piątek, 30 sierpnia 2013

NOSOUND - "Afterthoughts" - (2013) -

NOSOUND - "Afterthoughts" - (KSCOPE) -


Giancarlo Erra solidnie przetasował skład, lecz muzykę pozostawił jakby nietkniętą. Nie ma tu jakiejś zauważalnej różnicy pomiędzy debiutem "Sol29" z 2005 roku a najnowszym "Afterthoughts". To wciąż muzyka pełna "skromnego" rozmachu, jak i zadumy czy melancholii. Bardzo niespieszna, by nie powiedzieć leniwa, błoga. Muzyka bardzo wyostrzająca zmysły i nakłaniająca do refleksji. Chyba najlepiej jest jej posłuchać, gdy krople deszczu uderzają o parapet, a zaokienny wiatr tańczy z porzuconymi liśćmi.
Ten włoski muzyk i zdolny kompozytor, potrafi jakoś ująć, przykuć szczególną uwagę, a jego muzyki słucha się niczym spowolnionego filmu. Filmu, do którego pasowałby jakiś utkany obraz, pomiędzy fantazją wyciągniętą z klipów Pink Floyd, a czymś z lekka niepokojącym, choć na pewno dalekim od czegoś w rodzaju Blair Witch Project. Tak mniej więcej da się przeczytać muzykę grupy Nosound.
W tekstach jak zawsze przewijają się sny, marzenia, lęki, obawy, smutek, nadzieja, jak i melancholia czy tęsknota, a więc światło i cień.  Erra jest romantykiem, co w dzisiejszych czasach nie zawsze bywa nagradzane, jednak w sztuce wciąż zachwyca. Stąd popularność Porcupine Tree, No Man, Anathema, Pineapple Thief czy właśnie Nosound. Będą i tacy, którzy na "Afterthoughts" znajdą odniesienia do Pink Floyd czy współczesnej muzyki klasycznej. Oj tak, niektóre partie gitar, jak i przepięknych parad smyczków, brną ku tego typu twórczościom również.
Osobiście troszkę żałuję, iż Giancarlo Erra nie śpiewa więcej w swym ojczystym języku, bowiem słucha się tego wyjątkowo pięknie w takim anglo-włoskim "Paralysed". Nie odbierając niczego innym perłom, jak: "In My Fears", "Wherever You Are", "I Miss The Ground" czy "She".
Nie jest to album w niczym lepszy czy gorszy od swych trzech poprzedników, a w zasadzie jest to nawet na swój sposób ich brat bliźniak. Choć słyszałem opinie, że lepiej zaaranżowany i wyprodukowany. Prawdę powiedziawszy, nie zauważam pod tym względem specjalnych różnic. To jest, pomiędzy tymże dziełem, a równie przepięknymi wcześniejszymi "A Sense Of Loss" czy "Lightdark", która to do dzisiaj pozostaje mą ulubioną płytą "bezdźwiękowców". Nie wiedzieć czemu.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)




czwartek, 29 sierpnia 2013

takie moje radości i złośliwości

Dawno nie dostałem tylu gratulacji co po ostatnim nawiedzonym. Wypada żałować, że naszych niedzielnych spotkań nie słucha Pani Zdzisława Sośnicka. Byłaby zapewne wniebowzięta słysząc, iż jej płyta "Serce", wciąż ma wielu entuzjastów. Pomimo, iż ta ukazała się blisko ćwierć wieku temu. Myślę, że jeszcze jest w moim domu "kilka" podobnych niespodzianek - na kolejne wspólne wieczory. Przeglądam starocie na winylach, później przerzucam na cedeery - i gotowe! Miejcie zatem Nawiedzeni uszy na posterunku.
Do niecodziennego splotu okoliczności doszło także w minioną niedzielę. Uświadomił mnie o tym Słuchacz Sławek (niegdyś z rockowego klubu radia taxi) , który był w szoku, gdy nadawałem Guns N"Roses "Knockin' On Heaven's Door", gdyż ponoć dokładnie w tym samym momencie (nawet idealnie na siebie się nakładając) TVP Kultura zagrała ten sam utwór, tyle że w wykonaniu Grzegorza Halamy. A nie mówiłem, że nadaję się nie tylko na medialnego, ale i na samego medium? Dla wiarygodności dodam, że w nawiedzonym studio, zauważalny jest brak telewizora.
Żałuję kończących się wakacji i nadchodzącego w konsekwencji dużymi krokami zimna. Oby to nastąpiło jak najpóźniej. Wiecie Państwo, tego co dobre zawsze jest najmniej. To tak jak w pewnym cytacie , choć nie pamiętam już kompletnie z czego, więc pójdzie niedokładnie: "... może ciasteczko? , hmmm, tych z czekoladą jest mniej, kończą się..., - bo było ich mniej - pada dopowiedzenie - , na co kontra: tych lepszych, zawsze jest mniej..."
Radiowy kolega Krzysztof Ranus, który zajmuje się organizacją nadchodzących jesiennych koncertów Fisha, z radością wymalowaną na twarzy, zareklamował mi w minioną niedzielę posłuchanie w którymś z najbliższych dni, redaktora Piotra Kaczkowskiego, gdyż ten podobno zaplanował nadać wywiad z Rybą , a ponadto jeszcze wyemitować jego trzy najnowsze nagrania. Odrzekłem Krzysztofowi, że radia wciąż nie słucham i nie planuję jakoś tego zmieniać. Poza tym, z natury nie lubię tego typu medialnych nagonek, że oto jakiś ekspert wybraniec, nosi ze sobą prawa do jakiegoś jedynego egzemplarza płyty w kraju, po czym poddany tłum będzie klękać przed guru prezenterem. Wielbić jego samego (kult jednostki myślałem, iż obowiązuje jeszcze tylko w Północnej Korei), jak i artystę bezgranicznie. I tak powszechnie przesz wiadomo, że w takiej sytuacji, zadaniem jest po prostu tylko dobrze sprzedać płytę. Najczęściej jakiegoś kończącego się wykonawcy. Od razu jakoś śmierdzi to "ustawkową" kampanią, w dodatku zakrojoną na szeroką skalę. Nie mówię, być może nawet nowy Fish okaże się rewelacyjny, ale wolałbym jednak przekonać się o tym w dniu premiery, z własnej płyty, a nie z hucznych haseł owej medialnej nagonki. Ktoś powie, że na tym polega promocja. Nie, promocja a nagonka, to jednak dwie osobne rzeczy. Lubię i cenię Fisha, a za stary Marillion dam się nawet pokroić, tak jak i również za pierwsze solowe dziełko osamotnionej Ryby, jak i nie pogardzę także wieloma nagraniami z lat ostatnich, co suma sumarum, nie tuszuje mi jednak prawdziwego obrazu Fisha, jako artysty już dziś mocno wypalonego i nieintrygującego, jak to bywało w przeszłości. Nie piszę tego, by komuś kto pada przed nim na kolana dopiec, a z racji osobistego odczucia.
Dzisiaj pucharowe zmagania najprawdopodobniej zakończy Śląsk. Obym się mylił. Oj tak, chciałbym nie mieć racji. O ile nie kibicuję Śląskowi w lidze, o tyle w rozgrywkach ligi europejskiej, podobali mi się ze wszystkich naszych męczenników najbardziej. Chciałbym im pokibicować w fazie grupowej, ale wszyscy dobrze wiemy, że szanse Wrocławian wydają się być iluzoryczne. Pomimo, iż przecież nie niemożliwe. Trzymam kciuki!
Za dwa dni w Inowrocławiu odbędzie się festiwal Ino Rock. Nie wybieram się, choć im tego bliżej, tym mocniej czuję, że będę żałować. Głównie Mostly Autumn. Drużyny już nie tak może fascynującej jak jeszcze kilka lat temu, ale mimo wszystko, Mostly Autumn to Mostly Autumn. Z doświadczenia wiem, że na koncertach zawsze jest pewna magia, nawet jeśli mniej udane studyjne albumy, już tego nam nie prorokują. Wiem, że kilka osób spośród Państwa, wybiera się do Inowrocka, tak więc obserwujecie, zapisujcie,... , czekam na Wasze opinie.
Znajomy pożyczył mi książkę "Okoń", którą to właśnie wczoraj zarzuciłem na ruszt. Już w kilku jej fragmentach nieźle się ubawiłem, choć jak wiadomo powszechnie, najlepiej bawił się życiem jej bohater Mirosław Okoński. To niezbyt nowa pozycja wydawnicza, ale w czytaniu nie gonię za nowościami. Dodam jeszcze, iż autorem tegoż dzieła, jest nasz aferowy kolega, Radosław Nawrot. Brawo!
Zbieram się w sobie na zarekomendowanie (bądź anty-) wielu nowych płyt, ale coś trudno zebrać myśli wieczorami, a w ciągu dnia z różnych powodów czasu brak. Niemniej, posłużę się kolejnym cytatem, tym razem z pamiętnej premiery auta Pigmej 850, Bohdan Smoleń: "obiecuję dam z siebie wszystko!", na co Zenon Laskowik: "łaski nie robisz i tak na pedał będę dusić".
P.S. Kurczę, znowu po powyższym kogoś ubędzie.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)


środa, 28 sierpnia 2013

Legia a Liga Mistrzów, czyli jak napompowano ludowi marzenia o wielkiej drużynie

Wmówiono wszystkim, że Legia gra dla dobra Polskiej Piłki. Uczyniono to z taką precyzją, że nawet kibice Kolejorza, Zawiszy czy Resovii, dzwoniąc do Pawła Zarzecznego podczas wczorajszego "orange'owego" Hyde Parku, deklarowali uwielbienie dla Legii. Nie spostrzegając pułapki, do jakiej o mało co by wpadli. Rozumiem patriotyzm. Cecha to piękna, jednak nie w wypadku sterowanego centralnie klubu. W ostatnich dniach okazało się, że Żyleta zdobyła przychylność wszystkich krajowych kibiców, kiboli, trenerów czy także dziennikarzy. Usłyszałem nawet kilka pochlebstw pod adresem samego Starucha. Tego samego Starucha, którego do niedawna zlinczować chcieli niemal wszyscy, i to nie tylko ci związani z wymiarem sprawiedliwości. Teraz okazał się postacią przydatną, a nawet ukochaną, byle tylko Legia dokonała historycznego wyczynu. Gra Warszawiaków pokazała, że do Ligi Mistrzów droga daleka. Bo z czym ta Legia chce tam szukać szczęścia?. Z tym skostniałym i nieperspektywicznym Urbanem? Dobrze się stało, że brytany z Łazienkowskiej poległy już w fazie wstępnej. Z taką grą, z takim widocznym brakiem koncepcji i tempem żuczka gnojowniczka, nie ma czego szukać na arenach Europy. Zamiast zatem siać ferment i wstyd dla naszego i tak już padalczego futbolu, lepiej przebudować struktury, zmienić myślenie, a dopiero później czegoś spróbować.
Sztabowi Legi wydawało się ostatnio, ze zjadł wszystkie rozumy. No i ten triumfalizm głoszący, że kiedy jak nie teraz. Że Legia jest tak dobra jak nigdy!, i tak dalej... Wielu niestety w to uwierzyło. Karmiła tym prasa, portale internetowe, trąbiła telewizja. Gdyby nie mój rozum i sokoli wzrok, sam bym w te bajki uwierzył. Bo to, że Legia odstaje na krajowym podwórku, nie daje jej jeszcze priorytetu nawet na równanie się z Rumunami. I nie ma się z czego śmiać. Skończyły się czasy, w których rumuńska bieda koczowała pod polskimi kościołami. Teraz nasza bieda błaga rumuński futbol o szkołę i naukę, jaką ci zdobywali przez lata. Ambicją, charakterem i wolą walki. Nie wszystko zdobywa się pieniędzmi. No, może za wyjątkiem tego naszego bezcharakternego podwórka. Dlatego cieszmy się, ze Legia nie przeszła dalej, i że dziesięć baniek euro nie padło ich łupem, bo byśmy skomleli przed Legią przez najbliższą co najmniej dekadę, a ekipa z Łazienkowskiej wciąż by grała w szmaciankę. Mało tego, zcentralizowane warszawskie media, zachwycałyby się tą padaką latami. Bo Legia to, bo Legia tamto, ... Bo Legia nawet jak się zeszcza, to pachnie fiołkami. Była wielka mobilizacja, bo miała być wielka Legia, przygotowano naród niemal jak na wojnę, a przyjechali przeciętni Rumuni, nawet z jednym mało komu znanym Polakiem w składzie i pozamiatali w dziewięć minut, a później kwicząc ze śmiechu, odbijali ataki byczków, którym dwa razy coś tam wyszło.
Z czym do ludu panie Urban? Co to za bezczelność pchać się na Barcę, Man U czy Bayern, jeśli się u siebie dostaje w tytę z jakąś Lechią czy nie potrafi się zremisować z obłożonym toną problemów Ruchem.
Liga Mistrzów, jak sama nazwa wskazuje, nie chełpi się pustymi frazesami.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)




wtorek, 27 sierpnia 2013

Ja kibic, pozawarszawski patriota, mówię Wam ...

Muszę to napisać, muszę to z siebie wyrzucić. Ku uciesze mej i smutkowi wielu. Cieszę się!!! Pierwszy raz w życiu kibicowałem przeciwko polskiej futbolowej drużynie. Gdy w 9 minucie Steaua prowadziła 2:0, podskakiwałem ku niebiosom, jakby to nasi prowadzili. Gdy Legia złapała kontakt na 1:2, poczułem niepokój, gdy wyrównała w 94 minucie, obszedł mnie strach. Na szczęście zabrakło "cewukaesom" czasu.
Nie zniósłbym dominacji Legii na krajowym podwórku. Zniósłbym Wrocław, Łódź czy Gliwice, ale warszaFskiej Legii, bym nie przeżył. Wiem, jestem zawzięty, w dodatku nie patriota, ... - niech sobie o mnie gadają, nie dbam o to. Legii mówię nie, jeśli idzie o Ligę Mistrzów, a także o wielkie pieniądze dla niej i dominację na najbliższą dekadę. Nie chcę, by w każdych sportowych wiadomościach pierdziano z zachwytu nad tym, jaka to Legia wspaniała, że oto wywalczyli kolejne mistrzostwo kraju, kolejny puchar, a dla innych kolejne rozwolnienie. Nie, nie i jeszcze raz nie. Znienawidźcie mnie Państwo za to co napisałem, ale napisałem to co czuję i nie mam zamiaru tego w sobie dusić. Gdy Legia w Moskwie dokopała Spartakowi 3:2, biłem brawo i cieszyłem się. Dzisiaj na niwie Ligi Mistrzów drżałem, by wielki szmal nie wpadł w ręce stołecznych. Bo by nas wszystkich zarżnęli na długie lata  Rzygalibyśmy, a musielibyśmy w tym uczestniczyć. W kolejnej radości okupowanej przez wszystkie media Legii. Dlatego cieszmy się i trzymajmy kciuki za Lecha, Wisłę, Śląsk, nawet Koronę czy Piasta, byle nie za Legię. WarszaFka każde mistrzostwo innych potraktuje z przymrużeniem oka, a ze swoim nie pozwoli całej pozostałej Polsce żyć w spokoju. Nazwijcie mnie kibolem, prymitywem, czy kimkolwiek chcecie, ale niestety, to znowu ja mam rację. Na szczęście nie muszę jej udowadniać, bo Legia POLEGŁA !!! Ku chwale całej pozostałej Ojczyzny.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)


poniedziałek, 26 sierpnia 2013

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 25 sierpnia 2013 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM

"NAWIEDZONE STUDIO" 
program z 25 sierpnia 2013 r.
RADIO "AFERA" 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl


realizacja: Krzysztof Piechota  
prowadzenie: Andrzej Masłowski




KING KOBRA - "II" - (2013) -
- Running Wild

TOM KEIFER - "The Way Life Goes" - (2013) -
- Ask Me Yesterday

CHRIS NORMAN - "Full Circle" - (1999) -
- I'll Meet You At Midnight
- Lay Back In The Arms Of Someone

EXILE - "Mixed Emotions" - (1978) - zagrane z LP
- You Thrill Me
- Kiss You All Over

TRIUMPH - "Edge Of Excess" - (1992) -
- Turn My Back On Love

GREAT WHITE - "Psycho City" - (1992) -
- Old Rose Motel

GUNS N'ROSES - "Use Your Illusion II" - (1991) -
- Knockin' On Heaven's Door

THE JOKERS - "Rock'N'Roll Is Alive" - (2013) -
- Radio
- Bring Your Love Back To Me

SILVER MOUNTAIN - "Roses & Champagne" - (1988) - zagrane z LP
- Light The Light
- Coming Home

RAINBOW - "Finyl Vinyl" - (1986) -
- Weiss Heim - {instrumental} - studio recording, 1981, B'Side single "All Night Long"

===========================================================

z cyklu: "Szanujmy Wspomnienia, czyli Cudze Chwalicie Swego Nie Znacie"

ZDZISŁAWA SOŚNICKA - "Serce" - (1989) - zagrane z LP
- Serce Pali Się Raz
- Życie Od Nowa
- Powiedz Mi Panie
- Obca Gra

===========================================================

BLACKFIELD - "Blackfield IV" - (2013) -
- Pills
- Springtime
- X-Ray

STEVE HACKETT and SONIC OBSESSION - "Timeless" - (1994) - CD-S
- Timeless (late nite mix)

STRICTLY INC. - "Strictly Inc." - (1995) -
- Never Let Me Know

MIKE RUTHERFORD - "Smallcreep's Day" - (1980) -
- At The End Of The Day
- Time And Time Again

GENESIS - "Calling All Stations" - (1997) -
- Shipwrecked

WALPURGIS - "Queen Of Saba" - (1972) -
- Disappointment
- Daily

EPITAPH - "Return To Reality" - (1979) -
- Set Your Spirit Free
- Strangers
- We Can Get Together

TRACTOR - "Tractor" - (1972) -
- Everytime It Happens

BLACKWATER PARK - "Dirt Box" - (1971) -
- For No One - {The Beatles cover}

MANFRED MANN'S EARTH BAND - "The Roaring Silence" - (1976) -
- The Road To Babylon



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)




niedziela, 25 sierpnia 2013

GREG LAKE - "Manoeuvres" - (1983) -

GREG LAKE - "Manoeuvres" - (CHRYSALIS) - 
****3/4


Szukałem na kompakcie tej płyty od dawna. W natłoku różnorakich wydawnictw, nie spostrzegłem jednak, że w 2010 roku niewielka wytwórnia Rock Candy, dokonała jednak reedycji drugiego solowego dzieła wokalisty i basisty Emerson, Lake & Palmer, a także najważniejszego głosu z pierwszych dwóch dzieł King Crimson.
"Manoeuvres" ukazał się oryginalnie w 1983 roku, a więc w okresie, w którym trio ELP po prostu nie istniało. Poróżnieni muzycy rozbiegli się na dłuższy czas do własnych zajęć. Keith Emerson realizował własne projekty autorskie, bądź pochłonięty był tworzeniem muzyki filmowej. Carl Palmer chwilę wcześniej utworzył grupę P.M., z którą nagrał raptem jeden album, w dodatku mocno rozczarowujący. Greg Lake za to zebrał silny skład (m.in. gitarzysta Gary Moore czy perkusista z Sensational Alex Harvey Band - Ted McKenna) i wydał pod koniec 1981 roku znakomity album "Greg Lake" - z choćby pamiętną balladą "It Hurts". Dzieło zdobyło nawet pewien rozgłos, wdrapując się do bliskich okolic Top 50-tek po obu stronach Atlantyku. Nie było to jednak szczytem marzeń tak dobrych muzyków i stworzonego przecież nie gorszego repertuaru. I choć szefostwo Chrysalis, także nie podzielało zachwytu, dało jednak jeszcze pewien kredyt zaufania na album kolejny. Zarezerwowało także całej ekipie studio na kilka tygodni i pozwoliło się w nim spokojnie spełniać. Atmosfera pracy musiała przebiegać w świetnej atmosferze, gdyż powstałe piosenki po prostu tryskały podrumieniałymi nutami. Na pierwszej stronie albumu, dominowały kompozycje utrzymane w hard rockowym tonie. Tutaj Gary Moore czuł się jak ryba w wodzie, czarując pięknymi gitarowymi partiami i soczystymi solówkami. Praktycznie, takie "Manoeuvres", "Too Young To Love", "Paralysed" czy "I Don't Wanna Lose Your Tonight", mogłyby spokojnie przyozdobić niejedną płytę tego niedawno zmarłego gitarzysty. Jednak na tej samej stronie A, była jeszcze jedna nieco spokojniejsza pieśń, a mianowicie "A Woman Like You".  I choć nie było to dzieło na miarę późniejszych balladowo-bluesowych killerów typu "Still Got The Blues", to od razu szło wyczuć kompozytorską rękę mistrza.
Pierwsza strona "Manoeuvres" była praktycznie powtórką z rozrywki, nawiązując do dwa lata wcześniej wydanego debiutu. Należy podkreślić - powtórką bardzo udaną.
Każdy chyba sympatyk głosu Lake'a, pełnego dostojności jak i wyrażającego w jakiś magiczny sposób tęsknotę, niemal w takim stopniu co jego trochę późniejszy "karmazynowy" następca John Wetton, był zdaje się zachwycony bardziej albumową stroną B., na której pojawiło się także pięć kompozycji. Najpierw, taka nieco rycerska ballada, z efektownym klawiszowym i niemal fanfarowym podkładem "It's You, You've Gotta Believe". Najwyraźniej Lake komponując ten utwór, zatęsknił do swoich niedawnych kolegów z ELP. Oczyma wyobraźni można było tę pieśń wetknąć na pierwszą stronę ostatniego wówczas dzieła ELP "Love Beach", i byłaby to rzecz tam najbardziej pożądana. Aż żal, że czasem wena przychodzi zbyt późno. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, bo dzięki temu forma Lake'a powróciła w chwili , w której artysta wyjątkowo mocno jej potrzebował.
Po takim wstępie do strony B, w następnej kolejności pojawiła się inna ballada, ale już o wiele krótsza "Famous Last Words". Może nie jakaś szczególnie wybitna, ale dająca się miło posłuchać. Co ciekawe, po części skomponowana przez Andy'ego Scotta - gitarzystę ze Sweet. Można było w sumie ją potraktować jako preludium do wybornej i kolejnej pełnej dostojności piosenki "Slave To Love" ("...możesz trzymać świat w dłoni, możesz nawet nosić odznakę FBI, możesz być także striptizerką na Soho lub radzieckim szpiegiem, ale dzisiejszej nocy i tak staniesz się niewolnicą miłości..."). Istna perła.
Lake czarował na tej drugiej stronie jak tylko najlepiej potrafił. Wszyscy spragnieni "tego" podniosłego głosu, łkającego do bram prawdziwej miłości lub z bólem ogłaszającego jej utratę, czuli w nim znowu bratnią duszę. Kolejnym dowodem była kompozycja "Haunted", podszyta nawet w drugiej części "klarnetowatym" saksofonem. Finałem okazała się pełna tęsknoty "I Don't Know Why I Still Love You" ("nie wiem dlaczego wciąż cię kocham"). Rzecz tak piękna, że można by ją postawić w równej linii obok "C'est La Vie". A nie wiem, czy nie poruszająca jeszcze bardziej.
Żal tylko, że "Manoeuvres" powstała w czasach mało przychylnych dla tego typu grania. Choć może i z drugiej strony dobrze, niech stanowi za wzór muzycznej cnoty, do której dostęp mają nieliczni.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)


PET SHOP BOYS - "Electric" - (2013) -

PET SHOP BOYS - "Electric" - (x2) - 
*1/2


Niektórzy artyści idący w siłę wieku, mają jakąś niezwykłą potrzebę zdjęcia sobie z garbu czasu bagażu nadmiernych lat. Niedawno uczynił to Mike Oldfield, czego efektem kompromitujące "bitowe dzwony", a teraz jego śladem podążyli jeszcze Neil Tennant i Chris Lowe. Trudno odmówić komukolwiek możliwości eksperymentowania, ale też i trudno jest później tego słuchać. Co ja na to poradzę, że zamiast liczyć ze stoperem ilość uderzeń na minutę, wolę po prostu dobre melodie.
A wszystkiemu winnym wydaje się być wygasły niedawno kontrakt z Parlophone. To, co zazwyczaj działa w takich sytuacjach na jednych pobudzająco, innych potrafi zapędzić w ślepy zaułek.
Pet Shop Boys na nowy etap kariery, skumali się z co prawda doświadczonym konsoleciarzem Stuartem Price'em (The Killers, Keane, Seal czy Madonna), jednak gdy prześledzimy karierę tegoż dżentelmena, szybko zauważymy, że niemal wszystkie produkcje przez niego zrealizowane, okazały się z reguły najsłabszymi dla jego biorców. Nie inaczej jest w przypadku "Electric". Na tym dziele Drodzy Państwo, na próżno szukać dobrych piosenek, bo tych praktycznie brak. Najładniejszą wydaje się być "Love Is A Bourgeois Construct", choć za najlepszych lat, mało kto by ją dostrzegł. Na siłę można jeszcze wyróżnić "Axis" czy "The Last To Die", lecz to już naprawdę bardzo mocno na wyrost. Reszty, po prostu nie da się słuchać. To już tylko królujący czysty łomot. W różnych jego odmianach. Nawet nie potrafię go scharakteryzować czy jakkolwiek opisać, choć zakładam, iż nie zabraknie entuzjastów takowej sieczki, którzy znajdą tuziny argumentów, by docenić nowy wizerunek, tej niegdyś najlepszej dyskotekowej orkiestry świata.
I pomyśleć, że jeszcze niespełna rok temu, tak bardzo narzekałem na "Elysium", który przy "Electric", jawi się niemal arcydziełem.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)




piątek, 23 sierpnia 2013

ZDZISŁAWA SOŚNICKA - "Serce" - (1989) -

ZDZISŁAWA SOŚNICKA - "Serce" - (POLSKIE NAGRANIA "MUZA") 
(strona A - *****  ,  strona B - ***1/2)



Zdzisława Sośnicka. Artystka kojarzona z krajową sceną piosenki estradowej. I słusznie, bowiem jest to miejsce, w którym piosenkarka chyba zawsze czuła się najlepiej. Obdarzona niesamowitym głosem, przy pomocy różnych orkiestr, kompozytorów, wyśpiewała przez te ponad czterdzieści scenicznych lat, całe mnóstwo przebojów, jak i piosenek na to miano zasługujących, jednak nie mających już takowego szczęścia. Tyle względem wprowadzenia pierwszego, bowiem wprowadzeniem drugim niech będzie fakt, że w moim życiu piosenki Pani Zdzisławy, były w zasadzie od zawsze. Już jako młody chłopak (w ok.11-12 roku życia) odkryłem w pokoju moich rodziców adapter i niewielkich kilkadziesiąt płyt. Były to rodzime dzieła mistrzów estrady, m.in: Mieczysława Fogga, Ireny Santor, i tym podobnych ..., a pośród nich także pierwszy długograj Zdzisławy Sośnickiej z 1972 roku. Była tam taka bardzo przebojowa piosenka "Dom, Który Mam", której potrafiłem słuchać niemal w kółko. Zresztą jak i całej tej płyty. Nie wpłynęło to jednak jakoś znacząco na moje dalsze muzyczne edukowanie, bowiem wkrótce i tak w pełni pochłonęli mnie idole, typu: Smokie, Queen, Led Zeppelin czy Deep Purple. Niemniej, zawsze jednak lubiłem piosenkarzy(ki), więc nigdy nie wstydziłem się publicznie darzyć sympatią Toma Jonesa, Leo Sayera, czy tuzinów innych, w tym także i oczywiście gigantów krajowej sceny.
Długie to moje preludium, jednak bardzo istotne, szczególnie w kwestii ewentualnego późniejszego tłumaczenia się przed rozczarowanymi fanami rocka, moją osobą.
Nie będę Państwu opisywać po kolei płyt Pani Zdzisławy, a skoncentruję się na takiej jednej szczególnej. Przynajmniej dla mnie.
Płyta "Serce", wydana w 1989 roku, czyli w okresie naszej przemiany ustrojowej. Był to czas zmęczenia krajowymi "produktami", wszyscy zafascynowani otwarciem granic, chcieli jednym rzutem na taśmę nadrobić kilkudziesięcioletnie zaległości, więc pragnęli na półce z płytami wreszcie postawić tytuły, o których marzyli od zawsze, zamiast zawracać sobie głowę kolejnymi polskimi wypocinami. Tak więc, kto wydał w tamtym czasie nawet najwspanialsze dzieło, miał jak w pysk strzelił zagwarantowane, iż przepadnie z kretesem. A w tym właśnie okresie Pani Zdzisława nieco zmieniła swój sceniczny wizerunek, przy okazji zbratała się z Romualdem Lipko, który dwa lata wcześniej napisał dla niej dwie znakomite piosenki, w tym jedną, która stała się wielkim przebojem "Aleja Gwiazd". Oboje teraz postanowili nagrać już całą płytę utrzymaną w duchu Budki Suflera, będącą przy okazji propozycją nowoczesną, a zarazem w żaden sposób nie gubiącą sentymentalnego oblicza artystki. Warto nadmienić, że poza Romualdem Lipko, pojawiło się na LP "Serce" jeszcze trzech muzyków związanych z Budką Suflera, a mianowicie: perkusista Tomasz Zeliszewski , basista (z lat 1983-86) Piotr Płecha oraz gitarzysta Arkadiusz Smyk, który występował w grupie na przełomie 80/90's, i który zapewne zagościłby w grupie na nieco dłużej, gdyby nie jego problemy alkoholowe.
Oprócz powyższych "grajków", niezwykle cenną postacią okazał się również instrumentalista klawiszowy Rafał Paczkowski, który spośród zawartych na tejże płycie dziewięciu kompozycji, wybawił nawet w jednej z nich Romualda Lipkę, gdyż pozostałych osiem, to już de facto napisał lider Budki Suflera.
Paczkowski, poza sprawną grą, w przeszłości zasłynął z realizacją nagrań Grzegorza Ciechowskiego, Lady Pank, jak i również był odpowiedzialny za miks pierwszego i kapitalnego zarazem albumu Grzegorza Skawińskiego. Także, jak widać, nie byle kogo wzięła sobie do współpracy Pani Zdzisława. Jeśli jeszcze na koniec dodam, ze chórki czyniły tu takie głosy jak: Ryszard Rynkowski, Majka Jeżowska czy Jacek Skubikowski, to CV wydaje się przelewać z menzurki.
Podział płyty był następujący, otóż na stronie A pojawiły się cztery piosenki, a na rewersie piosenek pięć. I właśnie ta pierwsza strona ... !!!  Moim zdaniem, tak obłędna i wspaniała, że gdyby nie nieco słabsza druga część albumu, to śmiałbym stwierdzić, że "Serce" to najlepsza polska płyta lat 80-tych w kategorii muzyki "pop".
Piosenki "Serce Pali Się Raz", "Życie Od Nowa", "Powiedz Mi Panie" oraz "Obca Gra", mogłyby spokojnie znaleźć się w objęciach strun głosowych Krzysztofa Cugowskiego, a fani Budki do dzisiaj nie wyszliby z zachwytu nad kompozytorską mocą Lipki. Nie tylko zresztą, bowiem jego bateria klawiszowa grała jak natchniona, co w połączeniu z wysublimowanymi partiami gitar Arkadiusza Smyka oraz Henryka Albera, dawało efekt wręcz powalający. Powalający pięknem nastroju, melodii i aranżacji. Wypada jedynie żałować , że ta niesamowita strona A, nie przełożyła się na jej równie atrakcyjną kontynuację na stronie B. Bo ta, choć całkiem przyjemna i naprawdę niezła, pozostała właśnie już tylko niezłą. Choć i na niej nie brakuje smaczków gitarowo-klawiszowych, jak i oczywiście wspaniałego śpiewu Pani Zdzisi.
Polecam tę płytę każdemu niebojącemu się wchodzić na różne rejony i objęcia piękna w muzyce. A jeśli komuś wszystko to co napisałem przed chwilą, wyda się śmieszne, to niech spojrzy w lustro.
Niepojęte, dlaczego po dziś dzień ta płyta nie ukazała się na CD. Świata bracie nie pojmiesz, bo jak stara "ballada proza" głosi: człowiek głupim umrze.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)






czwartek, 22 sierpnia 2013

CHRIS NORMAN - "Into The Night" - (1997) -

CHRIS NORMAN - "Into The Night" - (BROS MUSIC / INTERCORD) -
*****


Ostatnio wzięło mnie na wspomnienia, dokopałem się więc do starych nagrań moich idoli z lat szczenięcych. A przede wszystkim, do pierwszego muzycznego guru - czyli, Chrisa Normana. Wstyd się przyznać, ale przeżywając pierwsze muzyczne emocje ze "smołkami", zaznaczę, że gdy ich słuchałem, gapiłem się w okładki płyt, plakaty czy jakiekolwiek inne zdjęcia, niczym jakaś zakochana pannica. Podobały mi się nie tylko ich nagrania, ale i ubiory, fryzury, no i cała otoczka. Najgorzej, że pomimo upływu trzech i pół dekady, nic się we mnie nie zmieniło. Wciąż potrafię się nastroić na ten sam tor emocji, i choć głupio być może się tak publicznie obnażać, jakoś nie poczuwam się do wstydu w artykułowaniu takowych uczuć.
Wiem, że często zatruwam Państwu czas rozpisywaniem się o różnorakich nowościach, nie zawsze udanych, zamiast poświęcać więcej czasu i miejsca rzeczom naprawdę istotnym. Być może przyszła pora , by to choć troszkę poprawić.
Na dzisiaj taka nieco mniej popularna płyta Chrisa Normana "Into The Night". Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, nie licząc lat świetności w Smokie czy popularnego solowego (drugiego w dyskografii) longplaya "Some Hearts Are Diamonds", to wszystkie pozostałe dzieła maestra, przeszły niemal zupełnie bez echa. Ciesząc jedynie najbardziej dociekliwych fanów, i to też raczej w nielicznych europejskich rejonach, jak Niemcy (głównie!) czy Holandia. Wcale nie dlatego przecież, że forma muzyka jakoś znacząco opadła, a raczej z uwagi na już inne muzyczne zapotrzebowanie świata.
Dezinformacja, pomimo niby silnego internetu, sięgnęła dna w chwili, w której dowiedziałem się o koncercie Chrisa Normana w Dolinie Charlotty, dopiero w rok po fakcie. Zostawmy to jednak, bo i tak znajdzie się niejeden hejter, który powie, co to z Ciebie za fan?
Album "Into The Night" jest już którymś z kolei w dość bogatym dorobku artysty i nikomu nie będę wciskać, że najlepszym, niemniej ja lubię go jakoś w sposób szczególny. Może dlatego, iż muzyk nie poszedł na nim w żadne nieznane zaułki, a skupił się jak za najlepszych czasów, na wyrazistych i melodyjnych piosenkach. Zabarwionych na pop-rockową nutę, z domieszką wyspiarskich akcentów folkowych. Skomponował je w połowie on sam, a w drugiej, oddał kompozytorską pałeczkę Davidowi Brandesowi - instrumentaliście klawiszowymi ze swego zespołu. Powstała płyta lekka, soczyście melodyjna, niemal młodzieńcza. Norman jawił się tutaj znakomitą formą. Był jakiś świeży, wypoczęty, pełen werwy. Już po pierwszej i zarazem tytułowej piosence "Into The Night" wiadomo było, że do końca albumu nie wydarzy się na pewno nic złego. Chris śpiewał ze sporym entuzjazmem w głosie, no i z tą cudowną chrypką. Dobrze mu było ponadto do twarzy, z otoczką kilku gitar, całej baterii instrumentów klawiszowych, które mu asystowały w tle, a także i samej bębniarskiej grze starego kumpla ze Smokie - Pete'a Spencera. Ponadto, jak ulał pasowały tutaj do całości akcenty folkowe, wydobywane z takich instrumentów jak choćby: dudy, tamburyn czy krowi dzwoneczek. Należy dodać, że nawet niektóre partie gitarowe czy klawiszowe, zostały zaaranżowane w sposób imitujący jakieś instrumenty ludowe.
Trudno pojąć, dlaczego tak piękne i pełne porywających nut ballady, typu: "Into The Night", "Baby I Miss You", "For You" czy "Stay One More Night", nigdy nie stały się światowymi przebojami. Przecież wcale nie odbiegały poziomem od "Mexican Girl" czy "Baby It's You", którymi Smokie dwadzieścia lat wcześniej bili rekordy powodzenia na listach przebojów. To samo dotyczy dynamicznych killerów, jak: "Follow Me" czy już szczególnie fantastycznego "Love Is A Bridge Between Two Hearts".
Na tym już stop! Jeśli do tego momentu kogoś nie przekonałem do sięgnięcia po tę płytę, to już żadne kolejne słowo tego nie zmieni. Skończyło by się tylko na pustym tłumaczeniu, że wiosna i lato to najpiękniejsze pory roku. Jak wiemy, jesienno-zimowym ponurakom, i tak się tego przecież nie udowodni.

P.S. Cieszę się, że powyższa płyta nie należy do łatwo (i tanio) osiągalnych, bowiem nie ma nic gorszego jak ulubieni artyści straszący w koszach z przecenami.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)




środa, 21 sierpnia 2013

a w notatniku zapisano ...

Podobno wczorajszy występ Rogera Watersa na "Narodowym" okazał się scenicznym arcydziełem. Cóż ... , kolejny ważny koncert, na jaki nie dotarłem. Na pocieszenie mogę sobie zawsze obejrzeć w klaserze stary bilet z pierwszego warszawskiego show z 2002 roku. To był wspaniały wieczór, choć na pewno nie oprawiony tak spektakularnie jak "The Wall". Ale nie wszędzie i nie na wszystkim da się być. Pod koniec sierpnia ominie mnie jeszcze Mostly Autumn w Inowrocławiu, ale mój temperament do "jesiennych" ostudził się nieco po albumie "Passengers". Jakoś przestałem kochać ten zespół jak to było niegdyś. Wyjątkiem był album "Go Well Diamond Heart". Niezły, ale także daleki od dni chwały. Dlatego nie dążyłem za wszelką cenę do spotkania z Bryanem Joshem i jego kompanią. Choć zakładam, że koncert dadzą piękny, ponieważ koncerty rządzą się swoimi prawami. Poza tym, zawsze tam, gdzie nie ma mnie, odbywają się najlepsze koncerty. Bo ja tak mam. Może być pięć występów jakiś moich ulubieńców, ja będę na czterech z nich, a i tak znajdzie się taki co mi wmówi, że akurat na tym najlepszym nie byłem. To tylko moja osiedlowa znajoma (niegdyś o statucie koleżanki), tak z miesiąc temu mi powiedziała, podczas wspólnej tramwajowej podróży, że jak ona ze swym "mężem" jedzie kiedykolwiek na wczasy, to zawsze jest ładna pogoda. Chyba wedle zasady: głupi ma zawsze szczęście. Ale ta, to ma faktycznie jeszcze jakieś względy u Najwyższego, bo moglibyście się Państwo w polskim duchu pomodlić, by coś jej nie dopisało, a i tak cholera wróci uśmiechnięta i opalona. Szczególnie piękna dla swych równie "sympatycznych" koleżanek z pracy. Bo jak nie wejdzie pod słońce, to wciśnie się pod rury w solarium. Kilka dni temu miałem "przyjemność" ponownego z nią podróżowania (zawsze mnie dostrzeże na przystanku, nawet jeśli głowę schowam w beton), ponarzekałem sobie więc na klasę robotniczą, która to mi w wakacyjnym czasie spać nie pozwala, znęcając się wszelakimi maści wiertarkami, udarami czy młotkami. Okazało się, iż trafiłem nie pod ten adres, bo ta akurat popiera remonty, a jej mąż "złota rączka" właśnie niedawno także znęcał się nad swymi sąsiadami, i to przez dziewięć miesięcy! A my się potem Drodzy Państwo dziwimy, że tylu popierdolonych ludzi chodzi po tym świecie. Poprosiłem, idąc za ciosem, by "pozdrowiła" swego ogiera sadystę. Nie wiedząc czemu, nawet ładnie podziękowała, uśmiechając się przy okazji szeroko, swymi ceglastymi zębami.
Jak widzicie Państwo, tyle ciekawego u mnie, że nie muszę tutaj pochłaniać czasu i miejsca na opowieści z walk  polskich kiboli z muchos graciasami, prorokować miejsca Legii w Lidze Mistrzów, absorbować dymisją ministra Rostowskiego, niespokojnym Egiptem czy tradycyjną "wolnością słowa" w polskim kościele, w którym po raz kolejny zawrzało.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)




poniedziałek, 19 sierpnia 2013

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 18 sierpnia 2013 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM

"NAWIEDZONE STUDIO" 
program z 18 sierpnia 2013 r.
RADIO "AFERA" 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl


realizacja: Krzysztof Piechota
prowadzenie: Andrzej Masłowski



VANIZE - "High Proof" - (2000) -
- What You Give Is What You Get

MOTORHEAD - "1916" - (1991) -
- The One To Sing The Blues
- No Voices In The Sky

MOTORHEAD - "Ace Of Spades" - (1980) -
- Ace Of Spades

AC/DC - "Flick Of The Switch" - (1983) -
- Flick Of The Switch

UFO - "No Heavy Petting" - (1976) -
- Can You Roll Her
- Belladonna

UFO - "Phenomenon" - (1974) -
- Doctor Doctor

BUDGIE - "Impeckable" - (1978) -
- Don't Go Away

T.REX - "The Slider" - (1972) -
- Metal Guru

SMOKIE - "The Montreux Album" - (1978) -
- Mexican Girl
- For A Few Dollars More

NAZARETH - "Sound Elixir" - (1983) -
- Whippin' Boy
- Where Are You Now

BLUE OYSTER CULT - "Curse Of The Hidden Mirror" - (2001) -
- Here Comes That Feeling
- Out Of The Darkness

URIAH HEEP - "Head First" - (1983) -
- Love Is Blind

URIAH HEEP - "Abominog" - (1982) -
- Think It Over (video soundtrack) - bonus track - śpiew JOHN SLOMAN

GREG LAKE - "Manoeuvres" - (1983) -
- Slave To Love

WISHBONE ASH - "Locked In" - (1976) -
- Trust In You
- Say Goodbye

WISHBONE ASH - "New England" - (1976) -
- Lonely Island
- Candlelight

WISHBONE ASH - "Front Page News" - (1977) -
- The Day I Found Your Love
- Goodbye Baby Hello Friend

ELOY - "Power And The Passion" - (1975) -
- Introduction
- Journey Into 1358
- Love Over Six Centuries
- Mutiny
- The Bells Of Notre Dame

TRITONUS - "Between The Universes" - (1976) -
- Between The Universes

TRIUMVIRAT - "Spartacus" - (1975) -
- The Capital Of Power
- The Deadly Dream Of Freedom
- The March To The Eternal City
a) Dusty Road
b) Italian Improvisation
c) First Success

PROF. WOLFFF - "Prof.Wolfff" - (1972) -
- Hetzjagd

PETER GABRIEL - "Birdy" - Music From The Film - (1985) -
- Birdy's Flight (from "Not One Of Us")





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)




niedziela, 18 sierpnia 2013

Długi weekend sierpniowy a płyta VANIZE "Highproof", dla fanów ACCEPT

Mam takiego kumpla Pawła, pseudonim "Długi", z którym więzami przyjaźni połączony jestem wieczyście, i to bynajmniej nie z powodu naszych żon, które są jakby nie patrzeć, najbliższymi kuzynkami. Bo co do tej kwestii także się ze sobą nigdy nie umawialiśmy. Połączyła nas w dekadzie 80's, muzyczna pasja, do której spletli nas jeszcze inni kumple.
"Długi" zawsze lubił metal, ja też, ale... Wspólnie emocjonowali nas niegdyś Iron Maiden, AC/DC czy Helloween, jednak nasze drogi nieco się rozjeżdżały, i tak jest po dziś dzień. Ja wczuwałem się wówczas jeszcze w jakieś tam Meat Loafy, Reo Speedwagony czy Queeny, a "Długi" skrupulatnie kolekcjonował Kreatory i inne łomoty, które serwował mi u siebie niegdyś z perfidnym okrucieństwem, szczególnie gdy potrafiłem się nieco zasiedzieć.
Dziś nasze spotkania odbywają się już na nieco innej płaszczyźnie, nie mając niestety głównie muzycznego podtekstu. Nasze Panie, choć tolerancyjne, zrobią wszystko, by pograć w kości, scrabble czy jakieś inne cholerstwo, które zdecydowanie zagłuszy miłe metalurgiczne łojenie. Jednak wczoraj było inaczej. Zaproszeni na dwudniowe balowanie, zabraliśmy ze sobą plecak z żywnością i różnymi "napojami", by suma sumarum połączyć wszystko najlepsze, a co najistotniejsze, zjeść thrash metalowy obiadek. Dosłownie. Bo pod mięcho przygrywało nam także najprawdziwsze mięcho. Czyli "Długaśne" mocarne płyty. Zazwyczaj mało mi znanych grup, które wcielały się we współczesne Slayery i Metalliki, albo były to de facto również klasyki rodem 80's, którym to nie udało się niegdyś przebić, a dzisiaj oryginalne wersje kompaktowe takich dzieł, często kosztują krocie.
I co mi się rzadko zdarza, poprosiłem wczoraj "Długiego" o pożyczenie mi na kilka dni pewnej płyty, która być może wielkim unikatem nie jest, ale ja do wczoraj nie miałem o jej istnieniu zielonego pojęcia.
Grupa nazywa się Vanize i od 1995 roku zdążyła już nagrać kilka płyt. "Długaśny" pożyczył mi jedną z nich, a konkretnie trzecią w dyskografii pt."High Proof", której tutaj pisownia nakazuje jedno słowność "Highproof". Jest to grupa niemiecka, nie grająca niczego odkrywczego, a jednak dla fanów grupy Accept, może stać się właśnie cennym odkryciem. Vanize jawią się składem czteroosobowym, na którego czele stoi wokalista Peter Dirkschneider - który jest młodszym bratem Udo Dirkschneidera. I co ważne, ten śpiewa podobnie do Udo. Może nie aż tak doskonale, ale podobnie. Z kolei, jego kompani dorzucają iście piekielnie melodyjne i acceptowskie chórki. Mało tego, jeśli dodam, iż produkcją albumu zajął się Stefan Kaufmann (perkusista Accept), to wszystko wydaje się być jasne. Płyta trwa trzy kwadranse, a więc tyle, ile płyty trwały niegdyś, i zarazem tyle, ile trwać powinny. Posłuchajcie Państwo dla przykładu "The Final Breath", "Minute Man" czy "What You Give Is What You Get", a ręczę głową, że pozostałe kompozycje przełkniecie bez popitki.
No i jeszcze okładka. Muskularna, jakby z a'la jakimś Conan'owskim bohaterem. Twardziel taki jak głos Dirkschneidera. Jeśli u nich w domu wszyscy tak do siebie śpiewają, to bałbym się porannych pobudek.
Fajna i "urocza" (na swój sposób) płyta, którą polecam nie tylko fanom samego Accept, ale wszystkim tym od starego dobrego heavy metalu. Tego sprzed trzech dekad, a więc wychowankom Running Wild, Tyrant, Killer czy Motorhead.
Nie lubię płyt pożyczać, bo później wypadałoby mi się tym samym wobec drugiej strony odwdzięczyć, a ja swoich nie pożyczam i już! Teraz jednak to ja "Długiego" na pożyczkę poprosiłem, a ten się w niezrozumiały dla mnie sposób jakoś bezproblemowo zgodził. Za co szczególne dzięki!
Mało już co mnie zaskakuje, bo niestety zbyt wiele (nieskromnie dodam) zdążyłem w życiu poznać. Ta płyta także niczym niesamowitym przecież nie jest, ale spotkać braciszka Udo Dirkschneidera w rozżarzonej metalowej dzielnicy, zawsze jest przyjemnie.

płyta VANIZE "Highproof" - (2000) - BREAKER RECORDS (ach, no i jeszcze ta wytwórnia ...)



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
(4 godziny na żywo!!!)





BLACK STAR RIDERS - "All Hell Breaks Loose" - (2013) -

BLACK STAR RIDERS - "All Hell Breaks Loose" - (NUCLEAR BLAST) -



Black Star Riders, to w zasadzie dzisiejsze Thin Lizzy (aż 4/5 składu!), lecz pod nową nazwą. Za co czapki z głów. Mam ogromny szacunek dla Scotta Gorhama i jego kolegów, że postanowili obronić się samą muzyką, nie nazwą. I bardzo dobrze. Jestem dość tolerancyjny i rzadko czepiam się jakiejkolwiek zasłużonej marce, w której pojawia się jakiś mniej uznany następca, jak niegdyś Steve Hogarth w Marillion, czy inni poza Ozzy'ym wokaliści w Black Sabbath, bądź Paul Rodgers wraz z Queen, choć jak wiemy nie "w Queen" - co często się źle interpretuje!, i tak dalej ... Bywają jednak przypadki mało wysmakowane, jak usilne przywoływanie legendy, by wycisnąć ostatni grosz z naiwnego fana (vide współczesne reanimacje T.Rex, Canned Heat, The Animals, E.L.O.Part 2, i tym podobne). Dlatego, Black Star Riders postawili sprawę uczciwie , na zasadzie; gramy w duchu Thin Lizzy, bowiem po części nimi gdzieś tam jesteśmy, ale od serca nazwa ta, tylko przysługuje nieżyjącemu od ponad ćwierć wieku Philowi Lynnotowi. Niekwestionowanemu liderowi, z zastrzeżonym numerem na koszulce, mówiąc językiem piłkarskim. Ktoś powie, no dobrze, ale przecież do niedawna ten skład występował jako Thin Lizzy. Tak, to prawda, Scott Gorham ma prawa do nazwy i grając na koncertach klasyki zespołu, chętnie się nią posługiwał, co nie do końca zresztą przypadło mi do gustu, mimo tego nie przekroczył progu utraty dobrego smaku, serwując premierowy repertuar już jednak pod nowym zespołowym szyldem. Wtajemniczeni i tak od razu będą wiedzieli o co chodzi, stawiając tę płytę na półce obok skarbów pokroju: "Bad Reputation", "Johnny The Fox" czy "Jailbreak". Przy czym, ta nie znajdzie się raczej u przypadkowego odbiorcy, dla którego Thin Lizzy to tylko "Whiskey In The Jar", no i może ewentualnie jeszcze "The Boys Are Back In Town".
Nie mam tu zresztą najmniejszej ochoty porównywać aktualnej twórczości Blek Rajdersów z dawnymi dokonaniami Thin Lizzy. Bo i głosu Phila Lynnota nie da się porównać z całkiem nieźle imitującym go Ricky'im Warwickiem (niegdyś gardła The Almighty, a także męża Vanessy Warwick - ex-metalowej piękności MTV), a także przywołać ducha lat 70-tych, jeszcze nikomu ostatnio się nie udało tym bardziej. Nawet na niezłej "trzynastce" (w 3/4-tych oryginalnego składu) Black Sabbath'om, czy na niemal genialnym "Now What?!" - należycie nawróconym Deep Purple. Cieszmy się może zatem bardziej z dobrego grania w dawnym duchu (zamiast usilnie coś przywracać), jakiemu swobodnie i bez stresu hołdują Black Star Riders, gdyż cieszą serce fana, takie utwory jak: "Bound For Glory", "Hoodoo Voodoo" - oba absolutnie najwyższej próby, czy przepiękny folkujący temat "Kingdom Of The Lost", którego pozazdrościć mogliby im nawet panowie z Big Country, ale i The Pogues myślę, że również.
I choć te trzy kompozycje zdecydowanie przodują na tej suma sumarum uroczej płycie, to cała reszta także pozostawia dobre wrażenie.
Ciekawa i przyzwoita płyta. Zdecydowanie oparta na korzeniach genialnego przecież zespołu, z jak najbardziej kompetentnymi muzykami w składzie, uprawiającymi taki oto rodzaj sztuki, lecz na pewno nie jest to kompozycyjnie rzecz choćby w połowie tak dobra jak dawne Thin Lizzy - co uczciwie i koniecznie należy podkreślić.

P.S. Produkcją zajął się niezmordowany Kevin Shirley (Journey, Iron Maiden, Joe Bonamassa, Black Country Communion, ...)


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)




PAT TRAVERS BAND - "Can Do" - (2013) -

PAT TRAVERS BAND  - "Can Do" - (FRONTERS RECORDS) -



Pat Travers nagrywa od blisko czterech dekad, a zapewne vabankowy Duńczyk rzekłby, iż nagrał więcej płyt, niż ty zjadłeś kotletów, a jednak wciąż pozostaje tylko gitarzystą wirtuozem dla wybranych smakoszy gatunku. Jego oddanym fanem deklaruje się być Kirk Hammett z Metalliki, z kolei pod koniec lat 70-tych, w jego zespole grał przecież obecny perkusista Iron Maiden - Nicko McBrain. W tym, na znakomitej płycie "Putting It Straight", którą powinien poznać chyba każdy miłośnik sześciu strun.
Jeśli ktoś do tej pory nie zaznajomił się z twórczością tego Kanadyjczyka, to "Can Do" jest dobrą zachętą na początek. Bo choć nie jest to żadne jego arcydzieło, to bardzo dobrze przekazuje wizerunek artysty. Travers gra na tej płycie zarówno drapieżnie jak i nastrojowo. Bluesowo, southernowo, country'owo, balladowo, jak i hard rockowo. Z tym że, od razu należy zaznaczyć, iż nawet w tych "delikatniejszych" kompozycjach ("Diamond Girl" czy instrumentalna "Keep Calm And Carry On") Travers jawi się raczej także jako typ spod ciemnej gwiazdy, niż jakiś truwer śpiewający serenady pod balkonem ukochanej.
To muzyka pełna żaru, energii , a i także namiętności , ale tej, którą chyba zawsze najlepiej podkreślali "Południowcy" z północnych Stanów.
Travers uwielbia pastwić się nad swą gitarą i wysysać z niej niemal wszystkie soki, sam nie pozostając jej dłużnym w kwestii wokalnej, w czym stoi w równej linii z Johnnym Van Zantem z Lynyrd Skynyrd czy Lesliem Westem z Mountain. To takie samo siłowe, zachrypnięte i pełne gniewu śpiewanie. Takie tylko dla prawdziwych twardzieli. Można się o tym wszystkim przekonać w porywającym albumowym wstępniaku, czyli tytułowym "Can Do", dalej, w kolejnym numerze "Stand Up / Give It Up" - mocno podkreślającym hendrixowskie korzenie, czy w lynyrdowskim "As Long As I'm With You". Choć to przesz ledwie początek albumu dopiero. Proszę nie spuszczać nogi z gazu, tak jak tego nie czyni Travers do końca tej mocno energetycznej płyty, na której odnajdziecie Państwo jeszcze sporo klasowego amerykańskiego rockowego łojenia. Jak choćby jeszcze w kompozycjach typu: "Long Time Gone", "Armed & Dangerous", "Waitin' On The End Of Time" czy utrzymanej w rytmie boogie, stosownie zatytułowanej "Red Neck Boogie". Tej ostatniej nie powstydziliby się zapewne także Allman Brothers Band, Lynyrd Skynyrd, ZZ Top czy kolejny gitarowy wymiatacz jakim jest (a raczej był) Ronnie Montrose.
Są na "Can Do" jeszcze dwie przeróbki, a mianowicie "Dust & Bone" - z repertuaru country'owej wokalistki i gitarzystki Gretchen Wilson, drugą zaś jest wyborny hit lat 80-tych "Here Comes The Rain Again"- duetu Eurythmics. O ile pierwsza z nich, jest tylko prostą boogie-blues melodeklamowaną pieśnią, w której Travers nieco się popisuje techniką slide, ale sama kompozycja wydaje się najmniej ciekawa w całym tym zbiorze, o tyle eurythmicsowski klasyk, wypadł doprawdy smakowicie. Przyprawić elektropopowe nuty na bluesowo i nie popsuć oryginału, to jest coś! A to naprawdę nieźle wyszło Traversowi i jego towarzyszom. Myślę, że chodziło artyście o włączenie do swego koncertowego repertuaru czegoś melodyjnego, znanego i porywającego bluesową publiczność zarazem, i ten utwór wydaje się być strzałem w dziesiątkę. Pomimo, iż całej płycie trafiło się do tarczy tak w okolice siódemki.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)





piątek, 16 sierpnia 2013

ARTLANTICA - "Across The Seven Seas" - (2013) -

ARTLANTICA - "Across The Seven Seas" - (STEAMHAMMER / SPV) -



Artlantica jest swego rodzaju supergrupą, tyle że tworzący ją muzycy jak dotąd nie dorobili się jeszcze statusu gwiazd. Najbardziej znaną postacią wydaje się być wokalista John West (ex-Royal Hunt, czy pamiętacie państwo ich kapitalną płytą "Fear" ?). Pozostali muzycy pochodzą z power metalowych bandów, takich jak: Angel Of Eden, Artension czy grupy Yngwie'ego Malmsteena.
"Across The Seven Seas" jest ewidentnie adresowany do entuzjastów metalu osadzonego w latach 80-tych, których to fascynował mistycyzm, fantazja, baśnie..., a i także nieprzeciętna wirtuozeria gitarowa, jaką wówczas oferowali choćby wspomniany przed chwilą Yngwie Malmsteen czy zapomniany już z lekka Chris Impelliteri. Z tzw. dzisiejszych herosów gitary, podobne myślenie wykazuje Timo Tolkki (obecnie Avalon, dawniej lider Stratovarius), pomimo iż on sam, jest już także przecież weteranem.
O ile sama muzyka Artlantiki kładzie spory nacisk na powyżej wymienione nastroje i barwy, o tyle gitarzysta (bardzo sprawny zresztą) Roger Staffelbach, nie wydaje się być jedyną siłą napędową całej grupy. W kwestii wirtuozerii, dość sporo do powiedzenia ma tutaj także instrumentalista klawiszowy, ukrywający się pod pseudonimem Mistheria.
Na pewno "Across The Seven Seas" nie jest żadnym dziełem wybitnym, ani nawet czymś szczególnie wyróżniającym się na tle dzisiejszej sceny epickiego power metalu, a mimo to, płyta pozostawia niezłe ogólne wrażenie. Chociaż miałbym jeden zarzut, otóż uważam, iż muzycy Artlantiki powinni nieco bardziej popracować nad oryginalnymi i nieszablonowymi melodiami, ponieważ takie "Devout", "You're Still Away", "Fight For The Light", "Demon In My Mind" czy "Return Of The Pharaoh Pt.III", aż nadto imitują styl samego Yngwiego Malmsteena. W zasadzie, wystarczyłoby tylko do powyższych podłożyć głos Marka Boalsa, by odnieść wrażenie obcowania z jakimiś niepublikowanymi nagraniami tego szwedzkiego gitarowego pirotechnika.
Zapamiętajmy jednak nazwę Artlantica. To ciekawy zespół, który może nas jeszcze w przyszłości niejednym ciekawym zaskoczyć.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)








czwartek, 15 sierpnia 2013

ALLEN LANIER - muzyk z Blue Oyster Cult nie żyje (1946-2013)

ALLEN LANIER nie żyje 
(25 czerwca 1946 - 14 sierpnia 2013)


Usłyszałem dzisiaj, że mógłbym być medium. Być może. Niemniej, chyba coś w tym jest, skoro przed wyjściem na popołudniowy spacer, słuchałem sobie płyty Blue Oyster Cult "Curse Of The Hidden Mirror", a niespełna pół godziny po tym, otrzymałem sms/a od Słuchacza Jacka "Arzachela79", że oto wczoraj, tj. 14 sierpnia zmarł jeden z założycieli Blue Oyster Cult - Allen Lanier.
Allen Lanier był gitarzystą oraz instrumentalistą klawiszowym w zespole, ale przede wszystkim jedną z najważniejszych jej postaci. Rzadko komponował, ale jeśli już ... Jego autorstwa były m.in: "True Confessions" czy "Tenderloin" (obie z genialnej płyty "Agents Of Fortune"), "Searchin' For Celine" (z nie gorszej następnej płyty "Spectres"), a także "Lonely Teardrops" (z LP "Mirrors"), ponadto był współtwórcą kompozycji "Don't Turn Your Back" (z jednej z najlepszych płyt wszech czasów, jaką jest "Fire Of Unknown Origin"). Na pewno było jeszcze kilka kompozycji, o których nie wspomniałem, niemniej jego wkład jako muzyka, w brzmienie, jak i charakter grupy, był i  jest niepodważalny.
To potężna strata dla muzyki, nie tylko rockowej, lecz muzyki w ogóle.
Artysta cierpiał ponoć na chorobę układu oddechowego. Miał 67 lat.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)




SIRENIA - "Perils Of The Deep Blue" - (2013) -

SIRENIA - "Perils Of The Deep Blue" - (NUCLEAR BLAST) -



Nie pojmuję co się stało. Po dwóch tak wyjątkowo pięknych płytach, jakimi były: "The Enigma Of Life" oraz "The 13th Floor", coś się nagle i zarazem strasznie popsuło. Dobra kompozycyjność uciekła gdzieś w cień, z rzadka tylko z niego wyglądając ("Seven Windows Weep", "Ditt Endelikt", "The Funeral March, no i może jeszcze "My Destiny Coming To Pass"). Zniknęła lekkość i swego rodzaju urokliwość, a na to miejsce wdarła się kanciata produkcja, przeładowana laptopową realizacją. Całość brzmi tak kiepsko jak skrzypce wydobywające się z weselnego keyboarda. Niemniej, samą produkcję można by jeszcze wybaczyć, gdyby w to miejsce obronną ręką wdarła się udana muzyka. Tym bardziej, że realizacja, nigdy jakoś nie była mocną stroną Sirenii. Ale nawet sama Ailyn, odnoszę wrażenie, nie do końca jest tutaj sobą. Nie dość, że w ogóle śpiewa jakby dużo mniej, to jeszcze jest niezwykle spięta, i że tak powiem - przyciężkawa. Czuć , że Morten Veland (lider grupy) chciał zbyt bardzo wszystko dopieścić - i po prostu, przedobrzył. Przekombinował, zapominając, iż najprostszym środkiem do celu jest prostota, dzięki której w sposób oczywisty czarował umiejętnie na dziełach wcześniejszych. Bo nie dość, że nic tu się do siebie nie klei, to jeszcze w niektórych kompozycjach odnoszę wrażenie, że każdy gra swoje, jak choćby najwyraźniej w "Darkling" lub w ciągnącym się bez końca "Stille Kom Doden".
Niewiarygodne, ale o ile byłem w stanie przy poprzednich dwóch (arcy)dziełach podpisać się obiema rękoma pod wszystkimi kompozycjami jako wyjątkowymi, to tutaj nie mogę znaleźć przynajmniej choćby takiej jednej jedynej. Choć najbliżej ku temu ma się "The Funeral March".
Cóż ..., tym razem nie wyszło, liczę jednak, że to tylko drobna i jednorazowa wpadka, i już za rok, może dwa, Morten Veland zbierze się sam sobie, dając Ailyn całą stertę dobrych nut do wyśpiewania. Takich, na jakie Ta zasługuje. I oby proroczymi nie stały się słowa z "The Funeral March": - "... życie to tragiczna maskarada, gorzka serenada, pogrzeb marzeń ...".

P.S. Ach, gdyby tak kusząco wabiła syrena Ailyn, jak na albumowej okładce, to dałbym się mimo wszystko wciągnąć w tę błękitną i złowieszczą głębię.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)