proszą.




Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


Centrum Kultury i Biblioteka Publiczna w Suchym Lesie. Miejsce wczorajszego koncertu RPWL






środa, 16 września 2015

Zmarł gitarzysta Reo Speedwagon, GARY RICHRATH, do tego nachodzący koncert RPWL, plus akcent japoński....

W niedzielę 13 września 2015 r. zmarł Gary Richrath - gitarzysta amerykańskiej grupy Reo Speedwagon. Grupy, którą bardzo lubię. Trochę mi głupio, że wiedząc o śmierci Gary'ego niemal od samego początku, dopiero teraz o tym wspominam, ale naprawdę nie wiedziałem, co napisać. Z jednej strony; muzyk z bezcennego mi zespołu, przy okazji znaczący jego kompozytor, a nawet okazjonalny wokalista (głównym od prawie zawsze jest Kevin Cronin - wyjątkiem początki zespołu), a z drugiej zaś; sprawny muzyk, nigdy nie mający ambicji wirtuozerskich. Choć podkreślam - naprawdę klasowy gitarzysta! Na oficjalnym facebookowym profilu złożyłem kondolencje, jak i na kilku innych, związanych pośrednio z Richrathem. Ale to zbyt mało, dlatego w niedzielę na pewno sięgnę do okresu lat 70/80-tych, w którym to Richrath był muzykiem REO.
To przecież On skomponował genialną piosenkę "Take It On The Run" - do bestsellerowego albumu "Hi Infidelity" (1980). Ponadto również jest sprawcą innej fantastycznej piosenki, w postaci "Only The Stron Survive" - znanej z bardzo fajnej płyty "Nine Lives" (1979) . Może nie aż tak popularnej, co wcześniej wspomniana "Hi Infidelity", ale.... Te i jeszcze kilka innych piosenek jego autorstwa, zagram w najbliższym Nawiedzonym Studio.
Artysta przeżył niespełna 66 lat.
Dzięki Ci Gary za wiele pięknych nut, a teraz brnij do świata lepszego....

Z innej beczki.... Do Polski powróciła po rocznym pobycie w Japonii, nasza Słuchaczka Pani Agnieszka. I proszę sobie wyobrazić, że przywiozła mi w podarunku trzy płyty. Wykonawców dotąd mi nieznanych, z czego się szczególnie jakoś cieszę. Pragnę w tym miejscu pięknie Pani Agnieszce podziękować !!! Mam zamiar, w którymś z kolejnych programów, wyemitować co nieco...

Chciałbym jeszcze przypomnieć Państwu o jutrzejszym koncercie grupy RPWL. Będzie dźwięk quadro, będą wizualizacje, a przede wszystkim w repertuarze Niemców pojawią się tylko i wyłącznie kompozycje grupy Pink Floyd. Choć tego do końca też nie wiadomo, bowiem Yogi Lang i jego koledzy, szykują jakąś niespodziankę. Dwie, a może i nawet dwie i pół godziny grania - warto ! Przedstawienie odbędzie się w Centrum Kultury I Bibliotece Publicznej w Suchym Lesie, przy ulicy Szkolnej.
To tyle ode mnie na dzisiaj.
Z szacunkiem....



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




GARY RICHRATH w 1982 roku




poniedziałek, 14 września 2015

jacy naprawdę jesteśmy?

Głośno ostatnio o uchodźcach. W zasadzie zrobił nam się z tego temat numer jeden, i gdyby nie nadchodzące wybory, to byłby całkowicie osamotniony. Nie chcę analizować tego problemu, bo od tego są specjaliści, trudno mi jednak całkowicie przemilczeć kilka zauważalnych faktów.
Czy powinniśmy pomagać? Tak, powinniśmy. W miarę możliwości oczywiście. Ludziom, którzy uciekli spod topora, pomóc trzeba, tak po ludzku, jak niegdyś pomagano nam. Można się spierać co do ilości, czy dwa tysiące, czy dwanaście... I negocjować, choć zobowiązania unijne też mają swoją moc. O islamizację bać się nie musimy, taka liczba uchodźców nie stanowi zagrożenia. Poza tym, trudno uwierzyć, by nawet dwanaście tysięcy muzułmanów przekręciło na swoją stronę tyle milionów katolików. Jaką to słabą wiarą byłaby ta katolicka, gdyby pękła pod tak mrówczym naporem. Mimo wszystko obawy są. Dyskusje wokół napompowanego tematu nie pozostawiają złudzeń, a przecież uchodźców i emigrantów z rejonów islamskich jest w samej Polsce już od lat bardzo wielu. I jakoś ci do tej pory nie stanowili zagrożeń terrorystycznych, kulturowych czy religijnych. Oczywiście zawsze istnieje ryzyko jednej czarnej owcy, ale taka może trafić się wszędzie, nie tylko podczas masowych migracji.
Martwi mnie jednak duża fala nienawiści, która ostatnio mocno narasta. Szczególnie w skrajnych prawicowych partiach i ich odłamach. Wystepuje głównie u ludzi głoszących na co dzień wartości moralne i religijne. Gdybym sam tego nie zaobserwował, pozostawiłbym nożyce w spokoju. Dosłownie kilka dni temu minęliśmy z Żonką grupkę kilku młodzieńców, ładnie ubranych i zapewne wcale niegłupich, którzy burzliwie dyskutowali o problemie. Usłyszeliśmy w przelocie: "brudne ścierwo zalewa nasz kraj".
Mój Syn wybrał się na sobotni mecz na Bułgarską i też go przeraziły skandowane hasła i okrzyki z ust "prawicowych patriotów". A i zniesmaczyły również grupki, jak to nazwał "niedorozwiniętych troglodytów", skandujących hasła w rodzaju: "islamista brudna kurwa", "nie dla uchodźców", "brudasy", "araby", itp... Owym hasłom przed stadionem towarzyszyła także "zbieranina" podpisów na rzecz PiSu, Kukiza czy Brauna. I proszę sobie wyobrazić, że ci sami ludzie, którzy jeszcze niedawno temu z uśmiechem na ustach gloryfikowali nazwiska Zaura Sadajewa czy Semira Stilica, w sobotę oznajmiali, że islamiści, to kurwy.
Dumny jestem z mojego "niekatolictwa", które w dużej mierze na naszym podwórku jawi się jako "katolstwo", nie mające ni krzty dobrego smaku, ni też pielęgnowania wartości, które tamto przecież podsuwa. Miłość, dobroduszność, itp... , to tylko puste słowa, które w wydaniu tamtych "dobrych ludzi" nie przekładają się na realia.
Ciekaw jestem, czy gdyby islamista zapukał w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia do ich drzwi, ilu ugościłoby go z szacunkiem, dobrocią i godnością. Odnoszę wrażenie, że ów talerz dla niespodziewanego gościa, ma sobie tylko być - dla tradycji, bo przecież niech nikt nieproszony się nie ośmiela...





Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 13 września 2015 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM + zastępstwo w "BLUES RANUS"




"BLUES RANUS" - zastępstwo
niedziela 13 września 2015 r.

RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl

realizacja: Agnieszka Krzyżaniak
prowadzenie: Andrzej Masłowski




ALBERT KING with STEVIE RAY VAUGHAN - "In Session..." - (2010) -
- Don't Lie To Me

LED ZEPPELIN - "Led Zeppelin" - (1969) -
- You Shook Me

QUEEN - "News Of The World" - (1977) -
- My Melancholy Blues

TINA TURNER - "Tina Live in Europe" - (1988) -
- 634-5789 - {duet with ROBERT CRAY}
- A Change Is Gonna Come - {guitar solo, ROBERT CRAY}
- Tearing Us Apart - {duet with ERIC CLAPTON}

BOB SEGER - "Ride Out" - (2014) -
- Hey Gypsy

BEGGARS & THIEVES - "Look What You Create" - (1997) -
- Soul Confession

ALVIN LEE - "Keep On Rockin" - (?) - zestaw dwóch albumów
CD 1 - album "Nineteenninetyfour" (1993)
- Give Me Your Love

==================================
==================================
 



"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 13 września 2015 r.

RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl

realizacja: Krzysztof Piechota
prowadzenie: Andrzej Masłowski




APRIL WINE - "First Glance" - (1978) -
- Silver Dollar

38 SPECIAL - "Wild-Eyed Southern Boys" - (1979) -
- Hittin' And Runnin'

THE GUESS WHO - "A Retrospective" - (1993) - kompilacja
- These Eyes - {oryginalnie na LP "Wheatfield Soul" - 1969}

OST - "Forrest Gump" - (1994) -
GLADYS KNIGHT & THE PIPS - I've Got To Use My Imagination - {oryginalnie na LP "Imagination" - 1973}

JOE COCKER - "One Night Of Sin" - (1989) -
- Got To Use My Imagination

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA - "A New World Record" - (1976) -
- Tightrope
- Rockaria!

ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA - "Time" - (1981) - 
- When Time Stood Still - {oryginalnie strona B singla "Hold On Tight"}
- Julie Don't Live Here - {oryginalnie strona B singla "Twilight"} 

LANA LANE - "Ballad Collection" - (2000) -
- When Time Stood Still

BEACH HOUSE - "Depression Cherry" - (2015) -
- Space Song
- Beyond Love

COCTEAU TWINS - "Milk & Kisses" - (1996) -
- Rilkean Heart
- Seekers Who Are Lovers

ACT - "Love & Hate - a compact introduction of Act" - (2015) -
- I'd Be Surprisingly Good For You
- Under The Nights Of Germany
- A Friendly Warning

PROPAGANDA - "A Secret Wish" - (1985) -
- P-Machinery
- Dr. Mabuse

DURAN DURAN - "Paper Gods" - (2015) -
- Face For Today
- What Are The Chances?

RIVERSIDE - "Love, Fear And The Time Machine" - (2015) -
- Caterpillar And The Barbed Wire

RPWL - "RPWL plays Pink Floyd" - (2015) - CD-R PROMO
- Atom Heart Mother

PETER GABRIEL - "Hit" - (2003) - kompilacja
- Here Comes The Flood

PETER GABRIEL - "Peter Gabriel" - (1977) -
- Here Comes The Flood

SALLY OLDFIELD - "Celebration" - (1980) -
- Morning Of My Life

IAN McCULLOCH - "Candleland" - (1989) -
- The Flickering Wall
- Proud To Fall
- The Cape
- Candleland
- I Know You Well

GRACIOUS - "Gracious!" - (1970) -
- Heaven

ARMAGEDDON - "Armageddon" - (1975) -
- Silver Tightrope

OST - "Xanadu" - (1980) -
ELECTRIC LIGHT ORCHESTRA - All Over The World






Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"